Akt IV

Bitwa i zwycięstwo Polaków.

*

Czternastoletni Jasiek, w terminie u rymarza251, pracuje w sezonie osiemnaście godzin na dobę.

Majster Jaśka, nie cechowy, więc Jasiek nie może chodzić do niedzielnej szkoły rzemieślniczej. Martwi się, że nie będzie się mógł wyzwolić.

Wybiegł czarny, zamorusany, w fartuchu na podwórze i powiedział krótko:

— Panie, niech pan mnie uczy.

Majster mani, że się wkupi, ale jego nie wezmą, bo mają złość, że tylko samymi chłopakami orze — żeby czeladnikom nie płacić. — Znowu na złość każą mu na sztukę siodło zrobić, a on przecie rymarz, a nie siodlarz.

Siedmiu chłopców mieszka przy majstrze, a ósmy przychodni; takiemu to dobrze.

Jasiek żyje „na suchym”: rano ćwiartka chleba z herbatą w sklepiku; obiad — chleb i pół ćwierci golonki; wieczorem czasem-czasem gorąca kolacja: pieczeń z kapustą i kartoflami za szesnaście groszy. — Ale tylko wtedy, kiedy nie ma sprawunku: buty, zelówki, raty za ubranie, albo kiedy robią po fajrancie i majster dorzuca piątkę za każdą nocną godzinę.

W sklepiku nie dają Jaśkowi prawdziwej herbaty, tylko „kwiat”: kolor z buraków, a słodycz z sacharyny — w sklepiku oszukują Jaśka.

Kupił na Świętokrzyskiej ubranie za cztery ruble, raz tylko włożył w niedzielę i rozlazło się na nic. Jaśka oszukali na czterdzieści gorących kolacji, a chłopaki się z niego śmieli.

Pisaliśmy list do stryja Jaśka do Ameryki.

„Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Kochany Wuju. Jestem w terminie u rymarza, pana..., na ulicy... Pracuję od 7 rano do 8 wieczorem. Zarabiam... ”

— E, ja nic nie zarabiam — mówi.

— Tylko jak?

— W terminie to się liczy na życie.

I piszemy:

„Dostaję na życie złotówkę dziennie. Ale zima tęga, więc musiałem pożyczyć od Józefa”.

— Lepiej nie pisać, że od brata, tylko — od majstra.

„I pożyczyłem od majstra pięć rubli, bo ojciec nic przysłać nie może, bo umarł latoć Karolek i pogrzeb ojca obiedził252, i matka chorowała, więc musiał przynająć parobka...”

— I jeszcze, proszę pana, kartofle zgniły...

*

Tu dzieci — nie milusińscy.

Cenią ich pracę, poszukują.

Majstrowie chętnie chłopakami orzą i duże magazyny, i duże fabryki orzą dziećmi.

Czeladnik chce zaraz rubla, dorosły chce być syty; a chłopak otrzymuje kąt, obiad i piątkę — usłucha się i boi.

A przy tym zwinniejszy, chętniejszy...

*

Tu dzieci — nie milusińscy.

Ci niepozorni chłopcy w wykrzywionych butach, wyświeconych, postrzępionych portkach, z czapką niedbale zarzuconą na przystrzyżone włosy — zwinni, drobni, niekarni, ruchliwi, niedostrzegalni niemal — są potężną, nieuznaną, nieobliczalną siłą.

Oni najszybciej wchłaniają krążące w sokach organizmu społecznego pierwiastki; aspirują szybko każdy powiew chwili, niosą do izb dusznych. — Ta bełtanina grząska wielkiego miasta, z jej ideałami, mętami, zdenerwowaniem, szukaniem nowych form bytu, przesytem, usypianiem świadomości dnia dzisiejszego — przepływa przez nich.

Nie przepaleni spiekotą życia, nie wyssani przez wyzysk, silni nie wiedzieć skąd poczerpniętą siłą — czynni, cisi, rozpierzchnięci, liczni — biedni mali pracownicy jutra.

*

— Teraz wszędzie żądają nauki; bez nauki do sklepu nie przyjmą i do terminu niechętnie biorą — powiada ojciec, i jeśli piśmienny, bierze się rychło do nauczania syna na gazecie, książce do nabożeństwa, kupionym od sąsiada podartym elementarzu — i bije tak długo, aż chłopiec się włoży. — Jeśli zaś sam czytać nie umie, będzie się kręcił, myślał, zabiegał, aż ktoś dzieciakowi litery pokaże.

I płynie tak zwany postęp.

*

Spotykam tu dziesięcioletnich nałogowych palaczy; spotkałem dwunastoletniego pijaka-ateusza, który miał kochankę. — Kurier pisał niedawno, że jedenastoletni chłopiec w obronie katowanej matki zadał ojcu nożem kilka ran. Nazwisko jego: Zieliński, adres: Sprzeczna Nr 4 na Pradze.

*

Pięcioletni Szczepan załatwia sprawunki w sklepiku, niesie w zmarzniętych rączynach wielki bochen chleba, a pod pachą dwie wiązki drzewa. — I zbili go, gdy zgubił złotówkę, a bili mocno.

*

Sześcioletnie dzieci niosą ojcom obiad do fabryki, biegną prędko, żeby nie skrzepł zupełnie przez drogę — przez kilka ulic. I nikt się nie boi, by ich wóz nie przejechał.

*

Mała Stefka pomaga matce przy robieniu kwiatów od świtu do zmierzchu, opiekuje się młodszym rodzeństwem.

*

Dziewięcioletni Antoś w fabryce obsadek pracuje dziesięć godzin na dobę — z sześciozłotową tygodniową płacą.

*

Pan Andrzej za Jerozolimską rogatką ma troje dzieci: dziewczyny — lat trzy i pięć, i chłopiec — lat siedm. — Dzieci wspólną pracą wyżywiają konia. — Bo kiedy chłopi przystaną z wozami siana, trzyletnia z workiem siada z dala na placu, chłopiec wyrywa z fury pęki siana i oddaje starszej siostrze, która je niesie na plac do worka.

Chłopak często batem dostanie, ale zwinny.

*

W czytelni dzieci biorą książki dla siebie i rodziców.

Ojciec szewc na zydlu przy pracy, a dziecko mu czyta głośno Anielkę Prusa lub Kordeckiego253. Ojciec czytać nie umie.

*

Kiedy Wroński mieszkał na Szmulowiźnie i robił słomianki, posyłał malca na cały dzień do Warszawy z towarem. — Późno wieczorem wracał chłopiec, a biegł, co sił starczyło przez Pragę, aby go po drodze nie ograbili z pozostałych słomianek i pieniędzy.

*

Mówił pan Kossowski:

— Jakbym opowiedział panu Janowi, co dziecko zostawione sobie robi od lat dziewięciu, toby pan śmiał się i płakał razem ze mną. Ja nawet chciałem to wszystko spisać, ale nie potrafię.

Spał w piwnicy, gdzie zimą śnieg ze ścian było można zdrapywać, a buty, jak zdjął je czasem, tak zaszły lodem, że nogi raniły.

— Młodemu się zdaje, że ma sto korcy254 zdrowia, a potem brak, oj, brak. — Takiemu szkrabowi nigdy nie zimno, nigdy nie głodny i żaden ciężar mu nie za duży — w tym jego duma.

*

Chłopak Maja ma chęć do rysowania.

Nakłopotał się Maj, napocił, aż otrzymał list od malarza, i malarz obiecał uczyć darmo chłopca.

Poszedł Kazik do malarza na Krakowskie Przedmieście i wrócił bardzo szczęśliwy. Był jeszcze kilka razy i wciąż wracał bardzo szczęśliwy. Dostał nawet bilet bezpłatny na wystawę Krywulta255. Ale potem dwa razy z rzędu nie zastał malarza, ale dano mu kilka listów, żeby odniósł. To znów podłoga była świeżo umyta, więc go nie wpuścili. Spłakał się i powiedział, że więcej nie pójdzie, chociaż ojciec paskiem groził.

Oddał go ojciec do litografii256, gdzie piękne rysunki robią. Był tam Kazik dwa miesiące, ale chcieli go obrócić na techniczne rysunki, a on nie chce być innym, tylko artystycznym: wyrysował głowę Chrystusa i polskiego huzara na koniu. Znów ojciec pasem groził.

Wybrał się ojciec do pana Strzałeckiego, malarza pokojowego. Aż zdumiał się, jakie tam bogactwa, aż oczy bolały patrzeć. Ale pan Strzałecki uczniów już nie przyjmuje.

— Ja sam — mówi — nie mam czasu, a subiekt naumyślnie nie pokaże, jak w chłopcu talent zobaczy. Czekajcie, mówi, aż się szkoła otworzy.

Kazik znów się zbeczał, wyrysował całą scenę z głowy i powiedział, że mogą go zabić, a on do innego fachu nie pójdzie.

*

Wikcia trzy noce nie wraca do domu z magazynu, bo karnawał.

— Dziewczysko mi się stera257 — mówi Wilczkowa.

— Ma być zdrowa, to będzie zdrowa. Nic jej nie będzie — twierdzi Wilczek.

*

Tu mówią:

— Jak bachora nie przywalić robotą od maleńkości, to się tylko złego na ulicy nauczy.

I mają słuszność.

*

Ci mali i do teatru się wkręcą, i przy samej pannie młodej stoją na hrabskim ślubie, i wiedzą, co gra orkiestra wojskowa na ślizgawce w Ogrodzie Saskim i kiedy, i z kim wojna będzie.

*

A mnie wstyd tej pracy dzieci — wstyd — wstyd!

Przypisek późniejszy.

Wpadła mi w ręce książka p. Osmały pod nagłówkiem: Wykształcenie terminatorów rzemieślniczych w Warszawie.

Oto kilka cyfr z tabeli:

Uczęszcza do szkół Niedzielno-Rzemieślniczych terminatorów:

szewckich 544 — nie uczęszcza 3916

krawieckich 192 — „ „ 728

rzeźniczych 20 — „ „ 690

murarskich 3 — „ „ 487

cukierniczych 0 — „ „ 255

piekarskich 0 — „ „ 251

kucharskich 0 — „ „ 229

itd., itd.