I

Śniegu i lodu srebrzyste bezmiary,

Wśród nich, jak wyspy, straszne sterczą złomy;

W górze niebieskich kryształów ogromy,

Rozpłomienione słonecznemi żary.

Fioletowe zniknęły opary —

I wzrok nasz, cudów przedwieku łakomy,

Ma tuż w nagości dziewiczej widomy

Znak bożej siły, źródło wielkiej wiary.

I z ciał tych naszych, zawisłych bezwładnie

Na opoczystych urwiskach, ulata

Duch, zachwycony, nad śnieżne przestworze —

Nad czarne szczyty, śmiejące się zdradnie

Obliczem z lodu, i klęka w pokorze

Gdzieś przed nieznanym źródłem tego świata.