Historia Frasquety Salero

Jestem najmłodszą córką zacnego wojskowego, który tak dalece zasłużył się krajowi, że po jego śmierci przyznano całkowity żołd jego żonie. Moja matka, będąc rodem z Salamanki, wróciła do rodzinnego miasta z moją siostrą Dorotą i ze mną, którą nazywano wówczas Frasquetą. Posiadała była niegdyś mały dom w oddalonej części miasta, kazała go wyporządzić zewnątrz i wewnątrz, osiadłyśmy w nim i żyłyśmy z oszczędnością odpowiadającą zupełnie skromnej powierzchowności naszego mieszkania.

Moja matka nie pozwalała nam uczęszczać ani do teatru, ani na walki byków lub publiczne przechadzki. Sama też nie bywała u nikogo i nie przyjmowała żadnych odwiedzin. Nie mając przeto żadnej zabawy, prawie całe dnie przepędzałam w oknie. Będąc z natury nader skłonna do grzeczności, skoro tylko jaki porządnie ubrany mężczyzna przechodził przez naszą ulicę, wnet ścigałam go wzrokiem lub spoglądałam na niego tak, ażeby myślał, że obudził we mnie pewne zajęcie. Przechodzący zwykle nie byli nieczuli na te oznaki grzeczności. Niektórzy składali mi głębokie ukłony, inni rzucali na mnie podobne memu wejrzenia, wszyscy zaś prawie wracali na naszą ulicę, jedynie aby mnie raz jeszcze ujrzeć. Gdy moja matka czasami spostrzegała te umizgi, wnet wołała na mnie:

— Frasqueta! Frasqueta! Co tam dokazujesz? Bądź skromna i poważna jak twoja siostra, inaczej nigdy nie znajdziesz męża.

Moja matka myliła się, gdyż moja siostra dotąd jeszcze jest panną, ja zaś już przeszło od roku mam męża.

Nasza ulica była bardzo pusta i rzadko kiedy miałam przyjemność widzieć przechodzących, których powierzchowność mogłaby zwrócić moją uwagę. Wszelako pewna okoliczność sprzyjała moim zamiarom. Tuż pod naszymi oknami stała kamienna ławka pod ogromnym drzewem, tak że chcący mnie widzieć, mogli bezpiecznie na niej usiąść, nie wzbudzając żadnego podejrzenia.

Pewnego dnia jakiś młody człowiek, daleko wykwintniej ubrany od tych, których dotąd widziałam, usiadł na ławce, wyjął książkę z kieszeni i zaczął czytać, atoli skoro tylko mnie spostrzegł, porzucił czytanie i odtąd oczu ze mnie nie spuszczał. Nieznajomy powracał następnych dni i pewnego razu zbliżył się do mego okna, jak gdyby czegoś szukał, i rzekł:

— Czy pani nic nie upuściłaś?

Odpowiedziałam mu, że nie.

— Tym gorzej — przerwał — gdybyś pani bowiem była upuściła ten krzyżyk, który nosisz na szyi, byłbym go podniósł i z radością zabrał z sobą do domu. Posiadając cośkolwiek, co do ciebie, pani, należało, byłbym sobie wyobraził, że nie jestem ci tak obojętny jak inni ludzie, którzy siadają na tej ławce. Wrażenie, jakie pani sprawiłaś na moim sercu, może zasługuje, abyś mnie trochę odróżniła od tłumu.

W tej chwili weszła moja matka, nie mogłam więc nic odpowiedzieć, ale odwiązałam zręcznie krzyżyk i upuściłam go na ulicę.

Nad wieczorem, spostrzegłam dwie panie ze służącym w bogatej liberii. Usiadły na ławce, zdjęły mantyle, naówczas jedna z nich dobyła kawałek papieru, rozwinęła go, wyjęła mały krzyżyk złoty i rzuciła na mnie nieco złośliwe spojrzenie. Byłam przekonana, że młody człowiek poświęcił tej kobiecie pierwszy dowód mojej życzliwości; gwałtowny gniew mnie opanował, tak że przez całą noc nie zmrużyłam oka. Nazajutrz obłudnik znowu usiadł na ławce i z wielkim zadziwieniem spostrzegłam, że dobył z kieszeni kawałek papieru, rozwinął, wyjął krzyżyk i zaczął go całować.

Nad wieczorem ujrzałam dwóch służących ubranych podobnie jak wczoraj. Przynieśli stół, nakryli go, po czym odeszli i wrócili z lodami, oranżadą, czekoladą, ciastami i innymi łakociami. Wkrótce pokazały się te same dwie panie, zasiadły na ławce i kazały podać sobie przyniesione rzeczy.

Moja matka i siostra, które nigdy nie wyglądały oknem, nie mogły tym razem oprzeć się ciekawości, zwłaszcza słysząc brzęk talerzy i szklanek. Jedna z tych kobiet, spostrzegłszy je w oknie i znalazłszy postać mojej siostry ujmującą, zaprosiła je do podwieczorku, dodając tylko, aby raczyły kazać wynieść kilka krzeseł.

Matka chętnie przyjęła zaprosiny, kazała wynieść krzesła na ulicę, my zaś, poprawiwszy nieco nasze ubrania, poszłyśmy podziękować pani, która okazała się dla nas tak grzeczna. Zbliżywszy się do niej, spostrzegłam, że bardzo była podobna do mego młodego nieznajomego i wniosłam stąd, że musiała być jego siostrą, że zapewne brat mówił jej o mnie, dał jej mój krzyżyk i że dobra siostra przyszła wczoraj pod nasze okna, jedynie aby mnie zobaczyć. Wkrótce spostrzeżono, że brakuje łyżek, wyprawiono więc moją siostrę; po chwili zabrakło serwet, matka moja chciała mnie posłać, ale młoda dama mrugnęła na mnie, więc odpowiedziałam, że nie będę potrafiła ich znaleźć, i matka moja musiała pójść sama. Skoro tylko odeszła, rzekłam do nieznajomej:

— Zdaje mi się, że pani masz brata, nadzwyczaj do niej podobnego.

— Bynajmniej — odpowiedziała — tym bratem, o którym pani mówisz, jestem ja sam, ale posłuchaj mnie z uwagą. Mam drugiego brata, nazwiskiem książę San Lugar, ja zaś wkrótce mam zostać księciem d’Arcos, gdyż zaślubiam dziedziczkę tego tytułu. Nienawidzę mojej małżonki, wszelako gdybym nie przystał na ten związek, powstałyby w mojej rodzinie okropne sceny, do których nie mam najmniejszego pociągu. Nie mogąc rozrządzać moją ręką wedle własnej skłonności, postanowiłem zachować serce dla kogoś bardziej godnego miłości aniżeli księżniczka d’Arcos. Nie sądź pani przeto, abym chciał mówić o rzeczach ubliżających twojej sławie, ale ani pani, ani ja nie porzucamy Hiszpanii, przypadek może nas połączyć, w razie zaś gdyby nam go zabrakło, potrafię wynaleźć inne sposoby. Matka twoja wkrótce powróci, racz pani tymczasem przyjąć ten diamentowy pierścień na dowód, że nie skłamałem, mówiąc o moim urodzeniu. Zaklinam cię pani, nie odmawiaj tego upominku, który rad bym, aby wiecznie przypominał mnie twojej pamięci.

Matka moja wychowywała mnie w surowych zasadach, wiedziałam, że nie należało od nieznajomych przyjmować podarunków, ale pewne uwagi, jakie uczyniłam naówczas, a które teraz sobie przypominam, spowodowały, że wzięłam pierścień. Moja matka tymczasem powróciła z serwetami, a moja siostra z łyżkami. Nieznajoma pani była nader uprzedzająca tego wieczoru i rozeszliśmy się wszyscy zadowoleni z siebie wzajemnie. Nazajutrz, równie jak następnych dni, powabny młodzieniec nie pokazał się więcej pod mymi oknami. Zapewne pojechał zaślubić księżniczkę d’Arcos.

Pierwszej niedzieli po tym wypadku, pomyślałam, że prędzej czy później odkryją u mnie pierścień, będąc więc w kościele udałam, że znalazłam go pod nogami i pokazałam mojej matce, która rzekła, że bez wątpienia musiał to być kawałek szkła oprawny w tombak, zaleciła mi jednak, abym go schowała do kieszeni. Jubiler mieszkał w naszym sąsiedztwie, pokazano mu pierścień; ocenił go na osiem tysięcy pistolów. Cena tak znaczna uszczęśliwiła moją matkę, namawiała mnie zatem, abym go ofiarowała św. Antoniemu Padewskiemu jako szczególnemu opiekunowi naszej rodziny lub też sprzedała na posag dla nas obu z siostrą.

— Przebacz mi, droga mamo — odpowiedziałam — ale naprzód wypada ogłosić, że znalazłyśmy pierścień, nie wymieniając jego wartości. Jeżeli prawdziwy posiadacz zjawi się, oddamy mu zgubę, w przeciwnym zaś razie moja siostra, równie jak św. Antoni Padewski, nie mają doń żadnego prawa, ja bowiem znalazłam pierścień i do mnie on wyłącznie należy.

Moja matka nic mi na to nie odrzekła.

Ogłoszono w Salamance uwiadomienie o znalezionym pierścieniu, zachowano tajemnicę o jego wartości i jak możesz łatwo odgadnąć, nikt się nie zgłosił.

Młodzieniec, od którego otrzymałam tak kosztowny podarunek, sprawił żywe wrażenie na moim sercu i przez osiem dni wcale nie pokazywałam się w oknie. Później jednak wróciłam do dawnego zwyczaju i jak przedtem całe dnie przepędzałam, wyglądając na ulicę.

Kamienną ławkę, na której młody książę siadywał, zajmował naówczas jakiś tłusty jegomość, zawsze jednostajny i spokojny. Spostrzegł mnie w oknie i zdało mi się, że wcale go ten widok nie cieszył. Odwrócił się, ale widać, że i wtedy niepokoiłam go, gdyż chociaż mnie nie widział, często obracał się z niespokojnością. Wkrótce odszedł, dając mi uczuć wzrokiem całe oburzenie, jakie go na mój widok przejmowało, ale nazajutrz powrócił i powtórzył te same dziwactwa. Na koniec dopóty się kręcił i obracał, aż wreszcie zażądał mojej ręki.

Moja matka z radością przyjęła jego oświadczyny i rozkazała mi dać mu przychylną odpowiedź. Byłam posłuszna. Zamieniłam nazwisko z Frasquety Salero na doñy Franciszki Cornandez i wprowadziłam się do domu, w którym widziałeś mnie pan wczoraj. Zostawszy żoną don Cornandeza, zajęłam się wyłącznie jego szczęściem. Niestety, zamiary moje zbyt mi się powiodły. Po trzech miesiącach pożycia, znalazłam go szczęśliwszym, niżeli chciałam, i co gorsza, wpoiłam w niego przekonanie, że on także mnie uszczęśliwia.

Z wyrazem takiego zadowolenia wcale nie było mu do twarzy, nadto odstręczał mnie od mego i coraz bardziej niecierpliwił. Na szczęście błogi ten stan trwał niedługo.

Pewnego dnia Cornandez, wychodząc z domu, spostrzegł małego chłopca, który trzymał papier w ręku i zdawał się szukać kogoś. Chcąc go wybawić z kłopotu, wziął od niego list i przeczytał napis: „Do zachwycającej Frasquety”. Cornandez skrzywił się tak, że mały poseł uciekł ze strachu, po czym zaniósł do siebie szacowny ten dowód i przeczytał, co następuje:

Możeż to być, żeby ani moje bogactwa, ani moje męstwo, ani nazwisko nie zwróciły na siebie twojej uwagi? Jestem gotów na wszelkie wydatki, wszelkie czyny, wszelkie przedsięwzięcia, aby tylko zyskać choć jedno Twoje spojrzenie. Ci, którzy obiecali usłużyć mi, zawiedli mnie bez wątpienia, gdyż nie otrzymałem od ciebie żadnego znaku porozumienia. Wszelako tym razem, postanowiłem użyć wrodzonej mi śmiałości; odtąd nic mnie już nie zatrzyma, gdyż skoro chodzi o namiętność, gwałtowny mój sposób myślenia w samym początku nie zna ani miary, ani wędzidła. Lękam jednej tylko rzeczy, to jest twojej obojętności.

Hrabia Penna-Flor.

Wyrazy tego listu rozproszyły natychmiast całe szczęście, jakiego kosztował mój małżonek. Stał się niespokojny, podejrzliwy, nie pozwalał mi wychodzić, chyba z jedną z naszych sąsiadek, którą polubił dla przykładnej jej pobożności.

Jednakowoż Cornandez nie śmiał wspominać mi o swoich męczarniach, nie wiedział bowiem, jak daleko rzeczy zaszły z hrabią Penna Flor ani też czy wiedziałam co o jego ku mnie zapałach. Niebawem tysiączne okoliczności coraz bardziej zwiększały jego niespokojność. Pewnego razu znalazł drabinkę opartą o mur ogrodowy, drugi raz jakiś nieznajomy wkradł się cichaczem do domu. Tymczasem pod moimi oknami brzmiały ciągle serenady i muzyka tak znienawidzona przez zazdrośników. Nareszcie hrabia Penna Flor nieco się uspokoił. Pewnego dnia udałam się z moją nabożną sąsiadką do Prado, gdzie zabawiłyśmy dość późno i prawie same chodziłyśmy po głównej alei. Hrabia zbliżył się do nas, wyraźnie oświadczył mi swoją namiętność, dodał, że musi zdobyć moją wzajemność lub zginąć, nareszcie porwał mnie za rękę i sama nie wiem, czego ten szaleniec nie byłby się dopuścił, gdybyśmy nie zaczęły z całych sił krzyczeć.

Wróciłyśmy do domu w najżywszej niespokojności. Nabożna sąsiadka oznajmiła memu mężowi, że za żadne skarby nie chce ze mną wychodzić i że szkoda, iż nie mam brata, który by mógł obronić mnie przeciw natarczywości hrabiego, kiedy własny mąż tak mało troszczy się o moją spokojność; że wprawdzie religia zabraniała zemsty, że jednak cześć tkliwej i wiernej żony zasługuje na większą opiekę i że na koniec hrabia Penna Flor zapewne dlatego tak postępuje, ponieważ wie o niedołężności don Cornandeza.

Następnej nocy mój mąż, idąc ciasną uliczką, którą często przechodził wracając do domu, spostrzegł dwóch ludzi, z których jeden uderzał w mur szpadą niezmiernej długości, drugi zaś mówił mu:

— Wyśmienicie, señor don Ramiro, jeżeli tak będziesz sobie poczynał z zacnym hrabią Penna Flor, niedługo będzie on postrachem braci i mężów.

Nienawistne nazwisko Penna Flor, zwróciło uwagę Cornandeza, przyczaił się w kącie i słuchał dalej z uwagą.

— Kochany przyjacielu — odpowiedział człowiek z długą szpadą — nietrudno by mi było położyć koniec miłosnym wyprawom hrabiego Penna Flor. Nie pragnę wcale go zabić, ale tylko nauczyć, aby tu więcej nie powracał. Nie na próżno nazywają don Ramira Caramanzę pierwszym pojedynkarzem w Hiszpanii, lękam się tylko skutków mego pojedynku. Gdybym mógł dostać gdzie sto dublonów, pojechałbym przepędzić jakiś czas na wyspach.

Dwaj przyjaciele długo jeszcze rozmawiali o tym samym przedmiocie, nareszcie mieli już odejść, gdy mój mąż wyszedł z kryjówki, zbliżył się do nich i rzekł:

— Mości panowie, jestem jednym z tych małżonków, którym hrabia Penna Flor zakłóca szczęście domowe. Gdybyście byli mieli zamiar zgładzenia go z tego świata, nie byłbym mieszał się do waszej rozmowy, ale ponieważ chcecie mu dać tylko małą naukę, z przyjemnością ofiaruję wam sto dublonów, których potrzebujecie dla udania się na wyspy. Raczcie tu zaczekać, zaraz wam przyniosę pieniądze.

W istocie, wyrzekłszy te słowa, poszedł do domu i powrócił ze stoma dublonami, które wręczył straszliwemu don Ramirowi Caramanza.

We dwa dni potem wieczorem usłyszeliśmy gwałtowne stukanie do naszego domu. Otworzono i ujrzeliśmy urzędnika sądowego z dwoma alguacilami. Urzędnik w te słowa odezwał się do mego męża:

— Przez wzgląd na pana przyszliśmy tu w nocy, pragnąc, aby nasz widok nie zaszkodził pańskiej sławie i nie przestraszył sąsiadów. Idzie tu o hrabiego Penna Flor, którego wczoraj zamordowano. Dowiedzieliśmy się z listu, który, jak mówią, wypadł z kieszeni jednego z morderców, że poświęciłeś pan sto dublonów w celu zachęcenia ich do zbrodni i ułatwienia im ucieczki.

Mój mąż odpowiedział z przytomnością umysłu, o którą nigdy nie byłabym go poradziła. Nigdy w życiu nie widziałem hrabiego Penna Flor. Dwóch ludzi, wcale mi nieznanych, przyszło do mnie wczoraj z wekslem na sto dublonów, który przeszłego roku wystawiłem w Madrycie, musiałem go więc zapłacić. Jeżeli pan żądasz, natychmiast pójdę po weksel.

Urzędnik dobył list z kieszeni i rzekł:

— Czytaj pan: „Jutro odpływamy na San Domingo z dublonami poczciwego Cornandeza”.

— Prawda — odparł mój mąż — są to zapewne owe dublony za weksel. Wystawiłem go na okaziciela, nie miałem więc prawa odmawiać wypłaty ani też dopytywać się o nazwisko z nim przychodzącego.

— Należę do sądu kryminalnego — rzekł urzędnik — i nie powinienem mieszać się do spraw handlowych. Żegnam cię, señor Cornandez; przebacz, żeśmy cię niepokoili.

Jak to panu już mówiłam, zdziwiła mnie ta nadzwyczajna przytomność umysłu mego małżonka, chociaż nieraz już zauważyłam, że objawiał prawdziwy geniusz, ile razy chodziło o jego własną korzyść lub nietykalność osoby. Po pierwszym przestrachu, zapytałem kochanego Cornandeza, czy w istocie kazał zamordować hrabiego Penna Flor. Z początku zapierał się, nareszcie przyznał, że dał sto dublonów zbirowi Caramanzie, wszelako nie za zabicie, ale tylko za upuszczenie mu trochę zbyt gwałtownej krwi.

— Jednak myśl o przyczynieniu się do morderstwa ciąży mi na sumieniu. — dodał. —Postanowiłem odprawić pielgrzymkę do św. Jakuba z Komposteli lub może i dalej, aby tylko pozyskać więcej odpustów.

Wyznanie to mego męża, poprzedziło, że tak powiem, najbardziej zadziwiające i najnadzwyczajniejsze wypadki; odtąd bowiem każdej prawie nocy pokazywało mu się jakieś straszliwe zjawisko i zakłócało spokój już i tak nadwerężonego sumienia. Nieszczęśliwe dublony, zawsze wychodziły na plac. Czasami śród ciemności słyszano ponury głos wymawiający te słowa: „Oddam ci twoje sto dublonów”, po czym następował brzęk, jak gdyby kto liczył pieniądze.

Pewnego wieczora służąca spostrzegła w kącie beczułkę napełnioną dublonami, włożyła w nią rękę, ale znalazła tylko kupę suchych liści, które nam wraz z beczułką przyniosła.

Nazajutrz wieczorem mój mąż, przechodząc przez pokój słabo oświecony promieniem księżyca, ujrzał w kącie głowę ludzką na półmisku; przestraszony uciekł z pokoju i opowiedział mi cały wypadek. Poszłam sama i znalazłem drewnianą głowę od jego peruki, którą przypadkiem postawiono na miedniczce od golenia brody. Nie chcąc wieść z nim sporów i pragnąc zarazem utrzymywać w nim tę ciągłą niespokojność, zaczęłam przeraźliwie krzyczeć i upewniłam go, żem także widziała krwawą i straszliwą głowę.

Odtąd ta sama głowa pokazywała się prawie wszystkim mieszkańcom naszego domu i tak dalece przerażała mego męża, że lękałam się o jego rozum. Nie potrzebuję panu mówić, że wszystkie te zjawiska były mego wynalazku. Hrabia Penna Flor był, jak to mówią, osobą moralną, wymarzoną dla niepokojenia Cornandeza i wyleczenia go z dotychczasowego stanu własnego zadowolenia. Urzędnicy sprawiedliwości, równie jak zbiry byli służącymi księcia d’Arcos, który natychmiast po ślubie przybył do Salamanki.

Tej nocy postanowiłam nowym sposobem przestraszyć mego męża, nie wątpiłam bowiem, że natychmiast ucieknie z pokoju do swojej modlitewni, wtedy miałam zamiar zamknąć drzwi na klucz i oknem wpuścić do siebie księcia. Nie obawiałam się, aby mój mąż go spostrzegł, chociażby drabina była przystawiona do ściany, gdyż każdego wieczora pilnie zamykaliśmy dom, klucz zaś chowałam pod poduszkę. Nagle zjawiłeś się pan w oknie, mąż mój znowu był przekonany, że głowa hrabiego Penna Flor przychodzi wymawiać mu dane sto dublonów.

Nareszcie pozostaje mi napomknąć kilka słów o tej nabożnej i przykładnej sąsiadce, która wzbudziła w moim mężu tak nieograniczone zaufanie. Niestety! Ta sąsiadka, którą widziałeś razem ze mną wchodzącą, jest to sam książę, przebrany w niewieście suknie; tak jest, sam książę, który mnie kocha nad życie, może dlatego, że dotąd nie jest jeszcze pewny mojej wzajemności.


Na tych słowach Frasqueta skończyła swoje opowiadanie, książę zaś zbliżył się do mnie i rzekł:

— Señor Busqueros, nie darmo ci zaufaliśmy, idzie tu o przyspieszenie wyjazdu Cornandeza, chcemy nadto, aby nie poprzestał na pielgrzymce, ale ażeby przez jakiś czas odpokutował w którym ze świętych miejsc. Do tego potrzebuję ciebie i czterech uczniów, którzy zostają pod twymi rozkazami. Wytłumaczę ci mój zamiar.


Gdy Busqueros domawiał tych słów, spostrzegłem z przestrachem, że słońce już zaszło i że mogę spóźnić się na schadzkę naznaczoną mi przez zachwycającą Inezę. Przerwałem mu więc dalszy ciąg i zaklinałem, aby raczył odłożyć na jutro uwiadomienie mnie o zamiarach księcia d’Arcos. Busqueros odpowiedział mi ze zwykłem zuchwalstwem, wtedy nie mogąc już powściągnąć gniewu, zawołałem:

— Niegodziwy natręcie, wydrzyj więc to życie, które mi zatruwasz, albo broń twego!

To mówiąc dobyłem szpady i zmusiłem mego przeciwnika, żeby to samo uczynił.

Ponieważ mój ojciec nigdy nie pozwalał mi dobywać szpady, nie wiedziałem więc, jak sobie z nią poczynać. Naprzód zacząłem obracać młyńca, który z początku zdziwił don Busquera. Wkrótce jednak przeciwnik mój złożył się z niepospolitą zręcznością i przeszył mi rękę, a nawet zranił w ramię. Szpada wypadła mi z ręki, upadłem zalany krwią, wszelako najbardziej dręczyła mnie niemożność stawienia się na umówioną godzinę i dowiedzenia się rzeczy, o których piękna Ineza chciała mnie uwiadomić.


Gdy Cygan doszedł był do tego miejsca, odwołano go dla spraw hordy. Po jego odejściu Velasquez rzekł smutnie:

— Przewidywałem, że historie Cygana będą ciągle wysuwać się jedna z drugiej. Frasqueta Salero opowiedziała swoją historię Busquerowi, ten Lopezowi Soarez, który znowu opowiedział ją Cyganowi. Spodziewam się, że na koniec powie nam co się stało z piękną Inezą, jeżeli jednak jeszcze wetknie jaką nową historię, pogniewam się z nim, jako Soarez pogniewał się z Busquerem. Sądzę atoli, że nasz opowiadacz dziś już do nas nie powróci.

W istocie Cygan nie pokazał się więcej i niebawem rozeszliśmy się na spoczynek.