(XIII.) Projekt dotyczący poddania wszystkich członków rządu stopniowemu posuwaniu się

Oto projekt dotyczący tego stopniowego posuwania się, projekt, który starałem się dostosować o ile możności jak najlepiej do formy istniejącego rządu, wprowadzając reformę jedynie co do mianowania senatorów, w sposobie i ze względów powyżej wywiedzionych.

Wszyscy czynni członkowie Rzeczypospolitej — rozumiem przez to biorących udział w administracji — będą podzieleni na trzy klasy214, różniące się między sobą odznakami, których odmienne rodzaje będą nosiły osoby wchodzące w skład tych klas. Ordery rycerskie, niegdyś dowody cnoty, są dziś tylko odznakami łaski królów. Cechujące je wstęgi i klejnoty wyglądają na świecidełka i na kobiecą ozdobę, czego w naszej instytucji należy unikać. Chciałbym, by odznaki trzech stopni, jakie proponuję, tworzyły blachy z różnych metali, których wartość materialna stałaby w odwrotnym stosunku do stopnia tych, którzy by je nosili.

Pierwszy krok w sprawach publicznych będzie poprzedzała próba młodzieży na stanowiskach adwokatów, asesorów, nawet sędziów niższych sądów, zarządców pewnych części funduszów publicznych i w ogóle na wszelkich niższych stanowiskach, dających tym, którzy je zajmują, sposobność do okazania swej wartości, zdolności, dokładności, a zwłaszcza prawości. Ten stan próby winien trwać przynajmniej trzy lata, po upływie których, zaopatrzeni w poświadczenia przełożonych i świadectwa opinii publicznej, stawią się przed sejmikiem swej prowincji, a ten po ścisłym zbadaniu ich zachowania się zaszczyci tych, których uzna za godnych, przyznaniem blachy złotej, noszącej ich nazwisko, nazwę prowincji, datę przyjęcia, a mającej u góry napis grubymi literami: „Spes Patriae215. Ci, którzy tę blachę otrzymają, będą ją nosili zawsze na prawem ramieniu albo na sercu, przybiorą tytuł „Służący Państwu”, a w stanie rycerskim tylko ci „Służący Państwu” będą mogli być wybrani posłami na sejm, deputatami trybunalskimi, komisarzami izby obrachunkowej, czy też być wyposażeni w jakąkolwiek inną funkcję publiczną, należącą do władzy zwierzchniczej.

By dojść do drugiego stopnia, trzeba będzie koniecznie zostać trzykrotnie wybranym posłem na sejm i otrzymać za każdym razem na sejmiku relacyjnym aprobatę mocodawców; a nikt nie będzie mógł być wybrany posłem po raz drugi czy trzeci, o ile za swoje poprzednie posłowanie nie uzyskał takiego aktu. Służba przy trybunale czy w Radomiu, w charakterze komisarza czy deputata, będzie się równała posłowaniu i wystarczy zasiadać trzy razy w którymkolwiek z tych zgromadzeń — ale zawsze z aprobatą — by dojść na mocy prawa do stopnia drugiego, tak że na podstawie trzech świadectw przedłożonych sejmowi „Służący Państwu”, który je uzyskał, zostanie zaszczycony drugą blachą i tytułem, którego ta blacha jest znakiem.

Blacha ta będzie srebrna, tego samego kształtu i tej samej wielkości co poprzednia; będzie miała te same napisy, z tą różnicą, że zamiast słów „Spes Patriae” wyryte zostaną na niej słowa: „Civis electus216. Noszący te blachy będą się zwać „Obywatelami wybranymi”, albo po prostu „Wybrańcami”, a nie będą już oni mogli zostać zwykłymi posłami, deputatami trybunalskimi ani komisarzami izby, ale będą kandydatami na stanowiska senatorów. Nikt nie będzie mógł wejść do senatu, kto by nie przeszedł przez ten drugi stopień, kto by jego odznaki nie nosił, a wszyscy senatorowie-posłowie, według projektu bezpośrednio spośród nich wybierani, będą nosić tę odznakę dopóty, póki nie dojdą do trzeciego stopnia.

Chciałbym właśnie spomiędzy tych, którzy dojdą do drugiego stopnia, wybierać naczelników szkół średnich i inspektorów wychowania dzieci. Można by ich zobowiązać do pełnienia przez pewien czas tych funkcji, zanim zostaliby przyjęci do senatu, i zobowiązać ich do przedłożenia sejmowi aprobaty kolegium zarządców wychowania, nie zapominając o tym, że tę aprobatę, zarówno jak inne, musi zawsze zatwierdzić głos publiczny, którego opinii można tysiącznymi sposobami zasięgnąć.

Na każdym zwyczajnym sejmie będzie izba posłów wybierała senatorów-posłów, tak że tylko przez dwa lata będą zajmowali swe stanowiska; ale będą mogli dalej pozostać, czy też być powtórnie wybrani jeszcze dwa razy, byleby tylko, opuszczając stanowisko, uzyskali poprzednio od tej samej izby akt aprobaty, podobny do tego, jaki się musi uzyskać od sejmików, by móc być wybranym na posła po raz drugi i trzeci; albowiem bez takiego aktu, uzyskanego przy sprawowaniu każdego urzędu, nie dojdzie się do niczego więcej, i aby nie być zupełnie wyłączonym od rządu, będzie się miało jedynie możność zacząć na nowo od stopni niższych — co powinno być dozwolone, by gorliwemu obywatelowi, jakikolwiek by błąd popełnił, nie odejmować zupełnie nadziei zmazania tego błędu i posunięcia się wyżej. Zresztą nie trzeba nigdy powierzać udzielania czy odmawiania tych świadectw i aprobat żadnemu specjalnemu komitetowi. Sąd powinna wydawać zawsze cała izba, co będzie można zrobić bez kłopotu i straty czasu, jeżeli przy osądzaniu senatorów-posłów opuszczających stanowiska zastosuje się tę samą metodę kartek, którą proponowałem dla ich wyboru.

Powie ktoś może, że te wszystkie akty aprobaty, dawane naprzód przez ciała specjalne, później przez sejmiki, w końcu przez sejm, nie tyle będą przyznawane zasłudze, sprawiedliwości i prawdzie, ile wyłudzane intrygą i wpływami. Mogę na to tylko jedno odpowiedzieć: sądziłem, że przemawiam do narodu, który, nie będąc wolnym od wad, ma jeszcze energię i cnoty, a przy tym założeniu projekt mój jest dobry. Ale jeśli Polska doszła już do tego, że wszystko w niej jest sprzedajne i aż do korzenia zepsute, to na próżno usiłuje reformować swoje prawa i zachować wolność: trzeba, by zrezygnowała z tego i ugięła kark pod jarzmo. — Ale zawróćmy.

Każdy, kto był trzykrotnie senatorem-posłem i uzyskał aprobatę, przejdzie na mocy prawa do trzeciego, najwyższego w państwie stopnia, a oznakę tego stopnia przyzna mu król, na podstawie mianowania ze strony sejmu. Tę odznakę będzie stanowiła blacha z niebieskawej stali, podobna do poprzednich, a nosząca napis: „Custos Legum217. Ci, którzy ją otrzymają, będą ją nosili przez całą resztę życia, niezależnie od wysokości stanowiska, do którego by doszli, a nawet na tronie, gdyby im się zdarzyło tronu dostąpić.

Wojewodowie i więksi kasztelanowie będą mogli być dobierani tylko spomiędzy „Strażników Praw”, w ten sam sposób, jak ci byli dobierani spośród „Obywateli Wybranych”, tzn. w drodze wyboru przez sejm. A ponieważ wojewodowie zajmują najwyższe stanowiska w Rzeczypospolitej i ponieważ zajmują je dożywotnio, przeto by współzawodnictwo między nimi nie zasnęło na stanowiskach, z których nad sobą już tylko tron widzą, będą mieli otwarty dostęp do tronu, ale będą mogli dojść doń znowu tylko na mocy głosu publicznego i na skutek swoich cnót.

Zanim pójdziemy dalej, zauważmy, że przepisana przeze mnie dla obywateli droga stopniowego dochodzenia aż do naczelnictwa Rzeczypospolitej wydaje się dość dobrze zastosowana do miary życia ludzkiego, tak, żeby trzymający wodze rządu, pozostawiwszy już za sobą gorącość młodości, mogli jednak być jeszcze w sile wieku, i żeby po 15 czy 20 latach prób, ustawicznie na oczach powszechności odbywanych, mieli jeszcze dosyć lat przed sobą, by ojczyzna mogła korzystać z ich zdolności, doświadczenia i cnót i by sami, zajmując pierwsze stanowiska w państwie, mogli korzystać z szacunku i zaszczytów tak dobrze zasłużonych. Przypuściwszy, że ktoś, mając 20 lat, wstępuje do służby; jest możliwe, że mając 35 lat, zostaje wojewodą, ale ponieważ bardzo to trudno i nawet niewłaściwie, by pochód ten odbywał się tak szybko, nie będzie się dochodziło do tego wysokiego stanowiska przed czterdziestką, a według mnie jest to wiek najodpowiedniejszy, by połączyć wszystkie zalety, jakich winno się szukać w mężu stanu. Dorzućmy jeszcze tutaj, że ten pochód wydaje się możliwie najlepiej przystosowany do potrzeb rządu. Na podstawie rachunku prawdopodobieństwa obliczam, że co dwa lata uzyska się przynajmniej 50 nowych „Wybrańców” i 20 „Strażników Praw” — liczbę aż nadto wystarczającą do złożenia obu części senatu, do których każdy z tych dwóch stopni ze swej strony prowadzi. Łatwo bowiem dostrzec, że w pierwszym stopniu senatorskim, aczkolwiek najliczniejszym, ale dożywotnim, mniej często będą miejsca do obsadzenia niż w drugim, który w moim projekcie odnawia się z każdym sejmem zwyczajnym.

Widzieliście już, a wkrótce raz jeszcze zobaczycie, że nie pozostawiam bezczynnymi „Wybrańców” nadliczbowych, zanim wejdą do senatu jako posłowie; by nie zostawiać bezczynnymi także „Strażników Praw”, zanim wejdą do senatu jako wojewodowie czy kasztelanowie, utworzyłbym spośród nich kolegium zarządców wychowania, o którym wyżej mówiłem. Można by dać temu kolegium na prezydenta prymasa albo innego biskupa, postanawiając nadto, że żaden inny duchowny, choćby był biskupem i senatorem, nie może być do niego przyjęty.

Oto, o ile mi się zdaje, dobrze ustopniowany postęp dla istotnej i pośredniej części całości, mianowicie dla szlachty i urzędników; ale brakuje nam jeszcze obydwu krańców, mianowicie ludu i króla. Zacznijmy od pierwszego, który dotychczas uważało się za nic, ale który trzeba nareszcie zacząć za coś liczyć, jeśli chce się dać Polsce pewną siłę, pewną spójność. Nie masz nic delikatniejszego niż przedsięwzięcie, o które tu idzie — boć w końcu taka jest dawna konstytucja — choć każdy czuje, jakie to wielkie nieszczęście dla Rzeczypospolitej, że naród zamyka się niejako w stanie rycerskim i że cała reszta, włościanie i mieszczanie, nic nie znaczą zarówno w rządzie, jak w prawodawstwie. W obecnej chwili nie byłoby rzeczą ani rozważną, ani możliwą zmieniać ją od razu, ale jest rzeczą i rozważną, i możliwą przeprowadzać zmianę tę stopniowo, zrobić tak, by bez odczuwalnej rewolucji najliczniejsza część narodu umiłowaniem związała się z ojczyzną, a nawet z rządem. Tego dopnie się przy pomocy dwóch środków: pierwszy to ścisłe przestrzeganie sprawiedliwości, tak by poddani i nieszlachta, nie potrzebując się nigdy obawiać niesłusznych udręczeń ze strony szlachcica, uleczyli się z niechęci, jaką z natury rzeczy muszą czuć do niego. Wymaga to znacznej reformy sądów i szczególnej troski o wykształcenie ciała adwokackiego218.

Drugim środkiem, bez którego pierwszy nie jest niczym, to otwarcie drogi poddanym do uzyskania wolności, mieszczanom do uzyskania szlachectwa. Gdyby tego faktycznie nie dało się wykonać, trzeba by przynajmniej patrzeć na to jako na rzecz możliwą; ale zdaje mi się, że można zrobić więcej, i to nie narażając się na żadne ryzyko. Oto na przykład środek, który zdaje mi się prowadzić do zamierzonego celu w następujący sposób:

Co dwa lata, w przerwie pomiędzy jednym sejmem a drugim, oznaczałoby się w każdej prowincji czas i miejsce stosowne na zebranie „Wybrańców” z tejże prowincji, którzy nie byli jeszcze senatorami-posłami, pod przewodnictwem custodis legum niebędącego jeszcze senatorem dożywotnim, na komitecie cenzorialnym219 albo dobroczynności — zebranie, do którego zapraszałoby się plebanów, nie wszystkich jednak, ale tylko uznanych za godnych tego zaszczytu. Sądzę nawet, że takie wyróżnienie, uchodząc w oczach ludu za milczące osądzenie, może rozbudzić między plebanami wiejskimi pewne współzawodnictwo i ochronić wielu z nich przed plugawymi obyczajami, którym aż nadto ulegają.

Na tym zebraniu, do którego można by jeszcze powołać starców i znacznych ludzi ze wszystkich stanów, zajmowano by się badaniem projektów zakładów użytecznych dla prowincji, wysłuchiwano by sprawozdań plebanów o stanie ich parafii i parafii sąsiednich, sprawozdań ludzi znacznych o stanie rolnictwa, o stanie rodzin w ich powiecie; starannie sprawdzano by te sprawozdania, każdy z członków komitetu dorzucałby swoje spostrzeżenia, i wszystko to wpisywano by wiernie w rejestr, z którego wyciągałoby się treściwe memoriały dla sejmików.

Badano by szczegółowo potrzeby rodzin przeciążonych, kalek, wdów, sierot i zaspakajano by je odpowiednio z funduszu utworzonego z dobrowolnych podatków ludzi zamożnych w prowincji. Te podatki byłyby o tyle mniej uciążliwe, że stałyby się jedynym haraczem na rzecz dobroczynności, ponieważ w całej Polsce nie należy cierpieć ani żebraków, ani przytułków. Z pewnością księża podniosą krzyk za zachowaniem przytułków, a te krzyki stanowią jeszcze jeden więcej argument za ich zniesieniem.

Na tychże komitetach, które nigdy nie zajmowałyby się karaniem ani udzielaniem nagan, ale jedynie dobrodziejstwami, pochwałami i zachęceniami, sporządzano by na podstawie dobrych informacji dokładne listy obywateli wszystkich stanów, których prowadzenie się zasługiwałoby na wyróżnienie i nagrodę220. Listy te przesyłano by do senatu i króla, aby je uwzględniali przy sposobności, by zawsze właściwie stosowali swe wyróżnienia i wyszczególnienia, a na podstawie wskazówek tych właśnie zebrań zarządcy wychowania nadawaliby w szkołach średnich miejsca bezpłatne, o których wyżej mówiłem.

Ale główne i najważniejsze zadanie owych komitetów leżałoby w tym, aby na podstawie wiernych memoriałów i na podstawie należycie sprawdzonej opinii publicznej sporządzać wykaz włościan odznaczających się dobrym prowadzeniem się, dobrą uprawą roli, dobrymi obyczajami, troskliwością o swe rodziny, dobrym spełnianiem wszystkich obowiązków swego stanu. Wykaz ten przedkładano by następnie sejmikowi, który wybierałby z niego pewną przez prawo ustaloną ilość osób do wyzwolenia i który starałby się o wynagrodzenie patronów w formie odpowiednich środków, przyznając im uwolnienia od podatków, prerogatywy, w końcu korzyści jakieś, stosownie do ilości ich poddanych uznanych za godnych wolności. Koniecznie bowiem należałoby postępować tak, żeby wyzwolenie poddanych, zamiast być ciężarem dla panów, przynosiło im zaszczyt i korzyść; dla uniknięcia nadużyć wyzwoleń dokonywaliby oczywiście nie panowie, ale sejmiki, na podstawie osądu i tylko w ilości przez prawo ustalonej.

Wyzwoliwszy po kolei pewną ilość rodzin w powiecie, można by wyzwalać całe wsie, tworzyć w nich powoli gminy, wyznaczać im pewne nieruchomości, nieco gruntów gminnych, tak jak w Szwajcarii, ustanawiać w nich urzędników gminnych; a skoro stopniowo doprowadzi się do tego, że będzie możliwe bez odczuwalnej rewolucji dzieło w pełnej mierze wykończyć, można im będzie w końcu przywrócić prawo, dane im przez naturę, prawo uczestniczenia w zarządzie krajem przez wysyłanie posłów na sejmiki.

Po dokonaniu tego uzbroiłoby się wszystkich włościan, którzy stali się wolnymi ludźmi i obywatelami, utworzyłoby się z nich pułki, ćwiczyłoby się ich i doszłoby się do posiadania naprawdę znakomitej milicji, aż nadto wystarczającej do obrony państwa.

Można by użyć podobnej metody celem uszlachcenia pewnej liczby mieszczan, a nawet nie uszlachcając ich wyznaczyć dla nich pewne znaczne stanowiska, które by zajmowali tylko oni sami, za wyłączeniem szlachty — a to za przykładem Wenecjan, co chociaż tak są zazdrośni o swą szlachtę, niemniej przecie poza urzędami podwładnymi zastrzegają zawsze dla mieszczanina drugie stanowisko w państwie, mianowicie stanowisko kanclerza, tak że patrycjusz nigdy nie może się o nie ubiegać. W ten sposób, otwierając mieszczanom drogę do szlachectwa i godności, związałoby się ich miłością z ojczyzną i zachowaniem konstytucji. Można by jeszcze, nie uszlachcając jednostek, nadać zbiorowe szlachectwo pewnym miastom, dając pierwszeństwo tym, w których by bardziej kwitnął handel, przemysł i sztuki i w których wobec tego administracja miejska byłaby najlepsza. Te uszlachcone miasta mogłyby, na wzór miast cesarskich, wysyłać posłów na sejm, a ich przykład z pewnością wzbudziłby we wszystkich innych gorące pragnienie, aby dostąpić takiego samego zaszczytu.

Komitety cenzorialne, zarządzające wydziałem dobroczynności (którego ku hańbie królów i narodów dotychczas jeszcze nigdzie nie było), chociaż powstałe nie z wyborów, byłyby złożone w sposób jak najbardziej odpowiedni, żeby zadanie swe spełniać gorliwie i sprawiedliwie, bo członkowie ich, dążąc do stanowisk senatorskich, do jakich prowadzą ich odnośne stopnie, dbaliby gorliwie o to, by na podstawie powszechnego uznania zyskać głosy sejmu; a obowiązki te wystarczałyby, aby utrzymać tych kandydatów w ustawicznej gorliwości i na oczach wszystkich przez okres czasu oddzielający ich kolejne wybory. Proszę zauważyć, że przy tym wszystkim przez czas trwania tych okresów nie wychodziliby ze stanu zwykłych, posiadających stopnie swoje obywateli, boć ten rodzaj trybunału, tak pożytecznego i szanownego, nie rozporządzałby żadną władzą przymusu, a jedynym jego zadaniem byłoby czynić dobrze; tak więc nie przymnażam tutaj urzędów, ale korzystam jedynie po drodze z przechodzenia z jednego urzędu na drugi, aby zużytkować tych, którzy mogą je sprawować.

Na zasadzie tego planu, wprowadzanego w życie powoli i stopniowo, w tempie, które by można przyśpieszać, zwalniać, a nawet zatrzymywać, zależnie od dobrych lub złych skutków reformy, postępowałoby się naprzód według woli, za wskazówką doświadczenia; roznieciłoby się we wszystkich niższych stanach gorliwy zapał, aby przyczyniać się do dobra powszechnego; osiągnęłoby się w końcu ożywienie wszystkich części Polski i zespolenie ich tak, by tworzyły już jedno tylko ciało, którego energia i siły byłyby przynajmniej dziesięciokrotnie większe niż dzisiejsze, a to wszystko przy nieocenionej korzyści, że unika się wszelkiej nagłej i gwałtownej zmiany tudzież niebezpieczeństwa rewolucji.

Macie piękną sposobność zacząć to dzieło w sposób wspaniały i szlachetny, wywierający najgłębsze wrażenie. Jest rzeczą niemożliwą, by podczas nieszczęść, których Polska niedawno doznała, niektórzy mieszczanie, a nawet niektórzy włościanie nie użyczyli pomocy i nie okazali przywiązania konfederatom. Naśladujcie wielkoduszność Rzymian, tak dbałych o to, by po wielkich klęskach swej ojczyzny obsypać oznakami wdzięczności cudzoziemców, poddanych, niewolników, a nawet zwierzęta, co im oddały jakieś znaczne usługi podczas ich niedoli. O, jakiż to piękny, według mnie, początek, nadać uroczyście szlachectwo tym mieszczanom i wolność tym włościanom, a to z całą wspaniałością i przygotowaniem, które mogą uczynić tę ceremonię majestatyczną, wzruszającą i pamiętną. Nie poprzestańcie na tym początku. Ci w taki sposób odznaczeni ludzie powinni pozostać zawsze wybranymi dziećmi ojczyzny. Trzeba czuwać nad nimi, ochraniać ich, pomagać im, podtrzymywać ich, choćby byli źli. Za wszelką cenę powinno im się powodzić dobrze przez całe życie, tak by przez ten przykład, oczom powszechności przedstawiony, Polska okazała całej Europie, czego od niej, kiedy się jej powodzi, może oczekiwać ten, kto odważył się pomóc jej w niedoli.

Oto kilka myśli, z grubsza i tylko w formie przykładu podanych, co do sposobu, jakiego można użyć, by każdy widział przed sobą otwartą drogę do wszystkiego, by wszystko stopniowo zmierzało, dobrze służąc ojczyźnie, do stopni najbardziej zaszczytnych i by Cnota mogła otwierać wszystkie drzwi, które Fortuna lubi zamykać.

Ale jeszcze nie wszystko skończone, a ta część niniejszego projektu, którą mi pozostaje przedstawić, jest bezsprzecznie najbardziej kłopotliwa i najtrudniejsza: przedstawia przeszkody, o które zawsze potykała się rozwaga i doświadczenie najwytrawniejszych polityków. Wydaje mi się jednak, że w razie przyjęcia mego projektu, przy pomocy bardzo prostego sposobu, który zamierzam przedstawić, wszystkie trudności zostaną usunięte, wszystkie możliwe nadużycia przewidziane, a to, co mi się wydawało nową przeszkodą, w wykonaniu obróci się na korzyść.

(XIV.) Wybór królów221

Wszystkie owe trudności sprowadzają się do tej, jak dać państwu naczelnika, którego wybór nie wywołałby zamieszek i który nie czyniłby zamachów na wolność. Trudność tę powiększa okoliczność, że naczelnik musi mieć wielkie zalety, niezbędne dla każdego, kto odważa się rządzić wolnymi ludźmi. Dziedziczność korony zapobiega zamieszkom, ale sprowadza niewolę; elekcja utrzymuje wolność, ale za każdym nowym panowaniem wstrząsa państwem. Niemiła to alternatywa222; ale zanim pomówię o środkach, jakby jej uniknąć, proszę mi użyczyć chwili czasu, aby zastanowić się nad sposobem, w jaki Polacy rozporządzają zazwyczaj swą koroną.

Naprzód pytam: dlaczegóż to Polacy mają brać sobie królów cudzoziemskich? Przez jakież to dziwne zaślepienie użyli w ten sposób najpewniejszego środka, by oddać naród w niewolę, zatracić obyczaje rodzime, by stać się igraszką innych dworów i by powiększyć niezmiernie burzliwość bezkrólewi? Jakaż niesprawiedliwość wobec samych siebie! Jakaż zniewaga ojczyźnie wyrządzona! Jakby, zrozpaczywszy o znalezieniu w jej łonie człowieka godnego rządzić nimi, byli zmuszeni szukać go daleko! Jakżeż nie odczuli, jakżeż nie spostrzegli, że rzeczy miały się właśnie wręcz przeciwnie? Otwórzcie roczniki swego narodu, a zobaczycie, że był znakomity i tryumfował tylko pod panowaniem królów-Polaków, a prawie zawsze był pognębiony i upodlony pod rządami cudzoziemców. Niechże nareszcie doświadczenie poprze rozum; patrzcie jakie zło sobie wyrządzacie i jakiego pozbywacie się dobra223.

Albowiem zapytam jeszcze, jakże się to stało, że naród polski, dokazawszy już tyle, iż koronę swoją na elekcyjną przemienił, nie pomyślał o wykorzystaniu tego prawa w tym celu, aby wzbudzać wśród członków rządu współzawodnictwo w gorliwości i sławie, które samo jedno mogłoby więcej zdziałać dla dobra ojczyzny niż wszystkie inne prawa razem wzięte? Jakiż to bodziec potężny dla wielkich i ambitnych dusz — ta korona, przeznaczona dla najgodniejszego, błyszcząca w dali przed oczyma każdego obywatela, który by umiał zasłużyć sobie na szacunek powszechny. Ileż to cnót, ile szlachetnych wysiłków może w narodzie wzbudzać nadzieja uzyskania najwyższej za nie nagrody! Jakiż to zaczyn patriotyzmu we wszystkich sercach, skoro wszyscy dobrze sobie uświadomią, że tylko tym sposobem można osiągnąć to stanowisko, które stanie się tajemnym przedmiotem pożądań wszystkich obywateli, skoro tylko od nich będzie zależało coraz bardziej przybliżać się do niego siłą zasługi i oddanych usług i — jeśli Fortuna sprzyja — dojść w końcu do niego. Szukajmy najlepszego sposobu, by wprawić w ruch tę ważną sprężynę, tak w Rzeczypospolitej potężną, a tak dotychczas zaniedbaną. Powiecie mi, że dla usunięcia trudności, o których mowa, nie wystarczy oddawać koronę tylko Polakom; to właśnie niebawem zobaczymy, kiedy przedstawię mój środek. Prosty jest ten środek, ale na pierwszy rzut oka będzie się zdawało, że chybi celu, który sam założyłem, skoro powiem, że polega on na tym, by przy wyborze królów zapewnić miejsce losowi. Proszę jak o łaskę, by mi dano czas na wytłumaczenie się, a przynajmniej, by mnie z uwagą odczytano.

Jeśli bowiem powiecie mi: „Jakże zapewnić się, że król wybrany losem będzie miał zalety potrzebne do godnego sprawowania swego stanowiska?” — to postawicie mi zarzut, który już usunąłem, bo w tym celu wystarcza, żeby król mógł być losowany tylko spośród dożywotnich senatorów; skoro bowiem oni sami będą dobierani z grona „Strażników Praw” i skoro chlubnie przejdą przez wszystkie stopnie republikańskie, dostateczną poręką zasługi i cnót każdego z nich będzie próba całego ich życia i uznanie powszechne na wszystkich zajmowanych przez nich stanowiskach.

Mimo to nie chcę, by nawet pośród dożywotnich senatorów sam los tylko stanowił o pierwszeństwie: zawszeć224 byłoby to chybieniem wielkiego celu, jaki się winno zakładać. Trzeba, żeby los coś sprawiał, ale żeby więcej sprawiał wybór, a to dlatego, by z jednej strony stłumić intrygi i knowania obcych mocarstw, a z drugiej strony przez tak wielką korzyść skłonić wszystkich wojewodów do tego, iżby nie opuszczali się w swej działalności, ale trwali w gorliwych usługach wobec ojczyzny i zasłużyli w ten sposób na przyznanie sobie pierwszeństwa przed współzawodnikami.

Przyznaję, że ilość tych współzawodników wydaje mi się bardzo wielka, jeśliby się dopuściło kasztelanów większych, na podstawie obecnej konstytucji równych prawie stopniem wojewodom, ale nie widzę żadnej niedogodności w tym, by bezpośredni dostęp do tronu przyznano tylko samym wojewodom. Utworzyłoby to w obrębie tego samego porządku stopień nowy, przez który musieliby jeszcze przejść kasztelanowie więksi, aby stać się wojewodami, a tym samym stanowiłoby to jeszcze jeden sposób uzależnienia senatu od prawodawcy. Widzieliście już, że tych kasztelanów większych uważam jako zbytecznych w ustroju. Niemniej jednak zgadzam się na to, by dla uniknięcia jakiejkolwiek znacznej zmiany pozostawiono im ich miejsce i stopień w senacie. Ale w proponowanym przeze mnie stopniowaniu nic nie zmusza stawiać ich na równi z wojewodami, a skoro także nic temu nie stoi na przeszkodzie, będzie można bez ujemnych skutków zadecydować to, co się uzna za najlepsze. Przypuszczam tutaj, że taką najkorzystniejszą decyzją będzie otwarcie bezpośredniego dostępu do tronu wyłącznie tylko dla wojewodów.

Zaraz więc po śmierci króla, to znaczy w możliwie najkrótszym, przez prawo oznaczonym odstępie czasu zostanie uroczyście zwołany sejm elekcyjny; postawi się do konkursu nazwiska wszystkich wojewodów i spomiędzy nich wylosuje się trzy, przy zastosowaniu wszelkich możliwych ostrożności, by żadne oszustwo czynności tej nie spaczyło. Te trzy nazwiska obwieści się na zgromadzeniu, które na tym samym posiedzeniu większością głosów wybierze tego, komu oddaje pierwszeństwo, a ten zostanie ogłoszony królem od tego samego dnia.

Że w tej formie elekcji dostrzeże się wielką niedogodność, przyznaję — tę mianowicie, że naród nie będzie mógł swobodnie wybrać spomiędzy wojewodów tego, którego najwięcej szanuje i kocha i którego uważa za najgodniejszego królewskiej godności. Ale ta niedogodność nie jest nowością w Polsce, gdzie można było widzieć już podczas kilku elekcji, zwłaszcza zaś przy ostatniej, że nie zważając na tych, którym naród oddaje pierwszeństwo, zmusza się go do wyboru tych, których byłby odrzucił. Ale za tę korzyść, której już nie miał225 i którą poświęca, ileż to innych, ważniejszych korzyści zyska przez taką formę elekcji.

Przede wszystkim losowanie od razu przytłumia partie i intrygi obcych narodów, które, nie mogąc wywierać wpływu na tę elekcję, będą zbyt niepewne powodzenia, żeby miały dokładać wiele wysiłku, skoro nie wystarczałoby nawet oszustwo na rzecz danej osoby, bo naród zawsze może ją odrzucić. Korzyść to tak wielka, że ona sama zapewnia Polsce spokój, przydusza sprzedajność w Rzeczypospolitej i daje elekcji prawie całą spokojność dziedziczności.

Ta sama korzyść działa także przeciw intrygom kandydatów, któryż z nich bowiem zechce narażać się na wydatki dla zapewnienia sobie pierwszeństwa, najzupełniej niezależnego od ludzi, i poświęcać swój majątek dla wyniku, przedstawiającego tyle szans ujemnych na jedną dodatnią? Zauważmy jeszcze, że ci, którym los poszczęścił, nie mają już czasu przekupić wyborców, skoro wybory odbywają się na tym samym posiedzeniu.

Wolny wybór narodu między trzema kandydatami chroni go od złych stron losowania, gdyby los padł przypadkiem na osobę niegodną; w tym bowiem wypadku naród strzegłby się wybierać ją, a nie jest rzeczą możliwą, by z trzydziestu trzech znakomitych ludzi, elity narodu, gdzie niepodobna pojąć jakim sposobem mogłaby znaleźć się choćby jedna osoba niegodna — nie jest rzeczą możliwą, by wszyscy trzej, którym los poszczęści, byli niegodni.

W taki sposób — a to spostrzeżenie wielkiej jest wagi — łączymy w tej formie wszystkie korzyści elekcji i dziedziczności.

Najpierw bowiem, skoro korona nie przechodzi z ojca na syna, nie będzie nigdy ciągłości systemu zmierzającego do poddania Rzeczypospolitej w niewolę. Po wtóre, w tej formie los nawet jest narzędziem elekcji oświeconej i zamierzonej. W czcigodnej grupie „Strażników Praw” i wybranych spośród nich wojewodów, może los — jakkolwiek by on wypadł — dokonać tylko takiego wyboru, jaki już naród uczynił.

Ale proszę zauważyć, jakie ta perspektywa musi wzbudzić współzawodnictwo w grupie wojewodów i kasztelanów większych, którzy mogliby się zaniedbać na swych dożywotnich stanowiskach, mając pewność, że już ich odebrać im nie można. Obawa już ich powściągać nie może, ale nadzieja zajęcia tronu, który każdy z nich tak blisko siebie widzi, stanowi nowy bodziec, by ustawicznie baczyli na siebie. Wiedzą, że na próżno by im los sprzyjał, gdyby ich przy elekcji odrzucono, i że jedyną drogą wiodącą do wyboru jest zasłużyć na wybór. Ta korzyść zbyt jest wielka, zbyt oczywista, żeby trzeba ją jeszcze podkreślać.

Przypuśćmy na chwilę, żeby już i najgorsze przewidzieć, że przy czynności losowania nie można uniknąć oszustwa i że jednemu z współzawodników udało się podejść czujność wszystkich innych, tak silnie zainteresowanych w tej czynności. To oszustwo byłoby szkodą dla kandydatów wyłączonych, ale dla Rzeczypospolitej skutek byłby taki sam, jak gdyby decyzja losu była rzetelna, bo niemniej przeto miałoby się jeszcze korzyść elekcji, niemniej zapobiegałoby się w ten sposób zamieszkom bezkrólewi i niebezpieczeństwom dziedziczności; kandydat, którego ambicja uwiodłaby aż do popełnienia oszustwa, byłby poza tym niemniej człowiekiem zasługi, wedle sądu narodu zdolnym chlubnie nosić koronę; a w końcu, nawet po dopuszczeniu się takiego oszustwa, korzystanie z niego zawisłoby jeszcze od następnego formalnego wyboru ze strony Rzeczypospolitej.

Projekt ten, przyjęty w całej rozciągłości, wszystko w państwie wiąże, a począwszy od ostatniego z obywateli aż do pierwszego z wojewodów każdy widzi przed sobą jedną tylko drogę posuwania się wyżej: drogę obowiązku i uznania powszechnego. Sam król jedynie, raz wybrany, widząc nad sobą już tylko prawa, prócz nich nie zna wędzidła, które by go powściągało, i nie potrzebuje już aprobaty powszechnej — może się bez niej obejść, gdyby tego wymagały jego zamysły. Tutaj widzę jeden tylko sposób, o którym jednak nie ma nawet co myśleć, a mianowicie, by korona mogła być w danych warunkach odjęta i by po upływie pewnego okresu królowie musieli otrzymać zatwierdzenie. Ale, raz jeszcze, nie można proponować tego środka: utrzymując tron i państwo w ciągłym niepokoju, nie pozwoliłby nigdy administracji osiąść się dość silnie na to, by mogła służyć wyłącznie i z pożytkiem dobru publicznemu.

Istniał starożytny zwyczaj, dotąd tylko przez jeden naród praktykowany, ale co do którego należy się dziwić, że jego powodzenie nie znęciło do naśladowania żadnego innego narodu. Prawda, że nadaje się tylko dla elekcyjnego królestwa, chociaż był wynaleziony i stosowany w królestwie dziedzicznym. Mówię o sądzie pośmiertnym nad królami egipskimi i o wyroku, który przyznawał im albo pozbawiał ich pogrzebu i honorów królewskich, według tego, czy dobrze czy też źle rządzili państwem za życia. Obojętność współczesnych na wszystkie sprawy moralne i na wszystko, co duszom energię dać może, sprawi, że na myśl przywrócenia tego zwyczaju względem królów polskich patrzeć będą jak na szaleństwo, i nie pokusiłbym się nakłaniać Francuzów, a zwłaszcza filozofów, by myśl tę przyjęli; sądzę jednak, że można ją zaproponować Polakom. Śmiem nawet twierdzić, że instytucja ta przyniesie u nich wielkie korzyści, jakich żadnym innym sposobem osiągnąć się nie da, a żadnej ujemnej strony mieć nie będzie. Co do obecnego przedmiotu, rzecz widoczna, że z wyjątkiem duszy spodlonej i nieczułej na zaszczytną po sobie pamięć, niepodobna, by sprawiedliwość sądu, którego nie można uniknąć, nie zaważyła u króla i nie nałożyła jego namiętnościom wędzidła, mniej lub więcej mocnego, przyznaję, ale w każdym razie zdolnego powściągać go w pewnej mierze; zwłaszcza, gdy dołączy się do tego interes dzieci królewskich, o których losie zadecyduje wyrok wydany nad pamięcią ojca.

Chciałbym więc, by po śmierci każdego króla zwłoki jego składano w odpowiednim miejscu aż do wydania wyroku nad jego pamięcią, by trybunał mający o tym rozstrzygać i orzec o pogrzebie króla zebrał się możliwie najśpieszniej, by surowo rozpatrzył jego życie i panowanie, i by po przeprowadzeniu dochodzeń, przy których dopuszczano by każdego obywatela do oskarżania i obrony króla, należycie wdrożone postępowanie kończyło się wydaniem wyroku z całą możliwą uroczystością.

Na mocy tego wyroku, jeśliby był przychylny, zmarły król zostałby uznany za księcia dobrego i sprawiedliwego, imię jego zostałoby wpisane zaszczytnie w rejestr królów polskich, zwłoki jego z okazałością złożone w grobach królewskich, do imienia jego we wszystkich aktach i mowach publicznych dodawano by przydomek: „sławnej pamięci”; wdowie po nim wyznaczono by zaopatrzenie, a dzieci jego, uznane jako książęta królewskie, zaszczycono by dożywotnio wszelkimi korzyściami związanymi z tym tytułem.

Jeśliby zaś, przeciwnie, uznano go winnym niesprawiedliwości, gwałtu, przeniewierstwa, a zwłaszcza tego, że godził na wolność powszechną, pamięć jego zostałaby potępiona i napiętnowana, zwłoki, pozbawione królewskiego pogrzebu, zostałoby pochowane bez okazałości, jak zwłoki zwykłego obywatela, imię jego wykreślone z publicznego rejestru królów; a dzieci, pozbawione tytułu książąt królewskich i związanych z nim przywilejów, wróciłyby do rzędu zwykłych obywateli, bez żadnej odznaki, zaszczytnej ani hańbiącej.

Pragnąłbym, żeby sąd ten odbywał się z największą okazałością, ale żeby, o ile możności, poprzedzał elekcję następcy, a to dlatego, by na wyroku nie mógł zaważyć wpływ następcy, który w złagodzeniu jego surowości widziałby swój własny interes. Wiem, że byłoby pożądane mieć więcej czasu, aby odsłonić wiele prawd ukrytych i przeprowadzić dokładniejsze dochodzenia. Ale w razie zwłóczenia aż do czasu po elekcji, obawiałbym się, że ten ważny akt mógłby stać się czczą ceremonią i — jakby to nieomylnie było w dziedzicznym królestwie — raczej mową pogrzebową na cześć zmarłego króla niż sądem sprawiedliwym i surowym nad jego postępowaniem. Raczej należy tutaj uwzględnić bardziej głos powszechny, wyrzec się pewnych szczegółowych wyjaśnień, a zachować natomiast sprawiedliwość i powagę sądu, który w przeciwnym razie stałby się niepotrzebny.

Co się tyczy trybunału, mającego wyrok ten wydać, chciałbym żeby nim nie był senat, ani sejm, ani ciało wyposażone jakąś władzą w ustroju, ale cały pewien stan obywateli, którego nie można łatwo oszukać ani skorumpować. Wydaje mi się, że Cives electi — bardziej wykształceni, bardziej doświadczeni niż „Służący Państwu”, a mniej interesowani niż „Strażnicy Praw”, którzy stoją już zbyt blisko tronu — byliby właśnie tą grupą pośrednią, gdzie można by znaleźć równocześnie najwięcej światła i najwięcej sprawiedliwości, najodpowiedniejszą do wydawania sądów zupełnie pewnych, a tym samym najbardziej odpowiednią, by jej tutaj przyznać pierwszeństwo. A gdyby nawet zdarzyło się, że grupa ta nie byłaby dość liczna dla sądu takiej wagi, wolałbym już, by jej przydano pomocników spośród „Służących Państwu” niż spośród „Strażników Praw”. W końcu pragnąłbym, by przewodniczył temu trybunałowi nie jakiś mąż na stanowisku, ale marszałek pochodzący spośród jego członków, którego wybierałby sam trybunał, tak jak sejmy i konfederacje wybierają swoich marszałków; tak dalece bowiem należy przestrzegać, by żaden prywatny interes na akt ten nie wpływał, na akt, który może stać się bardzo dostojny albo bardzo śmieszny, zależnie od sposobu, w jaki się go przeprowadzi.

Kończąc ten ustęp o elekcji i o sądzie nad królami, winienem tu powiedzieć, że w zwyczajach waszych jedno wydało mi się mocno gorszące i zupełnie sprzeczne z duchem waszej konstytucji, a mianowicie to, że po śmierci króla konstytucja zostaje prawie wywrócona i unicestwiona aż do zawieszenia i zamknięcia wszystkich sądów, tak jakby do tego stopnia była związana z księciem panującym, iżby śmierć jednego musiała być końcem drugiej. Ależ, mój Boże, właśnie powinno by być wręcz odwrotnie. Po śmierci króla wszystko powinno iść dalej tak, jakby żył jeszcze, zaledwo winno się dostrzegać, że brak jakiejś drobnej części maszyny — do tego stopnia ta drobna część nie jest istotna dla jej trwałości. Na szczęście, nielogiczność ta nie wiąże się z niczym. Wystarczy powiedzieć, że już w przyszłości jej nie będzie, i niczego ponadto zmieniać nie trzeba — ale nie można pozostawiać nadal tej dziwacznej sprzeczności; jeśli bowiem jest to sprzecznością już w obecnej konstytucji, byłoby o wiele większą jeszcze po reformie.