IV

Mgieł opalowych wiewny len

Otula strome głazy,

A duch nad mgłami zapadł w sen,

W promienny sen ekstazy.

Ponad skalisty wzniósł się loch,

Nad śmierci żlebne cienie,

Stracił sprzed oczu ciała proch,

Wieczności ma widzenie.

Kroplą dżdżu wrócił do swych mórz,

Do pierwotnego łona:

Granice czasu znikły już,

Gdzież przestrzeń określona?

W bezmiarze świetlnych tęcz i łun,

W błękitów, w barw bezkresie

Cicho sferycznych nuta strun

W słodkich się szumach niesie.

Przesłodkich szumów żaden zgrzyt

Nie skłóci w tym bezmiarze,

Gdzie bezkresowy twórczy byt

Rozlewa swe miraże.

Gdzie tajemniczy, wielki „on”,

Obcy ziemskiemu oku,

Wysnuwa z siebie plonów plon

W nieustającym toku.

Gdzie „on”, co jeden jest i wraz

Milionem jest milionów,

Wchłania znów w siebie w ciągły czas.

Pierwiastki swoich plonów.

I, niby świetlny, wiewny puch,

Wzniósłszy się do tych szczytów

We śnie ekstazy, ludzki duch

Stapia się z bytem bytów.

Ale jak kropla blask ma swój

W blaskach wielkiego morza,

Gdy na nie ogni złoty zdrój

Poranna zleje zorza:

Tak duch swym własnym światłem lśni,

W światłości tej bezkresie,

Co jest początkiem ziemskich dni,

Co źródłem życia zwie się.

Dziwnych zespoleń święty chrzest

Natury mu nie zmienia:

On czuje rozkosz, że on jest,

I rozkosz ma tworzenia.

On ma świadomość swoich sił,

On wie, że wnika wszędzie,

Że mu początek obcy był,

Że końca mieć nie będzie.

On w skojarzeniu widzi tem,

Że, jako on, świadomie

Wypełnia ogrom swoim tchem

I mieści się w atomie.

W ten bezgraniczny wszedłszy chram,

On dzisiaj czuje w sobie,

Że żyje dalej w nim, co tam

W ponurym legło grobie:

Słońca i gwiazdy, które już

Zagasły ludzkim oczom,

Ognie rozpierzchłych dawno zórz

W nim swoje blaski toczą.

Długich pokoleń rojny tłum,

Co zginął w czasu fali,

Zgniłych już dębów zgłuchły szum

W nim ciągle żyje dalej.

Barwy zdeptanych dawno ziół,

Traw pokoszonych wonie,

Wody, po których został muł,

Wciąż żyją w jego łonie.

Myśl, co rozparła ludzki mózg,

I instynkt, co był w płazie,

Wielkie uczucie, co od rózg

Zginęło jak w ekstazie;

Wola i zmarły odruch ciał,

Bytów materia wszystka,

Szept, co go z wargi powiew zwiał,

Przelotne drgnięcie listka:

Cały ten bezmiar, bezlik ten

Życioświadczego ruchu,

Co tam snać7 w wieczny zapadł sen,

Tu wiecznie żyje w duchu.

I on, zlan z bytów bytem on,

On, co w tworzenia niebie

Wysnuwa z siebie plonów plon

I znów go wchłania w siebie8

On, co na słońca wzniósł się perć,

Zrzuciwszy ciał okrycie,

On wie, że złudą li jest śmierć,

A zasię prawdą: życie!