Dzieci to...
Rzecz dzieje się przy stole obiadowym w pensjonacie.
Osób dorosłych jedenaście: z tych, dziewięć zalicza się do — owszem, a dwie do — tak sobie.
(Na wsi trudno o zupełnie dobrane towarzystwo)...
— Dzieci — to przyszłość narodu — powiada jedna z pań, niosąc do ust łyżeczkę kompotu.
(Mówiło się przed chwilą o dzieciach).
Zalega cisza.
Wszyscy spojrzeli z uznaniem na kobietę, która wypowiedziała tak głębokie zdanie.
(Synek jej jest uczniem pierwszej klasy szkoły wielmożnego Rontalera20, a córeczka „chodzi” do pani Tołwińskiej21 — szczęśliwi malcy, że mają inteligentną mamusię).
— Tak jest — przerwał uroczystą ciszę jeden z panów — dzieci są przyszłością narodu.
I począł ogryzać kostkę pieczonego kuraka.
Pan, który ogryzał kostkę pieczonego kuraka, miał opinię bardzo rozumnego człowieka (5000 rocznie samej pensji) i dwóch synów w piątym gimnazjum — toteż zdanie jego zostało wysłuchane z należytym skupieniem.
— Przyszłością narodu są dzieci — powiedziała druga pani z westchnieniem, nakładając na talerz marchewkę z groszkiem.
Westchnienie, zupełnie na miejscu, spotkało się z zasłużonym uznaniem.
Wszyscy byli zadowoleni z wyniku inteligentnej rozmowy, która miała tę zaletę, że nie nużyła rozwlekłością, a mimo to nie była zwykłą płytką, szablonową paplaniną.
Jeden tylko człowiek zdawał się być niezadowolony. Człowiek ten był tak sobie: jakiś nauczyciel, czy coś podobnego, kasłał po nocach — nudny i zgryźliwy.
Poruszył się raz i drugi niecierpliwie, co zawsze czynił, ilekroć nieproszony zupełnie chciał zabrać głos, i wybuchnął nagle wśród ciszy:
— Macie państwo zupełną słuszność — tylko że to trzeba rozumieć, trzeba dobrze zrozumieć, a inaczej lepiej wcale nie mówić i nie narażać się na śmieszność — chociaż to wcale nie jest śmieszne.
Szmer protestu rozległ się wśród biesiadników — szmer rósł — skośne spojrzenia i zjadliwe uśmiechy skierowały się ku mówcy.
— My rozumiemy, panie profesorze — ozwał się dobitnie i powoli rozumny (5000 rubli rocznego dochodu), ogryzając kostkę pieczonego kuraka.
— Nie — zaprotestował impertynencko ów tak sobie, i z impetem odsunął talerz.
Ten człowiek stanowczo nie umiał pogodzić tych dwóch czynności: mówienia i jedzenia.
— Ależ zapewniam pana profesora, że rozumiemy — ciągnął spokojnie (5000 samej pensji).
— Nie — huknął tak sobie. — Myśleć należy obrazami. Gdybyście państwo rozumieli, tobyście nie mogli z takim stoickim spokojem zajadać kompotów, kurczaków i marchewki.
W ostatnich czasach rozrosła się wstrętna kategoria ludzi, których przez grzeczność zwą przeczulonymi, lub nadczułymi. Ludzie ci wszystko biorą zbyt serio i wszystko ich drażni. Ludziom podobnym wydaje się, że nie wolno mówić przy majonezie o powodzi, lub na koncercie o doli podrzutków.
— Dla mnie wyraz: potomni — jest obrazem, proszę pana. To znaczy: widzę siebie w grobie, spróchniałego, zgniłego, toczonego przez robactwo.
— Zaczyna się — ozwał się czyjś głos niecierpliwy.
— A owych malców rocznych i trzyletnich widzę, jako dorosłych mężczyzn — ojców i dorosłe już matki — kobiety.
— I to panu odbiera apetyt? — zauważył ktoś ironicznie.
— I widzę, jak oni za krótkie lat trzydzieści będą zajadali kurczęta, zabawiali się flirtem, zajmowali synekury, urządzali bale i koncerty, nosili tiulowe suknie z dyskretnymi dekoltami; będą czytywali gazety i głupie powieści i prowadzili płytkie rozmowy... Ten dwuletni Kazio, czy Jasio, będzie wywąchiwał duże posagi, a dzisiejsza dwuletnia Mania, Zosia, Jadzia czy Helcia będzie starała się na wędkę swych wdzięków pochwycić rybkę — sukniodajnego męża... Ten roczny Józio, Stasio czy Władzio będzie umizgał się do leciwych mężatek i pożądliwie uganiał za łatwymi zdobyczami na bruku wielkiego miasta, a złotowłosa, szczebiocząca dziś zabawnie Jania, Henia czy Bronia będzie może pokutowała za kawalerskie grzechy męża.
— Panie, tego za wiele!
Sześć zupełnie zgorszonych osób usunęło się od stołu.
— I czegóż się państwo oburzacie? Nie mówiłbym wam tego, gdybyście mnie tak solennie nie zapewniali, że rozumiecie, co znaczy wygłaszany przez was frazes: dzieci — to przyszłość narodu... Czas szybko płynie. Dwadzieścia lat — okres bardzo krótki... Toć pamiętamy doskonale nasze krótkie spodenki i sukienki do kolan. Bacik22, lalka — prawda — zdaje się nieledwie, żeśmy je wczoraj dopiero porzucili?...
Znów dwie osoby opuściły swe miejsca przy stole, a pozostałe z niesmakiem odsunęły talerze.
— Nie znoszę frazesów, zdań niewyczutych, które wiszą jak szyldy jaskrawe, których jednak nikt nie widzi, bo przechodzi obok po kilkanaście razy na dobę; zdań, które przypominają mi szlak na misce, w której się myje, albo kwiat na dzbanku od wody, lub na innym naczyniu...
— O, tego już zanadto, panie profesorze — zaprotestował po raz drugi ogólnie szanowany (5000 rocznie). — Trzeba się liczyć ze słowami.
— Przepraszam, nie powiedziałem nic ponad to, co się mieści w przyjętym z takim szacunkiem przez was zdaniu: dzieci — to przyszłość narodu. Gdyby pan powiedział, ogryzając kostkę pieczonego kuraka: „dziecko — to bardzo kosztowna, ale zarazem miła rozrywka” — byłoby mnie niezmiernie przykro, ale mimo to milczałbym, jak mur. Gdybyś pan powiedział: „ma się dzieci, boć człowiek żonaty zwykle ma dzieci, bo tak jest przyjęte, i to jakoś samo z siebie się robi” — nie przerwałbym ciszy nawet westchnieniem.
— Jesteś pan człowiekiem krańcowym.
Pozostali przy stole biesiadnicy — opuścili swe miejsca.
Do nauczyciela zbliżył się inny tak sobie i łagodnie położył mu rękę na ramieniu.
— Opowiem panu bajkę — rzekł:
Był w Ameryce pewien wielki kaznodzieja i znakomity mówca. Arystokracja New Yorku wymogła, by wygłosił kazanie w jednej z najwspanialszych świątyń stolicy. Przybył cały wielki świat; panie postrojone, panowie, jak na balu. Nastrój był niezmiernie swobodny. Z góry się już cieszono spodziewaną ucztą. Przypuszczano, że znakomitość wysilać się będzie, by ich olśnić czarem swej wymowy. Wreszcie ukazał się. Cisza. Oczekiwanie. A on im rzekł tylko tak:
„Marne, ułomne, liche owieczki, moje! Po co mam wam mówić, jak postępować należy? Wy wiecie, wiecie i beze mnie! Tylko nie chcecie, mili moi, postępować inaczej. Więc szkoda słów”.
I poszedł sobie...