Rozdział III
Uprawa gruntu. Wartość gruntu. Narzędzia rolnicze. Nasiona i kolejne następstwo płodów. Ogrodnictwo i warzywnictwo. Kwiaty w oknach i ogródkach. Pszczelnictwo. Pastwisko. Hodowla i ceny koni, krów, trzody i drobiu. Głody za pańszczyzny i niedostatek chleba w czasie popańszczyźnianym. Drogi. Wylewy. Pożary. Klimat dawniejszy.
Uprawa gruntu w czasach popańszczyźnianych była bardzo licha, i to zarówno we dworze, jak i na wsi. Tak tam, jak i tu, grunta były zarośnięte, na środku niwy61 rosły ciernie i chwasty różnego rodzaju, perz plenił się tak, że pług trudno było do ziemi włożyć; nie brak też było dołów z wodami i różnych nierówności. W stertach zbożowych na niwach pańskich gnieździły się świnie dworskie i chłopskie, i nikt się o to nie gniewał.
Mało się wtedy o to troszczyli, aby ciernie wykopać, grunt odwodnić, zrównać, z chwastów i perzu oczyścić; zamiast łąki były bagna. Blisko trzecia część ziemi leżała odłogiem, nieuprawiona. Chłop był przyzwyczajony za pańszczyzny robić w gruncie jak za szarwark62, aby mu dzień zeszedł, tak u siebie, jak i we dworze; miał to na myśli, że to wszystko gospodarstwo nie jego, więc spychał tylko robotę z dnia na dzień.
Taka licha uprawa była jeszcze ze dwadzieścia lat po pańszczyźnie, potem dopiero zaczął się postęp, najpierw we dworze, a następnie i u chłopów.
Orali wszędzie w czteroskibowe zagony, więc wskutek tego wiele pola odchodziło bezużytecznie na bruzdy. Ale kolejne następstwo robót w gruncie było mniej więcej takie jak obecnie. Ścierniska były najpierw pokładane, czyli przeorywane, następnie zawłóczone bronami, a gdzie było więcej perzu, tam przed włóczeniem radliło się osękiem63; pod siew zaś albo jarzyny orało się drugi raz na świeżo. Ziemniaczyska zawłóczyli tylko z perzu i chwastów i dopiero pod siew orali. Jednakże z powodu lichych narzędzi grunt nie był tak czysto wyprawiany jak obecnie.
Ugorów chłopi nie zostawiali; zostawiano je tylko we dworze dla dworskiego bydła i wołów. Grunta piątej klasy, których we wsi najwięcej, tj. na Ogniskach i w Nawozach, nawozili gnojem co cztery lata, nad Wisłą zaś w lepszym gruncie gnoili rzadziej64.
*
Jaka była wartość gruntu w pierwszych latach po ustaniu pańszczyzny, tego nikt nie wiedział ani nie słyszał, żeby kto grunt kupował i jakieś pieniądze chciał dać.
W ogóle przed nastaniem wolności dzielenia gruntu i hipoteki nie kupowali chłopi gruntu wiecznością. Zwyczajnie mówili: „Czy to ja będę wiecznie żył, żebym kupował wiecznością”. Zresztą handel ziemią był utrudniony, bo na sprzedaż trzeba było otrzymać pozwolenie z Rzeszowa. Brali więc wtedy grunt tylko w dzierżawę, płacąc z morgi 5 zł rocznie i to najczęściej nie pieniędzmi, ale ziarnem lub ziemniakami na wiosnę. Tego zwyczaju trzymał się ogół chłopów jeszcze i po nastaniu hipoteki i we wsi mogło się znaleźć na razie zaledwie paru takich, co z tym zwyczajem zrywali i grunt nabywali na własność.
Dobrze pamiętam ten fakt, bo byłem już sporym chłopakiem, jak jednego wieczora do dziadka mojego przyszedł z flaszką wódki niedaleki sąsiad i kum i zaofiarował dziadkowi zamianę swego gospodarstwa za gospodarstwo dziadkowe. „Macie — powiada — sześć morgów gruntu i dajecie sobie jakoś radę, nic wam nie brakuje. Ja mam osiemnaście morgów tej samej ziemi i jakoś mi ciężko idzie. Ano kumie, mieniajmy się, szyja za szyję: wy przejdziecie na moje gospodarstwo, a ja na wasze”. A na to dziadek: „Kumie, wszystko bym wam zrobił, ale tego nie zrobię, mnie tego gruntu wystarczy, chcę głowę położyć na swoim”. Tak kawał w noc się targowali i do żadnego skutku nie przyszli, bo dziadek mój nie chciał wtenczas dać sześć morgów za osiemnaście. Gospodarz ów nazywał się Michał Ozych, pochodził z Królestwa Polskiego, był osadzony na kmiecym gruncie przez hr. Tarnowskiego niedługo przed ustaniem pańszczyzny.
Później, koło 1865 roku, Jakub Tyniec sprzedał trzy morgi gruntu pierwszej klasy w ładnym położeniu za 600 złr65 kowalowi dworskiemu Janowi Rydzowi. Głośnym to było w całej gminie, że „znalazł się — jak mówili — taki głupi, co tyle pieniędzy za trzy morgi gruntu wydał”. Dzisiaj by dali — i tak płacą — za morgę takiego gruntu 3000 złotych, ale wtenczas leżało dość gruntów i placów odłogiem.
Ten kowal był pierwszym, który kupił grunt w Dzikowie, pieniądze miał z rzemiosła, bo był kowalem dworskim i wykonywał roboty kowalskie w mieście po pożarze. Z chłopów w Dzikowie pierwsi kupowali grunty Jan Sokół, Józef Szewc i ci wybili się na najbogatszych gospodarzy.
*
Nie było dawniej takich, jak są teraz, narzędzi rolniczych. Pług był z deską drewnianą. Gdy w gruncie był perz albo mokro i w ogóle, gdy grunt był ciężki, to jeden albo dwóch ludzi musiało pług taki z wielką forsą66 trzymać, a jeden czterema końmi poganiał. Za dzień przy wielkim wysiłku dało się zaorać ledwie pół tego, co się zorze dzisiejszym pługiem; więc jeżeli dawnym, drewnianym pługiem zorał na dzień pół morga gruntu, to dzisiejszym można zorać jeden mórg tej samej gleby, z tą jeszcze różnicą, że gdy do dawnego pługa zaprzęgał gospodarz cztery konie i zatrudniał dwóch albo trzech ludzi, to dzisiaj w tej samej glebie zaprzęga dwa konie przy jednym człowieku. A w lżejszej glebie, gdzie pierwej musiał orać na dwa konie, dziś orze w jednego.
Po lasach zamiast pługa używaną była socha67, podobna do radła, którą oracz trzymał w rękach i zapuszczał w rolę na różną głębokość według potrzeby.
Brony także były liche, z małymi gwoździami. Zamiast dzisiejszych żelaznych „pazurów” do czyszczenia gruntu z perzu było radło, czyli drewniany osęk, którym się grunt radliło, czyli „hakowało”.
Do młócenia zboża używane były tylko cepy68, a czyszczenie zboża odbywało się przez wianie w ten sposób, że na boisku w stodole przy otwartych drzwiach rzucało się ziarno szuflą po wiatr. W ten sposób oddzielało się ziarno od plewy: najcięższe ziarna padały najdalej, lżejsze bliżej, plewy pod nogi wiejącemu. Młocarnie i młynki do wiania wcale nie były znane. Sieczkę rznęło się w skrzynkach ręcznych, a co parobek lub gospodarz urznął wtedy przez cały dzień, to teraz przy sieczkarni korbowej ma się za pół godziny.
W całej gminie nie było wozu, na którym byłoby choć za 1 zł żelaza. Cały wóz był „bosy”, tj. niekuty, skrępowany wiciami brzozowymi. Na dowód, jak mało był ceniony, przytoczę fakt, że gdy wóz taki, odziedziczony po dziadku, sprzedałem szewcowi w Tarnobrzegu, Ignacemu Zdyrskiemu, ten za to po długim targu zgodził się podszyć mi proste buty, co wtedy mogło przedstawiać wartość półtora reńskiego.
Kto się wybierał w drogę takim wozem na dwie lub trzy mile, musiał mieć maźnicę69, uwiązaną w tyle u wozu, do smarowania osi drewnianych, gdyż inaczej wóz piszczał i nie dało się jechać. Prócz tego brał ze sobą gruby drąg i sochę na windugę70, konieczną przy smarowaniu wozu, gdyż własną siłą nie można go było ulżyć.
Gdy kto jechał przez wieś, a miał osie nienasmarowane i wóz mu skrzypiał, wołali za nim: „Sprzedaj woły — kup se smoły!”
Dopiero po pańszczyźnie zaczęły nastawać wozy żelazne, tj. mające koła okute w żelazne „rafy”, czyli obręcze, ale osie były jeszcze drewniane. Potem nastawały wozy mające i osie żelazne. Na razie który gospodarz wóz taki sobie sprawił, był nazywany „bogaczem” i budził wielki dziw w gminie.
Jednym słowem, nie miał nikt podobnych do teraźniejszych narzędzi rolniczych, tak do uprawy gruntu, jako też do innych potrzeb gospodarczych.
*
Ze zbóż siali najwięcej żyta, jęczmienia, prosa, tego więcej niż obecnie. Pszenicy i owsa siewali mniej więcej tyle, co obecnie. Dużo siali także tatarki71, ale tylko po wsiach lasowskich, piaszczystych.
Ziemniaków sadzili mało, zaledwie połowę tego co obecnie. Toteż oszczędnie je jedli, dzieci ukradkiem przed starszymi wyciągały je z dołów „łażonych” i piekły w domu, a od Bożego Narodzenia już się ziemniaków nie jadło, bo resztę przeznaczali do sadzenia.
Natomiast dużo siali rzepy, mianowicie w lecie na spokładanych ścierniskach. Drobniejszą suszyli na strychach i następnie spożywali najwięcej w poście jako tzw. całkę, tj. gotowaną w łupinach i zasypywaną kaszą jaglaną. Większą siekali i maścili nią sieczkę dla krów do dojenia w zimie. Maścili też gotowaną i utłuczoną plewy dla trzody. Zresztą jedli ją też surową, jak dziś owoce.
Więcej też niż obecnie sadzili kapusty. W każdym gospodarstwie kisili jej na zimę zwyczajnie dwie beczki, obejmujące 6–7 korcy; kisili w całych główkach, a tylko przesypywali drobniejszą, usiekaną z liści kapuścianych ręcznymi siekaczami. W zimie wszystko to jedli, a tylko kwasem maścili czasem sieczkę dla krów, „żeby się pozbyły motylicy72”.
Ze strączkowych siali bób i groch w większej ilości niż teraz. Fasoli siali bardzo mało. Nadto każdy gospodarz siał len i konopie. Z pastewnych siali trochę koniczyny, mniej niż w czasach dzisiejszych. Zresztą dla krów w lecie do dojenia zbierali chwasty, zrzynali jęczmień, pszenicę, wyżynali trawy po miedzach albo też ukradkiem na pańskim.
O potrzebie odmieniania nasienia do siewu i sadzenia nikt nie myślał. Nasienie było marne, zwyrodniałe. Jeżeli gospodarz po zebraniu plonów z pola widział, że ma zboża lub okopowych za mało na cały rok, to zaraz w jesieni musiał odebrać i schować bezpiecznie do siewu i sadzenia swoje własne nasienie, a do spożycia domowego kupował, choćby miał najdrożej płacić. Od ojca bowiem miał tę naukę, żeby swoje własne nasienie siał i sadził, a także nie sprzedawał go drugiemu do siewu i sadzenia, „bo by mu się do drugiego gospodarza przewiedło”.
Również kolejne następstwo płodów w gruncie było jak za dawnych czasów. W naszej gminie na przykład obowiązywał taki podział roli: gdzie obecnie piąta klasa gruntu, tam wszyscy siali żyto ozime i co cztery lata po wygnojeniu proso; gdzie zaś pierwsza klasa, tam siali pszenicę, jęczmień, owies, koniczynę, bób i sadzili ziemniaki i kapustę. Tę naukę ojcowie wpajali w synów i wnuków, aby tylko tak siać i sadzić, bo inaczej urodzaj chybi73. Każdy też tej nauki się trzymał, aby nie chybił i nie był wyśmiany.
Gdym zaczął samodzielnie gospodarować, ojciec mojej żony doradził mi, żeby trochę ziemniaków zasadzić koło domu na polu zwanym „Ogniska”, ażeby z nowego można było ukopać ziemniaków na domową potrzebę, nim zbierze się ziemniaków z pola w jesieni. Ja się trzymałem tego, co od ojca i dziadka słyszałem, że w tym miejscu będzie tylko żyto i proso. A teść na to: „Wsadź na wolę Bożą choć kawałeczek ziemniaków, może coś urośnie, będziesz miał bliżej”. Usłuchałem: przyszła wiosna i na wspomnianym polu sadziłem ziemniaki. Byłem już w połowie roboty, gdy nadszedł jeden z najstarszych wówczas w Dzikowie gospodarzy, Maciej Mortka, i woła do mnie, śmiejąc się: „Hej, młody gospodarzu! Twój dziadek i ojciec stąd ziemniaków nie jadł i ty nie będziesz jadł. Nic ty tu nowego nie zaprowadzisz”. Tak kilka chwil stał nade mną i tłumaczył mi, że źle robię, że nie mam doświadczenia. Były to rady starego, poważanego gospodarza, mogły mną zachwiać, odwieść mnie od rozpoczętej roboty, zdobyłem się jednak na odwagę i sadzenia dokończyłem.
Przyszła jesień; ziemniaki porosły nad podziw, tak krzaki, jako też i pod krzakami także, że można je było narączkiem74 nosić do domu. Wszyscy się temu dziwili niemało, a i ów gospodarz, który odradzał mi sadzenie, ile razy przechodził tamtędy i widział ten niezwykły urodzaj, zatrzymywał się i mówił do siebie: „U młodego trza się teraz rozumu uczyć, u młodego”, i to samo nieraz powtarzał.
Ten wypadek nauczył mnie w życiu bardzo wiele: od tego czasu coraz mniej zważałem na gadki i śmiechy ludzkie, coraz śmielej zrywałem z przesądami. Wprowadzałem inny płodozmian i gdzie indziej i dobrze na tym wychodziłem. Na tym samym polu, gdzie starzy nigdy ziemniaków nie sadzili, sadzę je obecnie stale i zawsze mam ładny zbiór, bo ziemia wyjałowiona dawniej zbożami, a zasilana teraz często nawozem, szczególniej nadaje się pod jarzyny.
W tych czasach nie brak nigdzie ładnych ziemniaków. Dawniej, skoro Niemcy, koloniści z Padwi, o trzy mile, nie dowieźli do Tarnobrzega ziemniaków, zaraz dawał się odczuwać brak tego artykułu i drożyzna; obecnie gospodarze z Dzikowa zaspokajają w znacznej części zapotrzebowanie na ziemniaki w mieście i mają ich jeszcze dość na własny użytek.
*
Co do ogrodnictwa, to były wprawdzie sady koło domów, a po niektórych wsiach było ich nawet więcej niż dzisiaj, ale drzewa w tych sadach były dzikie, które albo same wyrosły, jak dzikie śliwy, grusze, jabłonie, albo je gospodarz gdzieś w polu wykopał, przyniósł i koło domu zasadził, nie zważając na to, jaki będzie owoc. Drzewa te rosły gęsto, skołtunione jedno koło drugiego, i nie mogły się należycie rozrastać.
Prócz tego wśród pól widziało się wszędzie samotne, leśne, czyli dzikie grusze. Rosły one na skrajach pól, na miedzach i z nich było najwięcej owocu. W jesieni strząsali z nich po kilka korcy gruszek, każdy na swoim polu.
Nikt w okolicy nie sadził dobrych, szlachetnych szczepów, bo nawet przy zamku w Dzikowie nie było dawniej takiego ogrodu owocowego, jaki jest obecnie, i było tylko niewiele drzew owocowych na własną potrzebę. Dopiero przed kilku dziesiątkami lat zaczęli najpierw po dworach zaprowadzać szlachetne ogrody owocowe, a następnie i niektórzy chłopi, ale przeważnie tylko po wsiach leżących nad Wisłą i Sanem. Najpierw chodziła pogłoska, że najlepsze ogrody owocowe mają gminy Skowierzyn i Wrzawy. Po innych wsiach, mających grunta piaskowe, i dziś mało się trafi, żeby ktoś sobie zasadził kilka drzew owocowych, choć na swoją potrzebę. Wymawiają się zawsze tym, że grunt niedobry, że jak jeden sadzi, to mu drugi wydrze itp., ale w rzeczywistości nie chce im się sadzić i nikt nawet nie próbuje sadzić.
Ale w niektórych gminach nad Wisłą i Sanem widać obecnie znaczny postęp w ogrodnictwie: sadzą drzewa szczepione w pewnych liniach i odstępach jedno od drugiego, tak że każde może się swobodnie rozrastać i owocować, a pod drzewami zawsze można coś siać lub sadzić.
Nie było też dawniej żadnej prawie pielęgnacji sadu, do drzewa zachodził gospodarz przeważnie tylko wtedy, gdy miał zebrać owoc. Jeżeli kto miał sad, to pasł w nim bydło, nawet i trzodę, a za całą pielęgnację starczyć miało przewiązywanie drzewa powrósłem.
Przewiązywanie to odbywało się zawsze na Boże Narodzenie, mianowicie w Wigilię, po „postniku”. Była mowa, że jeżeli się którego drzewa nie zwiąże wtedy słomą, to będzie gniewać się i rodzić nie będzie. Więc zaraz po „postniku” wybiegali młodzi do ogrodu, jeden szedł przodem z siekierką i w każde drzewo pukał, zapytując się przy tym: „Będziesz rodzić czy nie, bo cię zetnę?”, a drugi idąc za nim, odpowiadał: „Nie ścinaj, będzie rodziło”— i powrósłem drzewo obwiązywał. I to samo powtarzało się przy każdym drzewie. Powrósło zaś musiało być na drzewie przez całe lato, nie wolno było go odwiązywać, chociażby się na nim najwięcej gąsienic zalęgło.
Ale to i dziś jeszcze widać po wsiach drzewa poobwiązywane powrósłami, choć to wierutny zabobon i drzewom nic nie pomaga, a może szkodzić, jeżeli za powrósłem zagnieździ się robactwo. Wielu nie rozumie jeszcze, że koło drzew trzeba chodzić, jak koło roli, że trzeba je pielęgnować przez cały rok, a wtedy jest z sadu ładny dochód, lepszy niż z roli. Ja np. największy dochód mam obecnie z ogrodu owocowego, który wynosi półtora morgi. W ostatnim roku, 1928, mam z niego 3000 zł czystego dochodu.
Przetworów owocowych nie robili innych prócz tego, co suszyli w piecach chlebowych: śliwki, jabłka, a szczególnie gruszki, i przyrządzali z tego polewkę do picia na Wigilię, a w czasie postu dodawali owoc suszony, rozgotowany i roztarty do kaszy jaglanej, co tak dzieci, jak starsi mieli za specjał.
Ogrodów warzywnych nie było. Bywały tylko małe ogródki, w których bywało trochę marchwi i pietruszki; marchwi zwyczajnie nawet nie zbierali, bo ją dzieci zawczasu wyciągnęły z ziemi i zjadły. Pola koło domów nie były więcej cenione niż dalsze, bo warzyw na nich nie uprawiali, a były narażone na szkody od drobiu i bydła. Jedynie z Wrzaw dowozili chłopi na targi cebulę, czosnek, marchew, mak, a takie warzywa, jak: ogórki, kapusta włoska, sałata, karpiele, kalarepa, kalafiory, szparagi, pomidory, fasola tyczna, groszek cukrowy bywały chyba w ogrodach dworskich, następnie rozpowszechniły się u urzędników, chłopi ich wcale nie znali.
Dziś wszystkie te warzywa, a szczególnie ogórki, uprawiane są przez chłopów, zwłaszcza w okolicach rędzinnych75 i w niektórych wsiach, np. w Dzikowie wyżej uprawa ta stoi niż dawniej we Wrzawach.
*
W domu i koło domu, zwłaszcza tam, gdzie były starsze dziewczęta, spotykało się różne kwiaty. Do zwyczajnych kwiatów trzymanych w oknach, w wazonikach należały: pelargonie, girania76, krezentyna77, rozmaryn, którymi okna były czasem zupełnie zaciemnione. Koło domu zaś w ogródkach, które zajmowały jakiś nieznaczny kącik, rosły: ruta, róża, majeranek, boże drzewko78, nagietki, roztroperz, wrotycz, piwonia. Kwiatki te zrywali do oświęcenia na Matkę Boską Zielną79, do rózgi weselnej, dziewczęta do strojenia głów w niedzielę i święta itp. Koło roku 1880 zaczęły się rozpowszechniać z ogrodu zamkowego różne inne kwiaty, sadzone w wazonikach i ogródkach.
*
W pszczelnictwie znane były tylko barcie, czyli pniaki, wydrążone z grubych sosen, wysokie około półtora metra. Ule takie jak dzisiejsze, zbite z desek, nie były znane i uważaliby je za nieodpowiednie dla pszczół, niechroniące przed mrozem w zimie.
Pnie dawne dawały dużo rojów, a mniej miodu. Miód bowiem podrzynali zawsze tylko dołem, poniżej oczka, czyli wylotu dla pszczół, a w górnej części wydrążenia, czyli w głowie, to jest tzw. oklek, pozostawał z roku na rok nietknięty, jako pożywienie dla pszczół, i wyrzynali go tylko wtedy, gdy pszczoły zginęły, czyli „spadły”. A że pszczoły składają miód od góry i prowadzą robotę ku dołowi, wyrzynali więc na dole sam susz bez miodu. W dobre lata z silnego pnia wybierali około czterech kwart80 miodu i mniej więcej kilogram wosku. Dzisiejsze ule ramkowe są co do miodu znacznie wydajniejsze.
Kto miał pasiekę, zachowywał miód na swój własny domowy użytek, częstował nim gości na chrzcinach, weselach, zabawach, rozdawał krewnym i sąsiadom, nadto coś spieniężał. Częściej spieniężał wosk, wyrabiając z niego gromnice albo sprzedając księżom na świece; dawali go też na ofiarę do kościoła.
Pszczelarze mieli swoje zabobony. Takiego, co miał większą pasiekę, posądzano, że ze złem trzyma, że „wie coś do tego”. Gdy kto koło pszczół robił, podbierał miód albo rój zbierał, nie wolno było przyglądać się temu zza płotu, „bo pszczoły dostawały uroku, były złe, cięte i mogła paść na nie jaka choroba i zniszczyć je”. Gdy kto przewoził ul z innej pasieki, to wiązał z tyłu wozu linę, która miała ciągnąć się po ziemi przez całą drogę, żeby tak pszczoły ciągnęły do swojej pasieki.
Za mojej pamięci największą pasiekę w okolicy prowadził Brocki, który był w przyjacielskich stosunkach z hr. Janem Tarnowskim i mieszkał w dobrach jego. Zajmował on się pszczelnictwem z zamiłowania, miał kilkadziesiąt pni na Borowie i na Wianku koło Dzikowa, a także w Jeziorku. W Dzikowie u chłopów najładniejsze pasieki były u Tomasza Szewca i Łukasza Tracza; miewali oni mniej więcej po dziesięć pni. Na ogół więcej bywało pasiek po wsiach lasowskich niż nadwiślańskich.
*
Co do pastwiska, to za pańszczyzny i przez dwadzieścia lat po jej ustaniu główne pastwisko dzikowskie było nad Wisłą, w tzw. Kępie. Ciągnęło się od przysiołka Podłęże do granicy zakrzowskiej. W dalszym ciągu leżały nadwiślańskie pastwiska, należące do gmin: Zakrzów, Sielec, Koćmierzów, Zarzekowice aż do Nadbrzezia, leżącego naprzeciw Sandomierza. Pastwisko dzikowskie leżało po obu stronach wału wiślanego i było wałem przepołowione. Wynosiło 68 morgów.
Przy tym pastwisku była wówczas wyspa wiślana, wynosząca również kilkadziesiąt morgów, porośnięta trawą i wikliną, gdzie także pasło się bydło dzikowskie. Na wyspę tę przeganiali konie po robotach, krowy niedojące się, jałówki i nie zganiali ich stamtąd całymi tygodniami, nieraz dopiero wtedy, gdy woda na Wiśle przybierała i groziła zalewem wyspy.
Prócz tego gromadzkiego pastwiska w Kępie było jeszcze drugie, bliżej wsi pod Zwierzyńcem, gdzie tylko kmiecie mogli paść swoje konie i woły. To kmiece pastwisko wynosiło 36 morgów.
Razem więc pastwiska dzikowskie wynosiły wtedy 104 morgów. Lepsze było w Kępie, gdyż grunt tam był pierwszej klasy, przy tym użyźniany wylewami Wisły.
Były to pastwiska serwitutowe, do których i dwór miał prawo. W roku 1867 po uregulowaniu serwitutu, czyli służebności, gmina otrzymała z tego obszaru 79 morgów na swoją wyłącznie własność.
Pastwisko w Dzikowie było odtąd dla wszystkich dostępniejsze: w Kępie — dla przysiołka Podłęże, dawne pastwisko kmiece rozszerzone — dla głównej części Dzikowa.
Po zniesieniu pańszczyzny należeli do pastwiska tylko kmiecie, zagrodnicy i komornicy uwłaszczeni w Dzikowie — razem 42 numery. Następnie ci przypuszczali spod swoich numerów do pastwiska swoje dzieci i w ogóle członków rodziny, tak że w roku 1868 było 69 gospodarzy uprawnionych do korzystania z pastwiska i ci otrzymali je na własność. To osobiste przyzwalanie krewnym na korzystanie z pastwiska utrzymało się w zwyczaju jeszcze z dziesięć lat po zniesieniu serwitutu, później przypuszczano do pasania tych, którzy o to prosili i złożyli oznaczoną przez radę gminną opłatę od sztuki bydła, czyli tzw. spaśne.
Z czasem, ponieważ do gminy zaczęli napływać Żydzi, pastwisko zastrzeżono hipotecznie tylko katolickim obywatelom Dzikowa. Obecnie jest w Dzikowie 294 numery, z pastwiska może korzystać każdy, kto jest katolikiem.
Jednakże pożytek z pastwiska był stosunkowo niewielki, jak jest i dzisiaj jeszcze. Trawa lepsza była z wiosną i po deszczach, przeważnie jednak była licha, nieuprawiana i nieodmieniana. Bydło odbywało na pastwisko codziennie daleką drogę. Pastwisko w Kępie oddalone było od głównej części wsi o dwa kilometry. Ponieważ bydło wyganiało się z rana i spędzało na południe i powtarzało się to znowu po południu, więc samej drogi na pastwisko i z pastwiska robiło bydło codziennie osiem kilometrów.
A widzi się to i dziś jeszcze, że pasza na pastwisku jest zupełnie niedostateczna, a przy tym bydlę wystawione jest tam to na skwar słoneczny, to znów na słotę i chłód przejmujący, więc się nie rozrasta, karłowacieje i z mlekiem ucina.
Toteż w tych wsiach, które mają pastwiska, widzi się przeważnie liche bydło i brak nabiału. Na przykład Chmielów w pow. tarnobrzeskim ma coś 1000 morgów pastwiska, ale gdy się tam spytać o krowy i nabiał, gospodarz odpowiada: „Jest ta u Pana Boga cztery, pięć bydląt, ale mleka nie mają i barszczu nie ma czym podbić”.
Lepsze bydło spotyka się zazwyczaj tam, gdzie pastwiska nie mają. W takich wsiach bydło, trzymane w domu, jest regularnie i lepiej odżywiane i dostarcza nabiału, przy tym robi nawóz w oborze, więc jest czym grunt nawozić, a potem się rodzi i podnosi się ogólnie dobrobyt.
Toteż — można powiedzieć — pastwiska takie, jak były dawniej i dziś są jeszcze, stanowią jedną z przyczyn biedy na wsi. O ile lepiej byłoby, gdyby były umiejętnie uprawione, podzielone lub wydzierżawione przez gminę, przez jej mieszkańców i w ten sposób zamieniły się na pola orne lub łąki. O ile więcej byłoby wtedy we wsi chleba i paszy.
*
Hodowla inwentarza była dawniej bardzo licha, koło koni chodził gospodarz albo parobek i o nie jeszcze najwięcej dbali, krowy zaś, trzoda chlewna i drób zdane były wyłącznie na opiekę gospodyni, która, jeśli miała dziewkę, to się nią przy tym wyręczała.
Co najlepsza pasza, jak siano, koniczyna, owies z sieczką, ciarachy, plewy81, była tylko dla koni, krowy zaś dostawały tylko czystą słomę z żyta, pszenicy, jęczmienia, owsa, a prośniankę82 zadawali im dopiero na wiosnę, gdy się ocieliły. Jeżeli zaś gospodyni chciała im kiedy zarzucić za drabinę lepszej paszy: siana czy koniczyny, to czyniła to ukradkiem, żeby tego gospodarz nie widział, bo się bardzo o to złościł i gniewał, również i parobek pilnował, żeby gospodyni paszy koniom „nie porywała” i nie uszczuplała, bo mówili, że „koń ciągnie i robi, to musi lepiej zjeść, a krowa nie idzie do zaprzęgu — stoi tylko i żre”. Chociaż i konie w zimie stały przeważnie na stajni i zazwyczaj wyjeżdżali nimi tylko po drzewo do lasu, ale gospodarza to cieszyło, gdy je ze stajni wypędził i ładnie mu po oborze83 brykały.
Zupełnie nie rozumieli tego, że z hodowli krów jest większy pożytek niż z koni. Ale i krowy chować lubili, dbali o to, żeby ich mieć dużo, przysadzali cielęta, ale cóż z tego, skoro cztery, pięć krów nie dawało w zimie więcej niż kwartę mleka i gospodyni narzekała, że nie ma czym barszczu podbić. Na wiosnę, gdy wychodziły na pastwisko, to się słaniały od wiatru, nieraz się przewracały i nie mogły się same podźwignąć, i trzeba było je podnosić, a boki miały oblepione zeschniętym gnojem, że nie znać było sierści. Dopiero w lecie na pastwisku, jak się leniły, łajno odłaziło z sierścią zdardami i skóra była goła i na nowo sierścią porastała. Wtedy pobierały się i dawały więcej mleka, tak że go już w domu nie brakowało.
W owych czasach częściej u komornika niż u gospodarza trafiała się krowa ładniejsza i mleczniejsza, bo komornik nie chował koni i więcej o krowę zadbał, ale sąsiedzi przypisywali to zawsze czarom i komornicę nazywali czarownicą.
Świnie chowały się głównie poza domem: od wiosny aż do jesieni na pastwisku, a po zbiorach w polu; nadto świnie dzikowskie żywiły się też latem i zimą w mieście. W domu dodawano im w lecie tylko pomyje do picia, tj. wodę, w której naczynia po jedzeniu były pomyte, w zimie do tego trochę plew, przymaszczonych mąką lub ziemniakami. Karmiki, pasące się w chlewiku na zabicie, dostawały przez cztery do pięciu miesięcy ziemniaki gotowane, tłuczone, z domieszką ospy84 jęczmiennej.
Rasa świń była jedna tylko, swojska, ostrej kości, porosła grubą i wysoką szczeciną. Szczeć tę po zabiciu karmika kupowali bardzo chętnie Żydzi, płacąc za nią z dobrej sztuki najmniej półtora reńskiego. Toteż świni mającej ładną szczeć nie darowali pastuchy na pastwisku, ale ją wyskubywali na grzbiecie i sprzedawali Żydom lub szewcom do szycia butów.
Ogiery, buhaje i knury chodziły razem z bydłem na pastwisku, więc klacze, krowy i świnie tam się stanowiły i żaden prawie gospodarz nie chodził z nimi do rozpłodnika i nie płacił za to, a często nawet nie wiedział, czy jego klacz, krowa lub świnia jest zapłodniona. Trafił się czasem gospodarz, że nie puszczał rozpłodnika na pastwisko, żeby mu się nie psuł, takiego nazywali zazdrosnym i mało tam prowadzili, bo zresztą były inne rozpłodniki na pastwisku.
Drób, tj. gęsi, kaczki i kury były w każdym domu chętnie chowane przez gospodynie i może w większej ilości niż dzisiaj. Ale i one były tylko jednego, swojskiego gatunku.
Chów gołębi i królików był u gospodarzy rzadkością, a jeżeli trafiły się, to zajmował się nimi najczęściej chłopak lub wyrostek, który się musiał z tym inwentarzem dobrze ukrywać przed starszymi, bo nierzadko za ten chów dostał w skórę. Uważano powszechnie, że chowanie gołębi i królików to pańskie bawidło i grymas i poważnemu gospodarzowi nie przystoi zaprzątać sobie tym głowy.
W tym czasie, jak zacząłem na swoją rękę gospodarzyć, ceny inwentarza żywego były jeszcze bardzo niskie. Najlepszego konia chłopskiego można było kupić najwyżej za 30 złr, gdy dzisiaj trzeba dać za niego 200 zł; lichego można było kupić za 5–10 złr, gdy dziś trzeba zapłacić 40–60 zł, bo już tańszego dzisiaj nie dostanie. Za krowę kto wziął 25 złr, to mówili, że „nabrał dużo pieniędzy”; za cielę tygodniowe brało się 80 grajcarów do półtora reńskiego.
Karmika pasionego można było wtedy kupić za 30 złr, gdy dzisiaj trzeba dać 160–200zł; samorę85 chudą do chowania kupowało się za 15–25 złr, za którą dziś płacą 120–150 zł; prosię ssące 4-tygodniowe kupił za 1–2 złr, a bywało, że gdy nazganiali dużo prosiąt na jarmark, to i taniej, za bezcen, nie można ich było sprzedać, a dzisiaj płacą za takie prosięta 16–30 zł.
Miałem np. raz, koło roku 1870, prosięta od trzech samor, ładne wieprzaki, a trudno było je sprzedać. Żona namawiała krewnych i sąsiadów, żeby je rozkupili po 50 centów, jednak i tej kwoty nikt nie chciał dać, więc zarzynało się po jednemu na domową potrzebę. Dzisiaj by za takie prosięta brało się z łatwością po 16–20 zł.
Za gęś płacili dawniej 50–60 centów, dzisiaj trzeba dać 4 do 5 zł. Kurę kupił za 20–30 centów, dziś dają 2 do 3 zł. Cena jajka kurzego była 1 cent albo półtora centa, dzisiaj 8–10 groszy.
Podałem powyżej tak dawniejsze, jak i dzisiejsze ceny wiejskiego inwentarza żywego, bo jakie były ceny na obszarach dworskich, nie mam o tym dokładnych wiadomości.
*
Nic dziwnego, że przy dawniejszym sposobie gospodarowania brak było chleba i z małym wyjątkiem każdego roku był przednówek86; a — jak starsi opowiadali — dawniej nieraz spadała taka klęska głodowa, że nawet za pieniądze nie można było zboża kupić.
Dziadek mój i ojciec nieraz mówili, że gdy głód dokuczał i nie było ani ziarnka w domu, to gospodarz wybierał się z pieniędzmi, aby gdzie parę garncy jakiegokolwiek zboża kupić i domowników pożywić. Chodził od wsi do wsi, od miasteczka do miasteczka, a dzieci zgłodniałe wyglądały tymczasem ojca, jak zbawienia. Ten nareszcie po długiej wędrówce powracał, bywało jednak, że wobec zbiedzonej głodem rodziny rzucał na stół pieniądze, bo zboże nigdzie nie dało się kupić. Wtenczas wszyscy domownicy uderzali w płacz, jak na organach. Opowiadali też o takim nieurodzaju, że jednego roku ze dworu dzikowskiego pożyczano chleb w klasztorze oo. Dominikanów w Tarnobrzegu.
Ludzie na przednówku żywili się perzem i różnymi chwastami, a dziś nie mamy już nawet wyobrażenia o tych dawnych przednówkach i klęskach głodowych.
Zresztą jak sam z dzieciństwa pamiętam, chleba u każdego gospodarza, większego czy mniejszego, było zwyczajnie skromnie. Bochenek napoczęty był zawsze chowany i chleb był udzielany dzieciom i służbie. Brak pożywienia uczuwać się dawał co rok prawie na przednówku, tj. od wiosny do żniw. Zboże i inne produkty podskakiwały wtedy w cenie prawie drugie tyle i były do nabycia jedynie u Żydów, którzy zbierali je od gospodarzy już od żniw przez jesień, najczęściej za wódkę, a na przednówku dobrze spieniężali, wystawiając w czasie targów na rynku w workach. A koło tych worków kręciła się wtedy głodna rzesza więcej niż w innych stronach rynku, kupując zboże na garnce lub kwarty, jak kogo stać było.
W dobrych też czasach zboże i ziemniaki rzadko bywały tańsze niż obecnie. Tylko z nowego i przy bardzo pomyślnych zbiorach było pod dostatkiem żyta i do takich tylko czasów mogło się odnosić przysłowie: „Na Matki Boskiej Zielny — chłop chodzi jak cielny” (tj. najedzony).
Więc chleb był zawsze bardzo szanowany, każdy wyzbierywał starannie kłoski na swoim polu, bo uchodziło to za grzech, gdyby je na ściernisku na zmarnienie zostawił, a chudobniejsi87 zbierali je na pańskim i szukali ziemniaków na kopniskach, mówiąc, że się im to lepiej opłaci niż chodzenie na zarobek.
Za grzech też wielki uważali zmiatanie okruszyn chleba na ziemię, a jeżeli ktoś okruszynę taką zobaczył na ziemi, to ją podnosił i całował, przepraszając w ten sposób dar boży za zniewagę. Łopatę do wsadzania chleba i pomiotło do wymiatania pieca chlebowego gospodyni stawiała zawsze do góry, bo na łopacie były resztki ciasta i mąki, więc nie należało walać ich po ziemi; przy tym przestrzegali pewnej czystości przy przyrządzaniu pożywienia.
*
Grozę głodów podnosiły dawniej liche drogi. O kolejach żelaznych nie było jeszcze słychać, za mojej pamięci dużo ludzi umarło i kolei nie widzieli. Mówiono tylko, że idzie kolej żelazna z Krakowa do Lwowa, na której jadą ludzie. Byłem już wtedy samodzielnym gospodarzem, gdy mnie doszła ta cudowna wiadomość. Zebrała mnie ochota, żeby tę kolej zobaczyć i zgodziłem się prawie za pół darmo z Żydami do Dębicy „na zróckę”, tj. miałem ich tam zawieść i nazad wracać. Miałem wówczas to szczęście, że dojeżdżając do Dębicy, widziałem, jak szedł właśnie pociąg, a potem na stacji dosyć się napatrzyłem urządzeniom kolejowym i po powrocie miałem co opowiadać żonie i domownikom. Do Tarnobrzega wybudowano kolej z Dębicy dopiero w 1887 roku88.
Droga zatem po większej części była zła i trudna do przebycia i gdy się ktoś wybierał np. do lasu, trzy mile odległego, to jechał więcej jak dwa dni, podczas gdy teraz w kilka godzin tę drogę po szosie przejedzie. Skoro więc w jakiejś okolicy nie było urodzaju — czy to, że rok był mokry lub nadzwyczaj suchy, czy też skutkiem gradobicia lub innej klęski elementarnej, to zanim dawnymi drogami dostawił ktoś zboża, głodny tymczasem umierał.
*
Wsie nadwiślańskie trapiły też straszliwe wylewy Wisły. Jeżeli nie były one dawniej częste, chociaż wały były bardzo niskie, to dlatego, że po gruntach, łąkach i lasach pełno było dołów i bagien, z których woda cały rok nie schodziła i rzeki były nieuregulowane. Dopiero gdy zaczęto rznąć rowy, aby wody stojące do Wisły odprowadzić i bagna osuszyć i gdy zaczęto rzeki regulować, wtenczas zaczęła woda na Wiśle raptowniej wzbierać i wały okazały się za niskie.
Pamiętam jeden tylko taki wylew, mianowicie w roku 1879. Wtedy stan Wisły był taki, że woda przelewała się przez wały, a pod Dzikowem przerwała je na długości prawie pół kilometra i zatopiła wszystkie wioski nad Wisłą aż po Sandomierz, zrządzając wielkie spustoszenie w gruntach i domach.
Woda w jednym miejscu wydarła doły, w drugim naniosła piachu. Mikołajowi Mortce w Dzikowie zabrała dom i wszystkie budynki, a w miejscu, gdzie stały, wyrwała taki dół, że głębokość jego trudno było zmierzyć.
Było to wprawdzie w czas na wiosnę, kiedy jeszcze pola nie były obsiane, mimo to szkody były tak znaczne, że się zdawało, że ludzie nie będą mogli za kilka lat wygrzebać się z biedy. Tymczasem w paru tygodniach przyszła niespodziewana pomoc, a to dzięki śp. hr. Janowi Tarnowskiemu, który dla dotkniętych powodzią wyjednał u rządu wysokie zapomogi i dawał je też z własnych funduszów, każdemu według poniesionej szkody, tak że każdy mógł grunt zepsuty naprawić, obsiać i potrzeby domowe częściowo zaspokoić. A co ważniejsze, rozpoczęły się niedługo roboty koło lepszego obwałowania Wisły i dziś wały są tak wysokie, że zabezpieczają przed najwyższym stanem wody. Gdybyśmy mieli dawniejsze wały, to obecnie po regulacjach, gdy woda raptem wzbiera, za każdym zbiorkiem mielibyśmy wylewy, tak że mało kto utrzymałby się przy gruntach nadwiślańskich.
Ale po drugiej stronie Wisły, w b. Królestwie Polskim, dotąd nie ma dobrego obwałowania, bo prawie co roku topi tamtejszych włościan woda i to nieraz w czasie żniw. Przy wielkim wezbraniu wody Wisła tam zalewa wielkie przestrzenie, tak że jak okiem sięgnąć, nic więcej nie widać, tylko krzaki i domy stojące w wodzie, i słychać przy tym ryk bydła i wołanie ludzi o ratunek, aż groza przejmuje. I to, jak dawniej bywało, tak i teraz jeszcze się powtarza.
*
Klęski straszne sprowadzały też pożary. Strach przed nimi był szczególnie w lecie, gdy przyszła posucha.
Powstawały najczęściej przez nieostrożność: przy suszeniu konopi i w piecach chlebowych, z palenia tytoniu, przez dzieci, gdy zostawały w domu bez dozoru i bawiły się ogniem, od piorunów albo też ogień był podłożony ze złości zbrodniczą ręką. Szerzyły się zaś szczególnie dlatego, że domy były gęste, zbite w kupę i kryte strzechą.
W Dzikowie za mojej pamięci było kilka pożarów. Najwięcej ucierpiały od nich „Piaski”, tj. część Dzikowa stykająca się z miastem i najgęściej zabudowana. Największy był tu pożar koło roku 1875. Zajęło się wtedy u gospodarza, który w żniwa woził snopki do stodoły i palił fajkę, a zgorzały prawie całe „Piaski”. Następnie spaliło się tu kilka domów w czasie pożarów miastowych, jak również w roku 1890 wskutek pożarów, które parokrotnie wybuchały z niewiadomych przyczyn. Zresztą w różnych latach były w różnych stronach Dzikowa pożary, którym uległy pojedyncze zabudowania, dwa takie pożary były od pioruna, jeden spowodowany przez dzieci, trzy z niewyśledzonych przyczyn.
Ale gdzie indziej pożary bywały większe, całe wsie ze wszystkimi zbiorami szły z dymem i zostawał tylko popiół. Z okolicznych wsi spalił się tak za mojej pamięci: Mokrzyszów, Sobów, Stale, Furmany, Grębów i żadna wieś nie była wolna od tej klęski.
Rozmiary jej powiększało jeszcze to, że domy wtedy były nieubezpieczone od ognia, a jeżeli były ubezpieczone, to na małą kwotę, bo gdy budynki były warte np. 2000 reńskich, to ubezpieczali je na trzy, cztery stówki, żeby wielkich premii89 nie płacić.
Po pożarach takich chodzili i jeździli po okolicznych wsiach pogorzelcy „za wspomożeniem”, zbierali: słomę na pokrycie nowych domów, zboże na chleb, przyodziew, pieniądze, a każdy takiego pogorzelca czymś wspierał. Niejeden chodził tak za wspomożeniem i dwa lata, zapuszczał się do coraz innych wsi, więc mógł nawet zebrać więcej, niż stracił.
W Tarnobrzegu pamiętam trzy wielkie pożary, pierwszy i największy w roku 1862. Ten wybuchł w nocy z 5 na 6 czerwca. Wiatr był wtedy ku Wiśle, a ogniem tak rzucało, że nawet za Wisłą siedzieli ludzie na dachach, żeby tam do pożaru nie dopuścić. Zgorzało wtedy całe miasto, a że domy były tylko drewniane, kryte gontem, a nawet słomą i nie było nawet podmurówek, bo przyciesie90 spoczywały tylko na klocach drewnianych lub na kamieniach, więc po pożarze miasto tak się przedstawiało, że gdyby nie sterczące kominy, to można by pługiem wjechać i wszystko zaorać. Spalił się wówczas i kościół oo. Dominikanów.
Spalił się też dworek Jachowiczów w Dzikowie, który stał przy kościele, na tym placu, gdzie dziś znajduje się szkoła powszechna żeńska. W popiół obróciły się — jak mówią — pamiątki rodzinne Jachowiczów, a w szczególności po Stanisławie Jachowiczu91, sławnym poecie i nauczycielu, który się tu urodził i wychowywał.
Po pożarze tym opowiadano na różnych schadzkach i zabawach, że był on karą bożą za bluźnierstwo, jakiego się mieli Żydzi dopuścić, urządzając w mieście na szyderstwo przedstawienie z męki Chrystusa Pana92.
Następne pożary, w roku 1884 w jesieni i w roku 1888 w lecie, częściowo miasto zniszczyły.
Po każdym z tych pożarów miasto lepiej się odbudowywało, podnosili się przede wszystkim Żydzi i handle żydowskie. Pierwsze też murowane domy budowali bogaci Żydzi.
Teraz i po wsiach pożary są rzadsze. Domy bowiem, stosownie do ustawy, budowane są od siebie w pewnej odległości i kryte są ogniotrwałym materiałem. Istnieją też wszędzie straże ogniowe.
Nadto teraz mało się trafi, żeby budynki nie były ubezpieczone od ognia i po większej części ubezpieczają je według wartości. Jeżeli teraz zajdzie pogorzelec za wspomożeniem i narzeka, że wszystko stracił, to mu mówią: „Czemu się nie asekurujecie?”, wypowiadają mu niedbalstwo pod tym względem i zwyczaj chodzenia za wspomożeniem znika.
*
W ogóle lata dawniej — jak zapamiętałem — bywały bardziej mokre i mrozy silniejsze niż dzisiaj. Z wiosną trudno było wjechać w pole, bo dużo było wody ze śniegu, a brak było rowów i spustów, więc gdzie woda stanęła, tam stała. W lecie też trudniej było o pogodę i żniwa były utrudnione. Na plony więc lepsze były lata suchsze niż mokre, i mówili wtedy, jak i teraz mówią: „Lepszy rok suchy, bo nie traci chleba”. W zimie bywały bardzo wielkie śniegi, drogi bywały nimi tak zawalone, że przejazd gdziekolwiek był niemożliwy, i było więcej szarwarków na odgarnianie śniegów z dróg i rozbijanie zasp śnieżnych niż na naprawę dróg w lecie. Wozy zimą były zarzucane, a używano tylko sani, które teraz u gospodarzy są rzadkie. Bywały też większe mrozy, okna przez zimę były jak okute lodem, stajnie musiały być otulone, ptaki padały z zimna i dzikie zwierzęta cisnęły się do zabudowań.