Dalszy ciąg historii Lopeza Soarez
Powiedziałem ci, że mój ojciec zabronił mi przybierać tytuł „don”, dobywać szpady i wdawać się ze szlachtą, nade wszystko zaś wchodzić w jakiekolwiek stosunki z rodziną Moro. Mówiłem ci także o niepowściągnionym popędzie, jaki miałem do czytania romansów. Wbiłem więc sobie dobrze w pamięć przestrogi mego ojca, po czym obszedłem wszystkich księgarzy Kadyksu, aby zaopatrzyć się w ten rodzaj dzieł, z których, zwłaszcza w podroży, obiecywałem sobie niewypowiedzianą przyjemność.
Nareszcie wsiadłem na mały statek kupiecki i muszę wyznać, że z radością opuściłem naszą suchą, spaloną i zakurzoną wyspę. W drodze nie mogłem dość nacieszyć się widokiem kwiecistych brzegów Andaluzji, wpłynąłem do Gwadalkiwiru i wylądowałem w Sewilli.
Czarujące okolice między Sewillą a Kordową, malownicze położenia gór Sierra Morena, pasterskie obyczaje mieszkańców Manczy, wszystko, co widziałem, dodawało wdzięku ulubionym moim książkom. Roztkliwiałem moją duszę, karmiłem ją wymarzonymi i tęsknymi uczuciami tak dalece, że przybywszy do Madrytu, kochałem się już szalenie, chociaż nie znałem jeszcze przedmiotu moich uwielbień.
Stanąwszy w stolicy, zatrzymałem się Pod Krzyżem Maltańskim. Południe wybiło i niebawem zastawiono mi obiad, następnie zacząłem rozkładać moje rzeczy, jak to zwykli czynić podróżni zaraz po wprowadzeniu się do nowego mieszkania. Śród tego usłyszałem jakiś szmer przy zamku od drzwi. Poskoczyłem i otworzyłem nieco gwałtownie, ale opór, jakiego doznałem przekonał mnie, że musiałem kogoś potrącić. W istocie, ujrzałem za drzwiami człowieka dość porządnie ubranego, który nos sobie z krwi ocierał.
— Señor don Lopez — rzekł mi nieznajomy — dowiedziałem się na dole w gospodzie o przybyciu zacnego syna znakomitego Gaspara Soareza i przychodzę złożyć mu moje uszanowanie.
— Mości panie — odpowiedziałem — jeżeli po prostu chciałeś wejść do mnie, byłbym, otwierając, nabił ci guza na głowie, ale to podrapanie nosa dowodzi, że zapewne musiałeś go pan trzymać przy zamku.
— Wyśmienicie — zawołał nieznajomy — podziwiam pańską przenikliwość. Nie mogę utaić, że pragnąc zaznajomić się z panem, chciałem zawczasu powziąć niejakie wyobrażenie o pańskiej powierzchowności i byłem w zachwyceniu na widok szlachetnej postawy, z jaką chodziłeś po pokoju i układałeś twoje rzeczy.
Po tych słowach nieznajomy wcale nieproszony wszedł do mnie i tak dalej mówił:
— Señor don Lopez! Widzisz we mnie znakomitego potomka rodziny Busqueros ze starej Kastylii, której nie należy mieszać z innymi Busquerosami rodem z Leonu. Co do mnie, znany jestem pod nazwiskiem don Roque Busqueros186, ale odtąd pragnę szczycić się tylko moim poświęceniem dla jaśnie wielmożnego pana.
Przypomniałem sobie naówczas przestrogi mego ojca i rzekłem:
— Señor don Roque, muszę ci wyznać, że Gaspar Soarez, którego jestem synem, żegnając się ze mną, zabronił mi raz na zawsze przybierania tytułu „don” oraz rozkazał, abym nigdy nie wdawał się z żadnym szlachcicem. Stąd, pojmujesz señor, że niepodobna mi będzie korzystać z jego łaskawej dla mnie uprzejmości.
Na te słowa Busqueros przybrał poważną postać i rzekł:
— Wyrazy te waszej wielmożności stawiają mnie w nader przykrym położeniu, albowiem mój ojciec, umierając, jak najuroczyściej rozkazał mi, abym zawsze dawał tytuł „don” znakomitym kupcom i o ile możności szukał ich towarzystwa. Widzisz zatem señor don Lopez, że tylko kosztem mego posłuszeństwa dla mego ojca możesz słuchać rozkazów twego i im bardziej będziesz mnie unikał, tym bardziej ja, jako dobry syn, muszę usiłować narzucać ci się z moją osobą.
Busqueros zmieszał mnie tą uwagą, tym bardziej że mówiąc, przybrał srogą postać, a ojcowski zakaz dobywania szpady nie pozwalał mi zarazem wszcząć kłótni.
Tymczasem don Roque znalazł na moim stole ósmaki, czyli sztuki złota ważące po osiem dukatów holenderskich.
— Señor don Lopez — rzekł — właśnie zbieram podobne sztuki złota i pomimo całej usilności dotąd nie miałem bitych z tego roku. Pojmujesz, co to jest namiętność do zbiorów i mniemam, że sprawię ci przyjemność, dając ci sposobność zobowiązania mnie, czyli raczej przypadek szczególniejszy ci ją podaje, gdyż posiadam takowe sztuki z pierwszych lat, w których się pojawiły, i tylko brakowało mi z dwóch tych lat, które w tej chwili na nich spostrzegam.
Ofiarowałem przybyszowi żądane sztuki złota z tym większym pośpiechem, że myślałem, iż potem natychmiast odejdzie; ale don Roque wcale tego nie uczynił i wracając do dawnej surowej postaci, rzekł:
— Señor don Lopez, zdaje mi się, że nie wypada, abyśmy jedli z jednego talerza lub co chwila podawali sobie kolejno łyżkę albo widelec. Każę przynieść drugie nakrycie. To mówiąc, Burqueros wydał stosowne rozkazy, zasiedliśmy do stołu i wyznam, że rozmowa mego nieproszonego gościa była dość zabawna, tak że gdyby nie myśl przełamania ojcowskich rozkazów, z przyjemnością byłbym go widywał przy moim stole.
Busqueros wyszedł natychmiast po obiedzie, ja zaś, przeczekawszy upał, kazałem się zaprowadzić na Prado. Z zadziwieniem spoglądałem na piękne położenie tego miejsca, z najwyższą jednak niecierpliwością oczekiwałem chwili, w której będę mógł zwiedzić Buen Retiro. Ta samotna przechadzka sławna jest w naszych romansach i sam nie wiem, jakie przeczucie zapowiadało mi, że wejdę tam niezawodnie w jakieś miłosne stosunki.
Widok tego zachwycającego ogrodu oczarował mnie więcej niż ci to mogę wypowiedzieć. Byłbym długo tak stał pogrążony w marzeniach, gdyby jakiś świecący przedmiot, leżący na uboczu, między gęstymi krzewami, nie był zwrócił mojej uwagi. Podniosłem go i spostrzegłem portret przywiązany do kawałka złotego łańcuszka. Portret ten wyobrażał bardzo przystojnego młodego mężczyznę — na drugiej stronie była plecionka z włosów przedzielona złotym paskiem, na którym wyczytałem napis: „Wiecznie twój, moja najdroższa Inezo”. Schowałem klejnot do kieszeni i kontynuowałem moją przechadzkę.
Wróciwszy następnie na to samo miejsce, zastałem dwie kobiety, z których jedna, młoda i nadzwyczaj piękna, cała zafrasowana z wielką bacznością szukała czegoś na ziemi. Z łatwością odgadłem, że chodziło jej o zgubiony portret. Zbliżyłem się więc do niej z uszanowaniem i rzekłem:
— Pani, zdaje mi się, że znalazłem przedmiot, którego szukasz, wszelako roztropność nie pozwala mi oddać go, zanim pani kilkoma słowami nie raczysz dowieść swoich praw własności do znalezionej przeze mnie rzeczy.
— Powiem zatem panu — odpowiedziała piękna nieznajoma — że szukam portretu z kawałkiem łańcuszka złotego, którego resztę trzymam w ręku.
— Ale — dodałem — czy nie było jakiego napisu na portrecie?
— Był — odrzekła nieznajoma, nieco się zapłoniwszy — wyczytałeś pan w nim, że nazywam się Inez i że oryginał tego portretu jest „wiecznie mój”. Teraz spodziewam się, że pan zechcesz mi go oddać.
— Nie mówisz mi pani — rzekłem — jakim sposobem szczęśliwy ten śmiertelnik wiecznie do pani należy.
— Uważałam za swój obowiązek — odparła piękna nieznajoma — zadośćuczynić pańskiej przezorności, nie zaś zadowalać jego ciekawość, i nie pojmuję, jakim prawem zadajesz mi pan podobne zapytania.
— Moja ciekawość — odpowiedziałem — może więcej zasługiwałaby na nazwę zajęcia. Co zaś do prawa, na mocy którego śmiem pani zadawać podobne zapytania, pozwolę sobie uczynić uwagę: że oddający zgubiony przedmiot zwykle otrzymują przyzwoitą nagrodę. Ja błagam panią o tę tylko, która może uczynić mnie najnieszczęśliwszym z ludzi.
Młoda nieznajoma zachmurzyła czoło i rzekła:
— Zbyt pan jesteś porywczy jak na pierwsze spotkanie, nie jest to bynajmniej sposób otrzymania drugiego; wszelako mogę zaspokoić ciekawość pańską w tym względzie. Portret ten...
W tej chwili Busqueros wyszedł niespodzianie z bocznej ścieżki i zbliżywszy się do nas poufale, rzekł:
— Winszuję pani, że zaznajomiłaś się z zacnym synem najbogatszego negocjanta z Kadyksu.
Na te słowa rysy twarzy mojej nieznajomej przybrały wyraz najwyższego oburzenia.
— Sądzę, że nie dałam powodu — rzekła — aby nieznajomi śmieli do mnie przemawiać.
Następnie zwracając się do mnie, dodała:
— Racz pan oddać mi portret, który znalazłeś.
To powiedziawszy, wsiadła do karety i zniknęła nam z oczu.
W tej chwili przysłano po Cygana, który prosił nas o pozwolenie odłożenia na jutro dalszego ciągu swojej historii. Gdy odszedł, piękna Żydówka, którą odtąd nazywaliśmy Laurą, zwracając się do Velasqueza, rzekła:
— Cóż myślisz, mości książę, o rozmarzonych uczuciach młodego Soareza? Czy kiedykolwiek w życiu zastanowiłeś się choć przez chwilę nad tym, co nazywają miłością?
— System mój — odpowiedział Velasquez — obejmuje całą naturę, a tym samym musi zawierać wszelkie uczucia, jakie ta umieściła w sercu ludzkim. Zgłębiłem je wszystkie i oznaczyłem, szczególniej zaś udało mi się co do miłości, gdyż odkryłem, że można było z wszelką łatwością wyrażać ją za pomocą algebry, a jak wiesz pani, kwestie algebraiczne ulegają rozwiązaniom, które nic nie pozostawiają do żądania. W istocie, przypuśćmy, że miłość jest rzeczywistą wartością oznaczoną znakiem więcej, nienawiść, jako przeciwległa miłości, podpadnie wyrażeniu przez znak mniej, obojętność zaś, jako uczucie żadne, będzie równała się zeru.
Jeżeli następnie pomnożę miłość przez miłość, czyli powiem, że kocham miłość albo lubię kochać miłość, wypadną mi zawsze wartości dodatnie: więcej bowiem przez więcej daje zawsze więcej. Z drugiej strony, jeżeli nienawidzę nienawiści, wchodzę tym samym w uczucia miłości, czyli w ilości dodatnie, albowiem mniej przez mniej, daje więcej.
Natomiast jeżeli nienawidzę nienawiści nienawiści, wkraczam w uczucia przeciwne miłości, to jest w wartości odjemne, sześcian bowiem z mniej, daje mniej.
Co do iloczynów miłości przez nienawiść lub nienawiści przez miłość, te są zawsze odjemne, zupełnie jak więcej przez mniej lub mniej przez więcej dają zawsze mniej. W istocie bowiem, czy to nienawidzę miłości lub też kocham nienawiść, wiecznie pozostaję w uczuciach przeciwnych miłości. Czy masz, piękna Lauro, co do zarzucenia temu dowodzeniu?
— Nic zupełnie — odpowiedziała Żydówka — owszem, jestem przekonana, że nie ma kobiety, która by nie uległa podobnemu rozumowaniu.
— Wcale by mnie to nie cieszyło — odparł Velasquez — gdyż ulegając tak śpiesznie, straciłaby następstwo moich równań, czyli wniosków wynikających z moich zasad. Tymczasem postępuję dalej w moim dowodzeniu. Ponieważ więc miłość i nienawiść mają się do siebie zupełnie jak wartości dodatnie do ujemnych, wypada zatem, że zamiast nienawiści mogę napisać mniej miłość, co wszelako nie należy uważać za to samo, co obojętność, która w istocie równa się zeru.
Teraz wpatrz się dobrze w postępowanie dwojga kochanków. Kochają się, nienawidzą, później nienawidzą nienawiści, którą żywili do siebie, dalej kochają się więcej niż kiedykolwiek, dopóki ujemny czynnik nie zamieni wszystkich ich uczuć na nienawiść. Niepodobna zatem nie poznać w tych przemianach działających kolejno potęg dodatnich i odjemnych. Na koniec powiadają ci, że kochanek zamordował swoją kochankę i sama nie wiesz, co o tym myśleć, czy to jest wypadek miłości czy też nienawiści. Tak samo w algebrze: przychodzisz do liczb urojonych, ilekroć w pierwiastkach z mniej X wykładniki są parzyste.
Dowodzenie to do tego stopnia jest prawdziwe, że często widzisz, jak miłość zaczyna się przez pewien rodzaj odrazy, małą wartość odjemną, którą możemy wyrazić przez mniej B. Odraza ta sprowadzi kłótnię, którą oznaczymy przez mniej C. Wypadek dwóch tych liczb będzie więcej BC, czyli wartością rzeczywistą, jednym słowem uczuciem miłości.
Tu chytra Żydówka przerwała Velasquezowi, mówiąc:
— Mości książę, jeżeli dobrze cię zrozumiałam, najlepiej byłoby wyrazić miłość za pomocą rozwinięcia potęg (A — X) przypuszczając A daleko mniejszym od X.
— Zachwycająca Lauro — rzekł Velasquez — odgadujesz moje myśli. Tak jest, czarowna kobieto, formuła dwumianu wynalezionego przez kawalera don Newtona, powinna nam przewodniczyć w badaniach nad sercem ludzkim, jak w ogóle we wszystkich naszych wyrachowaniach.
Po tej rozmowie rozłączyliśmy się; ale łatwo było spostrzec, że piękna Żydówka wywarła silne wrażenie na umyśle i sercu Velasqueza. Ponieważ on równie jako i ja pochodził z Gomalezów, nie wątpiłem, że chciano użyć wpływu zalotnej kobiety, dla namówienia go do przejścia na wiarę proroka. Dalszy ciąg pokaże, że nie myliłem się w moich wnioskach.