Ostatni wieczór

Ja proszę was, ja owszem — ja przecież chciałem, gorąco chciałem; ale kiedy nie umiałem, nie mogłem, a przede wszystkim nie wiedziałem, jak...

Bo pomyślcie tylko: kufry spakowane, jutro żona wyjeżdża, na całe lato, na długie dwa miesiące — więc przecież powinno się, należy, trzeba. Tak każe obowiązek, sama bodaj przyzwoitość. I rozumiałem to, rozumiałem dokładnie, ale nie mogłem, bo przede wszystkim nie wiedziałem, jak zacząć.

Śmieszne, a prawdziwe i smutne.

Gdybym zaczął, toby już poszło jakoś dalej — ale nie wiedziałem, jak zacząć.

I ona, proszę was, także — i ona chciała — i ona rozumiała, że tak być powinno — i ona nie wiedziała, jak zacząć.

A przecież zdawać by się mogło, że nie ma nic łatwiejszego pod słońcem, że to proste, tak jasne, tak niezłożone...

Dzieci już spały.

Siedzieliśmy przy stole. Lampa wisiała na suficie, i w lampie paliła się nafta. Stół do połowy tylko nakryty był obrusem.

I powiedziałem:

— Aniołku.

Powiedziałem: „aniołku” — i nie wiedziałem, co dalej.

A ona spojrzała na mnie i zapytała:

— Co, kotku?

Odparłem więc:

— Może przejedziemy się tramwajem?

Żona moja odrzekła:

— Owszem.

I wstaliśmy.

Byłem zadowolony. Tak będzie lepiej. Pojedziemy w Aleje, usiądziemy na ławce — może tam jakoś prędzej... Czułem, że i ona chętnie się zgodziła, że i ona liczy, że tam może, pod tchnieniem ciepłego letniego wietrzyka, ukołysanym szelestem stuletnich drzew, że tam jakoś nam prędzej się uda.

Pojechaliśmy w Aleje i usiedliśmy na ławce.

I milczeliśmy.

— Śliczny wieczór — zacząłem.

— Rzeczywiście, śliczna pogoda — odparła.

— Żebyście tylko mieli w lipcu pogodne dnie — ciągnąłem dalej.

— Eee, chyba będzie pogoda w lipcu — odrzekła.

— Zawsze sobie trochę odpoczniesz na wsi — łupiłem z nadmiernym wysiłkiem woli.

— Co to za odpoczynek, jak się z dziećmi wyjeżdża — zaprzeczyła.

I zamilkliśmy.

I tak milczeliśmy minut pięć.

— Słuchaj, duszko — szepnęła cicho.

— Co, złotko? — zapytałem.

— Zostawiłam ci tylko sześć par skarpetek — ciągnęła żona — jak ci się te sześć par zbrudzi, to je oddasz do prania.

— Dobrze.

— A nie zapomnisz?

— Nie, nie zapomnę. A czy ty dosyć bielizny zabrałaś?

— O, dosyć.

— Bo gdybyś czego potrzebowała, to się nie krępuj: napisz, to ci przyślę.

— Ale po cóż mam ci robić ambaras?

— Nie, duszko. Ja bardzo chętnie... To mi nie zrobi żadnej różnicy.

Zdawało mi się, że początek dobry, że teraz już pójdzie gładko — i znów wszystko na nic.

— Czy ci nie chłodno?

— Cokolwiek.

— Może już wrócimy?

— Owszem: bo później tramwaju nie dostaniemy.

— Więc chodźmy.

I wsiedliśmy do tramwaju.

Nie, w domu stanowczo lepiej — myślałem teraz — tak, w domu, rozumie się, że w domu; przecież nie jesteśmy parą kochanków lub młokosów, których księżyc rozmarza. To był zupełnie niedorzeczny pomysł — ta cała przejażdżka.

I powróciliśmy do domu.

— Czy chcesz jeszcze trochę posiedzieć? — zapytałem.

— Owszem — odparła żona. — A może wolisz iść spać? Jutro wstać musisz wcześniej.

— Nie, jeżeli chcesz, możemy jeszcze trochę posiedzieć.

Usiedliśmy na otomanie.

Uśmiechnęła się i rzekła:

— Ale tyś jeszcze kuriera nie czytał.

Machnąłem ręką wzgardliwie:

— Mam czas jutro przeczytać. Toć to ostatni nasz wieczór.

— A będziesz tęsknił? — spytała.

— Pewnie, że będzie mi przykro — odparłem.

I nawet westchnąłem.

Ta przejażdżka może i nie była najgorsza.

Właśnie po tej przejażdżce może lepiej będzie.

— Jak często będziesz pisywała?

— Co tydzień.

— A tak, masz słuszność, duszko, co tydzień.

— A ty, aniołku?

— Ja także — co tydzień.

— Tak właśnie najlepiej: regularnie co tydzień.

— Tak: raz w tygodniu.

Ziewnąłem.

Ja doprawdy, ja nawet mogę przysiąc, że nie chciałem ziewnąć. Nawet było przecież wcześnie, byłem wyspany. No i ziewnąłem.

I ona ziewnęła.

— Ale czy też pogoda wam dopisze? — zacząłem.

— Ja myślę, że lato będzie pogodne — odrzekła.

— No tak: byle tylko deszcze nie padały.

— Zapewne: bo jak deszcze padają, to pobyt na wsi jest przykry.

— Rozumie się, że przykry.

I ziewnąłem.

— Mam do ciebie prośbę — szepnęła.

— Słucham cię, duszko.

— Zapisuj ty, co kucharka wydaje. Bo widzisz, jak będziesz robił rachunki, to ona się zawsze będzie trochę krępowała.

— Dobrze, kotku.

I ziewnąłem po raz trzeci.

— Spać ci się chce? — zapytała żona.

— Cokolwiek.

— Tak, i jutro trzeba wstać wcześnie...

I proszę was, chciałem, i wiedziałem, że powinienem — ale nie wiedziałem, jak zacząć z własną żoną... taką dłuższą, serdeczniejszą przed wyjazdem... rozmowę. I mówiliśmy o pogodzie, skarpetkach, deszczu, listach i kucharce.

Ja nie jestem, Boże uchowaj, jakimś romantykiem, idealistą, poetą, albo nagą duszą — a i mnie było jakoś przykro.

Przed wyjazdem; dwa miesiące; nawet kuriera nie czytałem — i nic.