część druga
unikać ludzi i skazać się na galerię typów mówisz
stateczny ojciec dzieciom będący jednocześnie dynamicznym biznesmenem
niezatapialna telewizja klasy średniej i wagi przyciężkawej
ciążowe sukienki i przerażające dane statystyczne
dynamo-dzieci pożerające produkt krajowy brud
na papieże umysłu trzeba mieć metodę
togę kombinezon skafander osłonięty pleksiglasem nos nie rozglądać się
do przodu cordon sanitaire mózgu
skazać się na galery statki szaleńców infamię ograniczenie wolności
to bezcenne bezecne ta wiara w pierwsze zasady i kwasy pruskie
ostateczne rozwiązania i rozwiązłe ostatki
halsem przez rozbiegane oczy rozpierzchnięte usta rozdarte nozdrza
to ciągle te same twarze i te same myśli którym coś się stało
a zaczęło się jak zawsze od języka wysuwanego powoli
na pozycje zasady naczelnej
w gardło zapchać słowa samymi sobą
spetryfikować sny i sunąć w martwicę białej poparzonej snami skóry
rzeczy dźwięku
to okazało się nagle wyjściem awaryjnym język ujściem dusznej rzeki
pomarańczowymi językami ognia i językami pon
tonów kamiennych słów
na tym statku statecznie odkrywała się
uderzenie po uderzeniu jak archeologia
bramka znaczenia to znaczy dla mnie więcej
niż myślisz niż jesteś w stanie pomyśleć
znaki tak stare nie udają
nikt nie ma złudzeń
nie przekraczają barier dźwięku i artykulacji
są jak puszka
muszkat uniesiony w powietrze
lewitujący mózg rzesza moich uniesień
zamknięta w stałych
związkach
niezbyt frazeologicznych
zawsze urwaną frazą
„koniec — aktorzy — są niepotrzebni w tej sztuce
latania — wypowiem to jasno i prosto —
jak pęk granatów myśl rzucę
a ta — jak bunkier wiadomością radosną
wybuchnie i runą tłumy w ramiona wieczystym obłędom
i w wieczystym tańcu — na scenie pozostanie
smutny samotnie brzęczący łańcuch”
dobrze nic nie będę rzucać mięsa
na rynek kartek na przemiał głowy na tory serca na pożarcie panzernym brykietom ognia
jestem umiarkowany jak ubek i jak ubikacja wierny przesądom
mój język zostanie pokaleczony będę owijał głową bandażem elastycznym
(co słowo tysiąc wersów)
pokornie pokornie w końcu nie posunąłem się ciągle o krok
zaparzam herbatę w szklance kalkuluję samochód
nieuchwytne choć ociera się o szyję nie może przeciąć skóry i głowa
trzyma się ciągle prosto
niech opadnie ta głowa i głos mi się podniesie do stanu krzyku