[* * *]

Przystosowałem się do nich nieprawdopodobnie szybko.

Sypiam lepiej. Poczciwy Kossowski raczy mnie najwyszukańszymi specjałami garkuchni. Do pcheł przywykłem. Tylko jeszcze pluskwy mnie męczą.

O godzinie dziewiątej rano zaczyna mnie tarmosić serdeczny mój przyjaciel, trzyletni Kazik.

— Pam, tań do oboty.

— Nie chcę — powiadam.

— Pam, tań, olumiś?

— Nie rozumiem.

— Tań, no — ty kały oniu.

— A co mi zrobisz, jak nie wstanę?

— To ja ci uścię lanie.

Co znaczy: wstań do roboty, stary koniu, bo ci spuszczę lanie.

Jak go bardzo rozgniewam, mówi:

— Mam cię... ty laniu.

I odchodzi na chwilę.

Gdyby kto ze starszych usłyszał, dano by mu w skórę, że się tak spoufalił; toteż się zawsze ogląda, czy kogo nie ma.

Złażą się do mnie „bachorzyska z całego domu, jak do chederu227” (Wilczkowa). Opowiadam im bajki, częstuję karmelkami, wycinam z papieru różne wspaniałości. Gospodyni niezbyt zachwycona, bo śmiecą i „wszy znoszą”. Żal mi dzieciaków: tak mało poezji w ich dzieciństwie, życie ich tak mroźne, twarde jak bryła lodu.

Opowiadają o dziadku, który im na gwiazdkę przynosi prezenty. Jest tu zwyczaj, że ktoś z rodziny przebiera się za Świętego Mikołaja i przynosi dary.

Jadzia okropnie się zabojała228 i obiecała dziadkowi nie kłaść palca do nosa. Trzeba się dowiedzieć i pokupować malcom upominki. Toć jestem bajecznie bogaty.

Nie wiem, skąd dowiedzieli się, że „uczyłem się na doktora”. Gdybym chciał leczyć, miałbym poważną praktykę.

Dusza mi się rozkurcza, jak mówi Amiel229.

(Przypisek późniejszy: Amiel: Jesteśmy zanadto skłopotani, zanadto przeciążeni, zajęci i czynni! Za wiele czytamy! Trzeba poza brzeg swej łodzi wyrzucić cały bagaż kłopotów, zajęć i pedanterii, stać się na powrót młodym, prostym, dzieckiem naiwnym, szczęśliwym, i przejąć się wdzięcznością. Tak, trzeba umieć być bezczynnym, ale nie leniwym. W bezczynności uważnej i skupionej dusza nasza wygładza swe fałdy, wypoczywa, rozkurcza się, powraca do życia jak zdeptana trawa przydrożna lub skaleczony liść rośliny, naprawia swe szkody, staje się na powrót nową, samorzutną, prawdziwą, oryginalną).

*

Post, post i post.

Jeść mi się chce.

Doprawdy, ci ludzie mogliby mniej pościć. Toż oni tak ciężko pracują. Toż nauka mówi o iluś tam kaloriach. Toż oni doprawdy nie mają czym mięsa zastąpić.

Kobiety przez cały wielki post mięsa nie jedzą, jeszcze suszą.

— Teraz to jeszcze świetnie wyglądam. Ale żeby mnie pan Janek widział koło Wielkanocy, to jestem jak cień... Człowiekowi biednemu trudno się dostać do nieba. Człowiek biedny to i zaklnie, i Pana Boga obrazi, jak mu się nie powiedzie. A bogaty co ma kląć, jak mu wszystko idzie po myśli? A przecież człowiek jak się naorze i naflaży230 na tym świecie, to choć na tamtym chciałby trochę wypocząć i już nie cierpieć więcej. Może Pan Bóg i święta Rodzicielka policzą mi moje umartwienie za zasługę. Bo co ja innego mogę zrobić dobrego? Bogatemu łatwiej i o zasługę przed Panem Bogiem.

— Oj, pani kochana, grzeszą bogaci, grzeszą więcej i ciężej — odparłem. — A Pan Bóg jest przecież sprawiedliwy i waży, kto jak obraża i czym winę swoją okupuje.

— No, ja wiem. Ja to sobie tylko swoim głupim, ludzkim rozumem tak ważę, że biedny więcej zazdrości, więcej skrzywdzi, złe słowo powie albo i myśl, to Bóg słyszy — a rzadziej może komu dopomóc...

Jaki to piękny wyraz: naflażyć się — jaki daje obraz: wicher, deszcz, błoto — flaga — a kobieta bosa w spódnicy zarzuconej na głowę idzie pochylona długą, bez końca szosą...

Słyszałem wiele nowych wyrazów przenośni.

— A bo to raz człowiek wypryśnie z łóżka boso do sieni albo i na dwór w największy mróz.

Wyraz ten mógł się zrodzić tylko w izbie, gdzie patrzy się, jak tłuszcz wypryskuje z patelni.

Albo:

— Słońce przyżarło śnieg od góry.

Więcej nie pamiętam na razie.

Jaką potęgą niezwalczoną jest język narodu. Żyje on, odżywia się sercami milionów, oddycha radościami i bólem, łzami i uśmiechami jego, karmi się, wsysa, odrzuca, wydziela, przerabia — z dniem każdym zamiera jakąś swą cząstką i odradza. Każdy wyraz jest jak komórka żywego organizmu, jak kropla krążących w nim soków.

Język martwy to trup, mumia nieruchoma, wieczna, urągliwa.

Nieraz sam zapewne mówiłem: „język martwy i żywy”, a po raz pierwszy przejrzałem. Ileż to podobnych startych wyrażeń kursuje.

Tomek Bityś231

Tak, panie lepszy. Od zimna i woda stężeje, a co dopiero człowiek? — rzekł Tomek.

Głos Tomka ochrypły, bezdźwięczny. Ironia i nienawiść brzmią w nim głucho.

Czoło niskie, włosy twarde, rzadkie, nieokreślonej barwy. Twarz obrzękła, bez zarostu, ze śladami ospy. Wzrok zły, świdrujący przebiegły. Brwi zrośnięte nad nosem oszpeconym ospą.

Poznałem go w szynku na Pradze.

Izba niska, obszerna; okna małe.

Grudzień. Godzina piąta po południu.

U sufitu pali się lampa błyskawiczna.

Gwar. Jedni dobijają targu, drudzy spierają się, wychodzą i wchodzą — wszyscy pijani lub podchmieleni. Zaduch porozlewanej wódki, mdły, słodki odór piwa miesza się z obłokami kopiejkowych cygar i papierosów. Jedni siedzą przy stolikach, drudzy stoją na środku izby. Gwar. Z rzadka świśnie krótki śmiech drwiący, niewesoły, i skona.

Wilgoć spływa po ścianach i opada brudnymi kroplami z sufitu. Podłoga pokryta grubą warstwą błota i naniesionego butami topniejącego śniegu.

Powietrze ciepłe, gęste, jakby lepkie.

W kącie izby siedzi nas czterech, przy stoliku.

Tomek rozpiął kapotę, rozsunęła mu się czarna koszula, spod której wygląda pierś szeroka, włochata, z dwiema bliznami od noża.

Ręce włożył w kieszenie, rozparł się na krześle i opowiadał o sobie.

Ojciec Tomka był pijakiem.

— Ale pijak pijakowi nierówny.

Jeden przepija część zarobku, drugi — cały zarobek. Jeden pija codziennie, drugi tylko w święta. Jeden pije za pieniądze, drugi zafantuje232 się do koszuli. Jeden walczy ze swym nałogiem, drugi uważa kieliszek za jedyną rozrywkę człowieka ciężkiej pracy.

Jeden pije, aby zalać robaka, drugi — by pobudzić wycieńczone ciało do nadmiernych wysiłków, trzeci — bo wszyscy piją, czwarty — bo nie ma nic do stracenia.

Jednego pociąga wesoła kompania szynkowni, drugi ceni wódkę dla wódki. Jeden jest przy kieliszku wesoły i rozmowny, drugi smutny i zadumany, jednemu pijaństwo przeszkadza w pracy, a drugi, gdy pije, to żyje — od kieliszka do warsztatu, i wtedy najlepiej robi.

Jeden lubi częstować, a drugi czeka na poczęstunek — nie lubi pić za własne.

Jeden po hulance bywa potulny, pokorny wraca do domu, chyłkiem sunie do łóżka, unika spojrzeń żony i dzieci. Drugi wtacza się głośno, śpiewa, wymyśla i grozi, ale w groźbach przebija nieszczerość — taki wstydzi się swego wstydu przed rodziną. A trzeci nie ma żadnych skrupułów.

Są pijacy — tyrani, pijacy — ofiary...

Różne bywają rodziny pijaków i różny w nich los dzieci. I matka może do kieliszka zaglądać. Matka może być nieustępliwa i swarliwa albo pokorna i gospodarna.

Ojciec Tomka był wyrobnikiem, pijakiem, ofiarą nałogu. Matka cicha — pierała po gospodach. Matka Tomka pierała u pani naczelnikowej, i pani naczelnikowa poleciła jej męża swojemu mężowi.

Zastawiono coś z rzeczy, dopożyczono dwadzieścia rubli, złożono kaucję na kolei i ojciec Tomka włożył bluzę i numer tragarza kolejowego.

Zaczęły się dnie obfitości.

Tragarze kolejowi, jak w ogóle ludzie, dzielą się na szczęśliwych i mniej szczęśliwych. Jeden za dwa kosze z bagażu i trzy ręczne pakunki otrzyma z targiem złotówkę, drugi za lekką walizkę i parę ukłonów otrzyma rubla „na piwo”.

Ojciec Tomka należał do szczęśliwych: na ogół więcej liczył sutych napiwków niż inni.

Trudno tragarzowi nie pić. — Dźwiga, nie wysypia się, a przy tym ciągła gorączka, pośpiech, zatargi z kolegami i publiką, niestały zarobek, oddalenie od rodziny — i wszystko to jakoś się składa.

I ojciec Tomka stał się pijakiem z fantazjami.

Czasem wracał do domu ze śpiewem, oddawał żonie pieniądze, obiecywał więcej, dziewuchom przyniósł pierniki, nawet Tomka nie ofuknął. Innym znów razem kobiecie nawymyślał, córki skrzyczał, a Tomka w pysk, bo go nie lubił. To znów tydzień cały w domu się nie pokazał.

Chciała pani naczelnikowa zrobić dobrze, a zrobiła źle.

Koledzy stacyjni nie lubili ojca Tomka. I stało się, że skradziono walizę powierzoną jego pieczy. Była to, podobno, nie zwykła kradzież, a zmowa kolegów. Obciążała go jednak okoliczność, że był dnia tego nietrzeźwy. Miało być jakieś śledztwo — to — nie to — ale że był już nowy naczelnik, a jego żona miała nową może praczkę, której dopomóc pragnęła — więc nie pomogły ani obietnice ojca, ani łzy matki — i ojciec Tomka został bez pracy, bez kaucji i z długiem dwudziestorublowym, zaciągniętym na kaucję.

— Dlaczego ojciec przynajmniej długu nie zapłacił? Toż był tragarzem lat parę czy kilka?

— At, pewnie dlatego, że wierzyciel się nie dopominał, a łatwiej dawać co tydzień dwa złote procentu, niż dużą sumę spłacić od razu. — Wynosi to, co prawda, sto procent bez mała, ale ojciec Tomka do szkół nie chodził.

I w domu zapanował głód. I ojciec Tomka stał się pijakiem, który nie ma nic do stracenia, i przy tym pijakiem — tyranem.

Chciała pani naczelnikowa zrobić dobrze, a zrobiła źle.

Ojciec nie lubił chłopca. Zdarzają się takie fantazje: jeden nie lubi dziewczyn, drugi — chłopców. Jeden uwidzi sobie, że jedno z dzieci jest nie jego, lub bez tłumaczeń nie lubi.

W domu ich zapanował taki głód, gdzie chleba nie chcą w sklepiku dać już na kredyt:

— Nic już nie dam — mówią w sklepiku. — Zapłaćcie naprzód tamto!

I jeszcze wymówi, zawstydzi, nawymyśla.

— Kąsało mnie życie jak pies z łańcucha — mówi Tomek złym głosem.

Opowieść Tomka była bezładna. Nikt myśli jego nie numerował, nie pętał powijakiem gramatyki. Nie umie opowiadać, jak w ogóle ludzie, którym słowa nic w życiu nie dają.

Wikłał fakty, przeskakiwał z tematu na temat, wyjaśniał błahe wypadki, po kilkakroć powtarzał myśl lub zwrot, czepiając się go pijacko. To nużył rozciągłością; to nagle rzucił porównaniem świetnym, zaczerpniętym z samego życia.

Czasem urwał opowieść na połowie zdania i bacznie nam się przyglądał: czy nie powiedział za wiele?

Popijał piwo. Męczyła go czkawka...

I nagle w oczach Tomka odmalował się przestrach, i zaczął opowiadać jeden drobny na pozór szczegół ze swego dzieciństwa. — Epizod ten z życia bitego chłopaka nabrał w jego opowiadaniu kształtów prawie potwornych.

Była to nieudana wyprawa do cudzego ogrodu na jabłka. — Stróż czy ogrodnik był czujny. Dokuczyły mu snadź233 kradzieże i zemścił się na jedenastoletnim chłopcu po swojemu, brutalnie.

— Wicek wlazł pierwszy, a potem my znowu na parkan. Ledwo my wskoczyli do ogrodu — parkan był niewysoki — a on już Staśka trzyma. Stał przyczajony, ścierwo. Ja jego z tyłu w plecy; ale co taki rak ma za siłę; złapał mnie za rękę, oni wszyscy, szczeniaki, uciekli, i Stasiek także. Ani mi nie pogroził, ani uderzył — nic, nawet nie trzymał mocno, tylko leciutko. „Chodź, powiada, dam ci jabłka za to, że mnie chciałeś bić”. Poszliśmy głęboko w ogród, gdzie miał swój niby-dom. Jak zamknął drzwi na klucz, tak ja już więcej nie oddychałem. Potem znowu okno zamknął. Kazał mi usiąść na stołku, bo się — powiada — zmęczyłem, jakem przez parkan przełaził, a on tymczasem poszuka jabłek. I zaczął zdejmować ze stołu, co tam leżały nasiona różne, i układał na ziemi. A wszystko, drań, tak powoli, że mu tylko na ręce patrzałem.

Tomek drgnął.

— Potem wyjął z kąta wicie i zaczął wybierać co grubsze. Potem moczył w wiadrze każdą osobno i probował w powietrzu, aż świszczało. Potem zaczął mnie sam powoli rozbierać, aż do naga. A ja nic: ani drgnę. Potem wziął mnie na ręce i położył na stole i powiada: „Leż sobie teraz spokojnie; a wygodnie ci?” — I zaczął lać. Wcale nie trzymał, tylko lał. Jak tu krew, to on dalej bije, ale powoli. Posiekał mi skórę na karku, na nogach; a potem przekręcił i bił w brzuch i w piersi — aż do samej szyi. Co się jedna wić połamie, to bierze drugą. Już myślałem, że zabije. Ja ani krzyknąłem, tylko mi zęby latały i takem drżał.

— Potem usiadł i sapał. A ja leżałem i ani się ruszyłem. Potem obejrzał mnie i powiada: „dobrze”. I wylał na mnie wiadro. Potem znów usiadł i kazał mi odpocząć. A potem ubrał mnie i wyprowadził z ogrodu, a już przy furtce to dał mi jabłko i mówi: „a jak znowu będziesz chciał, to znowu przyjdź”. I jak nie lunie mnie w pysk, aż mi jabłko wyleciało z ręki, i nie podnosiłem go nawet.

— Stoję ja przed parkanem i ani się ruszę. A tu był dalej plac, gdzie wywozili gruz i śmiecie. Stoję tak, a tu patrzę: coś się rusza. Ciemno, ale zobaczyłem kota: w śmieciach grzebie. Tak ja przykucnąłem cichutko i za cegłę. Kot spojrzał na mnie i ślepia mu się świecą — ścierwie. Ja się czaję i on się czai. Tak mnie rozirytował, że i o bólu całym zapomniałem, tylko patrzę, co on zrobi. Dopiero jak on skoczył i w nogi, tak ja za nim cegłą. Przetrąciłem mu, draniowi, łapy. Jeszcze chciał uciekać, a ja go za ogon. On drapie, a ja go łbem tak o kamienie, o ziemię, o ziemię. Aż go zamęczyłem na śmierć.

Śmieje się.

— Na drugi dzień wyrysowali mnie na parkanie ze spuchniętą gębą. Rozgniewali się, że im mówić nic nie chciałem, a jeszcze drażnią: „Tomek! bityś”. I ten Stasiek, drań, także. Zapłaciłem mu za to. A od tego bicia dostałem ospy.

Ojca Bitysia zabili, bo zbierał się na kolegów — tragarzy, ale tamci nastawili na niego łobuzów.

Tomek „przesiewał” węgiel, rozwoził piwo, glinę rozrabiał, był w składzie aptecznym.

Raz znosił z drugim parobkiem balon z benzyną do piwnicy. Tamten spadł ze schodów, nastąpił wybuch: tamten się spalił, a Tomek trochę poparzył.

— Była sprawa. Bo ja niby miałem do niego ansę234 o dziewczynę. Powiadają, że ja go niby pchnąłem i jeszcze zapałkę naumyślnie rzuciłem. Ale nie mogli nic dokazać235 i musieli taki puścić.

Spojrzał na nas swym lisim wzrokiem człowieka bitego, który się broni.

— Ale nie dokazali — powtórzył.

Był Tomek przy rzeźnikach. Szedł raz do domu wieczorem w zimie. A szła przed nim dziewczyna. Co ujdzie kilka kroków, to się obejrzy. Widać go się bała; a nikogo więcej nie było... A na jedną stronę parkan, a na drugą — szosa — za Grochowską rogatką.

— Jakem ją złapał przez pół, jak przerzuciłem przez parkan, to ani pisnęła. — Głupia, żeby się była nie oglądała, tobym na nią i nie spojrzał... Wy mnie jeszcze nie znacie, panowie. Ja jestem drań i nie jestem drań. — Wy myślicie, że ja się boję katorgi236? Jeszcze tego nie widziałem... A może w katordze i lepiej jak tu... Chociaż nieprędko jeszcze, nieprędko.

Zacisnął pięść, aż kości, zda się, skurczyły, aby była twardszą, i położył ją na stole.

Wziął do rąk butelkę, spojrzał pod światło, przekonał się, że pusta.

— Ej — te! Chodź no tu. Dawaj cztery piwa. Pan płaci... A spotkamy się jeszcze kiedy, to ja za pana zapłacę... Ja nie jestem taki... Tylko ze mną trzeba przyzwoicie i delikatnie...

Odprowadził nas aż do mostu.

Szliśmy powoli, nic nie mówiąc do siebie.

— Takich jak on masz pan w Warszawie setki, panie Janie — powiedział Kossowski.

— Panie Kossowski, to straszne przecież.

— No więc, co pan na to poradzi? Są i będą. Mało to pijaków ma dzieci? Mało to sierot i bezdomnych chłopaków włóczy się po mieście i nie wiadomo, z czego żyją, gdzie mieszkają, z kim się przyjaźnią, i tak rosną?

Obręcz stalowa opasała mi czaszkę.