Rozdział siódmy
Psy spały do samego południa.
Podczas obiadu Bursztyńsio zobaczył uchylone drzwi do sieni. Wzięła go chętka dostać się do kuchni. Już się miał ku wejściu, gdy na samym progu spotkał Imkę.
— Dokąd się pchasz? — miauknęła do niego. — Żebyś był starszy, tobym ci nie powiedziała ani słowa. Ale żeś młody i niedoświadczony, więc cię uprzedzam. Nie wchodź, bo oberwiesz.
— A ty? Byłaś przecież w kuchni, skoro tu siedzisz na progu?
Kotka była bardzo ambitna z natury, wstydziła się przyznać przed Bursztyńsiem, że i ją dopiero co wyrzucono z pokoju. Skrzywiła się więc tylko i burknęła:
— Wart jesteś, żeby cię Katarzyna dobrze obiła za niemądre pytania.
Przeskoczyła przez Bursztyńsia, przeszła godnie przez podwórko, skoczyła na dach drwalki i stamtąd przyglądała się Bursztyńsiowi.
Bursztyńsio zaś walczył ze sobą.
Nie wierzyć kotce nie mógł. Przecież i Pucunio miał kości obolałe. I sam wiedział, że Katarzyna to zmora.
Z drugiej znów strony, z kuchni zalatywały takie zapachy, że kamień by nie wytrzymał, nie tylko pies.
Kręcił się więc przy progu i postękiwał z cicha. Raz po raz zaglądał do sionki. Jak tylko usłyszał w kuchni podejrzany hałas, cofał się przezornie na podwórze. Ale i psia cierpliwość ma swoje granice.
Katarzyna, jak już podała obiad, zmywała gorącą wodą wszystkie rondle, patelnie, garnki. I ten przesmaczny sos wlewała do psich misek na okrasę.
Psy znakomicie wiedziały, kiedy się to działo. Poznawały po brzęku naczyń. Nie było siły, która by je mogła wtedy wstrzymać od wdarcia się do kuchni.
Stały nad swoimi miskami. Czekały, aż ich jedzenie wystygnie. Tymczasem zaciągały się rozkosznym zapachem.
Każde z was, nie wiadomo ile razy, wpada do kuchni wtedy, gdy się smażą konfitury. Rozumiecie więc Puca i Bursztyną. Prawda?
Otóż, gdy Katarzyna szczęknęła w garnki, Bursztyn krzyknął:
— Puc! Już! — I jednym skokiem był w kuchni.
Ale gdy się znalazł oko w oko z Katarzyną, aż przysiadł na ziemi ze strachu.
Ale... o dziwo! Katarzyna nie tylko że nie chwyciła trzepaczki, którą zawsze miała pod ręką i która, no, co tu wiele mówić, była często w robocie, gdy o psie boki chodziło, ale uśmiechnęła się do Bursztyna i powiedziała wcale przyjaźnie:
— Dobrze, żeś przyszedł. Bursztyn. Co goście, to goście. Ale żeby przez obcych własne psy krzywdzić, to się po mnie nie pokaże. Psy wyrzucają z pokoju. No, dobrze. Niech tam będzie. Ale żeby psu ani stąpnąć do pokoju nie było wolno! Do góry nogami cały porządek się przewraca. Naści, Bursztyn, podjedz sobie.
Bursztyńsio własnym oczom nie wierzył, gdy mu Katarzyna rzuciła smakowity kąsek.
Puc siedział przezornie przed drzwiami sionki. Czekał.
Jeśli Bursztyn wyleci z kuchni — to znaczy, że nie ma po co się pchać. Ale że Bursztyńsio dobre kilka chwil nie wracał, widać więc, że się coś nowego przywidziało Katarzynie.
A może już tamtych nie ma? Może wszystko wróciło do dawnego stanu?
— Wejść czy nie wejść? — rozmyślał, aż kręcił się w kółko z niecierpliwości i przysiadał.
Aż wreszcie wziął na odwagę i wsunął się ostrożnie. Zobaczył najpierw szeroko rozstawione tylne nogi Bursztyna i ogon sterczący jak kita.
Własnym oczom nie wierzył.
— Czyżby coś jadł? — zdumiewał się. — Jeśli tak, to dobra nasza.
Już śmielej wsunął się do kuchni. Wyszczerzył zęby w uśmiechu, zaczął się przykładać do ziemi w najuprzejmiejszych ukłonach przed Katarzyną.
— Ta palma to naprawdę nienaumyślnie — przemawiał czule i najprzymilniej, jak umiał.
Katarzyna spojrzała na niego zezem. Była widocznie zła. Pucunio struchlał, zimny pot go oblał, a wszystkie włosy na skroni stanęły mu dęba.
— Lanie pewne — stwierdził z rozpaczą.
I nagle stała się rzecz nieoczekiwana. Katarzyna przypomniała sobie Pucuniową karuzelę na szlafroku panny Agaty.
I jak wybuchnie śmiechem! Puc zdębiał.
A Katarzyna śmiała się i śmiała. Wreszcie wyjęła jakąś kostkę z brytfanny i cisnęła Pucuniowi. Schwycił ją w lot.
I nie czekając, co nastąpi, uciekł na podwórze.
Psy zjadły tego dnia obiad wspaniały.
— Jakoś wszystko idzie ku lepszemu — szepnął Pucunio, układając się do snu pod werandą.
— A może już tamci wyjechali? — rzucił myśl Bursztyn.
Ale Puc go wyśmiał.
Przede wszystkim kto widział odjazd gości? Nikt. A po drugie, co teraz słychać? Nie jestże to jazgot tego wyfraczonego potwora?
— Śpij i nie zawracaj sobie głowy — przerwał rozmowę Puc, zawinął się w ogon i zasnął.
Spały dość długo. Obudził je łoskot otwieranych drzwi od przedpokoju.
— Puc, idziemy — powiedział Bursztyn i pobiegł do ogrodu.
— Gdzie? Po co? — mitygował go Pucunio. — Na spacer będziesz chodził? Z kim? Z nimi? Chcesz się najeść wstydu na całe życie? Niech no nas kto zobaczy na mieście w takim towarzystwie! Nawet Kucuś zerwie z nami stosunki i będzie udawał, że nas nie zna.
Przez ciekawość jednak poczęły psy patrzeć, jak się to będzie odbywał ten spacer? Jak zobaczyły Tiuzdeja paradującego na jednym ręku panny Agaty i Mikaduchnę na drugim — spojrzały obydwa po sobie, obróciły się tyłem i zamiatały z obrzydzeniem nogami.
— Tfu! Pohańbienie psiego rodu na wieki wieczne — powiedziały sobie i wróciły na podwórze.
Tymczasem panna Agata, obciążona swoimi skarbuńciami, ruszyła na przechadzkę po mieście. Rozumie się, i ja, i Krysia towarzyszyliśmy pannie Agacie.
Trzeba zdarzenia, że zaraz za pierwszym rogiem spotkaliśmy buldoga Lorda, tego, który zakopał skarb zaraz za naszym domem.
Było to psisko łagodne, choć wyglądało na krwiożerczego smoka. Bardzo był przyjacielski i uprzejmy.
Ze mną i z Krysią witał się zawsze serdecznie. Nawet może nazbyt serdecznie.
Skakał nam na piersi.
A że był ciężki i silny, trzeba się było mocno trzymać na nogach, żeby przy takiej pieszczocie nie stracić równowagi i nie runąć na wznak.
I tym razem Lord zobaczywszy nas już z daleka, majtał kikutem obciętego ogona i gotował się do skoku. Ale zamiast skoczyć na piersi mnie czy Krysi, odsądził się i z całego rozmachu wsparł się łapami o pannę Agatę.
Zaledwiem ją zdążył podtrzymać. Byłaby biedactwo runęła jak długa na chodnik!
Tak była przestraszona, że w pierwszej chwili nie spostrzegła nawet, iż obydwa skarbuńcie wysunęły się jej z rąk i znalazły na ziemi.
Mikaduchna uskoczył w bok, stał w swojej królewskiej pozie i patrzył doskonale obojętnie na to, co się działo.
A działo się też, działo!
Lord zobaczył Tiuzdeja we fraku. I skamieniał ze zdumienia.
— Co to za zwierz? — zastanawiał się.
Okraczył zmartwiałego ze strachu Tiuzdejka, wodził po nim nosem od głowy do ogona i od ogona do głowy.
— Ratujcie skarbuńcia! — krzyknęła rozpaczliwie panna Agata ujrzawszy, że jej skarbuńcio leży jak martwy na grzbiecie i ani się porusza.
— Precz, ty potworze! — wrzasnęła na Lorda.
Ale Lord nie lubił, gdy mu przeszkadzano. Szczególnie nie znosił, kiedy na niego krzyczano bez powodu, wyszczerzył więc wielkie swoje kły i warknął groźnie:
— Nie przeszkadzać!
Ledwieśmy powstrzymali pannę Agatę, która chciała odciągnąć Lorda od Tiuzdejka. Krysia podeszła do buldoga i powiedziała łagodnie:
— Lordzik, kochany, miły, puść Tiuzdejka, puść! — i głaskała go po pałkowatej łepetynie.
Lord spojrzał na nią wyłupiastymi oczyma.
— Nie robię mu krzywdy — mówił. — Pozwólcie mi się tylko przyjrzeć temu stworzeniu, które udaje psa.
Trącił kilka razy nosem zmartwiałego ze strachu Tiuzdejka, dotknął go łapą.
Panna Agata mało nie zemdlała ze strachu.
Napatrzywszy się Tiuzdejkowi, Lord podszedł do Mikada.
Psina spojrzała na niego wyniośle, wyszczerzając zęby.
— Z daleka. Proszę bez poufałości — warknęła ostrzegawczo i nie ruszyła się z miejsca.
Mikaduchna był nie większy od małego szczenięcia. Lord znów tak wielki, że bez trudu mógłby był połknąć Mikaduchnę na jeden kęs.
Japończyk, który się nie uląkł tak wielkiego psa, wykazał takie męstwo, że nie tylko ja, ale nawet sam Lord był tym zaskoczony.
Usiadł też przy Mikaduchnie i spoglądał na niego z ciekawością, ale i z szacunkiem.
Panna Agata porwała na ręce Tiuzdejka. Chciała biec po Mikaduchnę, ale Japończyk sam wybrał Krysię. Podbiegł do niej, wsparł się o jej kolana.
— Weź mnie — powiedział. — Wcale nie pragnę znajomości z tym Goliatem.
Krysia wzięła psa na ręce.
O dalszym spacerze nie było mowy. Panna Agata była zbyt zdenerwowana.
Wróciliśmy do domu.
Tiuzdejek płakał przez całą drogę, płakał w domu. Ba, mazał się wówczas nawet, gdy Katarzyna postawiła przed nim kotlecik świeżo usmażony! I to z wątróbki!
Zjadłszy kotlecik, Tiuzdejek poszedł do łóżka. Panna Agata zabrała go ze sobą do pokoju na górę, dokąd się przeniosła.
Oświadczyła nam, że na dole, gdzie są psy i lada chwila może wejść kocica albo nawet Lord, jej Tiuzdejek nigdy nie przyjdzie do zdrowia.
Puc i Bursztyn widziały nasz powrót. Przede wszystkim zaś słyszały brzękanie naczyń w kuchni i poczuły zapach smażonego mięsa. Z Katarzyną nastała zgoda, więc bez obawy wsunęły się do kuchni.
Panna Agata zabrawszy Tiuzdeja poszła na górę. Katarzyna zostawiła drzwi do pokoju otwarte.
Wśliznął się przez nie najpierw Puc, a za nim Bursztyńsio. I do jadalni!
Puc od razu podbiegł do miejsca, gdzie stały kotlety na stoliku.
— Czego tam szukasz? — dopytywał się Bursztyńsio.
Puc nie odpowiedział nic. Obejrzał stolik, obwąchał.
— Szkoda, że wczoraj nie zjadłem wszystkich kotletów — pomyślał z żalem. — Na dziś nie zostawili ani okruszynki.
Poszły dalej.
— A to co? — zaśmiał się Bursztyn ujrzawszy Mikaduchnę siedzącego jak zawsze nieruchomo na poduszce.
— Niby pies! — zaśmiał się Puc.
Mikaduchna przyglądał się im obojętnie z góry i ani drgnął.
Bursztyńsio podsunął się bliżej z nosem wystawionym na wiatr. Pociągnął niuch zapachu i zaraz się cofnął.
— Puc! — szepnął zdumiony do najwyższego stopnia. — To nie jest pies.
— A co to jest? — zaśmiał się Puc.
— Coś, co z przodu pachnie zwietrzałą rezedą30, a z tyłu naftaliną. Zupełnie jak ten szczur, co siedział w szafie z futrami!
— E, pstro masz w głowie! — oburknął go Puc.
A że znał się na grzeczności i nawet z takimi dziwolągami, jak psy panny Agaty, lubił postępować politycznie, więc majtnął kilka razy przyjaźnie ogonem i zaczął od przedstawienia gościowi siebie i Bursztyńsia.
— My jesteśmy tutejsze, domowe psy — powiedział uprzejmie.
Mikaduchna nie kiwnął nawet głową. Ledwie raczył zmrużyć oczy.
— Ja jestem Puc, a on się nazywa Bursztyn — ciągnął Pucunio.
Milczenie. Pucunio już był zły.
— Czy dostojna osoba umie się bawić w jaką przyzwoitą psią zabawę? — zagadnął z przekąsem.
„Dostojna osoba” i tym razem nie burknęła ani słówka.
Bursztyńsio parsknął śmiechem.
— W co on by się umiał bawić? Puc, daj spokój tej ofermie! Szkoda czasu. A może dostojna osoba zlazłaby z tej poduszki — powiedział już wyraźnie obraźliwie.
I nie tylko powiedział, ale schwycił „dostojną osobę” za długie kosmate uszko i zaczął nim szarpać nie na żarty.
Mikaduchnę zła krew zalała. Jak się szarpnie, jak skoczy!
Wpadł na Bursztyńsia i od razu przewrócił go na ziemię. Dopadł mu do brzucha, a że ząbki mial ostre i wcale nie żartował, więc Bursztyńsio wił się i krzyczał wniebogłosy.
— A będziesz zaczynał? — pyta go Mikaduchna.
— Nie będę, nigdy nie będę! — zaklinał się Bursztyn. — Tylko mnie puść!
Mikaduchna puścił Bursztyna, który wyglądał wcale nienadzwyczajnie i niebohatersko.
Puc podszedł do Mikada i powiedział pojednawczo:
— Jesteś dzielny pies i możemy się razem bawić.
— Kiedy ja się nie umiem bawić — przyznał się szczerze Mikado.
— Jak? Co? Coś ty powiedział? — zdziwił się Pucunio.
— Powiedziałem, że nie umiem się bawić! — powtórzył Mikado. — Mówię wam tak, jak jest. Ja nie kłamię nigdy.
Puc spojrzał na Bursztyna, Bursztyn na Puca.
— Jakeś ty się uchował31? Naprawdę nie umiesz?
Mikado milczał.
Pucowi żal zrobiło się psiny, więc powiada:
— Chodź! Idziemy na podwórze.
— A co to jest podwórze? — spytał Mikado.
Znów Puc rzucił okiem na Bursztyńsia, a Bursztyn na Puca.
I już Bursztyńsiowi przyszła ochota pośmiać się z Mikada, ale Puc tak spojrzał na niego, że Bursztyńsiowi odeszła chęć do drwin, jakby jej nigdy nie miał.
— Co tu wiele gadać, chodźmy! — rzucił Puc.
Poszły. Przodem sadził Puc, za nim Mikado, Bursztyńsio zamykał pochód.
Szły szybko, a ostrożnie. Puc się bał, że po drodze mogą spotkać Katarzynę, która gotowa zrobić coś nieoczekiwanego, czym zepsuje zabawę.
Toteż dochodząc do kuchni, Pucunio kopnął Mikada.
— Uważaj! Trzymaj się ściany! Żeby cię Katarzyna nie dostrzegła.
— Dlaczego? — zdziwił się Mikado.
— On się pyta! — próbował się zaśmiać Bursztyńsio, ale Puc zgromił go wzrokiem.
— Już zaczynasz? — spytał go tak wnikliwie, że Bursztyńsio zamilkł.
Ale, żeby unaocznić Mikaduchnie, że spotkania z Katarzyną lepiej uniknąć, przemknął jednym skokiem koło drzwi kuchennych, przesadził sień i już z podwórza wołał:
— Możecie się nie bać! Idźcie śmiało! Katarzyna jest w ogrodzie!
Gdy już wyszły z sionki, Mikaduchna jeszcze raz zapytał Puca:
— Dlaczego miałyśmy uciekać przed Katarzyną?
Puc, który był psem porządnym i nie chciał zbywać Mikada byle jaką odpowiedzią, wyłożył mu wszystko dokładnie:
— Widzisz, najważniejszą osobą w domu jest Katarzyna. Ona daje wszystkim jeść. Rozumiesz, że od takiej osoby zależy wszystko. Trzeba się z nią liczyć. Tym bardziej że ona nie lubi, jak się jej sprzeciwiać. Zaraz się bierze do trzepaczki.
— Co to jest trzepaczka? — spytał Mikado.
Tu już i Puc nie wytrzymał. Krzyknął do Bursztyna, który wylizywał miskę:
— Bursztyn, on nie wie, co to jest trzepaczka!
Bursztyn wziął w obronę Mikada.
— Może jego, kiedy coś zbroi, biją dyscypliną jak Kucusia — powiedział pojednawczo.
— Mnie nigdy nikt nie bił — z dumą oświadczył Mikado.
I Bursztyn, i Puc spojrzeli w tym miejscu na Mikaduchnę oczyma okrągłymi z podziwu, a wielkimi jak talary.
— Buja! — krzyknął Bursztyn.
— Raz moja pani chciała mi dać klapsa, alem ją ugryzł w rękę — powiedział spokojnie Mikaduchna. — Odtąd nikt mnie nie śmiał dotknąć.
Obydwa psy patrzyły na niego zdumione.
— No, no, no! — dziwił się Puc.
— Poczekaj! Już tam Katarzyny nie ugryziesz — zapewniał Bursztyn Mikada.
— Pi, pi, pi! Rozumie się — przytwierdził z uznaniem Puc i zaproponował zabawę w ósemkę jako najłatwiejszą.
Puściły się. Przodem biegł Puc, za nim zaraz Mikado. Zataczały ósemki wkoło dwóch słupków, między którymi Katarzyna rozciągała sznur do trzepania dywanów.
Japończyk biegł z całych sił, żeby nie wypaść z kolejki.
Przebierał krótkimi nóżkami, jak tylko mógł. Sapał ciężko, bo nogi miał jak z masła. Niewybiegany był wcale. Nic dziwnego. Całe życie niemal spędził siedząc na poduszce.
Nie chciał jednak pokazać, że jest niedołęgą. Zapatrzył się w koniec Pucowego ogonka i sadził naprzód co sił.
— Uwaga! — krzyknął Puc.
Ale już było za późno.
Mikado źle obliczył skok i tak łomotnął głową w słup, że się odbił i potoczył pod drwalkę wywracając po drodze dwa koziołki w powietrzu.
Psy zatrzymały się w biegu.
— To dopiero będzie wrzask! — szepnął drwiąco Bursztyn do Puca. — Taki maminsynek!
Ale maminsynek nie pisnął nawet. Musiało go dobrze zamroczyć, gdyż oglądał się dookoła półprzytomnie. Próbował wstać.
— Posiedź chwileczkę, aż ci przejdzie zawrót głowy! — radził Puc.
— Nic mi nie jest — uspokoił go Mikado.
Podniósł się, podszedł do nich i powiedział:
— Przepraszam. Już będę uważał. Bawmy się dalej.
— A widzisz? Gdybyś to ty tak brzęknął głową w słup, toby tu taki harmider był, że wszystkie psy z całego miasta już by wiedziały o twojej krzywdzie! — zgromił Puc Bursztyna. Dzielny jesteś pies — powiedział z uznaniem do Mikada. — Bawmy się.
Znów się puściły w ósemkę. W coraz szybszą. Kurz się podniósł na podwórzu taki, że o dwa kroki nic nie było widać.
Kacperek przyglądał się tym psim zabawom zza kraty.
Bardzo był strapiony i niespokojny.
— Melańciu — kwaknął do żony — mam wrażenie, że są trzy psy na podwórzu i że tego kosmatego dotąd jeszcze u nas nie widziałem.
— Masz rację. Tego kosmatego jeszcze u nas na podwórzu nie widziałeś.
— Gdzie psów jest wiele, kaczkom się bieda ściele — kwaknął Kacperek, który lubił przytaczać kacze przysłowia.
— Gdzie psom się ściele, kaczek jest wiele — powtórzyła Melańcia niezupełnie dokładnie.
Kacperek już otworzył dziób, by jej zrobić uwagę, że nie uważa na to, co mówi, gdy wtem wszystkie trzy psy, wypadłszy widać z kolejki, uderzyły z rozmachem w kratę, i to właśnie w tym miejscu, gdzie stał Kacperek.
— Ratuj się, kto może! — krzyknął kaczor i nie oglądając się na nic, skoczył do przełazu.
Wypadł w ogród. Za nim Melańcia. Nie oparli się oboje aż daleko, koło altanki.
Lecz nie tylko kaczki patrzyły z zaciekawieniem na psie gonitwy. Przyglądała się im z daleka od drwalki Imka. I bardzo się to jej nie podobało, że psy robią tyle hałasu, tym bardziej że Mikado rozbawiony szczekał zawzięcie.
— Ty, nowy — krzyknęła z góry — przestań szczekać!
Nowy, to jest Mikado, nawet nie słyszał tego napomnienia. Szczekał sobie w najlepsze.
— Cicho! — powtórzyła Imka.
Przeczekała chwilkę i jak piorun spadła na psy. Puc i Bursztyn stchórzyły.
Ogon pod siebie i pod werandę.
Imka skoczyła do Mikada. I pac! — go łapą z całego rozmachu po pyszczku.
Mikado spojrzał na nią groźnie.
— Jak śmiesz! — warknął.
I skoczył do kocicy. Zanim zdążyła umknąć, już ją schwycił za futro.
Nie tak to łatwo i bezpiecznie było zaczepiać Imkę.
Wprawdzie Mikaduchna z rozpędu przewrócił kocicę i wjadł się w jej kudełki, wprawdzie Imka, więcej zdumiona niż oburzona, nie broniła się tak jak należy. Lecz gdy przyszła do siebie, gdy spostrzegła, że to ten marny psina, ta przybłęda miejska ośmieliła się ją napastować, wywinęła się jednym skokiem spod Mikada. I już siedziała mu na karku.
Nie parskała, nie prychała, tylko biła łapą, aż huczało!
— Oj, oj, oj! — stęknął ze współczuciem Pucunio, któremu żal było Mikada. — Imka — próbował perswadować — on jest nietutejszy, on nie wiedział...
— Teraz będzie wiedział — odburknęła kotka, puściła Mikada, skoczyła na płot i zaczęła wylizywać i wygładzać zmechrane futerko.
Mikado podniósł się, usiadł i oglądał się dokoła nieprzytomnymi oczyma.
— Bardzo cię boli? — dopytywał się Bursztyn.
— Ty byś już podniósł wrzask na całe miasto — burknął do niego Puc i podszedł do Mikada.
Psina był ciągle oszołomiony. Kotka pobiła i podrapała go boleśnie. Z poszarpanych uszu kapały krople krwi.
— Boli cię? — dopytywał się Puc ze współczuciem.
Mikado nie odpowiedział. Wstał, podszedł do miski, gdzie stała woda dla psów. Napił się. Obejrzał. Zobaczył Imkę na płocie i krzyknął:
— Spotkamy się jeszcze! Nie myśl, że się tak łatwo dam pohańbić!
Skoczył ku Imce raz, skoczył drugi.
Ale gdzie mu tam było dosięgnąć kotki, która siedziała ze trzy łokcie od ziemi.
Puc, który do Mikada już przedtem nabrał serca, starał się go poskromić:
— Mikado, przestań! Ty nie wiesz, kto to jest Imka! — przekładał mu. — Przecież ona ci da takie lanie, że popamiętasz.
Najniespodziewaniej odezwała się Imka z płotu:
— Nie wtrącaj się! Niech sobie skacze! Musi się sam przekonać, że mnie tak łatwo nie dosięgnie, jak mu się zdaje!
Ale Mikado już się uspokoił. Przestał doskakiwać do kocicy. Tylko się jej przyglądał takim wzrokiem, jakby ją chciał zjeść.
Imka nie brała sobie do serca tego, że Mikado pałał do niej złością. Nachyliła się ku niemu z płotka i wpatrywała się w psiaka swymi bursztynowymi oczami.
— No i co? — spytała go. — Zmęczyłeś się?
— Odejdź, Mikado, bo kotka skoczy na ciebie — przestrzegał go Puc.
Kotka się zaśmiała końcem wąsów.
— Nie bój się, nie skoczę. Muszę ci powiedzieć, Mikado, że mi się podobasz. Nie jesteś tchórz, w kaszy się zjeść nie dasz. My, koty, szanujemy odwagę. Tylko ci powiem jedno: jesteś jeszcze fryc32 i życia nie znasz. Najważniejszą rzeczą jest wiedzieć, co, komu, gdzie i jak. Powinieneś wiedzieć, że ja jestem Imka, kocica zasiedziała, że wychowałam wszystkie psy, jakie się po podwórzu wałęsały. Powinieneś mnie słuchać i szanować. A niepotrzebnie nie hałasuj, bo zawsze weźmiesz wały.
Powiedziała to tonem spokojnym, ale niedopuszczającym odpowiedzi. Wstała na płotku, przeciągnęła się w tył, w przód, wywinęła ogonem w lewo, w prawo i poszła w ogród.
Mikado patrzał za nią.
— Bursztyn — szepnął Puc. — Trzeba Mikadzie powiedzieć, jak się ma zachowywać, bo to fryc. Gotów nam narobić kłopotu swoją osobą.
— Weź ty się do niego — powiedział. — Ja się do uczenia nie nadaję.
Jak się psy podzieliły pracą — nie wiadomo.
Jedno można było przypuszczać, że lekcja rozpoczęła się zaraz. Na podwórku.
Puc pokazał Mikadzie kury. Nauczył go, jak się podchodzi do koguta, jak trzeba uważać na dziób, który jest ostry i twardy.
Mikado obchodził odtąd kury z daleka.
Otwierał szeroko pyszczek z podziwu na widok Kacperka i Melańci, które wróciły z ogrodu.
Nie pytał się o nic, nie naprzykrzał się. Przyglądał się tylko i słuchał tego, co mu mówił Puc i Bursztyn, i podziwiał nowy świat.
— No i co? — spytał go Puc, gdy już obeszły całe podwórze. — Ciekawie tu jest?
Mikado nie odpowiedział nic. Usiadł, kiwał głową, mrugał oczkami i oblizywał się prędko czerwonym językiem.
— No, jak ci się u nas podoba? — dopytywał się Bursztyn. Mikado milczał przez chwilę. Wreszcie szepnął:
— To jest życie! Nie to, co w wielkim mieście, gdzie się nie widzi nic więcej, prócz mebli i pokoju.
Jeszcze była ósemka i polowanie na motyle z Bursztynem. I łapanie wróbli we trójkę.
Aż nareszcie przyszedł kres zabawy. Było południe. Słońce prażyło. Psy były zgonione. Same oczy im się kleiły.
Poszły spać do budy.
Puc, który nabrał serca do Mikada, ustąpił mu brzeżek swego miejsca, a Bursztyńsio nawet wygrzebał dla Japończyka spod słomy łopatkę baranią.
— Masz, pobaw się przed snem. To bardzo miło — zachęcał.
Ale Mikaduchna patrzył na kość z takim obrzydzeniem i przestrachem, że aż się Puc zaśmiał.
— Co się z tym robi? — pytał.
— Bierze się w zęby i gryzie — odpowiedział mu Puc. — Tak! Śmiało — zachęcał Mikaduchnę, który ledwie, ledwie dotykał zębami brudnego gnata.
— Moja pani nie pozwalała mi dotąd brać do pyszczka takich brudnych rzeczy — usprawiedliwiał się Mikado.
— I Katarzyna nie pozwalała nam gryźć kości w budzie — zauważył Puc.
— I dlatego nie ma, jak barania łopatka — szepnął Bursztyn i cmoknął raz i drugi oblizany gnat.
Później chwycił go zębami. Ale jakoś niemocno. Tak ledwo, ledwo. Kość się wysunęła z pyszczka Bursztyńsia, trąciła w nos Puca, który już miał oczy zamknięte, i zsunęła się po jedwabistej sierści Mikaduchny, który już chrapał w najlepsze.
Tak się skończyło pierwsze wejście w świat japońskiego pięknisia.