O kaznodziei

Pytano kaznodzieje: „Czemu to, prałacie,

Nie tak sami żywiecie, jako nauczacie?”

(A miał doma kucharkę.) I rzecze: „Mój panie,

Kazaniu się nie dziwuj, bo mam pięćset na nie;

A nie wziąłbych tysiąca, mogę to rzec śmiele,

Bych tak miał czynić, jako nauczam w kościele.”

O Koźle210

Kozieł, kto go zna, piwszy do północy,

Nie mógł do domu trafić o swej mocy;

Ujźrzawszy kogoś: „Słuchaj, panie młody,

Proszę cię, nie wiesz ty mojej gospody?”

A ten: „Niech cię znam, tedy się dowiewa211.”

„Jam — pry — jest Kozieł.” „Idźże spać do chlewa!”

O łazarzowych księgach212

Coć wymyślili ci heretykowie?

(Bo tak filozof luterana zowie.)

Łazarz on święty, kiedy znowu ożył,

Napisał księgi, w które wszytko włożył,

Cokolwiek widział albo co i słyszał

Na onym świecie, gdy pod ziemią dyszał.

Ale ich nie chciał pokazać nikomu,

Ani obcemu, ani swoim w domu.

Aż gdy miał umrzeć, natenczas tam wskazał

Po filozofa213 i temuż ukazał

One swe księgi, ale zawiązane214

I nadto jeszcze zapieczętowane.

I rzecze k’niemu: „Ja śmierć bliską czuję,

A tak cię tymi księgami daruję215,

Gdziem wszytko włożył, com widział i słyszał

Na onym świecie, gdym pod ziemią dyszał.

Ale cię proszę, byś ich nie otwierał,

Aż kiedy także sam będziesz umierał.

Bo tam nic nie masz, czego żywym trzeba:

Wszytko się plecie coś około nieba.

Przeto tymczasem inszych rzeczy pytaj,

A moje księgi przy skonaniu czytaj!

A przeczytawszy oddasz je drugiemu

Filozofowi także uczonemuTen pas Greta, podstarzawszy sobie,

Poświęciła, można Wenus, tobie.

Tomku złoty, twoja wie kaleta,

Skąd dostała tego pasa Greta!,

I tak do końca niech się podarzają216,

A przed skonaniem tylko je czytają!”

Tamże przywiedzion mój filozof k’temu.

Że przysiągł dosyć uczynić wszytkiemu.

Łazarz w tym skonał; wziął filozof księgi,

Dawno by w nich był, by nie dla przysięgi217;

Owa tak długo leżał w tym rosole218,

Że one księgi rozłożył po stole,

Pocznie wartować, ali papier goły:

„Ba to — pry — pismo nie z głębokiej szkoły.”

Więc, jako czytał, tak też trzymał o tym

I podał drugim filozofom potym.

O miłości

Kto naprzód począł Miłość dziecięciem malować,

Może mu się zaprawdę każdy podziwować;

Ten widział, że to ludzie bez rozumu prawie,

A wielkie dobra tracą przy tej głupiej sprawie.

Tenże nie darmo przydał do ramienia pierze,

Bo tam częsta odmiana; to gniew, to przymierze.

Strzały znaczą, że nagle człowieka ugodzi,

A z onej rany żaden zdrowo nie odchodzi.

We mnie strzały mieszkają i ten bożek mały,

Ale mu pewnie wszytki pióra wypadały,

Bo się nie da wypłoszyć nigdziej z serca mego

Ani mi odpoczynku pozwoli żadnego.

Co za rozkosz masz mieszkać w suchych kościach moich?

Żaby już nie czas przenieść gdzie indziej strzał swoich?

Lepiej swej mocy na tych nieukach skosztujesz,

Bo już nie mnie, ale mój tylko cień frasujesz,

Który jeśli zatracisz, kto tak śpiewać będzie?

Z moich tych prostych rymów jesteś sławnym wszędzie,

Które rumianej twarzy i oka czarnego

Nie zamilczą u paniej, i chodu snadnego219.