Powołanie

Zwykło się mówić tak:

— Pan Władysław jest adwokatem, pan Piotr jest chemikiem, pan Kazimierz jest nauczycielem, pan Jan jest lekarzem.

Powinno się zaś mówić w znakomitej większości wypadków:

— Okoliczności życiowe zrobiły pana Władysława adwokatem; okoliczności życiowe uczyniły pana Piotra chemikiem; wskutek zbiegu okoliczności życiowych pan Kazimierz stał się nauczycielem itd.

Niby to jest jedno i to samo, a przecież nie. I zaraz sprawę tę należycie wyświetlę...

Nie wiem, czym jesteś, czytelniku, przypuśćmy jednakże, że jesteś, a raczej uważasz się — za adwokata.

A teraz pomyśl, zastanów się i odpowiedz mi:

Czy ty musiałeś stać się adwokatem, i jakie okoliczności złożyły się na to, by zrobić z ciebie adwokata?

Czy nie mógłbyś tak samo zwać się dziś mianem telegrafisty, nauczyciela muzyki, przedsiębiorcy pogrzebowego, inspektora podatkowego, taksatora lombardu akcyjnego, dentysty, agronoma, hodowcy trufli lub wołów stepowych, akuszera, kontrolera tramwajowego, fabrykanta piwa, garbarza lub zarządzającego sklepem monopolowym lub hotelem?

Czy bez względu na stanowisko i zamożność rodziców, szerokość geograficzną i okoliczności życiowe — byłbyś się stał tym, czym jakoby jesteś?

Czy, gdybyś urodził się nad morzem w ubogiej rybackiej rodzinie, czy nie byłbyś teraz majtkiem, nie hasał po morzach w połowie za wielorybami, miast stawać w sądach, pisać pozwy, prośby, biegać po rejentach i komornikach?

Czy, gdyby ojciec twój miał sklepik spożywczy na rogu Tamki i Solca, lub warsztacik szewcki153 przy ulicy Wroniej — czy wówczas nie byłbyś raczej właścicielem magli przy ulicy Nowogrodzkiej, kelnerem w restauracji lub monterem w fabryce żelaznej?

Czytelniku-doktorze! Gdyby mama twoja była w swoim czasie pierwszą naiwną na scenie Rozmaitości, czy nie skakałbyś teraz w balecie, zamiast opukiwać brzuchy, nie śpiewał: „Szumią jodły” — zamiast pisać „oleum ricini”?

— Czytelniku-literacie! Gdyby papa twój miał ongi farbiarnię, fabrykę pomadki do czyszczenia srebra lub zakład wód gazowych — czy nie byłbyś teraz panem chemikiem i preparował emskiej154, sodowej i maści na odciski, zamiast pisać powieści lub artykuły?

Czy pod skwarnym niebem włoskim nie bylibyście raczej plantatorami ananasów, lub eksporterami pomarańczy i cytryn na daleką północ?

Gdybyście urodzili się w pobliżu kościoła, bylibyście może organistami; wychowani między kolejarzami — bylibyście dozorcami, naczelnikami stacji lub starszymi maszynistami pociągów pasażerskich...

Gdyby bezdzietna ciotka zapisała ci w swoim czasie dom przy ulicy Siennej, byłbyś może, panie kasjerze, fabrykantem samochodów, doktorem filozofii, lub krupierem w Monte-Carlo.

Więc tylko okoliczności życia uczyniły was tym, za co się uważacie, a nie — jesteście nimi w istocie...

Zaniosłem kiedyś do Szmula Igły moje palto.

— Co pan chce mieć z te dziurawe worek? — zapytał.

— Chcę, Szmulku, żebyś mi z niego zrobił nowe palto.

— Ny, ny — niech pan przyjdzie za trzy dni.

A oczy paliły mu się, jak głownie, gdy patrzał na dziury, naddarcia i płowiznę mego nieszczęsnego przyodziewku.

Przychodzę po trzech dniach.

— Oj, stało mi się nieszczęście — mówi Żyd (ale bardzo porządny człowiek) — ten Icek, ten łobuz, wziął pana palto do wytrzepania i zgubił.

— A to, czy nie moje palto? — pytam, spoglądając łakomie na wiszące na ścianie palto.

— Jak to: „moje”? Czy to palto jest podobne do pański odrapaniec? To przecież jest nowe całkiem.

— No, nie — rzekłem z rezygnacją — niepodobne, wcale niepodobne.

Blado-żółty Szmul zrobił się szmaragdowo-czerwony.

— No, to niech pan wie, że to jest właśnie pana palto. Tylko ja chciałem wiedzieć, czy pan pozna.

Pił każdą pochwałę, jak wino rodzynkowe.

— Widzi pan, tu, to ja dałem łatkę. A skąd ja wziąłem tę łatkę? Z kieszeni. No, a co ja zrobiłem z kieszenią? Ja wykroiłem kawałek z kołnierza. A co ja zrobiłem z kołnierzem? Ja znowu dałem łatkę z drugiej kieszeni. A co ja zrobiłem z drugą kieszenią? Ja ją zaszyłem. Przy całkiem nowe palto są dwie kieszenie, a pan będzie miał jedną. Cooo?

Mówcie, co chcecie, w pracy tej było natchnienie, a w opowieści — zapał.

Bo Szmul Igła był łaciarzem. Bo gdyby Szmul Igła był się urodził w gorących piaskach Sahary, czy nad lodami Grenlandii, on byłby łaciarzem także. Gdyby ojciec Igły był bankierem, Igła byłby także łaciarzem: łatałby swoją heraldykę, łatałby swój brak obycia się w sferach arystokratycznych, łatałby swoją kiepską wymowę modnymi francuskimi zwrotami, ale by łatał. Bo jego nie okoliczności życia zrobiły łaciarzem, ale on nim był. Gdyby Szmulowi Igle powiedział ktoś: „Zrób mi garnitur frakowy” — on by z pogardą odrzekł: „Ja ze sztuki nie robię, ja ze sztuki nie chcę robić, bo ja nie jestem żaden Sandecki...”

Prawda, że trochę rozumiecie już, co mam na myśli.

Oto jeszcze jeden przykład — ten już nie z życia, lecz z wyobraźni:

Wyobraźcie sobie, że znakomity kompozytor Grieg, Paderewski, Reszke155 lub Ibsen — ma syna.

— Czym chcesz być? — pyta ojciec Grieg, Reszke lub Ibsen syna swego.

— Chcę być kominiarzem.

— Dziecko, zastanów się — powiada sławny ojciec. — Dzięki memu nazwisku, wpływom, majątkowi, możesz zupełnie inną zająć w świecie pozycję.

— Ojczulku, albo pozwolisz mi, bym został kominiarzem, albo rozpiję się i w łeb sobie strzelę.

I wyobraźcie sobie, że ojciec pozwala zostać synowi kominiarzem. Mam głębokie przeświadczenie, że ów młodzieniec stałby się jednym z najszczęśliwszych ludzi pod słońcem. Całą odziedziczoną po ojcu inteligencję włożyłby w czyszczenie kominów; wymyśliłby nowy gatunek mioteł, nowy sposób opuszczania się w kominy, wynalazłby specjalną materię na ubranie dla kominiarzy; urządziłby orkiestrę i resursę kominiarską, zostałby prezesem kasy dla wdów i sierot po kominiarzach, podniósłby kominiarstwo na całym obszarze ziemskiego globu; wielbiliby go koledzy, z czcią wspominali potomni.

Co by się jednak stało, gdyby młodzian, z wrzącymi w piersi jego ideałami kominiarskimi, uległ woli rodzica? Jeśliby został kompozytorem, chwalono by go półgębkiem, aż by ktoś śmielszej natury — nie wykrzyknął: „kominiarzem ci być raczej”. On szarpałby odzież na sobie w bezsilnym bólu, złamany, nieszczęśliwy. A ileż by czekało go zawodów, gdyby wstąpił na drogę finansową lub dyplomatyczną — po trzykroć, czterykroć nieszczęsny!...

Teraz już lepiej rozumiesz myśl moją, czytelniku: szczęśliwym i pożytecznym ten tylko być może, kto jest czymś, a nie — zrobionym został przez okoliczności.

Szczepanik156 jest technikiem, Biegas157 jest rzeźbiarzem, Bonaparte był oficerem, Virchow158 (Saksończyk, a nie Prusak) był lekarzem.

Rozumiecie teraz już zupełnie, dlaczego razi mnie, gdy ktoś twierdzi, że jest tym lub owym, gdy pod biletem wizytowym, na szyldziku lub nekrologu znajduję napis: jest lub był tym i tym, przyjmuje lub przyjmował od tej godziny i bierze lub brał tyle i tyle, za to i owo.

Ja na pytanie:

— Czym się szanowny pan zajmuje?

Odpowiadam zawsze:

— Okoliczności życiowe uwikłały mnie w matnię felietonową.

A nigdy nie mówię:

— Jestem humorystą...

Zwracam się teraz do rodziców:

Rodzice!

Jeżeli macie małe dzieci, starajcie się dowiedzieć, czym chcą być, starajcie się rozwinąć w nich jakieś dążenie.

Rodzice!

Jeżeli macie duże dzieci, nie przeszkadzajcie im w ich zamiarach.

Jeżeli wasz Janek od lat najmłodszych nie będzie leczył much, rybek złotych, kotów; jeżeli nie będzie krajał swych majteczek, karaluchów i książek; jeżeli ani razu nie zatruje grzybami, wilczymi jagodami lub innym specjałem swego młodszego rodzeństwa — nie pchajcie go na medycynę.

Jeżeli wasz Wacio nie broni przed karą swego pudla, siostrzyczki, służącej, która zbiła wazon pamiątkowy po ciotecznej babce — nie pozwólcie mu być obrońcą sądowym — tym bardziej, gdy jest prawdomówny.

Inaczej sobie i potomstwu waszemu nieszczęście zgotujecie!...