Rozdział szósty

Na podwórzu stała tylko jedna psia buda.

Miała ona parter i piętro.

To piętro powstało samo przez się. Katarzyna kiedyś na zimę zrobiła w budzie sufit ze słomianki, żeby psom było cieplej. Ale Bursztyńsiowi pomysł z sufitem nie przypadł jakoś do smaku.

Póty majstrował, póty szarpał zębami, aż wreszcie naderwał słomiankę z jednego boku. I wtedy to, pomiędzy oderwanym sufitem a daszkiem budy, wytworzyło się pięterko. Okazało się, że było ono potrzebne. Miało własnego lokatora.

Odtąd bowiem na parterze budy sypiały psy, na poddaszu zaś koty. Dawniej rezydowała tam Europa, teraz sypiała Imka.

Z samego rana, jak tylko Katarzyna skrzypnęła drzwiami od sieni, w psiej budzie rozpoczął się ruch. Pierwszy wytoczył się Bursztyńsio. Wypchnął go Puc.

Puc jak zawsze wyszedł z budy godnie. Wyciągnął za siebie jedną tylną nogę, później drugą. Otrząsnął się. Spojrzał na Bursztyna i powiedział ostro:

— Bursztyn, obudź się! Już czas. Rozumiesz czy nie?

Bursztyńsio był śpiochem nad śpiochy. Stał przy budzie i chwiał się na nogach jak nieprzytomny.

— Bursztyn — krzyknął na niego Puc — obudź się, słyszałeś?

Bursztyn otworzył jedno oko mętne i zaspane. Nie odpowiedział nic. Usiadł na ogonie. Rozdarł paszczękę i ziewał.

Ale jak ziewał!

Aż się wstrząsał cały po każdym ziewnięciu.

Wreszcie kichnął potężnie raz, kichnął drugi, obejrzał się. I nagle zerwał się z ziemi i zawrócił do budy.

— Ty dokąd? — pyta go Puc.

— Dajcie mi się wyspać — błagał Bursztyńsio.

— To ty nie wiesz, że Katarzyna za chwilę wyjdzie na podwórze?

— Wszystko mi jedno — mamrotał Bursztyńsio i pakował się z powrotem do budy.

Ale już stamtąd lekkim kroczkiem, przeciągając się i wyginając, wychodziła Imka. Wcale nie miała ochoty ustępować Bursztyńsiowi.

— Zejdź mi z drogi, ty śpiochu, ty niedojdo! — krzyknęła na niego z góry.

Bursztyńsio nie odrzekł ani słowa. Pchał się gwałtem do budy. Kocica dała mu raz i drugi po zaspanej łepetynie. Bursztyńsio wrzasnął:

— Co to jest? Co to za porządki? — I uciekł pod kurnik.

Trzeba wam wiedzieć, że Imka krótko trzymała psy. Siadywała ona zawsze gdzieś wysoko i spoglądała z góry na bawiące się szczenięta. Wodziła za nimi bursztynowymi oczyma. Uważała, co robią.

Niech no się psy zbytnio rozfiglowały, niech pohałasowały niepotrzebnie w pokoju albo na podwórzu!

Jak piorun z jasnego nieba spadała wtedy Imka na psiaki.

Brały one wnyki, i to porządne, bo kocica żartować nie lubiła.

Nic dziwnego więc, że Puc i Bursztyn bały się kotki, gdy były małe. Nie przestały się jej bać, choć podrosły. Sypiały z nią razem, bawiły się nieraz, ale miały przed nią respekt.

I dlatego Bursztyn jak niepyszny uciekł z budy, gdy mu tylko kocica kazała się wynosić.

Usiadł pod kurnikiem.

Rozpoczął ranną toaletę. Wodził pyszczkiem po całym ciele, nie wyłączając ogona. Kłapał zawzięcie zębami.

Co robił? Łatwo się domyślić, że walczył z pchłami. Jak wiecie, Bursztyn bał się wody jak ognia, więc walka z licznym nieprzyjacielem była uciążliwa i trudna.

Otworzyły się drzwi. Stanęła w nich Katarzyna. Niosła w misce jedzenie dla drobiu.

Puc patrzył za nią, ale się nie ruszył z miejsca. Bursztyn za to zerwał się i dreptał krok w krok za Katarzyną. A nos miał zadarty do góry.

— Bursztyn, na miejsce! — krzyknął na niego Puc. Zawsze się kompromitujesz. Nie wiesz to, że Katarzyna nie lubi, kiedy się zagląda do kurzego jedzenia?

Bursztyn udawał, że nie słyszy. Przed samą furtką prowadzącą do kurnika schował się za spódnicę Katarzyny. W ten sposób przedostał się za kratę. Przyczaił się pod deską i czekał.

Puc spoglądał na Bursztyńsiowe machinacje23 jednym okiem i nie odzywał się wcale.

Katarzyna zsypywała kurze jadło do miski. Tłuczone kartofle z osypką dla kaczek. Nalała wody do ceberka, do poideł i poszła.

Puc słyszał szczęk zamykanej furtki.

— O, toś wpadł — powiedział do Bursztyńsia. — Widzisz, jakże się teraz wydostaniesz?

Bursztyn jednak wcale nie uważał na to, co mu Puc mówił. Dopadł do kaczego jadła. I ćpał24 kartofle z osypką, nie odrywając łba od koryta.

I kto to się tak objadał kaczymi smakołykami? Bursztyńsio! Ten gagatek, którego kłuły w zęby marchew i pietruszka z rosołu. Który się krzywił, kiedy mu dano kromkę chleba!

Bursztyn zajadał się tak, że zupełnie nie wiedział, co się wkoło niego dzieje.

Kacperek z Melańcią stali z daleka. Przyglądali się psu to jednym, to drugim okiem.

— Melańciu, jeśli się nie mylę, to jedzenie, które pałaszuje ten pies, przeznaczone jest dla nas, kaczek — kwakał Kacperek.

— Nie mylisz się, Kacperku — odpowiedziała zgodna zawsze Melańcia. — To jest nasze jedzenie.

— Kto rano wstaje, temu głód dokucza — rzekł Kacperek, który się lubował w kaczych przysłowiach. — Mam wrażenie, że jeśli pies będzie jadł tak żarłocznie, wkrótce nie zostanie dla nas ani na posmakowanie.

Melańcia nie odpowiedziała nic. Z rozwartym szeroko dziobem wpatrywała się w koryto.

— Melańciu, już ci wspominałem o tym, że nie wypada rozdzierać dzioba tak szeroko. Właśnie chciałem ci powiedzieć, co zamierzam uczynić — zaczął Kacperek i urwał.

Bo Melańcia nie czekając na to, co jej powie mąż, sama znalazła sposób, i bodaj najlepszy.

Nie pytając o nic, zaczęła wyjadać z koryta, sięgając dziobem jak najdalej od psa. Połykała jadło z takim pośpiechem, że ledwie zdążyła poruszać dziobem, a gardło wydymało się jej jak bania. Spostrzegł to Kacperek, zadreptał w miejscu i zabrał się do koryta z drugiej strony.

Bursztyńsio dostrzegł te kacze manewry.

— Precz, kwakajły! — warknął i skoczył do Kacperka.

— Rata, rata, rata! — wrzasnął niekaczym głosem Kacperek.

I uciekał, co miał sił w krótkich nogach.

Jeszcze rozpaczliwiej darła się Melańcia, na którą z kolei rzucił się Bursztyńsio.

Obydwie kaczki toczyły się jak ciężkie kule. Melańcia z rozpędu wpadła na Białasa, Białas na Łyskę. Łyska odbiła się od Kacperka i wpadła na Czarnuchę. Zrobił się taki harmider, taki wrzask, że... Puc krzyknął:

— Bursztyn, Katarzyna!

Jakoż istotnie, tuż przy siatce stała już Katarzyna.

Spojrzała na to, co się w kurniku działo i, niewiele myśląc, łap — za węża gumowego do polewania ogrodu! Odkręciła kran i puściła strugę wody w kurnik.

Kury skoczyły na siatkę. Kaczki schowały się do komórki. Na placu został tylko Bursztyńsio.

Pamiętacie zapewne, że Bursztyn bał się wody. Otóż wyobrażacie sobie, jak mu było miło, kiedy go Katarzyna polała lodowatą wodą?

Wił się jak piskorz, krzyczał, miotał się jak oszalały. A tu furtka zamknięta.

— A będziesz łaził do kurnika! Będziesz wyjadał kaczkom!

— Oj, nie będę, nie będę - jęczał Bursztyn, starając się uciec przed strumieniem wody.

— No, masz dość — powiedziała wreszcie Katarzyna, zakręciła kran od węża i otworzyła furtkę.

Bursztyn wypadł na podwórze, jednym susem był na ulicy i tyle go wiedzieli.

Puc spojrzał za nim z odrazą, podszedł godnie do Katarzyny, majtnął kilka razy ogonem i powiedział z powagą:

— Ja tam nigdy nie chodzę do kurnika!

Podsatwił łepetynę Katarzynie pod rękę i czekał, by go pogłaskała

Katarzyna nieskora była jednak do pieszczot, więc odsunęła psa i poszła. Puc za nią. Że drzwi od kuchni były otwarte, a Katarzyna spoglądała właśnie w ogród, więc Pucunio ostrożniuteńko się przewinął i wsunął do sionki.

W kuchni wylizał starannie wszystko, co było do wylizania

Zajrzał do pokoju. Cisza. Wszedł

I od razu uderzył go w nos zapach przerozkoszny.

— Co to jest? — pomyślał. — Mięso?

Poszedł za zapachem. W kącie koło kredensu, tam gdzie była psia szkoła, stał stolik. Zazwyczaj na tym stoliku nie było nic ciekawego. Filiżanka, czasem kubeczek od mleka. Nie warto było zwracać na to uwagi! Ale dziś! Dziś stał tam talerz. A na tym talerzu, o dziwo, kotlety!

Puc własnym oczom nie wierzył. Obwąchał mięso starannie, oblizał się

Pucuniu, nie rusz — mówił sam do siebie. — Pucuniu, jesteś przecież porządny pies. Pucuniu, uważaj.

Powtarzał sobie te przestrogi i powtarzał

Ale tak jakoś samo z siebie się stało, że kotlet wpadł mu sam w zęby. Nawinął się jakoś

— Puc, opamiętaj się — powiedział sobie pies.

Ale już było po kotlecie!

Drugi kotlet też jakoś dziwnie sam spadł na ziemię. Też jakoś nie wiadomo, dlaczego.

Czyż miał tak leżeć na podłodze?

Co komu przyjdzie z takiego ubrukanego kotleta?

Cóż miał tedy począć biedny Pucunia? Zjadł tak prędziutko i ten drugi kotlet, że się omal nim nie udławił.

Wylizał podłogę do czysta. Poszedł

Zaraz w drugim pokoju trafił na Tiuzdejka

Angielskie cudo leżało zwinięte w koszyczku i trzęsło się z zimna, pomimo że miało na sobie fraczek pomidorowy w kratkę.

Złym okiem spogldał wyfraczony pies na Puca, kóry, że był dobrze wychowany, zbliżał się z wyszczerzonymi w miłym uśmiechu zębami i majtał najprzyjaźniej ogonem

— Po co się tu wałęsasz? Nie lubię takich kundlów jak ty! — warknął do niego zgryźliwie Tiuzdejek.

— Tyś co powiedział? — spytał go Puc jeszcze zupełnie spokojnie.

— Że jesteś kundel. Że cię czuć obrzydliwie, iż zaraz kichnę, jeśli stąd nie odejdziesz. A wiedz o tym, że nie dawno miałem katar i że jeśli będę kichał, to mi to może zaszkodzić.

Puc nie brał bardzo do serca tych uwag. Zajęty był zupełnie czym innym. Bardzo mu się podobała poduszka, na której leżał Tiuzdej. I koszyk.

— Ładnie sobie sypiasz — powiedział z uznaniem.

— Ażebyś wiedział — burknął Tiuzdej i obrócił się w koło na miejscu, moszcząc się jak najwygodniej na poduszce.

— Miękka ta poduszka? — dopytywał się Puc.

Ale Tiuzdej nie raczył odpowiedzieć.

Zmrużył oczy i udał, że śpi.

— No, pytam się, czy miękka poduszka? — powtórzył Puc.

Tiuzdej milczał.

Cóż ma począć pies, który na ważne pytania nie otrzymuje odpowiedzi? Musi spróbować sam dać sobie odpowiedź, prawda?

Tak też postąpił i Puc.

Ostrożnie, powolusieńku, żeby nie być natrętnym, postawił jedną nogę na poduszce.

Poczekał chwilę. Postawił drugą.

— Miękko tu leżeć, bardzo miękko — powiedział grzecznie do Tiuzdeja i na samym brzeżku koszyka oparł lewą tylną nogę.

Później prawą. Usiadł całkiem od niechcenia na samym koniuszku kosza i rozkoszował się tym, jak to tu miękko i przytulnie.

Tiuzdej się nie poruszał. Więc Pucunio ostrożniutko ułożył się na poduszce. Na samym brzeżku, rozumie się.

— Masz dość miejsca dla siebie, Tiuzdejku, prawda? — dopytywał się grzecznie.

Nie otrzymawszy odpowiedzi, uznał, że istotnie nikomu na poduszce nie przeszkadza. Więc się też rozłożył wygodnie. Wyprostował nogi.

— Wynoś się stąd! — warknął tym razem ze złością Tiuzdej, który nagle znalazł się na samym brzeżku kosza.

— Fe, jakiś ty nieużyty25 — oburknął go Puc. Zjem ci tę twoją poduszkę?

— Ale ja już nie mam miejsca dla siebie, już lecę — skarżył się Tiuzdej.

— Toteż lepiej nie spadaj, bo ci to może zaszkodzić. Zejdź sam - radził Pucunio i rozprostował się tak przestronnie, że Tiuzdej znalazł się na podłodze.

— Zabrał mi kosz! Zepchnał mnie z mojej poduszki! — mazał się Tiuzdej.

— Fee, jak to nieładnie tak się skarżyć. Jaki ty jesteś nieużyty. Jaki sobek26 — wymawiał mu Puc. — Poczekaj, niech ja sobie troszkę poleżę. Zaraz cię puszczę.

Ale Tiuzdej nie przerywał skarg. Zawodził, krzyczał, wreszcie z jękiem pobiegł do swojej pani.

Panna Agata skoczyła do swojego skarbuńcia. Od razu się domyśliła, że mu się stała jakaś krzywda.

Starała się go uspokoić, ale Tiuzdej uspokoić się nie dał.

Z lamentem biegł ku miejscu, gdzie stał jego kosz.

Za nim, w nocnych pantoflach i szlafroku, biegła panna Agata.

Zobaczyłą Puca, który rozkosznie zwinięty w kłębuszek, wylegiwał się na poduszce.

— Precz! Precz! Wynoś się! — wpadła z góry na psa, który się wcale jej widoku nie spodziewał.

Puc miał swój honor. Wolno było krzyczeć na niego Katarzynie. Bo Katarzyna, to Katarzyna. Każdy to wie, pierwsza osoba w domu! Każdy jej musi słuchać, bo ona wszystkich karmi.

Ale żeby taka obca, taka przybłęda, która pierwszy raz jest w domu, śmiała wymyślać zasiedziałemu psu? I to na własnych jego śmieciach?

— Tego nie było i nie będzie — powiedział sobie Pucunio, wyszczerzył zęby i zawarczał głucho:

— Proszę zniżyć ton, nie znoszę wrzasków.

— Zejdź z poduszki! Idź precz, ty kundlu podwórzowy!

Panna Agata wysunęła rękę i chciała schwycić Puca za kark.

— Niedoczekanie twoje — warknął Puc i łap, pannę Agatę za palec.

A Pucunio ząbki miał jak igły.

— Takiś ty, poczekaj! — zawołała dama i pobiegła do siebie.

— Aha, no i czyje na wierzchu? — krzyknął za nią Puc.

I żeby zaznaczyć, że zwyciężył i że gardzi pokonanym wrogiem, zakręcił się w kółko na koszyku i obrócił do pokoju ogonem.

Panna Agata wróciła z parasolką w ręku. Otworzyła ją. Wyciągnęła przed siebie jak tarczę i wpadła na Puca.

Puc spojrzał i rozwarł paszczę w najweselszym uśmiechu.

— A to ci będzie zabawa — pomyślał. — Jeszczem też czegoś podobnego nie widział!27

I zanim panna Agata zbliżyła się do niego z parasolką. Puc już się zerwał, skoczył, chapnął za brzeg, tam gdzie była koronka, i nuż targać, szarpać, wydzierać.

Panna Agata w krzyk. Chce wyrwać parasolkę, a Puc trzyma ją zębami jak w kleszczach i rwie ku sobie. Zaczęła się szarpanina. W tej walce zakręcili się w kółko raz, zakręcili drugi. Szlafrok panny Agaty rozdął się jak żagiel. Musnął Puca po nosie.

— Nie bawię się więcej w parasolkę! — powiedział sobie Puc. — Łapać za te skrzydła!

Wypuścił parasolkę, a wpił się zębami w skraj szlafroka.

I jazda!

Kręcił się w kółko lepiej niż na karuzeli.

Bo panna Agata, chcąc się uwolnić od psa, obracała się w koło jak fryga28.

Pucunio stuknął z rozmachu w Tiuzdejka i wbił go pod szafę. Łupnął głową o stołeczek pod nogi. Ten stołeczek wpadł jak kula pod większy stolik, który stał niepewnie na trzech ciężkich nogach.

Na tym trójnożnym stoliku stała palma, ukochanie i duma Katarzyny.

Stolik spod palmy nie miał nic lepszego do roboty, jak się zachwiać w jedną stronę, zachwiać w drugą. Palma się zachybotała. I brzdęk na ziemię!

Tuż pod nogi pannie Agacie.

Panna Agata rymnęła jak długa wprost na samą palmę.

— O Jezu Nazareński! — jęknęła Katarzyna na ten widok, bo właśnie weszła do pokoju.

— Najwyższy czas wycofać się z towarzystwa — powiedział sobie Pucunio, którego upadek palmy przyprowadził do przytomności.

I chyłkiem, tuż przy ścianie, przemykał się ku drzwiom.

Już miał przeszmyrgnąć obok Katarzyny, gdy wtem poczuł na karku jej kościste palce.

— Zginąłem! — wrzasnął i na wszelki wypadek zaczął skowyczeć rozpaczliwie.

Katarzyna niosła Pucunia, trzymając nieboraka za skórę na karku.

Po drodze przypomniała mu i to, że zrzucił palmę, i to, że nie szanował gościa.

Dała mu ostatniego klapsa, krzyknęła na drogę:

— Żebyś mi się tu na oczy nie pokazywał!

I wyrzuciła go na podwórko.

Pucunio, utykając na lewą tylną nogę, wlókł się do budy. Zastał już w niej Bursztyńsia.

— Usuń się — powiedział głosem obolałym. — Mógłbyś uszanować nieszczęście! — wymówił mu gorzko.

Wyciągnął się na słomie i rozmyślał.

— Wiesz, Bursztyn — odezwał się po chwili spokojniejszym już głosem. — Różne rzeczy widziałem, ale takiej wesołej zabawy, jak z tą panią, co przyjechała do nas, tom jeszcze nie oglądał29.

— Nie bardzo ci jakoś na zdrowie poszła ta zabawa! — zadrwił Bursztyńsio.

— Bo to można żyć spokojnie w domu, w którym taka Katarzyna może robić, co jej się żywnie podoba? — westchnął. — Aj, co mnie tu uwiera w bok? Coś ty przyniósł, Bursztyn?

Spojrzał.

Zobaczył, jak Bursztyńsio oblizuje ulubioną zabawkę — barani gnat, jedyną psią pociechę w ciągłych strapieniach.

Szarpnął kość do siebie. Zaczął od niechcenia, byle czas zająć, cmoktać baranią łopatkę z grubego końca.

Bursztyńsio nie protestował. Był bardzo zgodny i przyjacielski.

Serdecznie zresztą współczuł Pucowi. Obaj byli nieszczęśliwi przez Katarzynę.

Psy cmoktały kość, cmoktały, aż wreszcie zasnęły nos w nos.

Tak to wspólne nieszczęście połączyło skołatane psie dusze, a sen je ukoił.