Rozdział siedemnasty
Obiad. Sposób na to, by zostać hrabią. Kłopoty dyżurnych. Dwie muchy w zupie.
Ponieważ w Mośkach, Joskach i Srulach mówiłem o przylepkach, jajecznicy, brzydkich i pięknych widelcach, powtarzać już nie mam potrzeby.
I tu, jak w Michałówce, o ile sam obiad nie dostarcza ciekawego materiału do rozmów, gawędzi się o rzeczach postronnych:
Że w szkołach chińskich nauczyciel bije uczniów w pięty, że najlepszy stopień jest rzymska piątka, że dawniej ludzie byli jak pierwsze piętro, że jedna pani miała w nosie ząb.
Czasem zagadkę kto89 zada:
— Co to za zwierzę, co ma cztery nogi i pierze?
— Człowiek — zaryzykował powiedzieć ktoś ot, na chybił trafił.
— Idź, głupi, żebyś powiedział: ptak, toby się jedno przynajmniej zgadzało.
— Łóżko — zgaduje ktoś dobrze i rozpoczyna się spór, czy zgadł, czy dawniej już wiedział — że łóżko nie ma pierza, tylko poduszka, że łóżko wcale nie zwierzę.
To znów chwali się który90, że wie, kiedy urodził się Jan Sobieski i Tadeusz Kościuszko i jak będzie po francusku kapelusz i dziękuję...
Czasem zamieniają się chłopcy jedzeniem.
— Ty mi daj buraczki, ja ci dam mięso.
— Całe dasz mięso?
— Takiś ty mądry?...
A jeden chłopiec kupił od sąsiada zielone szyszki dla małego brata.
— A za co kupił?
— Za masło. Pozwolił mu masło zlizać ze swojego chleba.
— Jakże to, językiem dał masło zlizać z chleba?
— Eee, nie językiem, tylko palcem...
Kiedy w poniedziałek jest ciasto, obliczają, ile mąki wyjść mogło na tyle ciasta.
Czasem ktoś komuś obrzydza jedzenie; na ryż mówi, że klajster albo że widział, jak kucharka robiła kotlety z żabiego mięsa.
— A coo?... Prawda, proszę pana, że hrabiowie jedzą przecież żaby?...
— To i ty zjedz żabę, będziesz hrabią, fujaro.
Czasem ktoś kogoś trąci, miskę zrzuci, mleko wyleje. A raz Bóg ukarał Staśka, bo taki chytry: miał jeszcze pół kubka mleka i pcha się o dolewkę; ale kubek się gibnął i jeszcze ze swego mu się wylało...
Kiedy czego91 nie lubią, pilnować trzeba, żeby zjadali. Na makaron wołają: rury gazowe albo kanalizacja.
Za to ci, co lubią makaron, a i tych jest sporo, zjadają po trzy miski i dmuchają:
— A tom się najadł, aż mnie boki bolą.
Kiedy raz podano na drugie śniadanie chleb z miodem, trzeba było śpiewy przerwać, takie było zamieszanie.
— Dyżurni oblizują miód.
Dyżurni dowodzą, że im się palce lepią, więc muszą oblizywać — jedni się cieszą, a drudzy martwią, bo ich zęby bolą od miodu...
Już też dyżurni nigdy wszystkim dogodzić nie mogą. Tomek Galas nie lubi boćwiny i ma żal, że dyżurny umyślnie kazał mu śmieci nakłaść do zupy. Temu noża nie dali, tamtemu widelca.
— Ważny dyżurny, zawsze mu coś brakuje92. Słuchaj, pożycz mi noża93.
Jeśli sąsiad użyty, noża pożyczy94, a jak nieużyty, nie da i basta.
— Poczekaj, pożałujesz. Jeszcze mnie o co95 poprosisz...
Co prawda dyżurnego pilnować trzeba, bo czasem nadużywa swej władzy: faworyzuje znajomych, a krzywdzi, gdy się z kim96 pogniewa.
Raz Achcyk chciał przyszyć guzik, więc poszedł do dyżurnego krawca po igłę i nici. Ten dał mu nitkę, a igły dać nie chce.
— Dla ciebie i nitki będzie dosyć — powiada.
— Jawna niedorzeczność — twierdzi Łazarkiewicz. — Nitką guzika, jak świat światem, nikt jeszcze bez igły nie przyszył...
Raz gospodyni ugotowała grzyby, które chłopcy zebrali sami. Było to najwyższe szczęście, jakiego dostąpić może człowiek. Jeść grzyby i wiedzieć, że się je własnym okiem wyszukało, własną ręką zerwało, we własnej czapce niosło. Byli tacy, którzy poznawali kawałki swoich grzybów.
— Widzisz, ten kawałek jest z mojego maślaczka...
Przy jagodach nie mówi się o biciu w pięty ani o rzymskich piątkach, ani o zębach w nosie.
— Patrz, ja mam więcej.
— Nieprawda, wszyscy mają po równu97.
— O, jakie się mleko niebieskie zrobiło.
— Nie jedz, bo się otrujesz: to farbowane jagody, lepiej daj mnie.
Szereg ważnych zagadnień się zjawia:
— Czy mleko cukrzone, że takie słodkie?
— Czy jagody z naszego lasu?
I liczne projekty:
— Żeby były bez mleka, to by je można schować.
— Z jagód można wąsy pod nosem malować.
I malują wąsy, okropnie to pięknie wygląda...
Czasem zdarzy się coś naprawdę śmiesznego:
Janek położył na chlebie z twarogiem trzy znalezione w lesie poziomki. Chleb trzyma bardzo ostrożnie, bo poziomki leżą na samym końcu, na deser. A tu go chłopak trącił i dwie poziomki zleciały; mało cały chleb nie spadł na ziemię, bo go Janek trzymał tylko końcami palców, lekko i ostrożnie.
I znów raz to było sto pociech. Goniły się dwie muchy i z całego rozmachu wpadły w zupę Karaśkiewicza — uważacie? — akurat w zupę i od razu dwie muchy, i akurat w talerz Karaśkiewicza.
— Ratujcie, ludzie, bo chyba pęknę ze śmiechu.
Karaśkiewicz stropił się zrazu98, potem sam śmiać się zaczął.