I

Rozmiłowana, roztęskniona,

Hen! od wieczornej idzie zorzy

Zamykać Tatry w swe ramiona.

Przed nią zawiewa oddech boży:

Wonie jedliczne i świerkowe

Ze swych lesistych wstają łoży.

A ona tuli jasną głowę

Do Osobitej1, by wraz potem

Kłaść ją na piersi Giewontowe.

Po reglach muśnie li przelotem,

Czoło Świnniczne2 w żar rozpali

I Hawrań3 zleje krwawym złotem.

Tak mknąc po szczycie i po hali,

Z ogniem tęsknicy ginie w dali...