Franek

Wiecie, kto jest Gasiński67?

— Wiemy.

— I Kawecka68?

— Wiemy.

— I Margot Kaftalówna69?

— Wiemy.

— Wszystkie wybitne postaci Warszawy, kraju i zagranicy znacie?

— Znamy.

— A Franka znacie?

— Jakiego Franka?

— No Franka, co nie ma nazwiska.

— Nie, nie znamy Franka.

— Widzicie?

Franek nie ma wprawdzie nazwiska; już przed urodzeniem się jego wiadomo było ludziom, że nazwiska mieć nie będzie, a on się mimo to urodził.

Uważacie? taki bęben, długości pięćdziesięciu centymetrów zaledwie, a już szelma przekorny, a już, drwiąc jakby z uświęconych zwyczajów, śmiał się urodzić nie tylko bez nazwiska, ale nawet jakoby bez ojca, i wielu jeszcze innych formalności.

— Czy aby pokornie, cicho, niepostrzeżenie Franek wślizgnął się między królów stworzenia?

Diabła tam: krzyczał, darł się i kopał, jakby nie jednego, ale trzech, i to wybitnych ojców posiadał.

— Oburzające — nieprawda?

— Ano chyba.

— I ja tak sądzę.

Trudno: stało się.

— Urodzić się — nie znaczy jeszcze — żyć. Franek mógł się zrehabilitować jeszcze. Mógł w dwa, trzy albo jedenaście miesięcy po urodzeniu się — umrzeć. Tak czyni wiele dzieci, nie tylko bez nazwiska, ale i z nazwiskiem. Rozejrzy się obywatel po izbie: duszno, ciemno, brudno, głodno, zbiera manatki i powiększa grono aniołków, choć o tym żadne z pism nie głosi.

Inna rzecz Franek: on postanowił na złość światu — żyć. Uważacie?

Matka oddała go na garnuszek70, on nic; matka dwa miesiące zalegała w opłacie — on nic. Trzech jego rówieśników opuściło ten padoł71 nazwisk — on nic. Opiekunka i wychowawczyni cisnęła go przez omyłkę na ziemię — on nic. Widział, że nie można inaczej, więc dostał angielskiej choroby (mądra nazwa: rachitis)72 — ale mimo to żył, uparł się, zacisnął dziąsła (zębów nie miał jeszcze) — i żył.

I co z takim zrobisz?

Towarzystwo opieki nad zwierzętami ma baczenie na psa bez właściciela, ale nie na dzieci — bez nazwiska. Mógł się więc Franek wałęsać, nie zwracając niczyjej uwagi. Tak, ze strony prawnej — mógł, ale nie mógł ze strony faktycznej: nie umiał chodzić jeszcze. Ja na przykład mogę mieć dom, ale za co go kupię?

Zrozumiane?!

Franek miał cztery lata, kiedy poszedł do służby. Proszę nie brać tego dosłownie: czteroletnie dziecko, choćby nawet zupełnie bez nazwiska, nie będzie lokajem u doktora, ani froterem u adwokata, ani parobkiem w składzie lamp, handlu win, lub bodaj traktierni. Ale Franek kołysał bliźnięta mularki73 i wypijał im mleko. Mularka domyślała się, że Franek wypija mleko, więc biła go pustym kubkiem po głowie, ale byłaby go biła, choćby on nawet nie wypijał, więc po co miał być plus74 uczciwy, que le bankier lub jego ojciec.

Mając lat siedem, Franek zjadł tuzin serdelków. Historia była taka: zaprosił bednarz gości, upił się i niosąc serdelki dla gości, przewrócił się i uronił paczkę. Bywa, że się upije nie tylko bednarz, ale i aptekarz, i student wydziału lekarskiego, i sekretarz pisma konserwatywnego, ale mniejsza z tym. Dość, że Franek zjadł od razu cały tuzin serdelków i wielka moc w niego wstąpiła.

Usiadł na najwyższym szczeblu drabiny (ale nie hierarchii społecznej, jeno — gołębnika) i pomyślał:

— Najszlachetniejszymi ludźmi na świecie są bądź co bądź — pijacy.

A że iskra ideału tli się nawet w duszach bez nazwiska, więc Franek postanowił być szlachetnym, czyli — zostać pijakiem i gubić serdelki.

Czy wiecie, kto w dniu piątym października roku 1897 — wrzucił mysz do skrzynki pocztowej przy ulicy Chłodnej? A kiedy urzędnicy pocztowi wysypali listy, mysz z piskiem uciekła, i wszyscy się przestraszyli, a potem jedni się śmieli, a drudzy złorzeczyli? Wiecie, kto to uczynił?

— Nie wiemy.

— A — Franek.

— A wiecie, kto zbił szybę latarni w alejach Jerozolimskich?

— Nie wiemy.

— Także Franek.

— A wiecie, kto napisał wiersz pod nagłówkiem: Evviva l’arte?

— Tetmajer.

— Bardzo dobrze. A wiecie, jaką operę napisał Melcer75?

Marię.

— Doskonale. A wiecie, kto jest dyrektorem Filharmonii?

— Rajchman.

— A co jest perłą Tatr?

— Zakopane i Morskie Oko.

— Ślicznie. Wszystko to wiedzieć należy.

Franek nie wiedział zapewne, że wrzucając mysz do skrzynki pocztowej, i do tego jeszcze mysz bez marki76, naraża sobie zarząd poczt i telegrafów.

Franek, tłukąc latarnię, zadarł tym samym z magistratem miasta Warszawy.

A może i wiedział — tylko tak był przekorny, tak był zuchwały ten dziesięcioletni urwis, że nic sobie z niczego nie robił.

Pozwolono mu się urodzić, pozwolono mu kraść kurom kartofle, pozwolono mu chodzić na krzywych nogach, pozwolono, by mu się nogi wyprostowały (może od owego tuzina serdelków), a on ani wdzięczności nie czuł, ani pokory, ani szacunku dla nikogo.

Czy uwierzycie, ten czternastoletni dzisiaj chłopiec był niedawno opisany we wszystkich kurierach?

— Wstąpił do teatru?

— E, nie.

— Napisał sonet?

— Także nie.

— Utopił się w Morskim Oku?

— Skąd znowu? On okradał pryncypała77, i pryncypał go złapał na gorącym uczynku.

— Złapał go?

— A tak: zło zawsze się wykryje, niecny postępek zawsze wyjdzie na jaw, i ręka sprawiedliwości zawsze dosięgnie przestępcę.

— Taki chłopiec — no, no! Co to z tego wyrośnie?

— A widzicie? Wiecie teraz, kto jest Franek?

— Wiemy: złodziej.

— Wiecie, kto to jest największym malarzem polskim?

— Wiemy: Matejko78! A nieprawda, bo Malczewski79. — Kłamstwo: bo Popowski80! — Precz z nim: niech żyje Kossak81! — Vivat Fałat82!

— Ależ panowie — ciszej! — A gdzie jest Morskie Oko?

— W Tatrach.

— Ślicznie! Wszystko wiedzieć należy... I kto jest Franek, i kto jest Cavalieri83.

Zrozumiane?...