Ono...

Mieszkają tu — o piętro niżej.

On jest dorożkarzem, a ona „wielką damą”: po niemiecku mówi i od dziecka w kapeluszu chodziła.

Mańka chodzi do magazynu. Mańka powiedziała rodzicom, że całą noc w magazynie szyła, bo suknię wykończały. A tymczasem ojciec się dowiedział, że łgała. Bo Wikcia spotkała koleżankę z tej samej pracowni i wie, że sukni żadnej nie było i nocnej roboty nie było. A Grosik wygadał się przed ojcem Mańki.

— Gdzie byłaś, noo?... Gdzieś ty całą noc była?... Powiedz mi, gdzie ty byłaś?... — pyta ojciec groźnie.

Dziewczyna siedzi na kuferku w czerwonej halce, nogę na nogę założyła, twarz ukryła w dłoniach i niby płacze.

— Ja się ciebie pytam, gdzie byłaś — coo?... Ja się ciebie pytam, gdzieś ty, flądro, nocowała?... Już ty się nie bój: ja z ciebie wyznanie wytrzęsę.

Stoi nad dziewczyną groźny, ogromny, czerwony z gniewu, w czapce dorożkarskiej, z numerem na głowie.

— Już ja tylko na ciebie kija poszukam, bo pasa dla ciebie za szkoda.

Chłopcy siedzą, jeden na łóżku przy stole, a drugi obok mnie na krześle. I jeszcze jeden chłopak od sąsiadów. — Bośmy lekcję mieli akurat.

Matka koło lampki blaszanej, pochylona nad robotą, przyszywa łatę do spodni.

— A ja ci to mówię i powiadam, że już sobie teraz domu paskudzić nie pozwolę. To darmo. Nie pozwolę sobie domu paskudzić, ty latajcu, tyy. — Dosyć tego dobrego. — Won z domu i już. Won mi z domu na ulicę — na róg — wont!

Pochwycił ją za ramię.

— Niech ojciec puści — krzyknęła z bólu.

— Ja ciebie puszczę; nago i boso puszczę, koszulę zedrę — ty lafiryndo, tyy! — Ja ci będę żółte buciki za czternaście złotych kupował, żebyś się kawalerom podobała? Oni i tak ciebie wezmą. — Naukę ci będę dawał? Do łajdactwa szycie ci niepotrzebne. — Ona w nocy pracuje, córeczka — a pracuje, pracuje. — Won do chłopa — niech ciebie teraz nocuje — jednej gęby od miski ubędzie. — Ale on ma już dosyć: przegoni...

— Ja u koleżanki nocowałam — mówi Mańka.

— A ta koleżanka brodę miała czy tylko wąsy?... A jak tu do ciebie przyjdzie jaka koleżanka kiedy, to ja ją tak...

I uderzył Mańkę pięścią w pochylony grzbiet, ale nieśmiało — nie z całej siły.

Zerwała się matka ze stołka — czerwona — drapieżna.

— Nie rusz jej — rozumiesz?

Wyprostował się. Zwrócił się całą postacią ku żonie. Nogi szeroko rozstawił.

— Aha! — to to taaak?

— Ano tak... Uuuch, ty zbóju!

— Aha! — to tak? To ja zbój. Ano dobrze: to ja zbój.

— Mańka, wyjdź.

— Nie, moja pani. Niech ona sobie posiedzi, a ja z mamą zrobię swój rachunek. Ba, ja zbój, a mama bardzo godna osoba i wielka dama.

— A większa od ciebie.

— Pewnie że większa. Ooo, tak — większa.

— A większa od ciebie.

— No tak — bo ja zbój... Bo żona ukradła, a mąż nie chciał, żeby mu się na złodziejskim chlebie popsuła, więc poszedł na karę. A ona sobie od trzynastego lata chłopakami handlowała.

— A ty może myślisz, że jakbym była co dobrego, tobym za znajdę wyszła?

— A ja ci już mówiłem, że jak ja znajda, to ja może hrabski syn.

— A tak: hrabia ci plackiem siedzi na chamskim pysku, a matka haczykiem ryje po śmietnikach.

— Ty mojej matki nie tykaj.

— A ty znasz swoją matkę, że się tak o nią wystawiasz?

— Znam czy nie znam — to moje dzieło — a tym mi tym w oczy nie parz. A takie ojcowite258, jak ty, to ja na każdym rogu za złotówkę dostanę. — Ja, głupi, siedzę, a ona sobie z łapaczem259 karnawał odprawia.

— To już milcz!

— A nie: ja na ulicę wyjdę i będę krzyczał.

— Sam sobie wstyd zrobisz, ty chamska duszo.

— Ano to zrobię sobie wstyd... Ja wszystko zrobię. Teraz to już wszystko zrobię... Ja się będę użerał, mało sobie rąk nie urobię: a to jadę za wolno, a to za prędko jadę, a to płać karę, a to siedź w areszcie, a to córusi żółte trzewiki kup — a po co? — I jeszcze się dziwię, że błogosławieństwa na moją pracę nie ma. A to ręce mogą mi uschnąć od pracy — i nic z tego nie będzie. A jak ma Pan Bóg błogosławić? Jak tu same tylko świństwa się odprawiają! — Ja już teraz nie wierzę, że mi ten materacyk ukradli — ja nic nie wierzę. On, Szwab, drań, umyślnie tak wyspekulował. Żyd w sądzie uczciwie świarczył260. — I o ten groch, to aż się za głowę złapał. „Nyy, powiada, to jak to jest lokator, to on nie ma nad nim właści261 o takie głupstwo”. — Ale wy z kumem rajcowali na swoje. — „Żyd — parch, mówicie, ty się będziesz Żyda słuchał?” Ja wtedy rewirowemu na podwórzu powiedziałem: wszyscy słyszeli. A on tylko głową pokiwał; a jak mi powiestkę przyniósł, to ja mu znowu powiedziałem: „panie naczelniku, niech pan tylko powie, czy to tak idzie”. A on tylko mówi: „ja waszych dzieł tu nie znam, no to bardzo, mówi, stranno262 wszystko”. Ale teraz to ja już wiem. A chłopiec bez cały tydzień ze słomiankami nie chodził. Tyś taka? — Dobrze, to i ja z tobą inaczej potańcuję. Ty mojej pracy nie szanujesz, to i ja swojej nie poszanuję. Wszystko sprzedam i wszystko przepiję.

A kobieta przez ten czas do kolacji szykowała.

— Wyszczekałeś się już? To na — żryj.

— Nie, ja muszę porządek w domu zrobić.

— Na, żryj!

— Nie, ja twojego jedzenia nie ruszę.

Zaczął wciągać kapotę.

— Nie dam ci iść.

— To ja ciebie chyba poproszę, jak nie dasz.

Zerwała z niego palto.

— Ja i z gołą głową potrafię.

— Niech pan zostanie, panie Franciszku — powiedziałem łagodnie.

— Nie, panie Janie: ja siebie znam. Ja nie jestem taki jak inni. Ja może znajda, ja może chamski syn, a moja żona i moja córka — hrabina; ale ja swoje wiem. — Ja nie będę rozbijał jak inni. — Patrz pan, panie Janie: moja ręka urobiona od pracy. Jak ja bym ją podniósł na taką gnidę, toby z niej wiórków nie pozbierał. — Już ja wolę sobie trochę wyjść na powietrze.

— A na powietrze: do szynku, ty szpitalny synu — żeby szczekać na mnie po pijanemu. — Oddawaj pieniądze.

— Pieniądze ci oddać! Ano masz, ja mam u ludzi wiarę, chociaż jestem szpitalny syn, a ty dama — ja bez pieniędzy pójdę — i ludzie za mnie założą.

— A ja ci mówię, że nie pójdziesz.

— Eee, pójdę.

— Mało na mnie naszczekałeś, teraz chcesz dziewczynę oszczekać. — Nie pójdziesz.

— Eee, chyba pójdę.

Wziął ją lekko za ramię — krzyknęła z bólu, odsunął ją z drogi — potoczyła się i głową o kant łóżka wycięła.

Chłopiec skoczył do ojca:

— Co ojciec od mamy chce, coo?

Wziął go łagodnie pod brodę:

— Ty także za matką? Ano dobrze, dobrze.

I wyszedł.

Kobieta zerwała się z ziemi, podbiegła do córki i wycięła ją trzy razy z całej siły w twarz.

— Dziś już lekcji nie będziemy mieli, chłopcy — powiedziałem.

I wyszedłem za panem Franciszkiem.

*

Ani mi wesoło, ani smutno — jeno bardzo poważnie.

Kiełkuje w mej duszy coś nowego, co mnie z niewiadomym mocno splata, co dopiero żyć poczyna, a będzie silne; dopiero lekko drgnęło, a przeniknie, ogarnie, wchłonie i wolę mi pozostawi.

Czy to blask, czy dźwięk, czy woń, czy barwa? Nie wiem, czy bierze mnie ono w opiekę, czy ode mnie wymaga pomocy i opieki, by rosnąć i krzepnąć. I pełen jestem niepokoju.

Jeśli to iskra mała, która się żarzy, należy ją podsycać, by nie zgasła, a łagodnie, aby nie zagłuszyć. — Jeśli płomyk niepewny się kolebie, muszę baczyć, by nie umarł. — Jeśli jest to biały płatek śnieżny, chłód mu potrzebny, by nie stopniał; jeśli roślinka wątła, światła i ciepła dać należy; jeśli dźwięk dzwonka srebrzystego, przestrzeń mu potrzebna, by nie zamilkł, granice owej przestrzeni, by nie uleciał, aby nie powrócić więcej.

Pragnąłbym wiedzieć, czym jest, co się w duszy mojej poczęło — i boję się, by wiedząc, nie spłoszyć, i obawiam, by nie rozpłynęło się, nim ujrzę.

Rośnij, maleństwo, choć mi nie przyniesiesz szczęścia; aleś mi tak bliskie i drogie i wiele przecierpiałem, zanim szepnęłoś, że jesteś. — Jam ciebie szukał, a ty czemu tak późno, tajemnico maleńka, ukochana, poranna? — Życie bez ciebie było mi jednym akordem, wiecznie jednym i nudnym; a drzewa mi były szare, myśli, ludzie, kwiaty, życie — wszystko szare.

Ty mi szczęścia nie dasz, ale cię kocham i tęsknię.

Powiedz mi, proszę, czym jesteś? — Albo nie: nic nie mów i rośnij duże i silne, moje ty wdzięczne... A ja nazywać cię będę w duszy: „ono” — i „moje”...