Rozdział VIII
Gromada. Wójt. Władza wójta. Pobór rekrutów. Służba wojskowa. Deputowani i sprawy serwitutowe. Mandatariusze. Urzędy państwowe. Zmiany od roku 1867. Gmina po roku 1867. Stosunek do dworu. Stan oświaty w czasie pańszczyźnianym. Szkoły w Tarnobrzegu. Życie polityczne, pierwszy ruch wyborczy. Opowiadania z przeszłości i uświadomienie narodowe.
Najwyższą władzą w gminie przed rokiem 1867 była cała gromada, która schodziła się na uchwały, wybierała wójta i przysiężnych174, a także pełnomocników gromadzkich, czyli deputowanych, słowem — całą starszyznę gromadzką, i miała nadzorować jej czynności.
Gromadę zwoływał wójt, a to w ten sposób, że zatykał w rozszczepioną laskę, a właściwie w pierwszy lepszy kij jakikolwiek papier i laska ta była szybko podawana od domu do domu, przy czym każdy podający ją w drugim domu mówił: „Macie się zejść do gromady” — wtedy a wtedy. I tak w krótkim czasie obiegała całą gminę i wracała na powrót do wójta na znak, że już u wszystkich była. Gdyby ją zaś kto u siebie zatrzymał i nie podał dalej, to była za to kara, którą naznaczał wójt zwyczajnie w wysokości paru szóstek, z czego się przed gromadą nie rachował.
Gromada zbierała się u wójta, i to albo w domu, a wtedy ci, co w izbie nie mogli się pomieścić, stali w sieni lub pod oknami, albo — jak było ciepło — obradowała na obejściu. Zwyczajnie jednak nie wszyscy się schodzili, tylko część pewna, a przede wszystkim starszyzna gromadzka i bogatsi gospodarze.
Najwięcej zbierali się w celu rozrachowania na każdy dom, czyli „numer”, wydatków gminnych, jakie przypadły. Rachowali ci, co wcześniej przyszli, więc zazwyczaj tylko starszyzna gromadzka i kilku innych roztropniejszych gospodarzy, i to w pamięci, bo w ogóle nie były prowadzone żadne zapiski i książki, i pisarza w gminie wówczas wcale nie było. Następnie wójt zebranym ogłaszał, że jest do zapłacenia kwota taka a taka i „na numer” wychodzi tyle a tyle, i później wszyscy według tego płacili.
A jeżeli się ktoś na gromadzie odezwał, że „to jakoś za dużo, że nie powinno na numer tyle wychodzić”, to go zaraz wójt czy inny z jego otoczenia z góry przysiadł, wołając: „To trza było wcześniej przyjść; my tu sobie głowy od południa psujemy, a ty, paniczu, wylegujesz się gdzieś w domu i teraz będziesz gadał; masz zapłacić i na tym koniec, bo tak wyrachowane”. Zwyczajnie jednak ci, co rachowali, nie zapominali o sobie i liczyli tak, żeby i dla nich coś na napitek zostało.
Potem było już po gromadzie, bo ci, co się zaraz nie rozeszli, gwarzyli o rzeczach, które nie należały do porządku dziennego zebrania, więc zebrania gromady trwały zazwyczaj krótko.
Jeżeli chodziło o wybór wójta i przysiężnych, to z tych, co się zeszli, występował jeden mający większy posłuch w gminie i wskazywał, kogo wybrać, następnie cała gromada szła zwyczajnie za zdaniem tego jednego, wołając: „Zgoda, zgoda!”. Nie było przy tym wcale zapisywania głosów.
*
Wójt i przysiężni wybierani byli przez gromadę na trzy lata.
Przed domem wójta na znak, gdzie mieszka, wystawiona była na wysokim drągu obręcz o średnicy mniej więcej pół metra, owinięta słomianym powrósłem i podzielona w środku na krzyż kijami, czyli krzyżakiem, również okręconym słomą. Później po roku 1867 zamiast tego znaku były nakazane tablice, ustawiane nie tylko przed domem wójta, ale i na granicach gminy, co się dziś widzi.
Było też zwyczajem, że wójt chodził zawsze z laską grubą, zgrabnie obrobioną, lub też ze zwyczajną pałą — według tego jak dbał o to. Była ona niejako jego godłem i po niej nawet poznawali go obcy, mówiąc: „Musi to być wójt, bo ma laskę grubą i ładną”. Z laską taką szedł do urzędu, na komisje, bił nią przy szarwarku, braniu zastawu, czyli „fantowaniu”, wystawających na drodze, a przy oddawaniu urzędu wręczał ją zwyczajnie z przyjaźni następcy, co jednak nie było obowiązkiem, tylko zwyczajem, bo laska nie była gromadzka, tylko własnością wójta.
Ale najważniejszą dla wójta była wówczas pieczęć, którą też chował starannie w domu, żeby jej kto nie ukradł i gminie nie szkodził. Mało się nią posługiwał, podczas gdy teraz musi być ciągle w użyciu, przybijając ją tylko kiedy niekiedy na testamentach, zapisach, na aktach urzędowych w urzędach lub na komisjach. I na takich aktach bał się ją zawsze przybijać i pomacać za pióro, gdy go podpisywali, choćby rzecz była na korzyść gminy, lękając się, „żeby go w czym nie poderwali”. Gromada zaś miała takiego wójta za mądrego i rzetelnego, co pieczęci gdzieś nie dał i nie zgodził się na podpis, bo sądzili, że gdy na coś czasem dał pieczęć i pomacał za pióro a chybił, to mógłby całą gminę zaprzedać.
*
Wójt miał wtedy dość znaczną władzę, większą niż obecnie, bo załatwiał wiele z tych spraw, które dziś należą do sądu i starostwa.
W gminie bali się go i słuchali więcej niż obecnie, bo był na miejscu i każdego mógł łatwo dosięgnąć, a przy tym był zawsze przy pale. Jeżeli był dobry, rozsądny, nie pijak, to było lepiej niż teraz, bo mógł niejedną sprawę przeprowadzić, nawet gruntową, w krótkiej drodze, bez żadnych kosztów, nie było więc tyle procesów, sądów, adwokatów. Teraz bagatelna sprawa wlecze się w sądach latami, jedna władza przysądza, druga obala, strony ciągną się na adwokatów, dokąd tylko mogą, a jak się już wyniszczą, to się najczęściej pogodzą tak, jak pierwej przy wójcie bez kosztów.
Wójt w Dzikowie miał do pomocy dwóch „posłusznych”, których sam sobie dobierał i którzy wykonywali jego polecenia. Za te czynności nie brali prawie żadnej pensji, kontentując się tym, co wypili od wójta — najwięcej przy wykupnie zastawów, czyli „fantów”, albo co im kto dał na wódkę od przydybanego w szkodzie bydła. Toteż na posłusznych wpraszali się najczęściej tacy, co wódkę lubili.
Pamiętam, jak raz w gminie wykonana była kara na mężczyźnie i kobiecie, obwinionych o rozpustę i przydybanych na gorącym uczynku, przy czym oboje dopuszczali się wiarołomstwa, bo on był już żonaty i ona też zamężna.
Wójt kazał sprowadzić oboje obwinionych, winę potwierdzili świadkowie, osąd był taki, żeby oboje otrzymali karę cielesną publicznie w kilku miejscach, na każdej ulicy we wsi.
Wykonanie kary odbyło się zaraz. Ona niosła ławkę w jednym końcu, a on w drugim; jeden z posłusznych szedł przodem i bębnił na cebrzyczku, żeby się ludzie schodzili na większą hańbę dla obwinionych. W każdym miejscu musieli się obwinieni sami na ławie położyć, a posłuszni wymierzali karę po kilka kijów, ile wójt przeznaczył, i bili mocno, do krwi. Po odebraniu kary za każdym razem musieli obwinieni wszystkich obecnych, zaczynając od wójta, przeprosić, chwytając nisko za nogi. W końcu wójt kazał zabrać obwinionym fanty; napili na nie ci, którzy brali udział w wykonaniu wyroku, czyli egzekucji, i zastawili do wykupienia.
Wójtem był wtedy Jan Ordyk, a wykonywał tę karę z przysiężnymi (z których jednym był mój ojciec), z dobraniem deputowanych.
Prawie wszyscy mieszkańcy pochwalili ten osąd, mówiąc, że gdyby wójt kiepsko za takie przestępstwo karał, toby Pan Bóg spuścił karę na całą gminę, i ludzie lubili, jak wójt był ostry i w krótkiej drodze doraźnie karał, i porządek trzymał.
Po innych gminach powszechne było zakuwanie winowajców w dyby, a odbywało się to w karczmach. Przestępca, mając nogi w dybach, siedział tak na ławie w karczmie przez parę godzin albo i dłużej i jeżeli było go na czym patrzeć, to były mu brane fanty i wójt z pomocnikami od razu na nie pili, a potem wójt winowajcy krótko oświadczał, ile ma w karczmie zapłacić, i dopiero gdy to uskutecznił, Żyd mu fant wydał, a w przeciwnym razie winowajca fant tracił.
Ile razy jechało się gdzieś dalej i wstąpiło na popas do karczmy, zawsze prawie widziało się podobne egzekucje, tj. winowajcę skutego, siedzącego przy ścianie, i starszyznę gromadzką, przypijającą na koszt jego. W Dzikowie takich egzekucji nie było, bo karczmy we wsi nie było, jak i dotąd nie ma.
Fantowanie wyżej wzmiankowane, odbywało się za różne przewinienia, a w szczególności także za nieposłuch wójtowi, za szkody polne, nie odrobienie powinności albo niezapłacenie należytości gminnych itp., a na fanty brane były pługi, brony, koła od wozu, rzezaki od skrzynki do rznięcia sieczki, siekiery i inne narzędzia gospodarskie, uprząż z koni, poduszki, ubranie. Często zabierali to, co było gospodarzowi najpotrzebniejsze, ażeby go tym zmusić do jak najrychlejszego wykupienia fantu.
W Dzikowie fanty były składane najczęściej u wójta, a pieniądze, uzyskane z wykupienia ich, szły albo na rzecz gminy, jeżeli chodziło o należytości gminne, albo na napitek dla wójta i jego pomocników, jeżeli były ściągnięte z powodu jakiegoś przewinienia; w innych zaś gminach fanty takie były zanoszone wprost do karczmy i składane u Żyda.
Jak był kto silny, to oparł się wójtowi i pomocnikom i ukarać się nie dał. Był np. w Dzikowie komornik jeden awanturniczego usposobienia, a zresztą niezły chłop, który nie chciał płacić należytości gminnych i fantować się nie dał. Raz sam byłem naocznym świadkiem, jak wójt z dwoma pomocnikami przyszedł do niego na egzekucję, a gdy nic sobie zabrać nie dał, ściągnął mu ukradkiem ze ściany nową baranią czapkę i z tym fantem wyszli. Ale komornik ów zaraz to zauważył, wybiegł z izby i zaczął z wójtem bitkę, a że był mocniejszy, więc mu fant odebrał. Wójt odpowiadał, że go do sądu zaskarży, ale na drugi dzień oba przypili i skargi wcale nie było.
Miałem i ja ze wspomnianym komornikiem kłopot, gdy wójtem zostałem. Gdy raz dałem posłusznym polecenie, ażeby zbierali należytości kwartalne na nauczyciela, on nic nie chciał złożyć i przy tym lżył posłusznych, wójta i radę. Nie było innego wyjścia, trzeba go było podać do sądu. Dostał za to trzy dni aresztu, przy czym sędzia ostro go złajał, tłumacząc mu, że się dopuszcza zbrodni, i gdyby się to powtórzyło, to go ostrzej ukarze.
Niedługo po odsiedzeniu tej kary ujrzał mnie on na drodze i woła z tyłu: „Wójcie, wójcie, zaczekajcie ino!” Sądziłem, że myśli o zaczepce z powodu tego aresztu, a on do mnie w te słowa: „Przepraszam was za obrazę, przepraszam, niech Pan Bóg da wam zdrowie za to, żeście mnie z krótszej drogi zwrócili, bo że was słowami tylko obraziłem, siedziałem za to trzy dni, więc jaką bym to karę dostał, gdybym się kiedyś na was tak porwał i tak was bił, jak tamtego wójta! Bóg zapłać, żeście mnie rozumu nauczyli”.
I odtąd wszelkie należytości do gminy najporządniej składał i poleceń gminnych słuchał, i nie było już z nim żadnego kłopotu.
Trzeba dodać, że areszt wtedy był twardy, bo aresztant spał na gołych deskach, a dawali mu tylko chleb i wodę, więc aresztu takiego bał się każdy, kto go raz spróbował, nie tak jak obecnie, co więzienie jest dosyć wygodne, i kto w nim siedział, a straci wstyd, później z takiej kary sobie kpi i do więzienia po prostu się ciągnie.
*
Wójt występował przy poborze rekrutów do wojska. Według tego, co słyszałem od starszych, za dawniejszych czasów odbywał się pobór rekruta w ten sposób, że na każdą gminę stosownie do liczby ludności było przeznaczone, ilu ma dać rocznie żołnierzy. Gmina Dzików np. miała dawać półtora żołnierza, tj. jeżeli w jednym roku wziętych było dwóch żołnierzy, to w drugim brali tylko jednego itd.
Każda gmina musiała swoich rekrutów dostawić przed komisję poborową. Były z tym wielkie korowody, bo który rekrut był zdatny i czuł, że go odstawią, to uciekał i krył się, gdzie tylko mógł. Wójt z pomocnikami chodzili najwięcej w nocy po domach i na spaniu rekrutów łapali, a jak którego złapali, to go już pod wartą trzymali, aby na nowo nie uciekł. Potem wójt dał podwodę (forszpan) i stosowną wartę, a nawet czasem przywiązali rekruta na wozie do drabinki, aby na drodze nie uciekł, i tak pod surową wartą wieźli go do Rzeszowa.
Gdy rekrut był zdatny i oddali go do wojska, czyli „asenterowali”, to nie puszczali go już do domu, ale od razu szedł na długie lata do wojska.
Ucieczka rekruta zależała dużo od wójta, toteż ojciec popisowego zawczasu przyjaźnił się z wójtem, częstował go i prosił, aby syna nie dostawił, i takiego wójt nie mógł złapać, bo już naprzód wiedział, kiedy i gdzie po niego przyjdą. A że każda gmina musiała oddać przepisaną liczbę żołnierzy, więc na miejsce tych, co ich złapać nie mogli, starał się wójt dostawić drugich, i nieraz złapali takiego, który był z innej miejscowości, a nawet mógł być poddanym innego państwa, ale się zaplątał w danej wsi, i takiego odstawili do komisji poborowej, tam go „zaasenterowali” i zapisali na tę gminę, co go dostawiła, bo rządowi nie chodziło o to, skąd był rekrut, tylko aby gmina swoją należytość oddała.
Gdy się zaś trafiło, że stawał przed komisja wojskową taki, co robił w gruncie i utrzymywał rodzinę, to wójt wstawiał się za nim, czasem nawet postawił się ostro przed komisją, szturnął laską w podłogę i mówił, że rekrut nie może iść do wojska, bo nie ma kto robić w domu na utrzymanie rodziny, i rekrut był uwalniany, a wójt za to był długo w tej familii szanowany.
Dziadek mój opowiadał, że gdy miała nastąpić zmiana w sposobie rekrutowania i na zabawach lub schadzkach sąsiedzkich wspomniał kto, że „nadejdą takie czasy, iż ojciec syna sam doprowadzi do wojska”, to drudzy nie chcieli temu dać wiary i powiadali: „Co pleciecie, to się nie stanie nigdy, żeby ojciec własne dziecko sam dostawiał do wojska, śmiejcie się z tego”. A tymczasem przyszły czasy, że nie ojciec syna prowadzi, ale ten sam się musi stawić, gdzie i kiedy mu każą.
Jak ja już zapamiętałem, rekruci sami się już dość regularnie do poboru stawiali, a pobór odbywał się na podstawie losowania, przy czym ten był pierwej przed komisją poborową powoływany, kto miał numer losu niższy, wójci zaś byli przy tym obecni. Było to na razie przez kilka dziesiątek lat połączone z wielką poniewierką i kosztami tak dla rekrutów, jak i wójtów, bo w czasie poboru wszyscy naraz zjeżdżali się z całego powiatu i rekrut czekał, aż na niego przyjdzie kolej stawienia się przed komisją, a wójt musiał siedzieć w mieście prawie dwa tygodnie, aż wszyscy rekruci z jego gminy byli wywołani.
Zmieniło się to dopiero, gdy rząd austriacki wprowadził takie urządzenie, że wszyscy rekruci z danej gminy mieli się stawić do poboru na oznaczony dzień i w jednym dniu załatwiali się z poborem, czyli „asenterunkiem”.
Z dawniejszych czasów zachowało się jeszcze za mojej pamięci to, że kto był wzięty do wojska, to go zaraz żołnierz ostrzygł, bo każdy, młody, czy stary, nosił długie włosy. To też, gdy ktoś był odebrany, mówili o nim, że go „ostrzygli”, a rekrut jak wrócił do domu, to przede wszystkim patrzali mu na głowę, czy ma ostrzyżoną, i matka nie tyle płakała o syna, jak o te włosy ostrzyżone: „O, moje włosy złociutkie — mówiła z płaczem — tylem się ich naczesała, napielęgnowała i mi je zabrali”.
*
Przez długi czas rekruci szli do wojska bardzo niechętnie i służby wojskowej bali się jak ognia, bo ci, co z wojska wracali, nie chwalili jej i opowiadali o różnych karach, jakie dawniej w wojsku stosowane były.
Najcięższa z tych kar była tzw. „ulica”, mianowicie byli ustawiani żołnierze w dwie strony, a przeznaczony na karę musiał iść między nimi, jakby ulicą, tam i nazad nago tyle razy, jak mu przeznaczono, a każdy żołnierz sieknął go raz prętem tak, że — jak opowiadali — ze skazanego krew się lała i ciało strzępami odpadało. Jednakże ówcześni ludzie potrafili znieść i taką karę, bo znałem jednego z Dzikowa, który, jak sam mówił i świadkowie to potwierdzali, przechodził w wojsku taką straszną ulicę za to, że dezerterował, a przecież, gdy powrócił z wojska, nie było znać na nim tej kary, był silny, czerwony i kpił sobie, że mu tylko złą krew wypuścili, a zdrowa przyszła. A gdy raz za awantury w mieście został skazany na areszt i dwadzieścia pięć kijów, to śmiał się z tego wszystkiego, mówiąc, że mu tylko na tyłku postawili pijawki, żeby zepsutą krew ściągnęły.
Jak kogo wzięli do wojska, to go trzymali w obcych krajach: w Czechach, na Węgrzech lub w krajach włoskich, należących dawniej do Austrii. Częste też były wojny, w których krew dla obcej sprawy trza było przelewać.
Żołnierz wracał do domu w ubraniu, czyli w mundurze, który nosił w wojsku, i ubierał się weń w niedziele i święta tak długo, aż go zdarł do ostatka. Po wysłużeniu w wojsku mówił źle po polsku, a niektórzy udawali, że nie umieją nic po polsku, i bałwanili coś z niemiecka, z czeska, słowem, językami wszystkich ludów austriackich, a tylko nie mówili swoim własnym językiem, w którym się pacierza uczyli i który powinni byli szanować i znać najlepiej175.
Opowiadali na przykład, jak jeden żołnierz, powróciwszy z wojska, szwargotał tak, że go matka zrozumieć nie mogła. Na ciepły piec mówił: „czapli piec”, co matka tak rozumiała, że syn chce, aby mu czaplę upiekła, i tłumaczyła się, że nie ma czapli, to mu kurę upiecze. Syn się gniewał, że go matka nie rozumie, i szwargotał coraz gorzej, a matka płakała, że nie może się z synem porozumieć i czymś go ucieszyć. Dopiero sąsiadka doradziła jej, żeby synowi nie podsuwała jedzenia, to on w końcu pokaże albo sam sobie weźmie, co mu będzie do smaku. Matka tak zrobiła, syn nie jadł dzień jeden, drugi, ale skoro widział, że mu matka nic nie podaje, przemówił po polsku i już odtąd tym językiem mówił, bo nawet innego nie znał.
Trafiało się to do ostatka za czasów austriackich, że żołnierz, jak wrócił do domu, gdzie mógł, wtrącał w mowie przekręcone niemieckie słowa i dość było głupoty między ludźmi, że nie rozumieli, iż dobrze jest znać inny język, ale należy nim mówić tam, gdzie potrzeba, a Polak z Polakiem i u siebie w domu powinien mówić swoim rodowitym językiem i czysto po polsku.
Wychowanie w wojsku zmierzało do tego, ażeby u żołnierza zniszczyć świadomość narodową, ogłupić go pod tym względem. W końcu więc niejeden nucił z zapałem wojskową śpiewkę: „My sobie Poloki, dobre Austrioki!!”.
*
Prócz wójta i przysiężnych byli jeszcze po gminach tzw. deputowani, czyli pełnomocnicy gromady, odpowiadający dzisiejszym pełnomocnikom, wyznaczonym przez radę gminną. Deputowani, raz wybrani przez gromadę, należeli do wszystkich komisji, jakie się w gminie trafiły i załatwiali w imieniu gromady wszystkie najważniejsze sprawy; na ich też ręce przychodziły wszelkie pisma w tych sprawach.
Bywali nimi chłopi starsi i majętniejsi, a przy tym tacy, którzy umieli się odezwać i postawić tam, gdzie trzeba było. Mieli też w gromadzie wielkie znaczenie; znaczyli nieraz więcej niż wójt i przy wyborze wójta najczęściej któryś z deputowanych wskazywał gromadzie, kogo wybrać.
W Dzikowie, jak zapamiętałem, deputowanymi byli: Wincenty Stala, Józef Krzyżek i Jan Szczytyński. Oni występowali imieniem gminy w sprawach serwitutów, czyli służebności pastwiskowych i lasowych, które wtedy były regulowane z dworem.
Jeszcze bowiem w dwadzieścia lat po ustaniu pańszczyzny, tj. do roku 1868, pastwisko dzikowskie należało do dworu, czyli — jak się wtedy mówiło — do państwa dzikowskiego, a chłopi z Dzikowa mieli na obszarze pastwiska tylko serwitut, czyli służebność, mianowicie prawo paszy. Drzewa rosnące na pastwisku, jak jabrzędzie, olszki, topole nadwiślańskie, sosny stanowiły wyłączną własność hrabiego i chłopom nie wolno było ich ścinać. Na pastwisku mogło się paść także bydło dworskie.
Drzewo opałowe i budowlane brali chłopi w tym czasie z rozległych lasów w Dęby i Żupawie, należących do dóbr dzikowskich. W lasach tych przysługiwała chłopom z Dzikowa, — podobnie jak chłopom z innych wsi należących do państwa dzikowskiego — służebność, tj. prawo do poboru drzewa na opał i budowę. Do poboru drzewa opałowego uprawnieni byli wszyscy: kmiecie, zagrodnicy, komornicy, do poboru drzewa budowlanego tylko kmiecie i zagrodnicy.
Dopiero w kilkanaście lat po ustaniu pańszczyzny regulowane były sprawy służebności pastwiskowych i lasowych, mianowicie dwór odstępował gminom za prawo poboru paszy i drzewa pewien obszar pastwiska i lasu na własność. Chłopi jednak w owych czasach i ich pełnomocnicy nie byli w tych sprawach należycie uświadomieni; nie umieli ich dopilnowywać i przeprowadzić z korzyścią dla siebie i gmin.
Kiedy komisja rządowa prowadziła obliczenia, ile jest koni, bydła rogatego, trzody chlewnej w gminie, starali się podawać zaledwie część tego, co mieli, resztę chowali w domu, wyganiali w krzaki, bo się obawiali, że skoro przedstawią wszystko do obliczenia i większy dostatek, to rząd nałoży na nich większe podatki czy inne ciężary, albo będzie więcej zabierał w razie wojny dla wojska, byli też przekonani, że gmina dostanie mniej pastwiska na własność, skoro się okaże, że gospodarze dobrze się mają i są zamożni. Tymczasem, przeciwnie, należało wykazać prawdziwy stan inwentarza żywego, bo — jak się później pokazało — obszar pastwiska przydzielany był stosownie do wykazanej liczby tego inwentarza.
Kiedy znowu regulowana była sprawa służebności lasowej i komisja rządowa sporządzała opisy i pomiary typowych budynków mieszkalnych i gospodarskich, starali się pokazać zabudowania najmniejsze i najlichsze, bo mówili, że jakby komisja stwierdziła, że gospodarze są bogaci i mają zabudowania dobre i duże, to orzeknie, że nie trza im dużo lasu, i mniej lasu dostaną na własność. Tymczasem właśnie obszar lasu przydzielany był na własność stosownie do rzeczywistej, stwierdzonej potrzeby uprawnionych do poboru drzewa.
Później tego żałowali, skoro się przekonali, że źle zrobili, że mało bydła podawali i najskromniejsze budynki pokazywali, bo gmina otrzymała mniej pastwiska i lasu.
Nikt jednak wtedy nie oświecał chłopów w tych sprawach, nie było gazet, w których by to było wyjaśnione, rząd nie prostował błędnych pogłosek, rozchodzących się między chłopami i szedł wtedy we wszystkim na rękę dworom. Za to właściciele dworów dobrze sprawę rozumieli i starali się wykazać wszystkiego najwięcej.
W Dzikowie co do pastwiska gmina zawarła z dworem w roku 1867 ugodę, na podstawie której otrzymała na nieograniczoną własność siedemdziesiąt dziewięć morgów pastwiska zamiast stu czterech morgów serwitutowych.
Ugoda była dla gminy stosunkowo korzystna. Inne gminy, które nie chciały się dobrowolnie pogodzić i ustąpić z obszarów serwitutowych, wychodziły na tym gorzej. W takich razach bowiem wyrok wydawała komisja rządowa, a chłopów w razie oporu usuwało przemocą z pastwiska wojsko, jak było np. w Cyganach, przy czym nie obeszło się bez bicia i różnego poniewierania ludźmi.
Sprawa serwitutu lasowego — jak już pisałem — została załatwiona wyrokiem, na podstawie którego gmina za prawo poboru drzewa opałowego i budowlanego otrzymała na własność dwadzieścia trzy morgi lasu w Dęby.
Gmina czuła się tym wyrokiem pokrzywdzona i nie chciała przyjąć takiego równoważnika, czyli ekwiwalentu za prawo do poboru drzewa opałowego i budowlanego z lasów dworskich, a wójt Wojciech Mróz i pełnomocnik Wincenty Stala uciekli z lasu przy rozgraniczaniu i oddawaniu im tego skrawka lasu. W końcu jednak gmina objęła w posiadanie wyznaczone dwadzieścia trzy morgi lasu, skoro okazało się, że w razie nieprzyjęcia go straci jeszcze więcej, bo prawa serwitutowe zostaną spłacone pieniędzmi w kwocie 726 złr.
Sprawy powyższe przeprowadzała rządowa komisja w Nisku. Ze strony dworu występował właściciel hr. Jan Tarnowski osobiście, ze strony gminy wymienieni pełnomocnicy włościan. Ugodę-wyrok zatwierdziło Namiestnictwo we Lwowie.
*
Co do władzy stojącej ponad gminami to jeszcze po ustaniu pańszczyzny na całą okolicę, tj. w państwie hr. Tarnowskich, był jeden tylko urzędnik zwany mandatariuszem, a załatwiał wszelkie takie sprawy, które dziś należą do sądu i do starostwa. Nazywał się Andrzej Tinz, ludzie tytułowali go pospolicie sędzią. Mieszkał on i całe urzędowanie prowadził w budynku dworskim.
Co do sądownictwa, przeprowadzał sprawy cywilne i karne, jakie się nadarzyły. Jak zasądził, tak zawsze pozostało, nie słychać było, żeby jego osąd był zmieniony, bo przede wszystkim nie miał kto pisać rekursów, w okolicy bowiem nie było ani jednego adwokata i trudno było znaleźć kogo nawet do napisania listu. Więc ten Tinz przeprowadzał nie tylko takie sprawy, które obecnie przydzielone są starostwu i sądowi powiatowemu, ale, można powiedzieć, znaczył i tyle, co teraz sąd obwodowy i wyższy sąd krajowy, bo od wyroku jego nikt nie rekurował i chłopi bali się go więcej, niż teraz najwyższych dygnitarzy.
Jeżeli ktoś czuł się pokrzywdzonym przez władzę miejscową, to tak wtedy, jak i później jeszcze, nie odpowiadał rekursem do władzy wyższej, ale mówił, że „pójdzie do cesarza, to tam sprawiedliwość znajdzie”. Wierzyli, że nikt takiej sprawiedliwości nie wymierzy jak sam cesarz, i mówili, że „wszędzie zresztą jest tylko przekupstwo”.
W Dzikowie był wysłużony żołnierz austriacki, Józef Krzyżek, który, prowadząc długi proces o ojcowiznę, wybrał się do Wiednia po sprawiedliwość i nie było go w domu przez parę miesięcy. Gdy powrócił, opowiadał, że był u cesarza, i ten go upewnił, że sprawa będzie pomyślnie rozstrzygniętą. — „Idźcie — rzekł — do domu spokojnie, a ono tam za wami przyjdzie” i dał mu 25 złr na drogę. Naturalnie były to tylko przechwałki, bo grunt pozostał w rękach tego, komu go na miejscu przysądzono.
Tinz miał do pomocy dwóch policjantów, wysłużonych wojskowych, którzy nawet nie byli umundurowani, bo jeden z nich, chłop, nazwiskiem Pacyna, chodził w kamizieli, a drugi Żyd, Haskiel, chodził w chałacie. Wystarczyło, że mieli czapki z orzełkiem cesarskim.
Sprawy załatwiał w krótkiej drodze: na wniesioną skargę posyłał policjanta, ażeby oskarżonego sprowadził do kancelarii, i — w sprawach cywilnych — jeżeli druga strona miała słuszność, kazał ją zaraz zaspokoić, to czy owo oddać, i proces był skończony.
Był np. zwyczaj, że chłopi z Dzikowa brali w Tarnobrzegu w głównym składzie wódkę na kredyt, a działo się to szczególnie w czasie żniw i zabaw, a także często na miejscu w mieście „na borg” pili. Otóż co pewien czas, jak już tam każdy był coś winien, Żyd przynosił wykaz dłużników mandatariuszowi, a ten, nie przeprowadzając rozprawy, posyłał na wieś policjanta Haskla, który szedł od domu do domu i w te słowa każdemu ogłaszał wyrok: „Cesarsko-królewski sędzia daje nakaz, żeby do trzech dni borg za wódkę był zapłacony, bo jak nie, to będzie fantowanie”. Przy tym — choć czytać nie umiał — potrząsał w rękach ze złością papierem, bo chłopi się wtenczas każdego papieru bali, zwłaszcza jak była na nim pieczątka. Po tych odwiedzinach Hasklowych każdy, bojąc się fantowania, jak mógł starał się należność w terminie uiścić, bo choć wszyscy pili, przecież wstydzili się tego, jak kto był za wódkę fantowany, zwłaszcza wstydziły się kobiety, gdy brano im za fanty poduszki.
W sprawach karnych, jeżeli chodziło o mniejszą winę, oskarżony bez wszelkiego protokołu dostawał kilka kijów na ławie i na tym koniec. Ale trudniejsza była sprawa, gdy obwiniony przeczuwał, że go czeka większa kara; wtenczas już tak łatwo na wezwanie nie szedł, ale uciekał i krył się, gdzie mógł. Jeżeli go zaś policjanci ujęli, a był mocny, to obu nabił i dalej się ukrywał. Za takim była nieraz robiona nagonka, zwłaszcza gdy chodziło o większego winowajcę. Nieraz do pomocy policjantom (ponieważ żandarmów w Tarnobrzegu jeszcze nie było) byli przyzywani strażnicy pograniczni (finanswachy), pełniący służbę nad Wisłą od Królestwa Polskiego. Zdarzało się jednak, że jak się obwiniony dobrze ukrywał, to go nigdy nie mogli złapać, i w końcu cała sprawa ucichała.
Najwięcej do czynienia było wówczas ze złodziejami, których po wsiach nie brakowało. W samym Dzikowie byli tylko szkodnicy polni, co wypasali końmi zboże, wykopywali ziemniaki itp., ale po innych wsiach, zwłaszcza położonych w lasach, kradli konie i bydło ze stajni i pastwiska, podkopywali się do komór i brali zboże, słoninę, odzież, korale, po drogach i lasach grasowały całe bandy złodziejów i rabusiów i złodziejstwo rzadko się wykryło. Dopiero jak nastali żandarmi, kradzieże i rabunki zaczęły powoli ustawać i dziś po wsiach bardzo rzadko się trafiają.
Grubsze sprawy cywilne, np. gruntowe, przeprowadzał nie mandatariusz, ale sędzia (justicjariusz), który urzędował w Nisku, a nazywał się Jan Alss, ale chłopi do niego mniej spraw miewali.
*
Byłem już sporym chłopakiem, jak skończyło się urzędowanie mandatariuszów, a w Tarnobrzegu nastał urząd powiatowy, obejmujący dzisiejszy powiat sądowy tarnobrzeski. I ten urząd sprawował te czynności, które obecnie spełnia starostwo i sąd, to znaczy miał władzę administracyjną i sądowniczą, a było wszystkiego trzech głównych urzędników, mianowicie: Bissachini (Niemiec) był starostą, a dwóch innych: Mokrego (Czecha) i Święcickiego tytułowali sędziami lub komisarzami. I Tinz, były mandatariusz, był przydzielony do tego urzędu powiatowego i prowadził dział wojskowy aż do samej emerytury.
Urzędowali oni tu, gdzie obecnie mieści się starostwo, tj. w klasztorze oo. Dominikanów.
Nad tymi urzędami pozostały z dawna urzędy obwodowe, czyli cyrkuły, a powiat tarnobrzeski należał do cyrkułu rzeszowskiego. Nie słyszałem jednak, żeby chłopi ze sprawami tam się udawali, ja sam byłem w Rzeszowie dopiero wtedy, jak zostałem sędzią przysięgłym.
Językiem urzędowym był niemiecki, przy czym urzędnicy do polskich ludzi starali się mówić po polsku (ale niejeden nie umiał się dobrze po polsku rozmówić), protokoły jednak i pisma z urzędu były w języku niemieckim. Toteż często bywało, że ludzie nie chcieli podpisywać protokołów czy innych kawałków pisanych po niemiecku, bo się bali, że może napisane co innego, nie to, co sobie życzyli, i w ogóle narzekali na to urzędowanie niemieckie i nie dowierzali mu.
Był wtedy w Dzikowie gospodarz Michał Kaput znający skądś język niemiecki, więc gdy raz we wsi była komisja w sprawach serwitutowych, starszyzna gminna przyzwała go, żeby się przysłuchiwał, co urzędnicy do siebie po niemiecku będą mówili, czy nie będą się naradzali na jaką szkodę gminy. A gdy chłopi nie mogli się z komisją dogadać, wysunęli Kaputa, żeby się po niemiecku rozmówił, co też nastąpiło. Zdziwili się niemało wówczas urzędnicy, że jest chłop znający po niemiecku, a jeszcze większy był dla Kaputa podziw w całej gminie; mówili, „że się ciął z urzędnikami, co ony do niego przepowiedziały, to on do nich” i wszyscy się go wypytywali, o czym wtedy mówił.
*
Urządzenia powyższe dotrwały do roku 1867, a w tym roku nastały te, które istniały do upadku państwa austriackiego, mianowicie: weszła w życie nowa, obecnie jeszcze obowiązująca ustawa gminna i rady powiatowe176, nastąpiło oddzielenie sądownictwa od administracji, czyli nastały sądy i starostwa, ustaliła się ostatecznie konstytucja w całym państwie austriackim177, a wreszcie niedługo potem językiem urzędowym w Galicji stał się język polski178. W owym więc czasie nastąpił przełom w stosunkach wewnętrznych Galicji i zaczął się nowy okres w jej życiu179.
*
W gminie po roku 1867 przestała zbierać się cała gromada, a na podstawie nowej ustawy nastały rady gminne, wybierane z początku na trzy lata, później zaś, jak i obecnie, na sześć.
Tak przy pierwszych, jak i przy późniejszych wyborach gminnych nikt nie ubiegał się o to, żeby go wybrali na radnego, a ten, co szedł na wybór, do ostatniej chwili nie wiedział, na kogo da głos i przy głosowaniu wymieniał tych, na których drudzy przed nim głosowali albo którzy mu wleźli na oczy. Dużo też było takich, co zupełnie nie przychodzili na wybór, bo nie chcieli być nigdzie wybranymi, a jeżeli byli wybrani, to się okupywali poczęsnym, ażeby ich zwolnić od tego obowiązku.
Z początku po nastaniu rad gminnych wójtem w Dzikowie był Wojciech Mróz, gospodarz niepiśmienny, jak wszyscy poprzedni wójtowie. Za niego dopiero nastał pierwszy pisarz gminny w Dzikowie, a był nim Jan Kuraś z Wielowsi180, a potem Tarczyński, który był zarazem pisarzem, czyli sekretarzem w gminie tarnobrzeskiej. Mróz, jak dostał jakie pismo, przychodził też radzić się do mnie; ja przeczytałem i dawałem wyjaśnienie, więc już wtedy zapoznałem się dosyć ze sprawami gminnymi, a następnie w roku 1873 zostałem na wójta obrany. Mróz, zdając mi urzędowanie, wręczył mi pieczęć gminną i skrzynkę drewnianą, w której było kilka papierów, tj. arkusz majątku gminnego i parę poleceń z rządu, niemających już wartości, i na tym koniec.
Odtąd pieczęć wójtowska długo miała pozostawać w moich rękach, byłem bowiem wójtem z przerwami do roku 1918. Natomiast w radzie gminnej zasiadam bez przerwy od czasu ich nastania do dnia dzisiejszego.
Tak Kuraś, jak i Tarczyński, który był pisarzem w Dzikowie i za mojego wójtostwa, brali za pisarkę tylko piętnaście reńskich rocznie. Ja zaś jako wójt przez pierwszy okres, trwający wtedy trzy lata, nie pobierałem żadnej płacy, podobnie jak wszyscy przede mną wójtowie.
Gdy na drugi okres byłem ponownie wybrany, nie chciałem przyjąć wyboru, ponieważ obowiązki wójtowskie wymagały dość czasu i miałem wskutek tego upadek w gospodarstwie, a Rada gminna przeciwną była uchwaleniu jakiegokolwiek wynagrodzenia dla wójta i niektórzy mówili, „że by to wstydem było dla gminy aż za pieniądze szukać wójta”. Więc byłem w tej sprawie wzywany do starostwa i gdy się tam wytłumaczyłem, dlaczego wyboru przyjąć nie mogę, starosta ówczesny, Stanisław Jakubowicz, osobiście przybył na posiedzenie rady gminnej i przemawiał za tym, żeby Rada płacę wójtowską uchwaliła. I dopiero wtedy została uchwalona pensja 30 złr na rok, jak ja wtedy żądałem, i taka pozostała aż do roku 1900.
*
Stosunek między wsią i dworem był w Dzikowie dobry. Ostatnim właścicielem Dzikowa za pańszczyzny był hr. Jan Bogdan Tarnowski, zmarły w roku 1850 w Królestwie Polskim. Mówiono o nim powszechnie, że był to pan dobry, nie pozwolił swoim poddanym najmniejszej krzywdy zrobić, przyjaźnie ich traktował, pierwszy często pozdrawiał.
I musiał być dla ludzi dobrym, bo wieść o jego śmierci wywołała wielki smutek, a gdy przyszła wiadomość, że zwłoki jego będą sprowadzone do Dzikowa przez Sandomierz, zgromadziły się w oznaczonym dniu na drodze z Dzikowa do Sandomierza tysiączne rzesze ludu włościańskiego ze wszystkich wsi, które do jego państwa należały. Pamiętam, jakie było wzruszenie, gdy zapowiedziano, że zwłoki już prowadzą, że są już w Sandomierzu, bo słychać, jak biją dzwony tamtejsze (i było je słychać, bo dzień był pogodny, cichy). Lud przejęty żalem nie czekał na miejscu, ale szedł naprzeciw ku Sandomierzowi, a jaka ogarnęła ludzi żałość, gdy ujrzeli trumnę, kryjącą zwłoki, wyrazić się to nie da. Opisuję to jako naoczny świadek, bo byłem tam razem z babką.
Żal był tym większy, że pomiędzy ludem włościańskim utrzymywała się pogłoska, że hrabia nie umarł zwykłą śmiercią, ale został z rozkazu rządu rosyjskiego rozstrzelany za jakąś polityczną działalność. Mówili, że otrzymał wezwanie od tegoż rządu, iż ma się stawić w oznaczonym dniu do usprawiedliwienia się pod zagrożeniem utraty dóbr, jakie posiadał pod panowaniem rosyjskim. Gdy się zaś tam zgłosił — mówiono — że już więcej żywy nie wrócił. W rzeczywistości — jak w późniejszych czasach mogłem sprawdzić — hrabia umarł nagle w drodze powrotnej z majątku swojej żony.
Żoną jego była Gabriela z Małachowskich. Tę dobroduszną panią dobrze zaznałem, gdyż jak umarła, miałem dwadzieścia lat. Zatem jej dobroć mogę sam stwierdzić. Odwiedzała chorych, szczególnie najbiedniejszych, dawała im wsparcie, chowała swoim kosztem umarłych. Ratowała każdego w najgorszej potrzebie, nikogo nie opuściła, toteż garnęli się do niej biedni jak pszczoły do ula. Założyła szkółkę dla dzieci chłopskich w Dzikowie.
Oboje mieli to sobie za zaszczyt i radość, gdy ich rodzina włościańska, nawet najbiedniejsza, poprosiła za chrzestnych ojców, szczególnie pierwszego dziecka w rodzinie. Toteż nie brakło im chrzestników po wsiach, a następnie dorosły chłopak czy dziewczyna chlubili się tym, że hrabstwo Tarnowskich mieli za chrzestnych rodziców.
W ogóle chłopi okazywali przywiązanie do dworu tutejszego, w roku 1846 w czasie rabacji gotowali się stanąć w obronie zamku i z tych to czasów pewnie pochodziła śpiewka ludowa.
Ni ma ci to ni ma, jak to w tym Dzikowie,
Są tam polskie panie i polscy panowie.
Po Bogdanie Tarnowskim odziedziczył dobra dzikowskie syn jego, Jan. Był w całym słowa znaczeniu gospodarzem-rolnikiem, dbał nadzwyczajnie o dobrą uprawę gruntu i wzorowe prowadzenie gospodarstwa. Często konno objeżdżał i kontrolował folwarki, sam załatwiał sprawy administracyjne, sam zajmował się uporządkowaniem zawiłych spraw serwitutowych po ustaniu pańszczyzny.
W miejsce drewnianych, lichych budynków, jakie były po folwarkach z czasów pańszczyźnianych, wznosił murowane, tak że z całą prawdą można o nim powiedzieć, iż „zastał swoje folwarki drewniane, a zostawił murowane”, i dał przez to różnym rzemieślnikom niemało zarobku. Opowiadali o nim, że gdy w czasie objazdów na niwie świeżo uprawionej zauważył perz, schodził z konia, wyciągał cały perz z roli i przywoził na folwark, a rządca miał wiele wyrzutów, że dopuszcza do zaperzenia gruntu. Gdzie nie dało się narzędziem rolniczym roli wyczyścić, wchodzili ludzie, wyrywali ręcznie każdy chwaścik i mieli zarobki.
Toteż na dworskich niwach były wtedy ładne urody, aż miło było popatrzeć na nie. Niejeden włościanin, zwłaszcza taki, który miał swój kawałek pola obok pańskiego, musiał się zawstydzić, kiedy widział, że na dworskim piękny urodzaj, a u niego lichy. Nieraz też była mowa między gospodarzami, że pan ma już takie szczęście na tym świecie, że mu się nawet w polu lepiej rodzi. Ale gdy się przekonali, że lepsze plony daje staranniejsza uprawa gruntu, brali przykład z dworu, ziemię lepiej nawozili i uprawiali i otrzymywali wydajniejsze zbiory, a dziś kto ma cztery morgi gruntu, to już mu chleba nie brakuje.
W życiu publicznym brał bardzo znaczny udział. Był prezesem Towarzystwa Rolniczego w Krakowie, Rady Powiatowej w Tarnobrzegu, posłem na Sejm, wreszcie marszałkiem krajowym w latach 1886–1890.
Pragnął żyć z włościanami w sąsiedzkiej zgodzie, być ich przedstawicielem, przy tym umiał włościan uszanować. Gdy w roku 1887 obchodził srebrne wesele, zaprosił na tę uroczystość włościan z bliskich i dalszych wsi. Toteż kościół oo. Dominikanów w Tarnobrzegu wypełniony był wówczas ludem włościańskim po brzegi, następnie wszyscy byli proszeni do zamku w Dzikowie, gdzie byli podejmowani w ogrodzie za stołami suto zastawionymi. Hrabiostwo byli ciągle między gośćmi, zajmując się nimi.
Gdy w roku 1894 przechodził dłuższą słabość i widział się bliskim śmierci, prosił, ażeby go włościanie do grobu nieśli. Toteż na wiadomość o jego zgonie nie brakowało chłopów na pogrzebie i każdy pragnął nieść trumnę, więc się często zmieniali od bramy zamkowej do kościoła oo. Dominikanów, gdzie zwłoki jego spoczęły w grobie fundatorskim.
Ożeniony był z żyjącą dziś jeszcze Zofią z Zamoyskich, panią wielkiej pobożności i wielce litościwego serca. Ona też po folwarkach w dobrach dzikowskich urządziła ochronki i sprowadziła do nich zakonnice służebniczki, które mają za obowiązek opiekować się dziećmi, gdy ich matki zajęte są pracą poza domem.
Najlepsze również wspomnienia wśród ludności tutejszej pozostawił po sobie hr. Stanisław Tarnowski181, brat Jana i Juliusza, poległego w roku 1863. Mieszkał on wprawdzie stale w Krakowie, gdzie był profesorem uniwersytetu i prezesem Akademii Umiejętności182, często jednak przyjeżdżał do rodzinnego Dzikowa i spędzał tu wolne chwile. Chętnie przychodził ludziom z pomocą, nikomu nie odmówił wsparcia, ktokolwiek o nie prosił. Wszelkie dobrodziejstwa jednak świadczył ludziom w cichości, prawdziwie w myśl Pisma Świętego: „Niech nie wie lewica, co daje prawica”. Nieraz jako wójt potwierdziłem przekazy pocztowe tym, którzy od niego wsparcie otrzymywali.
Zwłaszcza pamiętał zawsze o włościance tutejszej Marii Grębowcowej, która była jego piastunką w latach niemowlęcych. Zapewnił jej spokojne utrzymanie do końca życia, odwiedzał w czasie przyjazdu do Dzikowa, wspierał całą jej rodzinę. Byłem raz świadkiem, jak żegnał się z nią przed jednym z wyjazdów do Krakowa. Grębowcowa była już wtedy ociemniałą staruszką, płakała ze wzruszenia, usłyszawszy głos hr. Stanisława wchodzącego do jej izby. Wypytywał ją o zdrowie, zapowiadał zaspokojenie wszelkich potrzeb, mianował ją matką, a na pożegnanie w rękę pocałował.
Umarł w roku 1916. Życie jego było nacechowane głęboką pobożnością, wsławione pracą naukową.
Następcy tych hrabiów wstępowali w ich ślady i starali się w dalszym ciągu utrzymywać dobre stosunki z ludnością włościańską. O dobrych ich czynach wspominam w odpowiednich miejscach Pamiętników.
*
Co do oświaty to, jak zapamiętałem, w Dzikowie ze starszych ludzi jeden był tylko umiejący czytać i pisać. Nazywał się Franciszek Słomka, mieszkał w przysiołku Podłęże. On tylko potrafił przeczytać pismo, jeżeli je kto z urzędu lub ze świata otrzymał, co zresztą rzadko się wtedy trafiało. Do niego też nieśli ludzie wszelkie pisma i to nie tylko z Dzikowa, ale z całej okolicy; dawał rady we wszystkich sprawach z urzędami, znaczył też wówczas więcej niż obecnie adwokat, sędzia czy inny urzędnik z wyższymi szkołami.
On też pierwszy w Dzikowie miewał kalendarze, ale kupował je głównie dlatego, że były w nich przepowiednie pogody na cały rok, bo według tych przepowiedni gospodarował. Opowiadali o nim, że raz, wybierając się w dalszą drogę, namyślał się, jak się ubrać, a że kalendarz przepowiadał pogodę, więc ubrał się w nowy żółty kożuch. Tymczasem wypadła właśnie niepogoda i powrócił do domu zupełnie spłukany, za co pomścił się na kalendarzu, bo wyrzucił go z domu na deszcz183.
Ale to wcale nie dziwne, że on wtedy trzymał się tych przepowiedni, bo i dzisiaj jeszcze przeważnie kupują kalendarze nie dlatego, że są w nich różne i pouczające i pożyteczne opisy, ale że są przepowiednie pogody, które nie mają żadnej wartości.
Zresztą w żadnym domu chłopskim wówczas nie znalazłby książki czy gazety, a nawet książeczki do nabożeństwa, chowali tylko różne druki, jak wezwania z urzędu i dokumenty, jak testamenty, dekrety dziedzictwa, arkusze gruntowe, książeczki podatkowe, a ponieważ nie umieli rozróżnić kawałków ważnych od nieważnych, więc zarówno potrzebne dokumenty, jak i świstki bezwartościowe, które dziś porzuca się po pierwszym przeczytaniu, przechowywali jednakowo z największą starannością przez długie lata. Wszystko to, razem zwinięte i okręcone w jakąś szmatę, chowali w skrzyniach zamkniętych na dnie pod ubraniami lub w jakichś kryjówkach, bo bali się zawsze, że może im każą kiedy coś płacić lub robić jakąś powinność, a oni dla swojej obrony nie będą się mieli czym wykazać. Jeżeli zaś komu obcemu przyszło papier jakiś pokazać, to czynili to bardzo ostrożnie, patrzyli mu na ręce, żeby czego nie schował i uważali, żeby sami czego nie uronili.
W niektórych wsiach, zwłaszcza nadwiślańskich, gdzie chłopi więcej byli chętni do oświaty, były szkoły zimowe, w których dzieci uczyły się przez zimę zwyczajnie od św. Michała184 do św. Wojciecha185. Uczyli w nich najczęściej chłopi, którzy posiadali sztukę czytania i pisania. Godzeni byli przez ludność wsiową, otrzymując po kilkadziesiąt reńskich za zimę i wikt z każdego domu po kolei. Niektórzy z nich chodzili za tym zarobkiem, gdy zima nastawała.
W Dzikowie — jak już wspomniałem — rozpoczęła pierwszą naukę Pawłowska z poręki hrabiny Tarnowskiej i od tej chwili dopiero ruszyła się oświata w Dzikowie.
*
W Tarnobrzegu w owym czasie była szkółka o jednym nauczycielu. Mieściła się przy ulicy Browarnej w domu wynajętym. W domu tym po jednej stronie znajdowała się sala szkolna, po drugiej mieszkał nauczyciel. Uczył tam za mojej pamięci Karasiński, Fabri, a w końcu Szewczyk.
W roku 1864 stanęła w Tarnobrzegu szkoła publiczna w tym miejscu, gdzie jest obecnie, a plac pod nią i ogród podarował śp. hr. Jan Tarnowski; chodziły do niej dzieci z Dzikowa i dosyć z Miechocina. W nowym budynku pierwszy uczył Gorylewicz, a prowadził jeszcze naukę sam jeden, nie mając nikogo do pomocy. Czy brał on jaką pensję rządową, tego nie wiem, pamiętam tylko dobrze, że w Dzikowie zbierało się składkę na nauczyciela, z numeru po 2 złr na rok, a to po 50 centów kwartalnie. Byłem wtedy wójtem, jak jeszcze Gorylewicz uczył, otóż prawie co drugi dzień zachodził do mnie zawsze z tymi słowy: „Wójcie, możeście co zebrali dla mnie, bo nie mam na chleb”, więc co było dawałem i za każdym razem rachowałem się z nim, żeby rachunki były w porządku.
W roku 1875 nastał śp. Michalik; on już był dyrektorem i nauczycieli było więcej, szkoła za niego zaczęła się prędko podnosić, klas przybywało coraz więcej.
Posyłanie uczniów na dalszą naukę do szkół średnich, do gimnazjów i seminariów nauczycielskich, rozpoczęło się dopiero wtedy, gdy za śp. Michalika nastała czteroklasowa szkoła w Tarnobrzegu i pierwsi uczniowie z niej wyszli. Z samego Dzikowa wyszło wtedy w krótkim czasie kilku uczniów i dalsze nauki kończyli w Rzeszowie lub Krakowie. A pierwszym tym uczniom nie tylko z Dzikowa, ale i z okolicy ułatwiał bardzo kształcenie, wspierając ich materialnie, hr. Stanisław Tarnowski, profesor uniwersytetu i prezes Akademii Umiejętności w Krakowie, który i później zawsze nie przestawał opiekować się uczącą się młodzieżą z naszych okolic186.
Obecnie, tj. w roku 1928, znajduje się w Tarnobrzegu cały szereg szkół. Toteż w niedziele, w czasie wspólnych nabożeństw szkolnych, kościół oo. Dominikanów wypełniony jest przeważnie młodzieżą szkolną.
*
Co do życia politycznego, to przez długi czas po nastaniu konstytucji nie było znaku takiego życia. Wszelkie wybory: do sejmu czy parlamentu bardzo mało chłopów interesowały, mało kto o tym mówił i chciał coś wiedzieć. A gdy kto czasem o tym coś wspomniał, to drudzy zaraz odpowiadali: „Co mnie to obchodzi, kto posłem ostanie, niech ta obiorą, kogo chcą; tam chłop niezdatny, bo nie ma nauki, a pan będzie trzymał z panami i dla chłopów nic tam nie zrobi, więc najlepiej nie zaprzątać sobie tym głowy, bo to nic dobrego”.
Na prawybory w gminie przychodziło zwyczajnie kilku, a najwięcej kilkunastu uprawnionych do głosowania i ci bez żadnego ożywienia dokonywali wyboru, a kiedy znowu miał się odbyć wybór posła, to wyborcy zeszli się w starostwie może w połowie, niejeden zaś powiedział sobie: „Będę ta szedł i czas tracił, najlepiej siedzieć w domu spokojnie”; żona mu to przychwaliła i wyborca przesiedział wybory w domu. Ci zaś, co ściągnęli do miasta, oddawali głosy na tego, kto był ze starostwa w dniu wyborów wysunięty, i poseł był wybrany, a potem we wsi bardzo mało było nawet na tyle ciekawych, żeby się dowiedzieć, kto został posłem, i gdy się kogoś przyszło zapytać: „Kto u was posłem?”,to nie wiedział i cały okres zeszedł i nie dowiadywał się.
Na wsi nie znane były zgromadzenia polityczne, jakie obecnie często odbywają się, jedynie w dniu wyborów w powiecie bywały krótkie narady, na których chłopi dowiadywali się, na kogo głosować będą. Poseł nie urządzał nigdy zgromadzeń sprawozdawczych i nikt od niego sprawozdania nie żądał.
Słowem, poza zebraniami gromadzkimi i prócz zabaw, wesel i chrzcin nie było we wsi, jak i w mieście żadnego innego życia zbiorowego, nie było żadnych towarzystw i stowarzyszeń.
Pierwsza walka wyborcza powstała w roku 1877 przy wyborach uzupełniających do Rady Państwa187 w Wiedniu. Ale i wówczas było jeszcze tak, że wyborcy zjeżdżając się, nie wiedzieli jeszcze, na kogo będą głosowali, tylko na mieście tyle było słychać, żeby wybrać chłopa; nie było jednak zgody, którego chłopa, i co kilkunastu wyborców miało swojego kandydata. W końcu najgłośniej był wymieniany Walenty Bęc, gospodarz z Ostrówka, i chłopi się wzajemnie nawoływali, żeby tylko na niego głosować i głosów nie rozrywać, bo inaczej chłop nie będzie wybrany.
Gdy przyszło do głosowania w starostwie, chłopi jak mur stanęli za Bęcem i on w Tarnobrzegu dostał najwięcej głosów, ale w innych powiatach: w mieleckim i ropczyckim, stanowiących jeden okrąg wyborczy, nie otrzymał nic. Ponieważ jednak głosy były rozstrzelone na kilku kandydatów i należało się spodziewać wyboru ściślejszego, więc chłopi czekali na ogłoszenie wyniku głosowania i żaden nie ruszył się z miejsca, a gdy wieczór zapadł, posiadali i pokładli się na korytarzach, tak że całe korytarze zajęli i czekali cierpliwie. Gotowi byli noc czekać, a wtem ukazał się starosta i zawołał: „Panowie wyborcy, proszę do głosowania! Odbędzie się wybór ściślejszy między Bęcem a Zdankiewiczem, starostą mieleckim”.
Teraz znowu chłopi ławą głosowali na Bęca, a panowie i duchowieństwo, którzy na wynik po kancelariach czekali, na Zdankiewicza, a następnie wszyscy rozeszli się i dopiero z gazet stało się wiadomym, że posłem został Bęc.
Jak się później dowiedziałem, zdobył większość głosów w ten sposób: gdy po pierwszym głosowaniu poszły telegramy z Tarnobrzega, że dostał najwięcej głosów, chłopi w Ropczycach porzucili pierwszych kandydatów, a krzyczeli: „Bęc, Bęc!”, tłumacząc sobie, że musi to być mądry chłop, skoro w swoim powiecie tyle miał głosów, i wszyscy na Bęca głosowali, więc przeszedł znaczną większością. Był posłem do końca okresu, a ponieważ był nieustępliwy, więc przy następnych wyborach była przeciw niemu ostra walka i upadł188.
Znałem go bardzo dobrze, bo zasiadałem z nim w Radzie Powiatowej i prócz tego często się z nim stykałem. Jako gospodarz był pracowity i oszczędny, ale gdzie nie było musu, centa nie wydał, toteż jak pogorzał189, spaliła się mu nawet gotówka, a nie miał nic asekurowane. Sprawie chłopskiej oddany był bardzo i śmiało przy tym wypowiadał to, co myślał.
Ale nie otrząsnął się z tego, co pokutowało w chłopach starej daty, mianowicie: przeciwny był zawsze wydatkom, choćby wypadały na korzyść ludu, np. na lepsze szkoły, i choćby wszyscy powiedzieli, że coś jest potrzebne, a jemu się to nie zdawało, to nie odstąpił od swego zdania i na drugich chłopów się gniewał, że z nim razem nie idą i nie głosują. Nie dał sobie wytłumaczyć, że jeżeli się na coś podatku nie uchwali, to nic się nie da zrobić i wszystko zostanie po dawnemu — będzie dawne zacofanie i bieda.
Trzymał przy tym bardzo stronę rządu austriackiego, mówiąc, że „tylko w rządzie widzi cokolwiek sprawiedliwości, a panowie nasi chcą wszędzie chłopa utrącić i dlatego — jak powiadał — na nic nie chciałem się z nimi zgodzić, a chociaż mój głos między wszystkimi nic nie znaczył, to go im nie dałem, bo moje sumienie na to nie pozwalało”.
Z czasem i pod tym względem się zmieniło, bo już każdy mniej więcej przeglądał na oczy, że rząd wiedeński niczego z łaski nie dawał i trzeba było wszystko z trudnością zdobywać. Dlatego posłowie polscy w Wiedniu łączyli się razem w jedno Koło190, żeby mieć wobec rządu i w państwie większą siłę i prędzej coś wskórać.
Jak się w późniejszym czasie odbywały wybory, jakie było zainteresowanie nimi i naprężenie wśród ludności, tak między młodymi, jak starymi, a nawet między kobietami, to zbytecznym jest spisywać, bo każdy na to patrzył. Dla przykładu wspomnę tylko, że w Dzikowie już w pierwszych wyborach do parlamentu, odbywających się w roku 1907 na podstawie powszechnego prawa głosowania (kiedy z tutejszego okręgu zostali posłami Krempa191 i Wiącek192), przy pierwszym głosowaniu brakowało tylko dwóch z uprawnionych do głosowania i obecnych w gminie, a gdy pierwsze głosowanie nie dało wyniku i nastąpiło drugie ponowne, to i ci dwaj się stawili tak, że nikogo nie brakło.
*
Co do uświadomienia narodowego dawniej, jak zapamiętałem, chłopi nazywali się tylko Mazurami193, a mowę swoją mazurską, żyli tylko sami dla siebie, stanowiąc zupełnie odrębną masę, obojętną zupełnie na sprawy narodowe. Ja np. dopiero wtedy, jak zacząłem czytać książki i gazety, poczułem się Polakiem i uważam, że inni włościanie w ten mniej więcej sam sposób dochodzili do poznania swej narodowości.
Z przeszłych wydarzeń i wypadków znali tylko te, które sami przeżyli i zapamiętali albo o których słyszeli od starszych. Opowiadali najwięcej o pańszczyźnie i strasznie ją malowali, szczególniej polowych i ekonomów i w ogóle oficjalistów194 dworskich, co rozpalało i podtrzymywało ciągle nienawiść do dworów i „panów”.
Słyszałem też, jak dziadkowie i inni starsi mówili o Polsce, o królach polskich i rządach, jakie były, że Polska przez brak zgody i jedności między panami została rozerwana na trzy części i że ta część, w której mieszkamy, z rozebranej Polski pochodzi i dostała się pod panowanie austriackie. Pamiętali oni rozbiór Polski albo słyszeli o tym od swoich ojców.
Z wojen polskich starsi opowiadali najwięcej o tzw. wojnie sandomierskiej z roku 1809195, a nazywali ją sandomierską, bo walka była o Sandomierz i pod Sandomierzem. Mówili, że to była wojna o Polskę, że się biło wojsko polskie z austriackim.
Wojsko austriackie szło wtedy pod Sandomierz różnym drogami, także i przez Dzików, a najwięcej wycierpieli wójci, bo wojsko żądało „forszpanów”, a gdy wójt nie mógł wszystkiego prędko znaleźć i dostawić, to go zbili i ledwie żywego puścili. Kiedy zaś było zdobywanie Sandomierza, to od huku strzałów w Dzikowie ziemia drżała i okna w domach dzwoniły, a Sandomierz stał jakby w ogniu. Ludzie uciekali z domów i kryli się po krzakach nad Wisłą.
A już ja zapamiętałem, że znajdowała się u nas kula armatnia, o której starsi mówili, że była znaleziona po tej wojnie na polach dzikowskich. Była wielkości głowy cielęcej, z jednego końca grubsza, w drugim cieńsza, a w domu taki był z niej użytek, że ją rozpalali na ogniu i używali przy polewaniu bielizny196.
Zaraz po tej wojnie nastąpił rozdział Galicji od późniejszego Królestwa Polskiego197, przedtem bowiem obie strony były razem połączone, a pod Dzikowem przy tzw. Skalnej Górze był przewóz przez Wisłę. Dziadkowie moi i inni, którzy pamiętali, jak Galicja z Królestwem stanowiła jedną całość, nieraz na ten rozdział narzekali, mówili, że im się zdaje, jakby się świat skrócił i jakby stanął wielki mur, który jedną stronę od drugiej odgraniczył. Opowiadali, że wprzódy czy z tej, czy z tamtej strony Wisły każdy był jednakowo wolny, złapał byle koryto i mógł przeprawić się przez Wisłę.
Jeździli też dawniej z jednej strony na drugą swobodnie na odpusty, jarmarki i za innymi sprawami, łączyli się w związki małżeńskie i wzajemnie się pobierali, jakby jedna wielka familia, a później to wszystko ustało i doszło do tego, że rozerwane były wszelkie związki rodzinne jednej strony z drugą, i nawet bliżsi krewni nie znali się, choć ich dzieliła tylko Wisła. Bo granicy tej bez przepustki, czyli „paszportu” nogą nie wolno było przestąpić i przepuszczali za Wisłę tylko przez dalekie komory198 z różnymi trudnościami. Więc też narzekali na wszystko, szczególniej we wsiach nadgranicznych nadwiślańskich i byli za tym, żeby jedną stronę z drugą na powrót połączyć.
Uświadomienie narodowe szło jednak powoli i do ostatnich czasów dość jeszcze znalazło się takich, co gdy im wspomnieć było o Polsce, to się złościli i klęli, mówiąc, że tylko panowie mogą chcieć Polski, żeby na nich ludzie robili, jak za pańszczyzny, i takim trudno było wytłumaczyć, że czasy pańszczyzny już minęły i powrócić nie mogą. Nie chcieli słyszeć o Polsce, bojąc się, że panowie znowu obejmą rządy i przywrócą pańszczyznę.
Ale liczba tych malała, a natomiast rósł zastęp ludzi światłych, którzy twardo stali przy swojej narodowości i gotowi byli do wszelkiej jej obrony i rozumieli to, że byłoby lepiej, gdyby wszystkie zabory były połączone i naród sam się gospodarował i miał przestronniej199.