Wicher
Czoło pali. W głowie dzwoni. A za oknem wicher wyje.
Szu... Hu-hu... Szuu... Ha-hu... Huuuuu!
Dziecko się rodzi.
Cha — cha — chaaaa...
Dziecko małe, słabe, białe.
Huuuuu!
Dziecię, które płacze bez łez.
Ti — pit. Ti — pit.
Rodzi się nagie dziecię człowieka — na ból.
Hu-szszszuuu!...
Wiedźmia mać woła wiedźmy na tan. Smolne pochodnie się jarzą. — Na tan — na tan. — Hu-huuuu! — Na bal — na tan, wiedźmia mać.
Eech pokraki — ech wściekłe — a złe.
A zły ich wzrok, a zły — zły śmiech, a zła ślina — jad; a zły, zły, zły śmiech, a zły — zły — zły wzrok.
Hu — huuuuu...
Dziecko drżące, ślepe — na świat, tu na świat — dziecko — łup, dziecko — kat, dziecko — wróg, ślepe i bezradne.
Szszuuu...
Beczki z gorzałą na wozach, brzegiem torfowiska — beczki pełne, duże, ciężkie. — Byle w bagnie nie zagrzęzły.
Hhuuuuu!
Ciągną wiedźmy; na miotłach jadą, co bogatsze — błotem unurzane — nagie — kwaśnym potem śmierdzące. — Suche łydy — piszczele, ostry nos, kocie oczy złem świecą — na bal, na weselisko; kocie oczy złem świecą.
Hu — huuuuu...
Ciemna noc — wicher dmie — wicher gnie gałęzie — wicher psiakrew dęby łamie.
A dziecko kwili — drży — niemowlę tycie, maleńkie.
A wiedźmięta na drzewa się drapią, sowom oczy wypijają, ćmy wysysają — korę z drzew zgryzują białymi zębiętami — w wydęte pępki kułakami biją — z piskiem, kwikiem — skowytem...
Wicher huczy — puchacz szydzi, czarne kruki biją czarną noc skrzydłami; wilki wyją, smoła syczy — a wiedźmy się nawołują.
Niemowlę ludzkie drży.
Wicher huczy: hu — hu, huuuuu...
Cisza; liczą, kogo brak. Łydy chęcią drżą do tańca; suche łapy pazurami drą powietrze; nawet kruki milczą — zawisły czarnymi plamami na niebie — nawet chmury czarne przystanęły, tylko się zwijają, kłębią nad torfowiskiem zgniłym, opasują dokoła złowrogim pierścieniem...
Dziecko rączęta wyciągnęło w górę, palce maleńkie rozstawiło szeroko, nóżętami kopie łoże matczyne, patrzy szeroko rozwartymi, niewidzącymi oczami — pije zimne powietrze, wargami ssie chciwie — małe, bezradne, liche — grzechu pełne dziecię człowiecze. I już chce żyć.
Eche — che: chce żyyyć...
Wiedźmy sieć w jezioro zarzuciły, co ją rybak na krzakach rozwiesił — na wyspie jeziora. Mają one łów obfity. — Do beczek z gorzałą żywe żaby i pijawki ciskają — na zaprawę a zakąskę — na ten wielki bal.
A wiedźmięta — szczenięta obsiadły chojaki273 aż po wierzchołki i na widowisko czekają. — Chwieją się konary, ciężarem stłoczone.
Wicher huczy — instrumenty stroi stary grajek wiedźm plugawych.
Syczą rzadkie smolne beczki, krwawym światłem się kołyszą, plują czerwonymi ostrymi językami w górę, liżą żelazne obręcze — to w cieniu konają.
Rozwaliły wiedźmy torfu sążeń274, prasowanych cegieł brunatnych naznosiły — zbudowały ni to stos, ni ołtarz, ni kołyskę — i czekają, patrzą w dal...
Akuszerka w białym fartuchu chodzi cicho na palcach. Chora oczy przymknęła, a przed powiekami iskry z nocnej lampki cieniami się snują. A dziecina usteczkami porusza pracowicie, na pokarm czeka, a płuca chciwie piją powietrze. Tak, niemowlę chce żyć...
Huuu. Szu — buuu...
W bok odskoczyła odtrącona chmura. Załopotały czarne skrzydła ptaków nocnych. Ustawiły się wiedźmy w dwa sznury, pochyliły poczochrane łby, a z piersi zawyły radośnie.
Piorun nakreślił trzy ostre kąty na chmurach, padł skośnie na ziemię, wężem czołgał się — skoczył — i naraz wszystkie beczki smolne pożarem ogarnął. I jasność była, ale tylko na chwilę, i znów dawny półcień.
Mać wiedźmia dziecię ludzkie niesie — na kołysce torfowej je złożyła.
Ręce brunatne obnażyła po łokcie. — Inne wieńcem ją złowrogim obstąpiły — patrzą — milczą — czekają; piana w kątach ust, kołtuny na łbach, trucizna w oddechu...
Niemowlę śpi, wyczerpane płaczem niespokojnie śpi; ono przeczuwa, rozumie, wie — i drży — i przez sen nawet chce żyć.
Jego drobne wargi coś szepczą, z kimś się żegnają, czy o litość proszą. To drobna pierś westchnieniem się podniesie, to rączka mała poruszy się, jakoby odpychała, to czyni ruch przestrachu, jak gdyby ktoś zagroził maleństwu. — Poruszyło głową, jakby natrętne odgarniając myśli; to dłonią ku czołu zmierza, jakby zetrzeć zeń coś chciało, to powiekami drgnęło niby groźnie, a z lękiem; to oddech wstrzyma, to szybko oddycha, to skrzywi boleśnie usteczka, jak człowiek, który pragnie, a przebaczyć nie może, to mruknięciem cichym czy się skarży, czy nie zgadza, czy błaga...
Wiedźmia mać krzywe palce w piersi dziecka zatopiła i duszę jego wyjęła. — Wyjęła — na dłoń oślizgłą kładzie, ostrymi pazurami, jako grzebieniem rozczesuje — i grzechy, jak wszy z niej chwyta — z duszy niemowlęcia. — A każdy grzech porykiem radosnym wita — wiedźmy wtórują i wicher wtórzy.
Hu — hu — o — są. — Są — wszystkie są.
Rozpusta ojca — jest — jest tu u niemowlęcia — i noce jego niedospane — pijane noce. Radujmy się!
Hu — huuuuu...
I rozczesuje duszę krzywymi pazurami i grzechy jak wszy chwyta — radosnym porykiem wita je i żegna — i znów na urost puszcza.
Są — ooo, są! — Niewola matki — uczuć pęta — myśl w kajdanach — marzenia krwią ociekłe — targowisko — przedażne ciało — serca handel — i burze zmysłów na białym łóżku dziewiczym.
I dziadów grzechy — jak wszy. — Radujmy się!
Hu — huuu...
Syknęła szelma — sparzyła dłoń.
Zawyła wiedźma i potoczyła wokół krwią nabiegłym okiem. — I cisza była wielka i lęk — i cisza stała się wielka i lęk. Sparzyła dłoń: tam iskra była w duszy człowieczej.
Jęzorem miele w gębie; policzkami zapadłymi wyciska ślinę — jęzorem ją zbiera — i plunęła jadem w duszę, trzymaną w ręku.
Iskra w duszy niemowlęcia jękła, zbladła, przykurczyła się, zda się w kłębuszek trwożny zwinęła — nie zgasła; — zbladła — nie zgasła.
I cisza była wielka i lęk.
— O sobacze plemię człowiecze – bodaj się twoim ścierwem robactwo grzechów pasło — na wieki.
— Na wieki — zawtórował chór.
— Wraże plemię człowiecze — zgnij w pijaństwie i rozpuście — zgnij w gwałtach i rozbojach — zgnij w krzywdzie i nienawiści — zatoń w myśli własnych i zbrodni własnych powodzi.
— Na wieki — zawtórował chór.
— Ci, którzy cię chcą wieść prostymi drogami — niech oszaleją i w trzęsawiska cię wiodą. — Ci, którzy miłość głosić będą, niech sami w nią nie wierzą; niech brzuchy ich obrastają sadłem, a dusze — pleśnią; — niech myśli ich kłamią słowom, a słowa przeczą czynom — i miłość niech ośmieszoną będzie. — Niech nikt nikomu nie wierzy — a jeśli uwierzy, niech zrozumie źle — i niech nienawidzą.
— Oderint — in saecula saeculorum oderint.275
— A ci, którzy głoszą prawdę, niech wiary nie mają — kłamstwa siewcy; a posiew zgody i miłości czystej — niech nienawiści mienią siewem. — A iskra, którą mnie sparzyłeś, pomiocie ludzki — niech przekleństwem ci będzie — niech mózg i serce ci parzy, aż bielmem zajdą. — I tylko pierwszy grzech niech ciebie niepokoi, a dalsze paciorkami różańca narastają — i stworzą koło, z którego nie masz wyjścia — i pragnij żyć! — Przeklinam cię błogosławieństwem zła, błogosławię przekleństwem dobra.
— Oderint — in saecula saeculorum oderint. — Niech nienawidzą — na wieki.
— I wsze grzechy przodków twoich, środowiska i narodu twego, i ludzkości całej — które wątłym pyłem ruchliwym dzisiaj — niech dębami wzrosną w wyziewach życia. — Noś piętno twego urodzenia w hańby wieku. — Oderint!
— Oderint — odpowiedział szmer...
Zapłonęły wszystkie beczki smolne: i te — na wybrzeżu — i te na jeziorze — i na wyspach — i w dali na trzęsawisku. I zadął wicher we wszystkie instrumenty naraz — i gra — i gra — i gra — i gra. — I chmury, i wiedźmy, i ptaki nocne — puściły się w tan.
A niemowlę patrzy niewidzącymi oczyma i... drży...
Wilczek mówi:
— Ktosik się dziś w nocy powiesił na tę wichurę.
Bierze blaszankę z kawą i skibę chleba i idzie do pracy.
Ciemno... Lampka przyćmiona miga.