Dalszy ciąg historii naczelnika Cyganów
Przypominacie sobie obiad mój z księżniczką, księżną Sidonia i przyjacielem moim, Toledem i jak naówczas dopiero dowiedziałem się, że dumna Manuela była moją żoną. Powozy na nas czekały, udaliśmy się do zamku Sorriente. Tam zastałem nową niespodziankę. Ta sama ochmistrzyni, która służyła fałszywej Leonorze przy ulicy Retardo, przedstawiła mi maleńką Manuelę. Ochmistrzyni nazywała się doña Rosalba i dziecię uważało ją za matkę.
Sorriente leży nad brzegami Tagu, w jednej z najczarowniejszych okolic na świecie. Wszelako ponęty natury przez chwilę tylko zrobiły na mnie wrażenie. Uczucia ojcowskie, miłość, przyjaźń, słodka ufność, ogólna poufała uprzejmość, kolejno uprzyjemniały wszystkie dni moje. To, co nazywamy szczęściem w tym krótkim życiu, zapełniało wszystkie moje chwile. Stan ten trwał, o ile sobie przypominam, przez sześć tygodni. Trzeba było wracać do Madrytu. Przybyliśmy późnym wieczorem do stolicy. Towarzyszyłem księżniczce do jej pałacu i wprowadziłem ją na schody. Była mocno wzruszona.
— Don Juanie — rzekła do mnie — w Sorriente byłeś małżonkiem Manueli, w Madrycie jesteś jeszcze wdowcem po Leonorze.
Gdy domawiała tych słów, spostrzegłem cień przesuwający się za poręczami schodów. Schwyciłem cień za kołnierz i przyprowadziłem do latarni. Poznałem don Busquera. Już miałem mu wypłacić nagrodę za jego szpiegostwo, gdy jedno spojrzenie księżniczki wstrzymało moje ramię. Spojrzenie to nie uszło uwagi Busquera. Przybrał zwykłą zuchwałą postać i rzekł:
— Pani, nie mogłem oprzeć się pokusie podziwiania przez chwilę wspaniałości twojej osoby i zapewne nikt nie byłby mnie odkrył w moim schronieniu, gdyby blask twojej piękności, jak samo słońce, nie był oświecił tych schodów.
Powiedziawszy tę grzeczność, Busqueros skłonił się głęboko i odszedł.
— Lękam się — rzekła księżniczka — aby słowa moje nie doszły ciekawych uszu tego niegodziwca. Idź, don Juanie, pomów z nim i staraj się wybić mu z głowy niepotrzebne domysły.
Wypadek ten zdawał się mocno niepokoić księżniczkę, opuściłem ją i znalazłem mego Busquera na ulicy.
— Mości pasierbie — rzekł do mnie — o mało co nie wygrzmociłeś mnie kijem i bez wątpienia byłbyś bardzo źle się znalazł. Naprzód uchybiłbyś winnemu mi uszanowaniu, jako mężowi tej, która była twoją macochą, następnie powinieneś wiedzieć, że nie jestem już podrzędnym służalcem, jakim mnie niegdyś znałeś. Od tego czasu wzniosłem się i ministerium, a nawet dwór poznał się na moich zdolnościach. Książę d’Arcos powrócił ze swego poselstwa i jest w łasce. Pani Uscariz, dawna jego kochanka, owdowiała i żyje w ścisłej przyjaźni z moją żoną. Zadzieramy więc nosy i nie boimy się nikogo.
Ale ty, kochany pasierbie, powiedz no, co ci takiego mówiła księżniczka? Zdawaliście się niesłychanie obawiać, abym was nie podsłuchał. Uprzedzam cię, że nie bardzo lubimy ani Avilów, ani Sidoniów, ani nawet twego wychuchanego Toledo. Pani Uscaritz nie może mu przebaczyć, że ją porzucił. Nie pojmuję, po co jeździliście wszyscy do Sorriente, wszelako podczas waszej nieobecności gorliwie zajmowano się wami. Wy o tym nic nie wiecie, wy jesteście niewinni jak nowo narodzone dzieci. Margrabia Medina, rzeczywiście wiodący swój ród z Sidoniów, żąda tytułu księcia i ręki młodej księżniczki dla swego syna. Mała nie skończyła jeszcze jedenastu lat, ale to nic nie szkodzi. Margrabia od dawna żyje w przyjaźni z księciem d’Arcos, który jest ulubieńcem kardynała Portocarrero, ten zaś jest wszechmocny u dworu i jakoś da to się ułożyć; możesz zapewnić o tym księżnę.
Ale zaczekaj no jeszcze, mości pasierbie, nie myśl, żebym nie poznawał w tobie małego żebraka spod przysionka św. Rocha. Byłeś jednak wówczas w niezgodzie ze świętą inkwizycją, a ja nie jestem ciekawym spraw mających styczność z tym trybunałem. Żegnam cię teraz, do widzenia!
Busqueros odszedł, ja zaś poznałem, że zawsze był tym samym wścibskim natrętem, z tą tylko różnicą, że w wyższych sferach upożyteczniał teraz swoje zdolności.
Nazajutrz obiadowałem z księżniczką, księżną Sidonia i Toledem. Opowiedziałem im wczorajszą moją rozmowę. Sprawiła ona większe wrażenie na słuchaczach, aniżeli się spodziewałem. Toledo, który nie był już tak piękny i nie miał już dawnej ochoty do zalecanek, chętnie starałby się zadośćuczynić swojej chęci zaszczytów, ale na nieszczęście minister książę Oropesa, na którego liczył, opuścił służbę. Rozmyślał przeto nad wyborem innej drogi. Powrót księcia d’Arcos ani też łaska, w jakiej tenże był u kardynała, wcale go nie cieszyły.
Księżna Sidonia z przerażeniem zdawała się oczekiwać chwili, w której zostanie dożywotniczką. Księżniczka Avila zaś, ile razy wspomniano o dworze lub łasce, przybierała jeszcze dumniejszą niż zwykle postać. W podobnych to razach, wyraźnie spostrzegałem, że nierówność stanów nawet na łonie poufałej przyjaźni dawała się uczuwać.
W kilka dni potem, gdy obiadowaliśmy u księżny Sidonii, koniuszy księcia Velasqueza zapowiedział nam odwiedziny swego pana. Pan ten był naówczas w kwiecie wieku. Twarz miał piękną, strój zaś francuski, którego nigdy nie chciał porzucić, korzystnie go między innymi odznaczał. Rozmowa jego także odróżniała go od Hiszpanów, którzy często prawie nic nie mówią i zapewne dlatego uciekają się do gitary i cygar. Velasquez, przeciwnie, swobodnie z jednego przedmiotu przechodził do drugiego i zawsze znajdował sposobność powiedzenia naszym paniom jakiej grzeczności. Bez wątpienia Toledo miał więcej rozumu, ale rozum czasami się tylko objawia, wielomówność zaś przeciwnie: jest niewyczerpana. Rozmowa Velasqueza dość przypadła do smaku, on sam nawet spostrzegł, że słuchacze nie byli dlań obojętni. Wtedy zwracając się do księżnej Sidonii z głośnym wybuchem śmiechu, rzekł:
— W istocie, muszę wyznać, że nic nie byłoby równie szczególne, równie zachwycające!
— Cóż takiego? — zapytała księżna.
— Tak jest, pani — odrzekł Velasquez — twoją piękność, twoją młodość masz wspólnie z wieloma innymi kobietami; ale bezsprzecznie, byłabyś najmłodszą i najpiękniejszą ze wszystkich teściowych.
Księżna dotąd nigdy się nad tym nie zastanowiła. Miała dwadzieścia osiem lat. Bardzo młode kobiety były od niej znacznie młodsze, to zaś był nowy sposób odmłodnienia.
— Wierzaj mi, pani — dodał Velasquez — mówię jak najszczerszą prawdę. Król polecił mi prosić cię o rękę twojej córki dla młodego margrabiego Mediny. Jego Królewska Mość usilnie pragnie, aby znakomity wasz ród nie wygasł. Wszyscy grandowie umieją cenić tę pieczołowitość. Co się zaś ciebie, pani, tyczy: cóż byłoby równie czarowne, jak widzieć cię prowadzącą córkę do ołtarza? Zainteresowanie powszechne będzie musiało rozdzielić się na dwoje. Na pani miejscu wystąpiłbym w ubiorze zupełnie podobnym do stroju jej córki, w białej atłasowej sukni haftowanej srebrem. Radzę kazać sprowadzić materię z Paryża, wskażę pani do tego najwytworniejsze magazyny. Obiecałem już ustroić małego pana młodego, i to z francuska, w jasnej peruce. Żegnam panie, Portocarrero chce mnie używać do poselstw, pragnę, aby zawsze nastręczał mi równie przyjemne.
To powiedziawszy, Velasquez spojrzał kolejno na obie damy, dając każdej do zrozumienia, że większe na nim sprawiła wrażenie niż sąsiadka, ukłonił się kilka razy, wykręcił na pięcie i odszedł. To naówczas we Francji nazywano światowym ułożeniem.
Po odejścia księcia Velasqueza nastąpiło długie milczenie. Kobiety zadumały się nad sukniami haftowanymi srebrem, Toledo zaś zwrócił uwagę na bieżące sprawy kraju i zawołał:
— Jak to, czyliż nie myśli on nikogo innego używać prócz takich Arcosów i Velasquezów, to jest ludzi najbardziej lekkomyślnych w całej Hiszpanii? Jeżeli stronnictwo francuskie tak te rzeczy rozumie, trzeba będzie zwrócić się do Austrii.
W istocie, Toledo natychmiast poszedł do hrabiego Harracha, który był naówczas ambasadorem cesarskim w Madrycie. Damy udały się do Prado, ja zaś pojechałem za nimi konno.
Wkrótce spotkaliśmy przepyszny powóz, w którym rozpierały się panie Uscariz i Busqueros. Książę d’Arcos jechał obok nich konno. Busqueros, który także pospieszał za księciem, tego samego dnia otrzymał był krzyż Calatravy i nosił go na piersiach. Osłupiałem na ten widok. Miałem krzyż Calatravy i sądziłem, że dano mi go w nagrodę moich zasług, a nade wszystko prawości w postępowaniu, która zjednała mi znakomitych i możnych przyjaciół. Teraz widząc ten sam krzyż na piersiach człowieka, którym najbardziej pogardzałem, wyznam wam, że byłem zupełnie zmieszany. Stanąłem jak przykuty na miejscu, gdzie spotkałem powóz pani Uscariz. Okrążywszy Prado i widząc mnie zawsze na tym samym miejscu, gdzie mnie był wprzódy zostawił, Busqueros zbliżył się do mnie przyjacielsko i rzekł:
— Przekonywasz się, mój przyjacielu, że różne drogi prowadzą do tego samego celu. I ja także, równie dobrze jak ty, jestem kawalerem Calatravy.
Byłem do najwyższego stopnia oburzony.
— Wyznaję — odpowiedziałem — ale czy jesteś, czy nie jesteś kawalerem, mości Busqueros, przestrzegam cię, że jeżeli kiedykolwiek spotkam cię szpiegującego po domach, w których bywam, postąpię z tobą jak z ostatnim nędznikiem.
Busqueros przybrał jak mógł najsłodszą minę i rzekł:
— Kochany pasierbie, słowa twoje wymagają pewnego objaśnienia, ale ja nie mogę się gniewać na ciebie i zawsze jestem i będę twoim przyjacielem. Na dowód pragnąłbym pomówić z tobą o niektórych dotyczących cię nader ważnych rzeczach, zwłaszcza zaś co do księżniczki Avila. Jeżeli ciekawym jesteś i chcesz posłuchać, oddaj twego konia masztalerzowi i choć ze mną do pobliskiej cukierni.
Zdjęty ciekawością i troskliwy o spokojność drogiej sercu memu osoby, dałem się namówić. Busqueros kazał przynieść chłodzące napoje i zaczął mówić rzeczy niemające z sobą żadnego związku. Byliśmy sami, wkrótce jednak przyszło kilku oficerów z gwardii walońskiej. Zasiedli koło stołu i kazali sobie przynieść czekoladę.
Busqueros pochylił się ku mnie i półgłosem rzekł:
— Kochany przyjacielu, rozgniewałeś się nieco, ponieważ myślałeś, że zakradłem się do księżniczki Avila, ale usłyszałem tam kilka słów, które odtąd ciągle krążą mi po głowie.
Tu Busqueros zaczął śmiać się do rozpuku i spoglądać na oficerów walońskich, po czym tak dalej ciągnął:
— Kochany pasierbie, księżniczka mówiła ci: „tam małżonek Manueli, tu wdowiec po Leonorze”.
To mówiąc, Busqueros znowu zaczął śmiać się do rozpuku, ciągle spoglądając na oficerów walońskich. Kilka razy powtórzył tę samą igraszkę. Walończycy powstali, odeszli do kąta i z kolei zaczęli nami się zajmować. Wtem Busqueros nagle zerwał się i ani słowa nie powiedziawszy, wyszedł. Walończycy zbliżyli się do mego stołu i jeden z nich, zwracając się do mnie z wielką grzecznością, rzekł:
— Moi towarzysze i ja radziłyśmy dowiedzieć się, co pański towarzysz upatrzył w nas tak nadzwyczajnie śmiesznego?
— Señor caballero — odpowiedziałem — zapytanie to jest zupełnie na swoim miejscu. W istocie, mój towarzysz pękał od śmiechu, którego bynajmniej nie zgaduję przyczyny. Mogę jednak zaręczyć, że przedmiot naszej rozmowy wcale was nie dotyczył i że toczył się o sprawach rodzinnych, w których niepodobna było upatrzyć cośkolwiek śmiesznego.
— Señor caballero — odparł oficer waloński — wyznaję, że odpowiedź waszej miłości niezupełnie mnie zadowala, jakkolwiek czyni mi niezaprzeczony zaszczyt. Pójdę oznajmić ją moim towarzyszom.
Walończycy zdawali się naradzać między sobą i sprzeczać z tym, który ze mną mówił. Po chwili tenże sam oficer znowu zbliżył się do mnie i rzekł:
— Towarzysze moi i ja nie zgadzamy się co do skutków, jakie powinny wyniknąć z łaskawie udzielonego mi przez ciebie, señor caballero, objaśnienia. Towarzysze moi utrzymują, że powinniśmy na nim poprzestać. Na nieszczęście jestem przeciwnego zdania, co tak dalece mnie martwi, że chcąc zapobiec skutkom mego żalu, każdemu z osobna ofiarowałem im zadośćuczynienie. Co się tyczy ciebie, señor caballero, wyznaję, że powinienem udać się do señora Busquera, ale śmiem utrzymywać, że sława, jakiej tenże używa, w pojedynku z nim nie obiecuje mi żadnego zaszczytu. Z drugiej strony, señor, znajdowałeś się razem z don Busquerem, a nawet, gdy ten śmiał się, spoglądałeś na nas. Stąd mniemam, że bynajmniej nie nadając ważności tej sprawie, słusznym jest, abyśmy zakończyli nasze wyjaśnienia tą samą szpadą, którą każdy z nas ma przy boku.
Towarzysze kapitana z początku chcieli go przekonać, że nie było o co bić się ani z nimi, ani ze mną, ale wiedzieli, z kim mieli do czynienia, przestali więc odradzać i jeden z nich ofiarował mi się za świadka.
Udaliśmy się wszyscy na plac boju. Zraniłem lekko kapitana, ale w tej samej chwili odebrałem nad prawą piersią cios, który uczułem jak zakłucie szpilką. Wkrótce jednak zdjął mnie dreszcz śmiertelny i padłem bez zmysłów.
Gdy Cygan doszedł do tego miejsca swoich przygód, przerwano mu i musiał pójść zająć się sprawami hordy.
Kabalista obrócił się do mnie i rzekł:
— Jeżeli się nie mylę, oficerem, który zranił señora Avadoro był właśnie twój ojciec.
— Wcale się nie mylisz — odpowiedziałem — kronika pojedynków ułożona przez mego ojca wspomina o tym i mój ojciec dodaje, że obawiając się niepotrzebnej kłótni z oficerami, którzy nie podzielali jego zdania, tego samego dnia bił się z trzema i poranił ich.
— Señor kapitanie — rzekła Rebeka — twój ojciec dał dowód niezwykłej przezorności. Obawa niepotrzebnej kłótni skłoniła go do pojedynkowania się cztery razy tego samego dnia.
Żart ten, na jaki Rebeka pozwalała sobie względem mego ojca, nieskończenie mi się nie podobał i już chciałem jej coś odpowiedzieć, gdy wtem towarzystwo rozeszło się i zebrało dopiero nazajutrz.