Rozdział X
Udział w życiu obywatelskim. Dorobek gminny od roku 1867. Kasa oszczędności i pożyczek w Tarnobrzegu. Towarzystwo Przemysłowo-Handlowe „Bazar”. Inne towarzystwa i instytucje w Tarnobrzegu. Pomnik Bartosza Głowackiego. Koronacja obrazu Najśw. Marii Panny Dzikowskiej. Dar narodowy dla poety Ferdynanda Kurasia. Wspomnienia o ludziach.
Prócz własnych spraw domowych spełniałem zawsze i dotychczas spełniam w miarę możności różne obowiązki obywatelskie i sprawy publiczne interesowały mnie zawsze nie mniej jak moje osobiste, najwięcej zaś czasu poświęciłem życiu gminnemu, w którym biorę udział (przeważnie jako wójt) od pół wieku przeszło, tj. od czasu zaprowadzenia nowego samorządu gminnego.
*
Nie będzie to może pozbawione wartości, gdy przedstawię pokrótce, co dotychczas w czasie tego nowego samorządu dało się w gminie naszej zrobić, jaki jest postęp w gospodarce gminnej. Nie jest ona bynajmniej wzorową, bo w obecnych warunkach, kiedy gminy cierpią na brak środków pieniężnych i ludzi z poczuciem obywatelskim, nie ma pewnie w całym kraju gminy wzorowej, jednakże dał się u nas przeprowadzić szereg prac i urządzeń, uznanych tu przez ogół mieszkańców za dobre i użyteczne, co i inne gminy mogłyby z pożytkiem u siebie począć, o ile nie mają tego dotychczas.
Z dorobku gminnego w Dzikowie w ostatnich dziesiątkach lat na wzmiankę zasługuje dom gminny, kasa gminna, rzeźnia, pastwisko, drogi, cegielnia gminna i parę innych spraw.
W jednym z domów gminnych mieści się Urząd Gminny. Przedtem posiedzenia Rady gminnej odbywały się u wójta i całe urzędowanie gminne w izbie u wójta miało miejsce. Z lada sprawą nachodzono wójta w domu, kiedy się komu podobało, a żandarm zachodził „po pieczątkę” nawet w nocy, budził wójta i przy tym cały dom. Obecnie na to wszystko przeznaczony dom, czyli kancelaria gminna znajdująca się w dogodnym dla wszystkich punkcie.
Kasa pożyczkowa gminna w Dzikowie jedną z pierwszych w powiecie tarnobrzeskim. Powstała ona z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży 300 sztuk drzewa z lasu gminnego, otrzymanego po uregulowaniu serwitutu. Byli tacy, którzy chcieli pieniądze te rozdzielić zaraz między mieszkańców gminy, czemu się jednak stanowczo oparłem. Kapitał zakładowy wynosił 2150 koron, a z końcem roku 1910 stan kasy wynosił 12 322 koron 21 halerzy205; jest także kasa ogniotrwała. Pożyczkę na potrzeby gospodarskie otrzymuje się — o ile są pieniądze w kasie — bez wielkich zachodów, spłata jest w ratach półrocznych i niewielki procent (6 procent).
Co do rzeźni gminnej, to o założenie jej długo walczyłem ze starostwem, aż przez Namiestnictwo ledwie koncesję na nią otrzymaliśmy. Gmina tarnobrzeska bowiem, złożona przeważnie z Żydów, mając po swej stronie starostwo, różne zarzuty czyniła i wszelkich sił dokładała, ażeby do założenia rzeźni w Dzikowie nie dopuścić: chodziło o to, żeby rzeźnicy tarnobrzescy (Żydzi) nie mieli konkurencji ze strony sąsiedniej gminy. Po uzyskaniu wreszcie koncesji i postawieniu odpowiednich budynków na rzeźnię i jatki gmina miała przez kilkanaście lat ładny dochód, który w ostatnich latach wynosił 900 koron rocznie, a mieszkańcy bliżej i taniej mięso.
Nagle w roku 1905 starostwo rzeźnię tę zamknęło; uzasadniając to tym, że nie odpowiada rzekomo wymogom ustawowym, w rzeczywistości jednak stało się tak skutkiem ustawicznych zabiegów o to gminy tarnobrzeskiej. Rzeźnię zamknięto, niby tymczasowo, w rzeczywistości nie dopuszczono już do jej otwarcia. Handel mięsem został przez to zabagniony, bo rzeźnicy tarnobrzescy, pozbywszy się konkurencji, nie dbali o porządną obsługę swoich odbiorców, i z tego powodu ustawiczne były narzekania.
Jest to przykład, jak władze zwierzchnie traktowały sprawy gmin włościańskich, a przykład taki nie zachęcał do tworzenia przedsiębiorstw gminnych.
Pastwiska gminne w Dzikowie po uregulowaniu serwitutu w roku 1868 i późniejszych nabytkach za mego wójtostwa wynoszą razem 83 ha. Mają one wszędzie granicę dokładnie rowem oznaczoną, nikt więc gminnego nie może sobie przyorać, co tak często dzieje się po gminach, gdzie granice pastwisk nie są uregulowane. Drobne nieużytki gminne przy drogach zostały rozprzedane, a obecnie zamienione są bądź na ładne miejsca budowlane, bądź włączone do przyległych pól, tak że dziś we wsi nie ma piędzi ziemi leżącej bezużytecznie.
Pastwisko dla koni wypędzonych na paszę w nocy jest osobne i ogrodzone. Przedtem gospodarze byli zmuszeni każdy swoje konie całą noc paść i dozorować, a mimo to i tak mieszkańcy byli narażeni na szkody polne; teraz zaś od roku 1892 szkody w polach rzadziej się trafiają: gospodarz wyprowadza konie na noc, zapiera za sobą wrota pastwiska, wraca do domu i może spać spokojnie. Młodzież dzisiejsza już tylko z opowiadania starszych dowiaduje się o dawniejszych poniewierkach w nocy „za końmi”.
Za dnia wszystko bydło ze wsi pasie obecnie paru poleconych z gminy pastuchów, wynagradzanych od sztuki po 4–5 zł za całe lato, podczas gdy dawniej — jak już pisałem — z każdego domu musiał być pastuch. Ale i dzisiaj po innych wsiach utrzymał się jeszcze ten zwyczaj, że z każdego domu wysyła się dziecko przez całe lato za bydłem i nie zważa się na to, czy dziecko nie zaniedbuje przez to nauki szkolnej i czy się na pastwisku nie psuje.
Co do pastwiska, wprowadzona u nas jedna jeszcze, może najważniejsza nowość, mianowicie: części pastwiska dające lichą trawę wydzierżawia się przez licytację mieszkańcom gminy pod rolę. Zadowoleni są z tego zwłaszcza chudobniejsi, niemający gruntu lub mający go niewiele (a takich najwięcej w każdej wsi), bo w ten sposób dochodzą do kawałka ziemi i mogą sobie coś zasadzić czy zasiać. A jak dawniej trudno było tę nowość przeprowadzić (bo ogół włościański wszędzie jest jeszcze przeciwny nie tylko znoszeniu, ale nawet zmniejszaniu pastwisk), tak obecnie nie można by jej znieść bez wywołania niezadowolenia we wsi, uznano ją bowiem za dobrą i konieczną. Korzyści tu bowiem widoczne dla każdego: ziemia, niewydająca przedtem trawy nawet dla kilku krów, obecnie zorana daje nie najgorsze plony; chleba we wsi przybyło i gmina ma dochód z dzierżawy, a obraca go na spłatę długu, zaciągniętego na przykupienie pastwiska.
Drogi we wsi są w miarę możności regulowane, prostowane i rozszerzane, po bokach urządzane ścieki i chodniki. Istniejące dawniej doły przydrożne i kałuże zostały osuszone i zniesione. Dawniej w niektórych miejscach we wsi bywało takie błoto, że próżnym wozem trudno było przejechać: wozy po osie grzęzły w błocie, słychać było często przeciągłe nawoływania jadących — „a wio, a nuże!” — konie, ciągnąc z całej siły, rwały postronki. Nieraz drągami trzeba było wóz podważać, żeby koniom ulżyć i wóz z błota wydobyć. Woda, stojąca w dołach, zatruwała powietrze w pobliskich domach. Dzisiaj to wszystko starsi tylko pamiętają, młodsi zaś słuchają o tym jak o historiach nieprawdopodobnych.
A przecież i dziś jeszcze po wielu wsiach spotyka się podobne błota i bełtogi, a ludność to cierpi u siebie i kałuże np. uważa za wygodne we wsi, bo „dobrze — jak mówią — że się bydlę ma gdzie napić wody”; nie chcą wiedzieć, że i dla bydła woda taka szkodliwa, i poić się je powinno dobrą, czystą wodą.
W radzie gminnej istnieje teraz osobna komisja drogowa, która ma za zadanie w dalszym ciągu prostować i rozszerzać drogi gminne. Ponieważ wieś się ciągle rozrasta, więc obecnie daje się uczuwać potrzeba wycięcia nowych dróg i obmyślenia planu dalszego rozwoju wsi.
Najmłodszym przedsiębiorstwem gminnym jest cegielnia, założona na pastwisku. Urządzenie tej cegielni, to jest wybudowanie pieca na wypalanie cegły, kieratu do rozrabiania gliny, szop do suszenia surówki, domu dla strycharza kosztowało przeszło 8000 koron. Cegielnia istnieje od roku 1900, jest nadzorowana przez osobną komisję gminną i zapowiada na przyszłość dochód i wygodę dla mieszkańców gminy. Obecnie bowiem o drzewo na budowę coraz trudniej (a w niektórych stronach dostać go już nie można), więc musi wchodzić w użycie inny materiał budowlany — cegła.
Naturalnie wprowadzenie tych czy innych drobniejszych nowych urządzeń w gminie nie zawsze szło — jak to mówią — jak z płatka, czasem trza było niemało trudu i kłopotu podżyć206, robić prawie przemocą i narazić się ludziom, ale nie można się było i przed tym cofać, bo inaczej nie dałoby się niekiedy przeprowadzić nawet najlepszej rzeczy. Ogół bowiem trzyma się gromadnie i uparcie starych urządzeń i nawyknień, choćby były najgorsze i najszkodliwsze, i dopiero z czasem poznaje zmiany na lepsze, przywiązuje się do nich i błogosławi pamięć takich, co je zaprowadzili.
Do jakiego stopnia dochodziły niekiedy trudności, żeby przeprowadzić rzecz dobrą i pożyteczną, niech posłuży następujący przykład.
Była na gminnym pastwisku wydma piaszczysta, stanowiąca wygon przy drodze powiatowej, a był to nieużytek, bo trawy tam nie było nawet dla jednej krowy, ale nadawał się znakomicie na miejsca budowlane i można go było dobrze spieniężyć. Otóż w roku 1900 Józef Lang (wspomniany wyżej) wniósł pierwszy podanie do rady gminnej o sprzedanie mu z tej wydmy 200 sążni207 pod budowę domu. Po pewnym targu rada gminna uchwaliła sprzedać te 200 sążni po cztery korony za sążeń, a uchwałę tę zatwierdziła rada powiatowa z pochwałą dla gminy, że sprzedaż jest korzystną. Na tej podstawie została sporządzona umowa, podpisana przez pełnomocników gminnych, słowem, nabywca stał się prawnym właścicielem i zdawało się, że sprawa skończona.
Tymczasem znaleźli się mędrkowie, którzy nieświadomych prawa i łatwowiernych potrafili wzburzyć, i kiedy w oznaczonym dniu wyszedł na pastwisko geometra i pełnomocnicy gminni, ażeby Langowi plac odmierzyć i oddać w posiadanie, wyszła podburzona gromada ludzi i nie pozwalali placu odmierzać, wydzierali paliki, wyklinali itp., więc sprawa musiała pójść do sądu. Na terminie sędzia tłumaczył: „Ludzie, uspokójcie się! Ani cała gmina nie może już tej sprzedaży obalić i nabywca musi wejść w posiadanie, bo w razie potrzeby przyjdzie mu z pomocą rząd, choćby z całą siłą”. Ale na nic to perswadowanie, bo podburzeni wołali, że nie ustąpią, choćby mieli zginąć, „a jak my zginiemy, to dzieci nasze będą bronić gminnego”. Sąd jednak wyznaczył termin do oddania nabywcy placu i wezwał pomocy żandarmerii.
Gdy termin przyszedł, wszyscy powołani zdążali do tej czynności na oznaczone miejsce, ale z daleka już widać było, że wydma, z której plac miał być odmierzony, pokryta była stadem bydła, a naokół niego stały kobiety, mężczyźni zaś z daleka się temu przyglądali. Bo właśnie agitatorzy wszystkich poduczyli, że baby miały opór stawiać, że za to nic im nie będzie. Bydło beczało, bo piasku nie mogło się chwycić, rozbiegało się, ale kobiety spędzały je ciągle do kupy.
Sędzia wzywał do ustąpienia, tłumaczył — nic nie pomagało — więc komendant żandarmerii otrzymał polecenie, ażeby kobiety i bydło z placu usunął. Ten znowu wzywał do ustąpienia, straszył, ale i to nie miało skutku, więc padła komenda: naprzód! Żandarmi z bagnetami w rękach razem ruszyli: bydło zabeczało, kobiety niektóre omal się nie powywracały, w jednej chwili plac był opróżniony, a następnie palikami obznaczony, co jednak zaraz pierwszej nocy w części zostało zniszczone.
Ale teraz przyszła kara. Żandarmi dostali nakaz, ażeby winnych aresztowali, i kilkoro siedziało po parę tygodni w areszcie śledczym w Tarnobrzegu, a następnie rozprawa odbyła się w sądzie obwodowym w Rzeszowie, gdzie tak mężczyźni, jak kobiety dostali po parę tygodni aresztu i zapłacili około 400 koron kosztów. Do takich nieszczęść prowadzi brak oświaty i ciemny upór!
Tu muszę nadmienić, że z czasem całe to wydmisko, wynoszące około dwu morgów, na którym była taka walka, zostało rozprzedane po cztery korony za sążeń (co czyni 6400 koron za mórg), gmina dopożyczyła więcej i za te pieniądze kupiła od hrabiego 16 morgów dobrego pastwiska, przez co całe pastwisko gminne zostało uregulowane, rozszerzone i znacznie poprawione. A na tej wydmie stoi dzisiaj szereg ładnych domków z ogródkami, ci zaś, którzy taką nierozumną wojnę prowadzili, teraz się wstydzą i z pewnością żałują, że nie słuchali żadnych rad i napomnień.
Co do ksiąg gminnych, to obecnie prowadzi się następujące: dziennik czynności, księga uchwał, dziennik kasowy, księga repartycyjna, spis domów w gminie, księga wydanych zezwoleń na budowle, księga wydanych książek służbowych, robotniczych i potwierdzeń przynależności, księga wydanych poświadczeń do uzyskania paszportów zagranicznych i przepustek, księga zgłoszeń obcych w gminie, wykaz kar, księga zgłoszeń stale uwolnionych i rezerwistów wojskowych i wykaz imion do tejże księgi, księga zgłoszeń dla żołnierzy nieczynnych obrony krajowej i wykaz imion do tej księgi, wykaz wojskowych stale uwolnionych i rezerwistów, wykaz nieczynnych żołnierzy obrony krajowej.
Prócz tego są osobne księgi dla kasy pożyczkowej i cegielni gminnej i książki prowadzone przez oglądacza bydła i zwłok.
Odpowiednio do zwiększania się ludności, potrzeb gminnych i zakresu działania wewnątrz gminy wzrósł też budżet gminy, czyli dochody i rozchody gminne.
Według najdawniejszych zapisków budżetowych, jakie znajdują się w gminie, w roku 1872 budżet gminny wynosił w dochodach 198 złr 86 centów, w rozchodach 182 złr 58 centów; w roku 1875 dochody wynosiły 351 złr 91 centów, rozchody 342 złr 70 centów; w roku 1894 dochody 734 złr 27 centów, rozchody 728 złr 66 centów.
Budżet ten wzrósł dopiero znacznie koło roku 1900 i wynosił w dochodach w 1900 roku 3780 koron, tyleż prawie wynosił roku 1905. W powyższych cyfrach mieściły się już wydatki gminne i szkolne.
W roku 1910 budżet wynosił bez wydatków szkolnych w dochodach 5363 kr 20 h, w rozchodach 5340 kr 81 h. Dochody w tym roku czerpane były z czynszów, opłat, dzierżaw, taks gminnych itd., dających razem sumę 3003 kr 20 h, i ze 100 procent dodatku do podatków bezpośrednich, co daje 2359 kr208.
Płace służby gminnej były w roku 1911 następujące: wójt pobierał rocznie 240 koron, zastępca wójta 75 kr, pisarz 600 kr, oglądacz zwierząt 250 kr, policjant (z mundurem) 670 kr, stróż nocny (płatny od numeru) 493 kr, kominiarz (także od numeru płatny) 210 kr, polowy 140 kr, ochotnicza straż ogniowa gminna 100 koron.
Pierwsze większe ożywienie w wyborach gminnych poczyna się od wyborów w roku 1905. Ponieważ liczba uprawnionych do głosowania przenosiła już 200, więc w roku tym miało być wybranych 18 radnych i 9 zastępców (podczas gdy przedtem od roku 1867 do 1905 bywało tylko 12 radnych i 6 zastępców).
Przed wyborami odbyło się kilka zebrań gminnych, na których zastanawiano się, co trzeba w gminie zrobić w czasie nowego sześciolecia, i ułożono listę kandydatów na radnych. Wybory były dokładnie ogłoszone, bo prócz urzędowego pisemnego obwieszczenia na osiem dni przed wyborami policjant gminny dwukrotnie obchodził wieś z bębnem i zapowiadał wybory. To wszystko sprawiło, że ludność była nimi bardziej zainteresowaną niż lat poprzednich. Głosowanie odbywało się tajnie, kartkami. Wybrani zostali przeważnie ludzie młodzi, okazujący chęć do zajęcia się sprawami gminnymi, na 18 radnych 12 było piśmiennych, 6 niepiśmiennych.
*
W dalszym ciągu na uwagę zasługuje obudzenie się i rozwój życia społecznego na innych polach; opiszę przeto w krótkości to, na co patrzyłem i w czym w miarę możności uczestniczyłem. Z tego zakresu ważnym jest szczególniej powstanie i rozrost Kasy Oszczędności i Pożyczek systemu Raiffeisena209 i Towarzystwa Przemysłowo-Handlowego „Bazar”, które wprawdzie siedzibę swoją mają w Tarnobrzegu, ale rozciągają swoją działalność na wsi okoliczne, więc i na Dzików, i pod względem gospodarczym pokrzepiły bardzo całą okolicę.
Kasa oszczędności i pożyczek powstała w roku 1894 i była jedną z pierwszych kas raiffeisenowskich w Galicji. Założył ją dr Antoni Surowiecki210, adwokat, który, jak tylko osiadł w Tarnobrzegu w roku 1888, starał się poznać potrzeby tak mieszczan, jak i włościan i potrzebom tym zaradzać — i z czasem uleczył niejedną bolączkę tutejszego życia mieszczańskiego i włościańskiego.
Więc starał się też utworzyć kasę przystępną dla gospodarzy. W tym celu sprosił wójtów z parafii miechocińskiej i porozumiał się z nimi, ażeby każdy ze swojej gminy ściągał gospodarzy na naradę, która się miała odbyć w niedzielę w naszej szkole. Nadeszła niedziela, zeszło się do szkoły kilkudziesięciu gospodarzy, a że dr Surowiecki spodziewał się więcej, więc odłożył naradę na drugą niedzielę i prosił, ażeby każdy w swojej wsi zachęcał drugich na to zebranie.
Przyszła niedziela, w szkole zebrało się mniej ludzi niż przed tygodniem, więc dr Surowiecki zapowiedział zebranie na trzecią niedzielę i polecał ogłaszać wszędzie, ażeby zgromadziło się jak najwięcej chętnych. Ale na tę trzecią niedzielę przyszło tylko dwadzieścia osób, więc dr Surowiecki widząc, że liczba zebranych zamiast się zwiększać, maleje, bo wielu odstraszało się od kasy, rozpoczął naradę z tymi, którzy dotąd wytrwale zgromadzali się. Odczytał i wyjaśniał przygotowany statut, tłumaczył, że poręka będzie nieograniczona, ażeby ci, którzy ulokują w kasie pieniądze, mieli je pewne, pożyczki zaś można będzie otrzymywać bez wielkiego zachodu i tanim kosztem.
Zapadła jednogłośna uchwała, ażeby kasę taką założyć na całą parafię, tj. 13 gmin, i wszyscy zebrani przystąpili zaraz na członków, składając udziały po dwie korony. Odbył się też zaraz wybór zarządu, do którego weszli: dr Surowiecki jako przewodniczący, zresztą Jan Frankiewicz, Piotr Jała, Jan Słomka, Jan Sokół i Wojciech Wiącek, a kasjerem został Stanisław Stała. Przewodniczący przeprowadził następnie wszelkie formalności połączone z założeniem kasy i odstąpił dla niej miejsce w swojej kancelarii, dopóki się nie podniesie.
Jak się Żydzi o założeniu tej kasy dowiedzieli, straszyli chłopów, że kto się do niej wpisze, już cały majątek nie jego, bo ręczy za kasę całym swoim majątkiem, i śmiali się, że „Surowiecki założył kasę i już ma 20 członków i 20 złr”. Ale niedługo było w kasie kilka drobnych wkładek, a zaraz też potrzebujący zgłaszali się o pożyczki, a gdy je otrzymali z małym trudem i kosztem, chwalili się i głosili to między drugimi, co poruszyło wielu: jedni przystępowali na członków, prosząc o pożyczki, inni składali swoje oszczędności. Kasa wciąż się powiększała, później rosła, jak na drożdżach i przed wojną było przeszło 2000 członków, obrotu rocznego przeszło pół miliona, a fundusz rezerwowy wynosił kilkanaście tysięcy koron.
W ten sposób została rozwiązana sprawa drobnego kredytu włościańskiego w naszej okolicy, a później i w całym kraju, odkąd powstał we Lwowie Patronat Kas Oszczędności i Pożyczek, bo dyrektor Patronatu, dr Stefczyk211, tak umiał sprawę prowadzić, jeżdżąc po wsiach i poznając stosunki na miejscu, że przed wojną kas takich było w Galicji przeszło tysiąc i wszystkie dobrze się rozwijały. Kto pamięta, jak dawniej trudno było o pożyczkę i jak chłopów dławiła lichwa, ten wie, jaka należy się wdzięczność tym, którzy przyłożyli ręki do powstania i rozwoju kas spółkowych u nas.
Tak każdą sprawę społeczną — jak parcelacja, scalenie gruntów, czyli komasacja, wychodźstwo zarobkowe i inne — można by pomyślnie prowadzić i uregulować, gdyby powołani do tego z tytułu swego urzędu i stanowiska społecznego chcieli się zżyć z ludem, poznać jego biedy i wziąć się rzetelnie do sprawy, a nie poprzestawali tylko na gadaniu i zapisywaniu papieru w biurach.
*
Również ciekawym jest powstanie i rozwój Towarzystwa Przemysłowo-Handlowego, które przed wojną prowadziło wielki sklep spożywczy pod nazwą „Bazar” w Tarnobrzegu. Sprawa założenia tego sklepu stała przez szereg lat na porządku dziennym — i wtedy jeszcze, gdy się już w tym celu zawiązało Towarzystwo i statut został zatwierdzony, nie można było handlu otworzyć z powodu różnych przeszkód, z których najważniejsza była ta, że nie można było na ten cel lokalu w rynku w Tarnobrzegu ani wydzierżawić, ani na własność nabyć, gdyż właścicielami wszystkich realności w rynku byli Żydzi, a ci, dowiedziawszy się, na co lokal potrzebny, za żadne pieniądze odstąpić go nie chcieli.
W końcu Towarzystwo musiało na ten upór Żydów użyć odpowiedniego sposobu, mianowicie: weszło w umowę z istniejącą już Kasą Spółkową, ażeby ta na siebie kupiła dom i wydzierżawiła w nim odpowiednie ubikacje212 „Bazarowi”, a gdy i wtedy robili Żydzi trudności, prosiła Kasa jednego z urzędników, aby starał się nabyć jakąś realność w rynku, a następnie odstąpił ją Kasie. I to się dopiero powiodło, bo zgodzona została i zadatkowana realność za 12 000 koron.
Ale gdy się Żydzi dowiedzieli, że ta realność dla Kasy Spółkowej i będzie w niej pomieszczony sklep, podnieśli ogromny gwałt na tego, co realność sprzedał, chcieli zwrócić podwójny zadatek, jednak nic nie pomogło: Żydowi nałożono nad zgodę jeszcze 600 koron, podpisał w sądzie wieczór umowę i zaraz tej samej nocy wyniósł się z Tarnobrzega. Żydzi jeszcze jego rodzinie robili awantury, powybijali okna i przez kilka szabasów Żydzi z rodziny tej nie mogli chodzić do bożnicy, bo się bali, a także Kasie czynili trudności, wytaczając procesy o granicę, ale wszystko to było już bezskuteczne: Kasa została przy nabytej realności.
Dopiero w tym domu po przeprowadzeniu w nim gruntownych reperacyj znalazł pomieszczenie „Bazar” za czynszem rocznym 1000 koron. Otwarcie sklepu nastąpiło w roku 1899, a w ciągu dziesięciu lat z górą tak się rozwinął, że zatrudniał kilku subiektów213 i kilku chłopców w nauce, kasjerkę, rachmistrza i dwóch dyrektorów, nadto miał swoje konie, wozy i trzech ludzi zajętych dostawą towarów z kolei do składów i do sklepu, a wreszcie nabył od Kasy na własność dom, w którym się mieścił, za 20 000 koron i osobno dom na składy za 8000 koron.
Stał się też wielkim dobrodziejstwem dla okolicy, bo normował cenę. Przedtem Żydki ustanawiali sobie dowolne ceny na towarach, a każdy musiał brać u nich, bo cały handel był wyłącznie w ich rękach, później nie mogli się podnieść ponad ceny zaprowadzone w „Bazarze”. Przódy, jak nie było „Bazaru”, to Żydki drwili sobie z katolików, co słyszałem nieraz na własne uszy, np. gdy przyszły dłuższe święta żydowskie, a ktoś nie zaopatrzył się na ten czas w potrzebny towar i chodził potem po mieście zmartwiony, to Żydki śmiali się, mówiąc: „Katoliki wrą na nas Żydów, ale gdyby nasze święta były z miesiąc, toby oni wyzdychali z głodu”. Ale później mogli świętować i cały rok, a w „Bazarze” zawsze wszystkiego dostał. Z początku przez dłuższy czas prowadzili wojnę z „Bazarem”, robiąc mu konkurencję i zniżając ceny na towarach nawet poniżej wartości, ale to wszystko „Bazar” przetrzymał, oni stracili i uspokoili się.
Godzi się wspomnieć tych, którzy przyłożyli się do założenia i rozwoju „Bazaru”, są to mianowicie: dr Surowiecki i Wojciech Wiącek, włościanin z Machowa, od których wyszedł pomysł; hr. Zdzisław Tarnowski214, który przystąpił z dużym udziałem i umożliwił rozpoczęcie dzieła; Aleksander Brodkiewicz, który w początkach oddał Towarzystwu zawodowe zdolności; wreszcie dr Walery Momidłowski, który przez szereg lat był przewodniczącym Towarzystwa i poświęcił mu najwięcej rzetelnej pracy i trudu. Inni też wiele się przyczynili do rozwoju „Bazaru”, wszyscy księża, urzędnicy, nauczyciele poparli go już to udziałami, już to biorąc w nim towary. Gdybyśmy tak zawsze i wszędzie robili, tobyśmy się dobrze biedzie oganiali.
*
W ogóle Tarnobrzeg znany był przed wojną światową z tego, że posiadał wiele stowarzyszeń i instytucji, w przeważnej215 części dobrze się rozwijających. Prócz wyżej wymienionych, w których pracowałem od początku, i dlatego powstanie ich i rozwój jako znane mi nieco obszerniej opisałem, na wyszczególnienie zasługują następujące instytucje:
Powiatowa Kasa Oszczędności216, dająca pożyczki większe i długoterminowe, założona w roku 1899 dzięki staraniom marszałka Zbigniewa Horodyńskiego, który w ogóle wielkie ma zasługi około lepszego zagospodarowania powiatu.
Powiatowe Biuro Pracy, pośredniczące głównie między pracodawcami a robotnikami wyjeżdżającymi za zarobkiem, pierwsze powiatowe biuro pośrednictwa pracy w Galicji, założone w roku 1901 z pomysłu dra Surowieckiego.
Muzeum powiatowe, gromadzące zabytki przeszłości, założone za staraniem starosty Eugeniusza Swobody w roku 1908, na pamiątkę 25-lecia marszałkostwa Zbigniewa Horodyńskiego i nazwane jego imieniem.
Dalej na uwagę zasługuje Towarzystwo im. Stanisława Jachowicza opieki nad dziećmi, utrzymujące ochronkę dla dzieci nieuczęszczających jeszcze do szkoły, z Tarnobrzega i Dzikowa, założone w roku 1906 i posiadające własny dom dzięki ofiarności obywatelskiej dra Walerego Momidłowskiego.
Z innych towarzystw istniejących w Tarnobrzegu własne domy posiadają: Towarzystwo Kasynowe (urzędnicze), najstarsze w Tarnobrzegu, i Czytelnia Mieszczańska, założona w roku 1894 przez dra Surowieckiego, skupiająca pod swym dachem odradzające się mieszczaństwo tarnobrzeskie, wreszcie Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”217.
*
Ze spraw narodowych wielkiej doniosłości było wybudowanie pomnika Bartoszowi Głowackiemu218, pierwszego pomnika chłopu-bohaterowi. Pierwszą myśl postawienia tego pomnika rzucił Walerian Wryk, włościanin z Wielowsi, a zawiązaniem komitetu w tej sprawie zajęli się Wojciech Wiącek i dr Surowiecki w roku 1901. Na zebranie celem zawiązania komitetu przybyło 16 osób i z tych wówczas, 25 września 1901 roku, zawiązał się komitet, do którego wchodzili: Jan Słomka z Dzikowa, przewodniczący; Józef Lang z Tarnobrzega, zastępca przewodniczącego; Wojciech Wiącek z Machowa, sekretarz; Jan Frankiewicz z Miechocina, skarbnik. Jako członkowie: Paweł Grzywacz z Gorzyc, Jan Kolasiński z Tarnobrzega, Wojciech Lang z Tarnobrzega, Paweł Miklowski z Nadbrzezia, Władysław Ossowski z Wielowsi, Jan Słomka młodszy z Dzikowa, Wojciech Słomka z Dzikowa, Stanisław Stala z Miechocina, dr Antoni Surowiecki z Tarnobrzega, Walery Wryk z Wielowsi, Łukasz Zioło z Wielowsi. Składki napływały ze wszystkich stron Polski, a także od Polaków w Ameryce i w ogóle z zagranicy, i dawali je tak chłopi, jak szlachta i mieszczanie.
Gdy się zbliżała chwila odsłonięcia pomnika (9 września 1904 roku), komitet dokładał wszelkich starań, ażeby uroczystość przyniosła możliwie największy pożytek i dobrze się zapisała w pamięci uczestników. Do przemówień w czasie uroczystości zaproszeni byli — stosownie do życzenia całego komitetu — ks. biskup naszej diecezji Józef Pelczar, Stanisław hr. Badeni219, jako naczelnik rządu krajowego, i poseł Jakub Bojko220, jako jeden z najwybitniejszych wówczas włościan.
Wszystko zapowiadało się bardzo dobrze, nagle w ostatnich dniach przed uroczystością zawichrzyło się w powiecie i w całym kraju i komitet niespodziewanie znalazł się w wirze wielkiej polityki, a to z powodu, że przeciwnicy posła Bojki w kraju, chcąc z nim załatwić porachunki polityczne przy tej uroczystości, domagali się usunięcia go od przemawiania przy pomniku, ponieważ był w walce z częścią duchowieństwa. Komitet jednak, nie chcąc mieszać do uroczystości narodowej porachunków partyjnych i osobistych, w ogłoszonym programie uroczystości nic nie zmienił. Ale z powodu tego zawichrzenia uroczystość nie wypadła tak świetnie, jak powinna była.
*
W dzień przed uroczystością odsłonięcia pomnika, 8 września, odbyła się w Tarnobrzegu koronacja cudownego obrazu Najśw. Marii Panny Dzikowskiej, na którą to uroczystość przybyły niezliczone masy narodu z bliższych i dalszych okolic, zarówno z Galicji, jak i z Królestwa Polskiego, i cała uroczystość odbyła się z wielką okazałością i świetnością i głęboko utkwiła w pamięci uczestników.
*
Na uwagę zasługuje też sprawa, wszczęta w Tarnobrzegu w roku 1908, mianowicie: sprawa daru narodowego w postaci zagrody włościańskiej dla Ferdynanda Kurasia221, najwybitniejszego chłopa-poety, którego utwory budzą w całym narodzie szlachetne uczucia i czyny. Sprawą tą zajmował się komitet pod protektoratem hr. Stanisława Tarnowskiego. W skład komitetu wchodzili wybitni obywatele w powiecie, duchowieństwo‚ posłowie, literaci, dziennikarze. Przewodnictwo komitetu stanowili: Eugeniusz Swoboda, przewodniczący; ks. Szczęsny Rudnicki i Jan Słomka, zastępcy przewodniczącego; Zygmunt Kolasiński, sekretarz; Ludwik Kuryłło, skarbnik.
Wypadki polityczne jednak, poprzedzające wojnę światową, odwracały uwagę od tej sprawy i przeszkodziły w zbieraniu składek. Z zebranych funduszów komitet zakupił przeszło mórg ziemi w Dzikowie i zgromadził w części materiał budowlany, z którego sam poeta przeprowadził budowę i w roku 1912 dom nowy zamieszkał.
*
Wspomnieć się godzi nieco obszerniej o pracownikach na różnych polach działalności, z którymi danym mi było zetknąć się w życiu i którzy zaznaczyli się czy to na swoim urzędzie, czy w pracy społecznej w powiecie tarnobrzeskim.
Spośród duchowieństwa wymienić należy ks. Józefa Sobczyńskiego, który przez kilka dziesiątek lat (od roku 1852 do roku 1894) rządził parafią miechocińską, a zarazem doszedł do godności dziekana i prałata. Trzymał on lud w karności, karcił szczególnie pijaństwo i rozpustę. Miał wielkie wpływy w powiecie, wszyscy musieli się z nim liczyć. Posiadał znaczny majątek, który strwonili, niestety, spadkobiercy.
W ostatnich latach przed wielką wojną zaznaczyło się w parafii kilku księży wikarych, szczególniej ks. Franciszek Wróbel i ks. Stanisław Władyka; założyciele domu Bractwa Królowej Korony Polskiej w Miechocinie.
Wśród księży dominikanów w Tarnobrzegu jest szereg takich, o których pamięć zachowała się u ludności. Ks. Wincenty Wrześniak przeprowadził budowę wieży środkowej na kościele i podniósł gospodarstwo klasztorne. Ks. Stefan Płaszczyca przeprowadził rozszerzenie i odnowienie kościoła, budowę wieży frontowej i koronację cudownego obrazu Najśw. Panny Marii Dzikowskiej. Ks. Stanisław Markiewicz zaznaczył się szczególniej jako opiekun dzieci i młodzieży. Kilku utalentowanym a niezamożnym chłopcom z Dzikowa ułatwił ukończenie gimnazjum. Gdy odjeżdżał z Tarnobrzega, wielka rzesza dzieci i ludu z płaczem i jękiem odprowadzała go na kolej. Trudno byłoby znaleźć większego przyjaciela maluczkich. Księża dominikanie: Dziędzielewicz, Alwary Komorek, Alojzy Serafiński, Bruno Janiewski znani byli z pięknych kazań.
Zresztą wszyscy księża, jakich znałem, wykonywali swoje obowiązki, lud do dobrego nakłaniali i przyczyniali się do utrzymania porządku społecznego i dobrych obyczajów więcej niż jakakolwiek inna władza, spełniali więc najważniejszą rolę w społeczeństwie.
Spośród inteligencji urzędniczej wyróżniał się za mojej pamięci długoletni starosta tarnobrzeski Stanisław Jakubowicz. Zajmował się on żywo sprawami wchodzącymi w zakres jego urzędu, znał wielką liczbę ludzi w powiecie, także spomiędzy chłopów, i wiedział, jak się prowadzą. O każdym pilnie się dowiadywał, czy nie jest pijakiem, szkodnikiem, czy zasługuje na pomoc w razie potrzeby. Podczas zwykłych przechadzek codziennych na wszystko zwracał baczną uwagę i jeżeli dostrzegł coś niewłaściwego, np. jakąś psotę chłopaków, nie przepuszczał niczego płazem, ale wołał wójta i na miejscu energicznie polecał coś zrobić, naprawić itp. Miał wielkie znaczenie i wpływy w powiecie, jak żaden starosta przed i po nim. Kogo polubił i powziął do niego zaufanie, tego popierał i za wzór stawiał, a co komu przyrzekł, święcie wykonywał. Zachęcał chłopów do posyłania dzieci do szkół. Prawie na każdej sesji przedstawiał wójtom korzyść z nauki, nawoływał, żeby wójcia każdy w swojej wsi wpływali na ojców, ażeby jak najliczniej posyłali dzieci do szkoły, a nie trzymali ich w domu i nie dzielili zagonami, bo potem dzieci nie maja z czego żyć i stają się nędzarzami. To skutkowało, bo niedługo dosyć dzieci włościańskich z powiatu kształciło się w szkołach. Chciał, żeby wszyscy w powiecie go znali i okazywali mu szacunek. Miał przy tym tę wadę, że nie zapominał doznawanych uraz i bezwzględnie prześladował tych, którzy mu się czymkolwiek narazili. Jeżeli np. ktoś nie zdjął przed nim czapki i nie ustąpił mu miejsca, pytał się, co to za jeden i zawsze mu to pamiętał.
Mnie bardzo lubiał i chwalił na sesjach wójtowskich, że gminę i akta gminne trzymam w porządku. W końcu jednak zraziłem go sobie przez budowę rzeźni gminnej w Dzikowie, nie chciał bowiem, żeby ta rzeźnia powstała, a gmina tarnobrzeska miała przez to konkurencję i zmniejszone dochody. Mówił, że prędzej mu włosy na dłoni wyrosną, niż Dzików dostanie koncesję na rzeźnię. Sprawa ta ciągnęła się przez parę lat. Wystawiliśmy w Dzikowie budynek na rzeźnię, ale musieliśmy go parokrotnie przenosić z miejsca na miejsce i przestawiać, gdyż starostwo wytaczało zawsze jakiś powód, iż rzeźnia nie może stać w danym miejscu i musi być usunięta. Dopiero przy pomocy ks. Sobczyńskiego, który ujął się za nami, wygraliśmy sprawę w Namiestnictwie, które poleciło wydać natychmiast koncesję.
Z późniejszych starostów zasługuje na wyróżnienie hr. Zygmunt Lasocki222 (od roku 1903 do 1907). Interesował się gorliwie sprawami powiatowymi, a szczególnie włościańskimi, starał się je poznać i naprawić. Pracował niestrudzenie, a jeżeli w powiecie wydarzyła się jakaś klęska, np. wylew albo pożar, jechał bezzwłocznie na miejsce i brał czynny udział w akcji ratunkowej. Co rozpoczął, przeprowadzał z nadzwyczajną pilnością. Żył przy tym bardzo skromnie. Starał się między innymi o to, żeby po wsiach domy były stawiane w porządku, w równej linii i pewnych odstępach, a zarazem były kryte ogniotrwałym materiałem. Sam też sprowadzał dachówkę z funduszu zapomogowego, wyjednanego u rządu, i pogorzelcom dawał ją bezpłatnie albo sprzedawał na bardzo dogodnych warunkach. W ten sposób przyczynił się znacznie do rozpowszechnienia w powiecie pokrywania budynków ogniotrwałym materiałem. Z czasem ludzie dowodnie się przekonali, że ogniotrwałe pokrycie trwalsze jest niż strzecha, lepiej zabezpiecza mienie i życie ludzkie przed pożarami, obniża premie ubezpieczeniowe. Pracą swoją zdobył sobie jako starosta wielkie zaufanie u ludu włościańskiego i w roku 1911 został posłem do parlamentu wiedeńskiego z tutejszego okręgu. Na tym stanowisku zajmował się bardzo pieczołowicie sprawami swoich wyborców i należał do najpracowitszych posłów polskich.
Następca hr. Lasockiego na urzędzie starosty w powiecie tarnobrzeskim, Eugeniusz Swoboda, brał również czynny udział w pracy obywatelskiej w towarzystwach rolniczych, „Sokołach” itp. Ludowi włościańskiemu był przychylny i przystępny dla każdego, nieraz na ulicy sprawy wysłuchał i załatwił ją. Gdy miał odjeżdżać z Tarnobrzega, pożegnał się z wójtami na ostatniej sesji, a mnie na pożegnanie zaszczycił nawet odwiedzinami w domu.
Z komisarzy starostwa w Tarnobrzegu należy wspomnieć dra Karola Matyasa223, który zbierał pieśni i zwyczaje ludowe w powiecie tarnobrzeskim i wydał między innymi prace pod tytułem Wincenty Motas, chłop-poeta i Wesele stalowskie; następnie dra Juliusza Dunikowskiego, który był redaktorem „Powiatowego Dziennika Urzędowego w Tarnobrzegu” w latach 1908 i 1909.
Z sędziów na uwagę zasługuje szczególnie Józef Chalcarz, niestrudzony pracownik na różnych polach działalności społecznej, pojednawczego usposobienia, wielce zasłużony opiekun Ochronki im. Stanisława Jachowicza w Tarnobrzegu i Zakładu Sierocego w Mokrzyszowie.
Z lekarzy kilku bardzo dobrą pozostawiło sobie pamięć. Dr Walerian Pawlas oddawał się z poświęceniem obowiązkom lekarskim, spieszył na każde wezwanie do chorego. Miał też wielki ściąg do siebie, od biednych nie brał honorarium, ale dodawał im na lekarstwa. Padł ofiara swego zawodu w czasie panowania tyfusu plamistego. Dr Stanisław Orzechowski uważany był za zdolnego lekarza i człowieka. W życiu obywatelskim brał czynny udział. Wygłosił bardzo piękną mowę w czasie odsłonięcia pomnika Bartosza Głowackiego w Tarnobrzegu. Dr Walery Momidłowski był sumiennym lekarzem i dobrym obywatelem. Pracował wytrwale w wielu instytucjach w Tarnobrzegu: był zastępcą marszałka powiatowego, przewodniczącym Towarzystwa Handlowo-Przemysłowego „Bazar”, założycielem Ochronki im. Stanisława Jachowicza dla dzieci z Tarnobrzega i Dzikowa. Cały prawie swój majątek w Tarnobrzegu, złożony z dwu domów z ogrodami, zapisał na rzecz wspomnianej ochronki.
Z adwokatów i z inteligencji tarnobrzeskiej na szczególne wyróżnienie zasługuje wspomniany już wielokrotnie w Pamiętnikach dr Antoni Surowiecki, który jest najwybitniejszym działaczem nad odrodzeniem ludu i powiatu tarnobrzeskiego. Prócz wzmiankowanych już dzieł dokonał wielu innych. Zakładał po wsiach pierwsze czytelnie jako delegat krakowskiego Towarzystwa Oświaty Ludowej224, szczególnie zaś owocną działalność prowadził w Radzie Powiatowej tarnobrzeskiej, do której wchodził z gmin wiejskich. Chłopów wybranych do Rady złączył wtedy w Koło Powiatowe, na którym były omawiane wszelkie sprawy idące pod obrady pełnej Rady lub Wydziału Powiatowego. Koło to w latach 1896–1904 było szkołą wyrobienia obywatelskiego dla włościan powiatu tarnobrzeskiego, na posiedzeniach swoich poruszyło, omówiło i przeprowadziło wiele doniosłych spraw, dotyczących naprawy gospodarki gminnej, polepszenia pastwisk, dróg, przemysłu domowego, handlu, wychodźstwa zarobkowego, zdrowotności, oświaty, polityki, uświadomienia narodowego itp. Sprawami społecznymi zajmował się z zamiłowaniem, odkładał na bok interesy osobiste i kancelaryjne, gdy trzeba było jakąś rzecz społeczną omówić i załatwić. Szczególniej interesował się sprawami włościańskimi, z światłymi włościanami chętnie obcował, bywał na uroczystościach i weselach chłopskich.
Jako obrońca przeprowadzał prócz zwykłych spraw w sądach i innych władzach sprawy różnych instytucji, gmin i dawał często pomoc bezpłatną. Brał w obronę tylko sprawy słuszne i czyste.
Byłem raz świadkiem w jego kancelarii, jak chłop jeden zaszedł tam ze swoją sprawą i chciał ją powierzyć dr. Surowieckiemu. Ten jednak nie chciał jej przyjąć i odradzał stanowczo wszczynanie procesu. Gospodarz był tą odmową dotknięty i gdy wyszedł z kancelarii, wyklinał i pomstował z tego powodu. W dwa lata potem spotkał mnie w mieście i opowiadał, że ze sprawą, której nie chciał przyjąć dr Surowiecki, poszedł do adwokata Żyda, ten przyjął ją chętnie i poprowadził, ale chłop sprawę przegrał i zniszczył się zupełnie. Toteż mówił z żalem: „Dobrze mi wtedy radził pan Surowiecki, niech mu Bóg da zdrowie, ale go nie słuchałem i kara mnie spotkała”.
Jako obrońca zaznaczył się szczególnie w procesie Wojciecha Wiącka, posła do parlamentu wiedeńskiego, przeciw Mojżeszowi Kanarkowi, który był synem Rachmiela Kanarka, właściciela kilku dworów, i prowadził politykę między ludem w powiecie. Był to pewnie największy z procesów, jakie kiedykolwiek toczyły się w Tarnobrzegu, i zainteresowany był nim nie tylko powiat tutejszy, ale cały kraj; na rozprawę przybyli sprawozdawcy gazet polskich i nawet wiedeńskich. Rozprawa toczyła się na wiosnę 1911 roku przez pięć dni. Powodem procesu było to, że Mojżesz Kanarek zarzucił Wiąckowi, iż tenże, wyzyskując swoje stosunki poselskie, wyrabia za pieniądze koncesje szynkarskie Żydom. Kanarek głosił tak publicznie i rozgadywał wszędzie, i wiele gazet pisało o tym. Oskarżenie to robiło wrażenie tym bardziej, że Wiącek w pracy swojej społecznej występował najwięcej przeciw karczmom żydowskim, uważając je za największe nieszczęście w kraju i jako poseł domagał się w parlamencie zamykania karczem i szynków, przynajmniej w dni świąteczne.
Kanarka bronił w sądzie adwokat z Krakowa, dr Heski, Wiącka zastępował dr Surowiecki.
W czasie rozprawy główna uwaga skierowana była na zeznania dwóch świadków Żydów: Izraela Kropfa z Rozwadowa i Falika Goligera z Tarnopola, którzy pod przysięgą twierdzili, że Wiącek koncesje szynkarskie za pieniądze wyrabiał. Wstrząsająca była chwila, gdy pod koniec rozprawy w Tarnobrzegu Goliger, trzęsący się już z powodu podeszłego wieku, Wiąckowi do ócz powtarzał, że ten przyrzekał jemu, Goligerowi, wyrobienie koncesji szynkarskiej za pieniądze, Wiącek zaś nazwał to kłamstwem bezczelnym i również pod przysięgą twierdził, że z Goligerem nigdy się w życiu nie zetknął i nie rozmawiał.
Ponieważ w ten sposób przysięga stanęła naprzeciw przysięgi, rozprawa w Tarnobrzegu została przerwana, a sprawa przekazana Sądowi Obwodowemu w Rzeszowie. Toczyła się tam dalej przez półtora roku sprawa przeciw świadkom Kanarkowym o zbrodnię krzywoprzysiężnego oszustwa. Oskarżonych broniło kilku adwokatów, Wiącka zastępował w dalszym ciągu dr Surowiecki.
Wreszcie w jesieni 1912 roku po dwudniowej rozprawie głównej Trybunał w Rzeszowie stwierdził, że Kropf i Goliger, zwerbowani przez Kanarka, złożyli przeciw Wiąckowi w sądzie tarnobrzeskim fałszywe zaprzysiężone świadectwo, przez co dopuścili się zbrodni oszustwa, i skazał Kropfa na 6 miesięcy, a Goligera (ze względu na jego wiek podeszły i nieposzlakowany przedtem) na 3 miesiące ciężkiego więzienia i ponoszenie kosztów procesu. Zaś Mojżesz Kanarek, któremu groziły ciężkie kary za oszczerstwo, uwłaczające czci Wiącka, i za nakłanianie świadków do fałszywych zeznań i krzywoprzysięstwa, umknął z powiatu i ukrył się tak, że go sąd nie mógł odszukać. Potem przyszła wielka wojna i tak sprawa pozostała w spoczynku.
W procesie tym ujawniło się też, jakimi sposobami Żydzi starali się do chodzić do koncesji szynkarskich i zarzucać sieci na posłów, którzy nie byli im oddani, ażeby ich unicestwić. Pokazało się też, że gazety były w znacznej części na usługach Mojżesza Kanarka i pisały przychylnie dla niego, kiedy rzucał oszczerstwa, a pominęły milczeniem zakończenie sprawy i o wyroku wcale nie wspominały.
Kropf i Goliger, zasądzeni na ciężkie więzienie, wnosili jeszcze sprzeciw do Najwyższego Trybunału w Wiedniu, ale i tam wyrok rzeszowski został zatwierdzony.
Dr Surowiecki był przeciwnikiem wszelkiego zła i niemoralności, występował bezwzględnie w sprawach słusznych, nie bacząc na to, czy się komu przez to narazi. Odznaczał się stanowczym usposobieniem i odwagą obywatelską.
W życiu powiatu zaznaczył się też wybitnie inż. Jan Bochniak, który poza wydatną pracą zawodową brał nader czynny udział w Radzie Powiatowej, w różnych stowarzyszeniach, organizacjach, każdemu służył chętnie doradą i pomocą, a przy tym dawał dobry przykład swoją pobożnością.
Z nauczycieli odznaczył się szczególniej Jan Michalik, dyrektor szkoły ludowej w Tarnobrzegu, do której należy też Dzików. Obudził on zainteresowanie szkołą wśród dzieci i rodziców.
Zakończenie roku szkolnego bywało za niego uroczyste; dzieci popisywały się odpowiedziami z różnych przedmiotów i deklamacjami; rozdawanie świadectw odbywało się na dziedzińcu szkolnym, przy czym celującym uczniom muzyka grała i biły moździerze. Bywały też corocznie majówki, na których było wiele uciechy i śpiewania; starsi chłopcy nieśli chorągwie o barwach polskich. Na dziedzińcu szkolnym były zawsze przyrządy do gimnastyki i zabawy dla dzieci, więc drabiny, huśtawki, słupy do spinania się, karuzel. Przy szkole znajdował się ogród, o który Michalik bardzo dbał i z własnej kieszeni łożył na wzorowe urządzenie tegoż. Brał często chłopców do ogrodu i uczył szczepienia i pielęgnowania drzewek, toteż u niejednego wyrobił zamiłowanie do ogrodnictwa. Starał się też utrzymać budynek szkolny w największym porządku, zawczasu zarządzał wszelkie roboty, naprawy, porządki, co następnie rada szkolna miejscowa bez sprzeciwu zatwierdzała.
Z nauczycieli ludowych należy się też gorące wspomnienie Zygmuntowi Kolasińskiemu, rodem z Tarnobrzega. Był bardzo chętny do pracy narodowej i bardzo pracowity. On najwięcej pracował w komitecie w sprawie daru narodowego dla Ferdynanda Kurasia i usilnie starał się sprawę tę doprowadzić do końca. Ogłaszał też w różnych pismach artykuły i dłuższe prace dotycząca tutejszej okolicy. Niestety, umarł w roku 1911 bardzo młodo, w dwudziestym siódmym roku życia, kiedy mógł dalej najpożyteczniej pracować.
W szkole średniej zaznaczył się Stanisław Sobiński, dyrektor szkoły realnej225 w Tarnobrzegu. Rozwijał on tę szkołę od pierwszej klasy, tj. od roku 1909, postawił w niej naukę i wychowania na wysokim poziomie, nawiązywał łączność szkoły z domami rodzicielskimi. Brał żywy udział w pracy obywatelskiej, zwłaszcza oświatowej i narodowej, występował z przemówieniami w różnych okolicznościach, zapalał słuchaczów piękną wymową. Z Tarnobrzega został powołany na wizytatora szkół średnich do Warszawy, następnie wkrótce na kuratora okręgu szkolnego lwowskiego.
Między mieszczanami wznieśli się wyżej tylko przychodni, którzy osiedlili się w Tarnobrzegu. Z tych na uwagę zasługuje Narcyz Giżyński, który miał handel towarów korzennych i hotel dla inteligencji, nadto ajencję krakowskiego Towarzystwa Wzajemnych Ubezpieczeń226, przy tym prowadził gospodarstwo rolne na własną potrzebę. Interesy swoje prowadził porządnie i uchodził za człowieka majętnego. Miał wzięcie w okolicy i brał udział w pracy obywatelskiej. Należy się też wspomnieć o Władysławie Gryglewskim, który miał pocztę prywatną i prowadził ją dobrze, a że był oszczędnym, doszedł do zamożności majątkowej. Występował czynnie w życiu publicznym, należał do wszystkich miejscowych instytucji i towarzystw. Między mieszczanami wybili się jeszcze ponad innych Piotrowski, masarz, którego wyroby uchodziły na najlepsze; Jan Kolasiński, krawiec, założyciel największej w powiecie pracowni krawieckiej, wieloletni burmistrz Tarnobrzega; Józef Chruściel, właściciel restauracji, który doszedł do realności w rynku.
Z obszarników godzien wspomnienia Grieswald, który był dzierżawcą Chmielowa od hr. Tarnowskiego, a nabył z pracy własnej majątek Józefów. Prowadził wzorowo gospodarstwo rolne i był uczciwy w interesach z ludem. Znam wypadki, że nie ściągał długów z takich, którzy znaleźli się w ciężkim położeniu, nie pozywał ich do sądu, ale owszem pouczał, jak się powinni prowadzić.
Dla powiatu szczególnie zasłużony jest Zbigniew Horodyński ze Zbydniowa, długoletni marszałek, który przyczynił się wybitnie do lepszego zagospodarowania i podniesienia powiatu, a nadto odznaczał się wielką szlachetnością i godnością w postępowaniu.
Spomiędzy oficjalistów zamkowych i dworskich w Dzikowie na szczególne wspomnienie zasługuje kasjer dóbr dzikowskich Ludwik Kuryłło. Był przystępny i z każdym uczciwie pogadał, dlatego lud miał do niego przywiązanie i szacunek i wszyscy w różnych sprawach zwracali się najwięcej do niego, choć wiedzieli, że jako kasjer miał tylko odbierać pieniądze i wypłacać za kwitem.
Z włościan znałem duży zastęp tych, którzy zaznaczyli się w pracy narodowej, obywatelskiej i politycznej w powiecie albo też znani byli z dobrego gospodarowania i wychowania swoich dzieci. Prócz wymienionych na różnych miejscach Pamiętnika zasługują na wspomnienie:
Michał Ciba z Trześni pod Sandomierzem, wierny przyjaciel ks. Stojałowskiego227, gorący patriota, który zawsze pragnął doczekać wolnej Polski. Gdy wybuchła wojna światowa, wyruszył na własnym koniu do Legionów, dosłużył się tam stopnia sierżanta. Zginął na polu walki, pozostawiwszy ośmiu synów i córkę.
Jan Mączka z Zaleszan, zamożny i wzorowy gospodarz, dzielny obywatel, który czynny był w pracy publicznej i rodzinę miał na wyższych stanowiskach.
Jan Kaczak ze Ślęzaków, młody, światły gospodarz, posiadał własną dużą bibliotekę, pisywał do różnych gazet i czynny był w pracy społecznej. Umarł w młodym wieku przed kilku laty.
W działalności politycznej zaznaczyli się szczególniej: Jan Robak z Sokolnik, Adam Grzywacz z Gorzyc, Jędrzej Kępa z Sobowa, Walerian Wryk z Wielowsi, Jan Frankiewicz z Miechocina.
Znałem dużo rodzin chłopskich, które znacznie powiększyły i ulepszyły swoje gospodarstwa, dbały o oświatę, zabiegały około wykształcenia swoich dzieci, tak że wielu synów włościańskich pokończyło wyższe szkoły i są na stanowiskach: księży, profesorów, lekarzy, sędziów, adwokatów itp.
Niepodobna tu wyliczyć wszystkich, którzy przyczynili się do tego, że przed wielką wojną światową powiat tarnobrzeski należał do najlepiej rozwijających się powiatów w b. Galicji. Prawie w każdej wsi było kółko rolnicze, a w każdej parafii Spółkowa Kasa Oszczędności i Pożyczek, około 50 wsi (na 72 w powiecie) miało straże ogniowe. Rozwijały się czytelnie, zakładane przez Towarzystwo Kółek Rolniczych, Oświaty Ludowej i Szkoły Ludowej228. W kilkunastu wsiach były Gniazda Sokole229. Widać było wielki postęp w rolnictwie, zabiegano około rozwinięcia swojskiego przemysłu, znikały po wsiach gospody i sklepiki żydowskie, a powstawały polskie. Powiat chlubił się dobrymi drogami szutrowanymi, obsadzonymi drzewami owocowymi. Rosło zainteresowanie się sprawami publicznymi, narodowymi, urządzano liczne obchody i uroczystości, na które zjeżdżali ludzie i z dalszych stron Polski. Powiększał się zastęp inteligencji z ludu, która z zapałem i ofiarnie pracowała nad podniesieniem oświaty, dobrobytu, uświadomienia narodowego i przybliżenia lepszej przyszłości.
Wszystko to upadło lub zamarło wskutek wielkiej wojny i po wojnie tej musiało się na nowo odradzać.