Rozdział ósmy

Psy spały do obiadu.

Tak się jakoś złożyło, że tego dnia panna Agata i my byliśmy na obiedzie w mieście u wspólnych znajomych, nikt więc nie zauważył, gdzie się Mikaduchna obraca.

Tylko Katarzyna zdziwiła się niepomiernie, gdy zobaczyła Mikadę wychodzącego z budy.

— Patrzcie no go! Już się z naszymi zwąchał. Ha, jakeś taki chwat33 i nie boisz się wychodzić z pokoju, to jeść dostaniesz tak samo, jak inne psy — zdecydowała i przyniosła Mikadzie miseczkę, jak i innym psiakom.

Postawiła ją na przymurku.

— Naści. Mikado, wsuwaj! — powiedziała i pogładziła psa po miękkiej sierści. — A toś się utytłał — wymówiła mu widząc, że pełno w sierści miał wiórków i słomy.

Mikado spojrzał na Katarzynę tym swoim dziwnym spojrzeniem, jakby z góry. i pomyślał:

— Prawda, że bywałem nieraz czyściejszy, niż jestem w tej chwili. Ale mi jest teraz dobrze na świecie i pani jest kochana, że mi daje jeść tu, nie zaś razem z Tiuzdejkiem.

Podszedł do miski i jadł rozważnie, spokojnie, nie spiesząc się. Za to Puc i Bursztyn żarły tak pośpiesznie, że aż się dławiły.

Zawsze tak ćpały nieprzystojnie.

Nie wiadomo dlaczego i po co? Nikt im przecież nigdy nie odbierał jedzenia, a i same sobie nawzajem go nie wydzierały.

Były prościuchami bez żadnego wychowania! Co tu wiele mówić, chamy34, i tyle.

Puc spojrzał raz zezem na Mikada, który po każdym kęsku oblizywał starannie pyszczek, spojrzał drugi. Nie wytrzymał:

-– Dlaczego marudzisz przy jedzeniu? — burknął do niego pełnym pyszczkiem. — Nie znasz to psiej zasady: jedz jak najprędzej, bo co zjesz — to twoje, a co zostawisz, to dla innych. Dalej! Spiesz się! Z serca ci radzę!

Mikado spojrzał na niego, na Bursztyńsia, który się dławił obok. Wrócił do miski i znów pojadał sobie wolno, ze statkiem.

Puc znów rzucił na niego okiem.

— Kto wie — pomyślał — może, jak jeść wolno, to lepiej smakuje?

Obejrzał się na Bursztyńsia, zastawił sobą miskę, żeby go Bursztyn nie podpatrzył, i dalejże wyjadać dystyngowanie kaszę z osypką i smalcem. Mlaskał językiem i smakował, oblizywał się tak, jak to robił Mikado.

Zjadły obiad. Co robić z resztą dnia? Puc radził spacer. Mikado trzymał się Puca. Puc mu pokazywał, jak należy wymijać furmanki, jak obchodzić konie, jak trzymać się z daleka od chłopów, którzy trzymają w ręku bat i starają się nim dokuczać każdemu, kto jest od nich słabszy.

Minęły wreszcie miasto. W wesołych podskokach zbiegły nad potok.

Bursztyńsio, jak zawsze, z zamkniętymi ze strachu oczyma przebiegł mostek.

Zatrzymał się po drugiej stronie i zawołał:

— Puc, nie wchodź do wody, bo się utopisz, proszę cię, PUC!

Ale Puc już był w strumieniu.

Wody było niezbyt wiele, tak że Puc, pies wcale wysoki, pływać nie mógł. Brodził więc tylko po wodzie. Parskał i prychał z zadowoleniem.

Mały Mikado stał na brzegu.

Sam nie wiedział co począć? Czy przebiec mostek i czekać na Puca po drugiej stronie strumienia, czy też wejść do wody?

— Puc, czy przyjemnie jest chodzić po wodzie? — spytał na wszelki wypadek.

— O, i bardzo — odpowiedział mu Puc i dalej już nie mógł mówić, bo chłeptał wodę, aż mu w gardle grało.

— Mikado, Mikado, nie podchodź blisko do brzegu! — wołał wystraszony Bursztyńsio widząc, że Japończyk skacze po kamieniach coraz niżej do potoku.

— Nie bój się nic! Skacz śmiało! — parsknął Puc pomiędzy jednym łykiem wody a drugim.

Mikado usłuchał. I skoczył. W środek nurtu. Strumień nie był głęboki. Płynął.

Ale czy to, że nigdy nie pływał w bieżącej wodzie, czy, że był lekki, czy może jakoś nie panował nad prądem, dość że zamiast płynąć wprost na drugi brzeg, zaczął wirować, kręcić się w kółko między kamieniami.

Bursztyn zobaczył pierwszy, że się dzieje coś złego.

— Mikado, wychodź z wody! — krzyczał. — Po cóż wlazłeś do strumienia? Wychodź!

Lecz łatwiej było radzić niż wykonać radę!

Mikado już nie mógł dopłynąć do brzegu. Prąd go znosił coraz dalej i dalej.

— Puc, ratuj Mikaduchnę! — wrzasnął Bursztyn wystraszony. — Łap go, bo popłynie nie wiadomo dokąd!

Puc obejrzał się. Widzi, łebek Mikaduchny ledwie wygląda z wody.

I to daleko, hen, tuż przy moście!

Skoczył więc przed siebie. Dopadł Mikaduchny, wyciągnął go na brzeg.

Psina była ledwie żywa. Puc złapał go za kark, potrząsnął nim raz i drugi. I krzyknął:

— Teraz ósemka, ale taka z pieprzem!

Mikado porwał się na nogi.

Zrazu bieganie mu nie szło. Przewracał się co chwila. Osłabł od walki z prądem. Ale później jakoś zebrał się w kupę. Biegał, naszczekiwał, gonił. Nie gorzej od Puca i Bursztyńsia.

Biegały tak długo, aż się zziajały. Powiada Bursztyn:

— A pamiętaj, Mikado, więcej do wody nie wchodzić, bo się utopisz.

Mikado spojrzał nań z góry. Nie odpowiedział nic. Tylko stał na brzegu i hyc! — do wody.

Tym razem poszło mu zupełnie inaczej. Płynął zupełnie pewnie. Wykręcił parę kółek na głębinie, nie dał się porwać prądowi, dopłynął do przeciwnego brzegu i wyskoczył na łąkę po kamieniach.

Bursztyn usiadł na zadzie z podziwu!

Puc przeskoczył potok i stanął przy Mikadzie:

— Jesteś pies jak się patrzy, jeśliś się nie uląkł tego, co ci się raz nie udało, i próbujesz na nowo.

Majtał przy tym ogonem z powagą i czułością.

Mikado spojrzał mu w oczy i powiedział:

— To, co robi każdy inny pies, mogę robić i ja. Trzeba tylko trochę wytrwałości i odwagi.

— Jazda! — zawołał Bursztyńsio, któremu już się nudziło to ciągłe bieganie nad potokiem. — Idziemy!

Puc zaproponował spacer do miasta. Na rynek. Na psi raut z tańcami.

Poszły. Kucuś obwąchał Mikaduchnę od nosa do ogona i od ogona do nosa i zapytał uprzejmie, ale ostrożnie:

— Pan tutejszy?

Puc stanął pomiędzy nimi.

— Ja za niego ręczę — powiedział do Kucusia.

— Prosimy więc do zabawy — zapraszał na to Kucuś. — Niech się pan zapozna z towarzystwem.

Mikaduchna stał nieruchomo. Wszystkie psy, ile ich było na rynku, podchodziły do niego kolejno i obwąchiwały go starannie.

Wymieniono też bliższe o sobie wiadomości przy słupie od latarni.

I wszystko by się skończyło najpomyślniej w świecie, gdyby nie Plotka.

Była to ruda suczyna, podobna z długości nóg do Tiuzdejka. I, jak on, zawsze kwaśna niby ocet siedmiu złodziei35.

A kłótliwa była, nie daj Boże!

O każdy drobiazg się spierała, wszystko, co się działo, zawsze jej było nie w smak. Ciągle ją ktoś krzywdził, zawsze się skarżyła, labiedziła, jęczała, skomlała.

Uparta była jak kozioł.

W całym mieście wiedziano o tym, że kiedyś, gdy jej pani nie chciała Plotki wziąć ze sobą na spacer, przez złość zjadła jej dwie pończochy i poszewkę.

No tak, zjadła.

Nie lubił Plotki nikt z porządnych psów. Jeśli się kiedyś przyplątała do lepszego psiego towarzystwa, wiedziano, że koniec zabawy. Trzeba się było wynosić do domów.

Otóż ni stąd, ni zowąd, bo Plotka rzadko przychodziła na rynek, suczka napatoczyła się i od razu zaczęła swoje narzekania. Rozumie się, że od pierwszego wejrzenia uznała, że Mikaduchna jest przybłęda, obcy i że hańbą jest się z nim bawić. Ale że nigdy nie postępowała otwarcie, więc i tym razem nie występowała wprost przeciwko Mikadzie.

Zaczęła obchodzić psy tym swoim drobnym kroczkiem na trzech nogach, bo lewą tylną zawsze podnosiła do góry, jakby kulała. Naszeptywała to jednemu, to drugiemu do ucha:

— A to Mikado taki, to owaki. To tchórz, to znów maminsynek. To przybłęda, bo nie wiadomo nikomu, gdzie mieszka i z czyjej kuchni jada.

Takie tam Plotczyne złe plotki.

Co rozsądniejsze psy nic sobie z tych gadań nie robiły.

Ale pomiędzy psami na rynku znalazł się czarny kundel z białym uchem i białym podbrzuszem. Nazywał się Mędrek.

Lecz, pożal się Boże, jak to było z tą Mędrkową mądrością!

Znany on był w całym mieście ze swojej głupoty. Łeb miał okrągły jak bania, oczy tak bezdennie bezmyślne, że od razu, na pierwszy rzut oka, można było poznać psa, któremu brakuje piątej klepki.

Mędrek szczekał zawsze wtedy, kiedy inne psy nie byłyby szczeknęły za nic na świecie, rzucał się na ludzi i zwierzęta po to, by za chwilę, podkurczywszy ogon, uciekać skowycząc i rozglądając się z przerażeniem za siebie.

Taki pies niedojda.

No i tchórz nad tchórze. A, jak każdy tchórz, odważny był względem tych, którzy byli słabsi od niego i nie mogli się bronić. Nad takimi rad się znęcał. Kiedyś z zębów Mędrka ledwieśmy odratowali małego szczeniaka, którego ten kat dręczył dla samej przyjemności znęcania się.

Otóż, o ile psy nie brały do serca plotek i podmawiań. Mędrek spojrzał ze złością na Mikaduchnę, który był wątły, mały i mógł mu łatwo przejść pod brzuchem.

Podszedł on do Mikada, obwąchał go i warknął:

— Wynoś się z naszego towarzystwa!

Mikado spojrzał na niego po swojemu. Ani drgnął.

— Słyszałeś? — powtórzył Mędrek.

I zanim się kto opatrzył, co się stało, runął na Mikaduchnę i przygniótł go do ziemi.

— Dobrze mu tak, dobrze — szczeknęła Plotka i chciała jeszcze coś gadać, ale nie zdążyła.

Jeszcze nie zamknęła pyska, a już leżała na ziemi. Przewrócił ją Puc, który biegł Mikaduchnie na pomoc.

Plotka wrzasnęła:

— Takie to teraz zwyczaje! Nikt nic szanuje dam!

I dalej w płacz! Ale nikt nie słuchał jej wyrzekań.

Puc wpadł na Mędrka. Wbił mu zęby w kark i targał. Od brzucha dopadł go Bursztyn.

No i zaczęło się!

Bo jeszcze wpadł na rynek Lord, któremu wtenczas wieczorem nasze psy porwały wątrobę. Lord, który zresztą zawsze z Pucem i Bursztynem miał na pieńku.

— Co to za walka? — spytał Plotkę.

— Puc i Bursztyn duszą Mędrka — jęknęła suczka.

Lord skoczył na walczących. Kucuś chciał ich rozbroić. Inne psy też się wdały w walkę.

I zrobił się na rynku taki harmider, że ludzie wychodzili z domów patrzeć, co się to wyprawia.

Psi kłębek toczył się od latarni do stacji benzynowej zamiatając wszystko po drodze!

Waliły się stragany jak domki z kart. Leciały w puch miotły. Konie się spłoszyły! A ludzie uciekali, gdzie kto mógł.

Katastrofa!

I na ten psi taniec nadeszliśmy właśnie my, to jest Krysia i ja. No i panna Agata, rozumie się!

Pierwsza Krysia spostrzegła Mikada.

— Wuju, Mikado jest między psami!

Panna Agata, kiedy to usłyszała, zrobiła coś, czegośmy się najmniej po niej spodziewali.

Wrzasnęła, zatupała nogami, zamachała rękami.

— Noga moja nie postanie w tym mieście! — krzyknęła i zemdlała.

Krysia nie straciła głowy. Podskoczyła do kłębiących się psów. Chwyciła Mikada za ogon, bo akurat ogonek psiny był na wierzchu, i wyciągnęła go z psiego rojowiska.

— Jest, wuju, jest! — zawołała i w triumfie przyniosła go na chodnik.

Boże, jakie biedactwo było poharatane!

Z jedwabistych, wypieszczonych uszu same pokrwawione strzępki. Z futerka — coś, co przypominało zdechłego kota i szczotkę kominiarską.

Jednym słowem — rozpacz!

Trzeba się nim było zająć poważnie, bo ledwie dyszał. Było to tym łatwiejsze, że jego pani już się ocknęła. Ujrzawszy psy, gryzące się tuż przy niej, otrzeźwiała i zaczęła uciekać co sił w stronę domu.

Zabraliśmy na ręce biednego inwalidę.

Nie mógł iść, choć kości w nogach miał całe.

Trzeba go było wymyć. Znosił ciepłą wodę z mydłem jak bohater.

Nawet się nie skrzywił, gdy mu mydlana woda wpadła do oczu. Mrugał tylko powiekami i potrząsał głową.

Umyty, opatrzony leżał na poduszce i patrzył na nas. Właściwie nie na nas, tylko na Krysię. Bo odtąd oczu z niej nie spuszczał.

Wieczorem, gdy kładliśmy się spać, a Krysia poszła do siebie, Mikado zeskoczył z fotela i utykając mocno podreptał za nią.

Poczekał, aż położyła się do łóżka. Wtedy wczołgał się na kołdrę. Podsunął się do samej twarzy i polizał ją ostrożnie raz i drugi po policzku.

— Kocham cię, bo jesteś odważna. I dla mnie naraziłaś się na niebezpieczeństwo.

A do późna w nocy słychać było ciche a bolesne skomlenie na podwórzu. To wrócili nasi domowi bohaterowie i opłakiwali swoje rany.

Że Katarzyna miała miękkie serce, więc dostali podwójną porcję na kolację i poszli spać.