Przed świętami
Nie wysnuwam żadnych wniosków. Widzę tylko fakty i fakty, drobne, a nieskończenie ciekawe. Widzę obrazy coraz nowe i coraz to nowych ludzi.
Cały ogromny dom oddycha teraz jedną myślą: święta, choinka. Choinka i święta są tematem wszystkich rozmów dzieci i dorosłych.
— U nas będzie, a u was nie.
— A u nas będzie aż pod sufit.
— A u nas będą marcepanowe owoce. (Ojciec pracuje w cukierni).
Wikcia całą noc stroiła drzewiko. A co dziwniejsze: stary Wilczek do późna wycinał czterogroszowy papier z obrazkami jasełki i naklejał na brystol.
Pasażerka zapomniała w dorożce parasol. Grosik zrobił z niego prezent żonie:
— Będziesz miała na święta.
Ignac dostał w skórę, bo rzadko chodził do ochrony i pani mu nie dała ubranka na gwiazdkę.
Chłopcy gromadami chodzą oglądać wystawy sklepowe. Znają wszystkie składy zabawek w mieście:
— A ty widziałeś tego pajaca, co się rusza?
— Żeby ojciec wiedział, jaki ja okręt widziałem.
— A w jednej cukierni jest choinka.
— A ja widziałem takie śliczne, że już nie wiem, ale nie wiem, co to jest.
Rodzice słuchają z zajęciem, dzieciaki się cieszą. Ani im w głowie nie postanie myśl, że mogliby mieć takie cuda.
A starsi zastawiają się, zapożyczają, kupują — robią zapasy wódki, bo w święta monopol zamknięty.
Sklep monopolowy w oblężeniu. Godzinę czekać wypada.
Przebiorę się za dziadka Mikołaja i będę obchodził izby z prezentami dla dzieci.
Kossowski wie, kim jestem — powiedziałem mu. — Dzielny człowiek! — Cudów dokazał: za trzydzieści rubli nakupił moc wielką piłek, pierników, owoców, lalek, obrazków, krzyżyków — biegał ze mną po Ordynackiej, po Sewerynowie — targował się — kłócił — dwa dni stracił na bieganinie, a sam ma przecież roboty co niemiara. — Worek do połowy będzie wypchany wiórami, żeby suciej wyglądał. — Aż z Tarczyńskiej ulicy przydźwigał kożuch, żeby nie poznali. — Maska ma długą siwą brodę. — Wszystko w największej tajemnicy — nawet przed żoną. Opowiedział mi wiele tajemnic rodzinnych, abym tym większe wzbudził zaciekawienie i podziw.
Cieszę się jak dziecko — wraz z nim...
Jest tu na podwórzu sześcioletni „rudziak” — matka jego żyje na wiarę z mularzem237. Katują go oboje. Matce się zdaje, że to przez niego chłop nie chce się z nią żenić.
Wczoraj zajrzał do izby nieśmiało, gdym dzieciakom opowiadał Kota w butach.
Ot, siedzę na kufrze lub na łóżku, a ośmioro drobiazgu obok mnie, na kolanach, na stołku, na ziemi. I słuchają. A potem w domu opowiadają. Rodzic też słucha, a potem mówi niecierpliwie:
— E, musi to jakoś inaczej pan Jan opowiadał. Bo tak jak ty mówisz, to nic nie można wyrozumieć.
Rudziak zajrzał do izby: musiało dobiec do niego echo zmierzchowych bajek.
— A ty tu po co? — ofuknęła go Grosikowa — na przeglądy cię matka wysłała?
Uciekł.
Powiedziałem, że nie dokończę bajki, dopóki go nie przyprowadzą. — Dzieci nie chciały wierzyć:
— To rudziak wiaruski — tłumaczą mi.
— Ja wiem, i chcę, żeby i on słuchał.
Ignac z dwoma starszymi chłopcami puścili się pędem do sieni. Po chwili wciągnęli szamocącego się malca.
— Chodź, głupi: Pan Jan cię woła.
— Jak ty się nazywasz? — pytam rudziaka.
Żadnej odpowiedzi.
— No powiedz, jak matka na ciebie woła?
— Matka woła: cholera, a oni: rudziak — powiedział cicho i szybko, patrząc w ziemię.
Pocałowałem go w czoło. Spojrzał na mnie nieufny, z miażdżącym zdziwieniem w oczach smutnych.
Dlaczego dzieciska tak chętnie złażą się na moje bajdy, tak daleko sławę moją roznoszą, a niechętnie mówią o ochronie?...
„Pani” z ochrony kupiła nową linię do „łap”!!...
Dzieci bawią się tu w ślub, w pogrzeb, cyganów, złodziei i pijaków....