Księga XI
(1761) Mimo że Julia, która od dawna była pod prasą, nie pojawiła się jeszcze z końcem roku 1760, zaczynała już być przedmiotem wielkiego hałasu. Pani de Luxembourg opowiadała o niej na dworze, pani d’Houdetot w Paryżu. Ta ostatnia uzyskała nawet ode mnie dla Saint-Lamberta pozwolenie odczytania jej z rękopisu królowi polskiemu, który był zachwycony. Duclos, któremu też dałem utwór swój do przeczytania, wspomniał o nim w Akademii. Cały Paryż oczekiwał z niecierpliwością tego romansu: księgarnie oblężone były przez ludzi, którzy pytali o termin ukazania się książki. Ukazała się wreszcie, a powodzenie, wbrew zwykłej kolei rzeczy, odpowiedziało niecierpliwości oczekiwania. Następczyni tronu158, która przeczytała Julię jedna z pierwszych, nazwała ją w rozmowie z panem de Luxembourg czarującą książką. W świecie pismaków, mniemania były podzielone; ale w towarzystwie było tylko jedno zdanie; kobiety zwłaszcza upoiły się książką i autorem tak dalece, iż mało znalazłoby się dam, nawet w najwyższych sferach, których podboju nie byłbym dokonał, gdybym objawił ochotę. Miałem na to dowody, których nie chcę przytaczać na piśmie, a które, nawet nie poparte doświadczeniem, uprawniają mnie do tego mniemania. Osobliwe jest, że ta książka zyskała większe powodzenie we Francji niż w innych krajach Europy, mimo iż Francuzi, tak mężczyźni, jak kobiety, nie grają w niej zbyt pięknej roli. Zgoła przeciwnie memu spodziewaniu, najmniejsze powodzenie miała książka w Szwajcarii, największe w Paryżu. Czyżby przyjaźń, miłość, cnota bardziej królowały w Paryżu niż gdzie indziej? Nie, z pewnością; ale króluje tam jeszcze ów przedziwny zmysł, który przejmuje serce wzruszeniem na ich widok; ten zmysł każe nam cenić w drugich czyste, czułe, uczciwe uczucia, których sami już nie posiadamy. Zepsucie jest obecnie wszędzie to samo; nie ma już ani obyczajów, ani cnoty w Europie, ale jeżeli gdzie istnieje jakiś kult dla nich, w Paryżu należy go szukać159.
Trzeba, w gąszczu tylu przesądów i sztucznych namiętności, umieć dobrze analizować serce ludzkie, aby rozpoznać w nim prawdziwy głos natury. Trzeba delikatności smaku, której nabywa się jedynie w szkole wielkiego świata, aby czuć, jeśli wolno się tak wyrazić, wszystkie subtelności serca, jakich to dzieło jest pełne. Kładę bez obawy czwartą jego część obok Księżnej de Cleves160 i twierdzę, że gdyby oba te utwory znane były jedynie na prowincji, nigdy by nie oceniono całej ich wartości. Nie trzeba się tedy dziwić, że największe powodzenie zyskała książka na dworze. Obfituje ona w rysy żywe, ale dyskretne, które muszą się tam podobać, ponieważ wzrok bardziej jest wyćwiczony w przenikaniu ich. I tu wszelako jeszcze trzeba rozróżniać. Lektura ta z pewnością nie jest odpowiednia dla owych ludzi, których całym rozumem jest spryt, którzy bystrzy są jedynie w dostrzeganiu złego i którzy nie widzą nic zgoła tam, gdzie jest samo jeno dobre do widzenia. Gdyby na przykład wydano Julię w pewnym kraju, który mam na myśli, jestem pewien, że nikt nie dokończyłby czytania i że pochowano by ją zaraz przy narodzinach.
Większą część listów, które napisano do mnie z przyczyny tego dzieła, zgromadziłem w pakiecie, znajdującym się w rękach pani de Nadaillac. Jeżeli kiedy ten zbiorek ujrzy światło dzienne, pokażą się tam rzeczy bardzo osobliwe oraz sprzeczności sądów, ujawniające, co znaczy mieć do czynienia z publicznością. Rzecz, na którą najmniej zwrócono uwagę, a która zawsze będzie czynić z tej książki dzieło jedyne w swoim rodzaju, to prostota przedmiotu i rozwój akcji, która, skupiona w trojgu osób, utrzymuje się przez całe sześć tomów, bez epizodów, bez romantycznych przygód, bez jakichkolwiek satyrycznych wycieczek ani w osobach, ani w wydarzeniach. Diderot oddawał wielkie pochwały Richardsonowi161 z powodu zadziwiającej rozmaitości jego obrazów i obfitości figur. Richardson ma w istocie zasługę, iż wszystkie jego postacie są dobrze scharakteryzowane; ale co się tyczy ich ilości, to zbliża go ona do najbardziej mdłych romansistów, którzy jałowość myśli ratują obfitością działających osób i przygód. Łatwo jest pobudzić uwagę, przedstawiając nowe twarze i niesłychane wydarzenia, które przesuwają się niby obrazy latarni magicznej162; ale utrzymać ciągle to zainteresowanie przy tych samych przedmiotach i bez cudownych wypadków — to z pewnością jest trudniejsze. Jeżeli, przy równości innych warunków, prostota tematu przydaje piękności dziełu, romanse Richardsona, wyższe w tylu innych rzeczach, nie mogłyby na tym punkcie równać się z moim. Dziś jest on mimo to martwy, wiem o tym i wiem przyczynę163; ale zmartwychwstanie.
Całą mą obawą było, aby, właśnie przez swą prostotę, bieg akcji nie stał się nudny. Lękałem się, czy zdołam wzniecić zainteresowanie dość żywe, aby w tym stanie utrzymało się do końca. Upewnił mnie fakt, który sam jeden bardziej mi pochlebił niż wszystkie komplementy, jakie zyskał mi ten utwór.
Książka ukazała się z końcem karnawału. Kolporter zaniósł ją do księżnej de Talmont164 w dzień balu Opery. Po wieczerzy księżna kazała się ubrać, aby iść na bal, i czekając pory odjazdu, wzięła do czytania nowy romans. O północy kazała, aby zaprzężono i czytała dalej. Oznajmiono, że pojazd czeka; nie odpowiedziała nic. Służba, widząc, iż księżna zapomina o wszystkim, zwróciła jej uwagę, że jest druga po północy. „Nic nie nagli” — rzekła, czytając ciągle. W jakiś czas później, ponieważ zegarek stanął, zadzwoniła, aby dowiedzieć się, która godzina. Powiedziano, że czwarta. „Kiedy tak — rzekła — to już za późno, aby jechać, niech wyprzęgną”. Kazała się rozebrać i spędziła resztę nocy na czytaniu.
Od czasu jak mi opowiedziano ten rys, pragnąłem zawsze poznać panią de Talmont, nie tylko, aby dowiedzieć się od niej samej, czy to jest ścisła prawda, ale także ponieważ zawsze byłem przeświadczony, że nie można się przejąć Heloizą tak żywo, o ile się nie posiada tego szóstego zmysłu, tego zmysłu moralnego, którym obdarzonych jest tak mało serc, a bez którego żadne nie zdoła zrozumieć mego serca.
Jedno jeszcze zyskało mi sympatię kobiet: mianowicie przekonanie, że pisałem w mej książce własną historię i że ja sam jestem bohaterem tego romansu. Przeświadczenie to było tak ustalone, iż pani de Polignac napisała do pani de Verdelin z prośbą o uzyskanie u mnie, abym pozwolił jej zobaczyć portret Julii. Cały świat był przekonany, iż niepodobna wyrazić tak żywo uczuć, których się nie doświadczyło, ani odmalować w ten sposób uniesień miłości inaczej niż na modłę własnego serca. Co do tego, mieli słuszność; to pewna, iż pisałem ten romans w najbardziej płomiennych ekstazach; ale mylili się, mniemając, iż trzeba było rzeczywistych przedmiotów, aby je wywołać. Nikt nie mógł mieć pojęcia, do jakiego stopnia umiem się zapalić dla istot urojonych. Gdyby nie pewne reminiscencje młodości i gdyby nie zjawienie pani d’Houdetot, miłość, którą czułem i opisałem, miałaby za przedmiot jedynie sylfidy165. Nie chciałem ani potwierdzać, ani rozpraszać błędu, który wychodził mi na korzyść. W dialogowanej przedmowie, którą dałem wydrukować oddzielnie, można zobaczyć, w jaki sposób umiałem zostawić publiczność w zawieszeniu. Rygoryści twierdzą, że powinienem był wręcz oświadczyć prawdę. Co do mnie, nie widzę, co miałoby mnie do tego zmuszać; mniemam, że takie wyznanie, uczynione bez potrzeby, bardziej byłoby głupotą niż szczerością.
Mniej więcej w tym samym czasie ukazał się Wieczny pokój, którego rękopis odstąpiłem w poprzednim roku niejakiemu Bastide, wydawcy dziennika zatytułowanego „Świat”166, w który chciał, po woli czy niewoli, wpakować wszystkie moje rękopisy. Należał on do znajomych Duclosa i przyszedł w jego imieniu nalegać, abym mu pomógł wypełnić „Świat”. Słyszał o Julii i pragnął, abym ją dał do jego pisma: chciał, abym dał Emila: byłby chciał, abym dał Umowę społeczną, gdyby podejrzewał jej istnienie. Wreszcie, zmęczony tą natarczywością, zgodziłem się oddać za dwanaście ludwików wyciąg z Wiecznego pokoju. Z układu wynikało, że pan Bastide ma go zamieścić w swoim dzienniku, ale skoro tylko stał się właścicielem rękopisu, uznał za właściwe wydrukować go oddzielnie, z pewnymi skreśleniami żądanymi przez cenzora. Cóż by się stało, gdybym dołączył mój komentarz do tego dzieła, o którym na szczęście nie wspomniałem i który nie był objęty układem? Komentarz ten znajduje się do dziś dnia w rękopisie, w moich papierach. Gdyby kiedy ujrzał światło dzienne, okazałoby się, jak pocieszne musiały mi się wydać koncepta i zarozumiałe tony Woltera w tym przedmiocie, mnie, co widziałem w tak prawdziwym świetle kompetencję tego nieboraka w sprawach politycznych, w których silił się głos zabierać.
W pełni powodzenia u publiczności i łaski u dam czułem, iż stanowisko moje w pałacu Luxembourg podupada. Nie u marszałka, który podwajał raczej z każdym dniem swą przyjaźń i dobroć, ale u marszałkowej. Od czasu, gdy nie miałem już co czytać, apartamenty jej stały mi się mniej dostępne. W czasie pobytu księżnej w Montmorency, mimo iż przedkładałem jej służby dość regularnie, widywałem ją już tylko przy stole. Również miejsce moje koło księżnej poszło w zaniedbanie. Ponieważ nie ofiarowywała mi go i w ogóle odzywała się do mnie mało, a ja również niewiele miałem jej do powiedzenia, chętniej siadałem na innym miejscu, gdzie czułem się swobodniej, zwłaszcza wieczorem; bezwiednie przywykłem pomału sadowić się bliżej pana marszałka.
Gdy mowa o wieczorze, przypominam sobie, iż rzekłem, że nie wieczerzałem w zamku. Tak było, w istocie, z początkiem znajomości; ale ponieważ pan de Luxembourg nie jadał obiadu i nie siadał nawet do stołu, wynikło stąd, iż po upływie wielu miesięcy i będąc bardzo już zażyły w domu, nie jadłem jeszcze ani razu w jego towarzystwie. Był na tyle łaskaw, iż zauważył to. To stało się przyczyną, iż niekiedy, zwłaszcza gdy było mniej osób, zostawałem w pałacu na wieczerzę. Bardzo mi to przypadło do smaku, ile że obiad jadło się tam naprędce i jak to mówią, prawie że stojący; wieczerza natomiast była bardzo długa, ponieważ zażywano przy niej spoczynku po powrocie z dalekiej przechadzki; bardzo dobra, ponieważ pan de Luxembourg był smakoszem; i bardzo przyjemna, ponieważ księżna marszałkowa robiła honory w sposób czarujący. Bez tego wytłumaczenia trudno byłoby zrozumieć koniec pewnego listu pana de Luxembourg (plik C, nr 36), gdzie powiada, iż przypomina sobie z rozkoszą nasze przechadzki, zwłaszcza, dodaje, kiedy wchodząc z powrotem w dziedziniec, nie spostrzegaliśmy śladów pojazdów. Ponieważ co rano gracowano piasek na podwórzu, aby zatrzeć wyżłobione koleje, oceniałem z łatwością, z ilości śladów, jak liczne towarzystwo przybyło w ciągu popołudnia.
Rok 1761 dopełnił miary ustawicznych strat, których doświadczył ten dobry pan, od czasu gdy miałem zaszczyt go poznać; jak gdyby niedole, które los gotował, miały się zacząć od człowieka, do którego najbardziej byłem przywiązany i który najbardziej na to zasługiwał. W pierwszym roku stracił siostrę, księżnę de Villeroy; w drugim córkę, księżnę de Robeck; w trzecim postradał w księciu de Montmorency jedynego syna, a w hrabi de Luxembourg wnuka, jedyne i ostatnie podpory rodu i mienia. Zniósł wszystkie te straty z pozornym męstwem; ale serce jego nie przestało broczyć przez resztę życia i od tego czasu zdrowie marszałka zaczęło podupadać. Nieprzewidziana i tragiczna śmierć syna musiała mu być tym boleśniejsza, ile że przyszła właśnie w chwili, w której król przyznał mu dla tego syna, a przyrzekł dla wnuka, dziedziczność jego szarży kapitana przybocznej gwardii. Dożył tej boleści, iż musiał patrzeć, jak gaśnie pomału to ostatnie dziecko rokujące najpiękniejsze nadzieje, i to przez ślepe zaufanie matki do lekarza, który dał zginąć biednemu dziecku z wycieńczenia, karmiąc je, za całe pożywienie, lekarstwami. Niestety! Gdyby mi chciano wierzyć, dziadek i wnuk byliby jeszcze obaj przy życiu. Czegóż nie mówiłem, czegóż nie pisałem marszałkowi, ileż przedstawień167 czyniłem pani de Montmorency, przestrzegając przed tym trybem życia, więcej niż surowym, jaki na wiarę lekarza nałożyła synowi! Pani de Luxembourg, która myślała tak jak ja, nie chciała sobie uzurpować powagi matki; pan de Luxembourg, człowiek łagodny i słaby, nie lubił się sprzeciwiać. Pani de Montmorency pokładała w doktorze Bordeu wiarę, którą syn jej przypłacił w końcu życiem. Jakże to biedne dziecko było rade, kiedy mogło uzyskać pozwolenie, aby się wyrwać z panią de Boufflers do Mont-Louis, zaprosić się na podwieczorek do Teresy i wprowadzić jakiś kęs pożywienia do wygłodzonego żołądka! Jak bardzo współczułem w duchu z nędzą wielkości, widząc, jak ten jedyny dziedzic tak wielkiego majątku, tak wielkiego imienia, pożera z chciwością żebraka liche kawalątko chleba! Słowem, daremne mi było mówić i robić, lekarz zwyciężył i dziecko umarło z głodu.
Ta sama ufność w szarlatanów, która przyprawiła o śmierć wnuka, wykopała grób dziadkowi, a co więcej dołączyła się do niej i nieopatrzność płynąca z chęci ukrywania niedomagań wieku. Pan de Luxembourg podlegał okresami bólom w wielkim palcu u nogi; podczas pobytu w Montmorency nawiedził go taki atak, połączony z bezsennością i lekką gorączką. Ośmieliłem się wymówić słowo „pedogra168”; pani de Luxembourg ofuknęła mnie. Pokojowiec, a zarazem przyboczny chirurg pana marszałka twierdził, że to nie pedogra, i zabrał się do opatrywania palca kojącą maścią. Nieszczęściem ból uśmierzył się; kiedy wrócił, nie omieszkano użyć tego samego środka. Ogólny stan zaczął cierpieć od tego leczenia, bóle zdwoiły się, a w tym samym stosunku i lekarstwa. Pani de Luxembourg, która przejrzała wreszcie, iż to jest pedogra, sprzeciwiła się tej niedorzecznej kuracji. Zaczęto się przed nią kryć i po upływie kilku lat pan Luxembourg zginął z własnej winy, przez ten upór, iż chciał się uleczyć. Ale nie uprzedzajmy nieszczęść: ileż ich przed tym jeszcze mam do opowiedzenia!
Osobliwe jest, z jaką fatalnością każde moje słowo, każdy postępek zdawały się pomnażać niezadowolenie marszałkowej, wówczas właśnie kiedy najbardziej zależało mi na tym, aby zachować jej życzliwość. Zgryzoty, których pan de Luxembourg doświadczał raz po razu, tym silniej przywiązywały mnie do niego, a tym samym do księżnej: wydawali mi się bowiem zawsze tak szczerze zespoleni, iż uczucia, jakie się miało dla jednego z dwojga, rozciągały się z konieczności na drugie. Pan marszałek starzał się. Jego gorliwość w służbie dworu, starania, jakich wymagała ta służba, nieustanne polowania i inne obowiązki, wymagałyby sił młodego człowieka; nie widziałem zaś dla niego żadnych pobudek zdolnych podtrzymać zapał do tego trybu życia. Skoro godności jego miały się rozproszyć, a imię wygasnąć, bezprzedmiotowym stało się prowadzić mozolne życie, którego głównym celem było zachować łaskę monarchy dla dzieci. Jednego dnia, kiedy byliśmy tylko we troje i kiedy marszałek uskarżał się na ciężar dworskich obowiązków, mówiąc jak człowiek, którego poniesione straty zniechęciły do wszystkiego, ośmieliłem się wspomnieć o wycofaniu się i udzielić mu rady, którą Cyneasz dał Pyrrusowi. Westchnął i nie odpowiedział stanowczo. Ale za pierwszym razem, kiedy pani de Luxembourg spotkała mnie na osobności, wymówiła mi żywo tę radę, która jak mi się zdało, zaniepokoiła ją. Dodała uwagę, która uderzyła mnie swą słusznością i sprawiła, iż nigdy już nie poruszyłem tej struny: mianowicie, że długie przyzwyczajenie do życia na dworze staje się prawdziwą potrzebą i że nawet, w danych okolicznościach, może ono stanowić dla pana de Luxembourg zbawienną rozrywkę. Spoczynek, który mu radzę (dodała), byłby dlań nie tyle wytchnieniem, ile wygnaniem, w którym bezczynność, nuda, smutek strawiłyby go niebawem do reszty. Mimo iż uznałem bez wahania słuszność argumentów księżnej, mimo że powinna była liczyć na przyrzeczenie, które uczyniłem i którego dotrzymałem, nie wydała mi się nigdy zupełnie uspokojona na tym punkcie. Przypominam sobie, że od tego czasu rozmowy moje sam na sam z panem marszałkiem stały się rzadsze i prawie zawsze przerywane.
Podczas gdy niezręczność moja i nieszczęście podały sobie ręce, aby mi szkodzić w oczach marszałkowej, ludzie, których widywała i których najbardziej lubiła, też mi nie pomagali. Kawaler de Boufflers169 zwłaszcza, młody człowiek o niezrównanej błyskotliwości dowcipu, nie wydawał mi się nigdy dobrze dla mnie usposobiony. Nie tylko on jeden z towarzystwa pani marszałkowej nie okazał mi nigdy żadnych względów, ale zdawało mi się wręcz, że za każdym jego pobytem w Montmorency tracę coś w jej oczach. Prawda, iż gdyby nawet nie miał tego zamiaru, wystarczyła sama jego obecność; tak dalece wdzięk i sposób jego rozmowy uwydatniały dotkliwie ciężkość moich spropositi170. Przez dwa pierwsze lata kawaler niemal nie pokazywał się w Montmorency; wówczas, dzięki pobłażliwości pani marszałkowej, pozycja moja była tam wcale niezła; ale skoro tylko zaczął bywać nieco częściej, byłem zmiażdżony bez ratunku. Byłbym szczerze pragnął schronić się pod jego skrzydło i znaleźć sposób zyskania jego sympatii; ale toż samo niezgrabstwo, które czyniło mi potrzebnymi jego względy, nie pozwoliło mi ich pozyskać. Niezręczne wysiłki w tej mierze zgubiły mnie do reszty w oczach marszałkowej, a nic zgoła mi nie pomogły wobec kawalera. Przy takim bogactwie dowcipu człowiek ten mógłby dojść do wszystkiego; ale niezdolność przyłożenia się do czegokolwiek i skłonność do ciągłych rozrywek pozwoliły mu osiągnąć jedynie półtalenty we wszelkim rodzaju. W zamian za to posiada ich wiele, a to wszystko, czego trzeba w wielkim świecie, to jest tam, gdzie pragnie błyszczeć. Układa bardzo zręcznie wierszyki, pisze bardzo ładne listy, brzdąka nieco na cytrze171 i bawi się po trochu pastelami. Zabrał się do robienia portretu pani de Luxembourg: portret był ohydny. Księżna twierdziła, że zupełnie niepodobny, i tak było w istocie. Zdrajca kawaler spytał mnie o zdanie; a ja jak głupiec i kłamca powiedziałem, że jest podobny. Chciałem pochlebić jemu, ale nie pochlebiłem marszałkowej, która zanotowała to w swoich rejestrach; kawaler zaś, przywiódłszy mnie na hak, wyśmiał się ze mnie. Smutny rezultat tych spóźnionych wysiłków nauczył mnie, aby się nie silić na pochlebstwa i prawienie komplementów wbrew przekonaniu.
Mój talent polegał na mówieniu ludziom prawd użytecznych, ale twardych, z energią i odwagą; trzeba było się tego trzymać. Nie byłem stworzony, nie mówię już, aby schlebiać, ale aby chwalić. Niezręczność pochwał, gdy nimi chciałem kogoś obdarzyć, sprawiła mi więcej złego, niż ostrość krytyki. Mam tu do zacytowania jeden przykład tak straszliwy, iż następstwa jego nie tylko rozstrzygnęły o moim losie na resztę życia, ale rozstrzygną może na wieczne czasy o mej reputacji.
W czasie pobytu księstwa w Montmorency pan de Choiseul172 zajeżdżał niekiedy do zamku na wieczerzę. Przybył jednego dnia właśnie po mym odejściu. Zaczęto mówić o mnie: pan de Luxembourg opowiedział moje weneckie przygody z panem de Montaigu. Pan de Choiseul rzekł, iż szkoda, żem rzucił tę drogę, i że gdybym chciał na nią wrócić, najchętniej by mi to ułatwił. Pan de Luxembourg powtórzył mi te słowa; pochlebiły mi one tym więcej, ile że nie przywykłem być psuty przez ministrów; i nie ręczę, czy mimo postanowień, gdyby zdrowie pozwoliło mi o tym myśleć, nie dałbym się skusić do popełnienia nowego głupstwa. Ambicja władała mną jedynie przez te krótkie przerwy, w których wszelka inna namiętność zostawiała mnie swobodnym; ale jedna z tych pauz wystarczyłaby, aby mnie zagarnąć. Te dobre chęci pana de Choiseul, zyskując mu mą sympatię, pomnożyły szacunek, jaki z niektórych czynności jego ministerium powziąłem był dla jego talentów; w szczególności Pakt Rodzinny173 zwiastował mi w nim męża stanu pierwszego rzędu. Stawiałem pana de Choiseul tym wyżej, im mniej miałem szacunku dla jego poprzedników, nie wyłączając pani de Pompadour, którą uważałem za rodzaj pierwszego ministra; i kiedy obiegały pogłoski, iż rzecz waży się między dwojgiem i że jedno z nich wysadzi drugie, życzyłem szczerze zwycięstwa panu de Choiseul, w mniemaniu, iż równocześnie zasyłam życzenia za chwałę Francji. Zawsze czułem antypatię do pani de Pompadour, nawet wówczas, kiedy, przed jej dworską karierą, jeszcze pod nazwiskiem pani d’Etioles, widywałem ją u pani de la Poplinière. Od tego czasu miałem do niej urazę za milczenie jej w sprawie Diderota i za całe postępowanie w stosunku do mnie, tak z okazji Festynów Ramiry i Tkliwych Muz jak z racji Wiejskiego wróżka, który nie przyniósł mi, w żadnej walucie, korzyści proporcjonalnych do powodzenia. W ogóle we wszelkich okolicznościach pani ta okazała się bardzo mało skłonna do wyświadczenia mi jakiej usługi: co nie przeszkodziło, iż kawaler de Lorenzy starał się mnie skłonić, abym napisał coś na jej pochwałę, dając do zrozumienia, że może to być dla mnie z korzyścią. Propozycja ta oburzyła mnie tym więcej, ile że rozumiałem, że kawaler nie czyni jej z własnego wymysłu: człowiek ten, sam zupełne zero, myślał i działał jedynie z ramienia drugich. Zbyt mało umiem panować nad sobą, aby ukryć swą wzgardę dla takiego handlu; nie kryłem się też przed nikim z brakiem sympatii dla faworyty. Wiedziała o tym, jestem pewny; toteż kiedy zasyłałem w duchu życzenia za panem de Choiseul, własny interes kojarzył się z naturalną skłonnością. Przejęty szacunkiem dla jego talentów, pełen wdzięczności za dobre chęci, nie znając go poza tym z innej strony, nie znając w swoim odludziu zupełnie jego upodobań i sposobu życia, patrzałem nań zawczasu jak na mściciela publicznego i mojego razem. Wykończając wówczas ostatnie szczegóły Umowy społecznej, zaznaczyłem w niej, jednym rysem, co myślałem o poprzednich ministeriach i o tym, które zaczynało je zaćmiewać. Chybiłem w tej okoliczności swojej najstalszej maksymie; a co więcej nie zastanowiłem się, iż kiedy się chce mocno pochwalić i mocno zganić w jednym i tym samym ustępie, nie wymieniając osób, trzeba tak dostosować pochwałę do tych, których dotyczy, aby najbardziej nawet drażliwa miłość własna nie mogła znaleźć miejsca na qui pro quo. Czułem się w tej mierze tak obłędnie spokojny, iż nawet na myśl mi nie przyszło, aby ktoś mógł się omylić. Pokaże się niebawem, czy miałem słuszność.
Jednym z moich przywilejów było to, iż zawsze w gronie mych znajomych były kobiety autorki. Sądziłem, iż bodaj w najwyższym świecie uniknę tej doli. Zgoła nie: poszła i tam za mną. Pani de Luxembourg nie była nigdy, o ile wiem, dotknięta tą manią; za to hrabina de Boufflers. Napisała tragedię prozą, którą najpierw czytano, obnoszono i wychwalano w towarzystwie księcia de Conti; niesyta jeszcze pochwał, zapragnęła i mnie spytać o zdanie, aby i mój głos dołączył się do chóru. Pochwaliłem, ale umiarkowanie, jak utwór zasługiwał. Równocześnie, czułem się w obowiązku ostrzec hrabinę, iż sztuka jej, zatytułowana Szlachetny niewolnik, ma wielkie pokrewieństwo ze sztuką angielską, dość mało znaną, tłumaczoną wszelako, pod tytułem Oroonoko. Pani de Boufflers podziękowała za ostrzeżenie, zapewniając jednak, iż sztuka jej zupełnie nie przypomina tamtej. Nigdy nie wspomniałem o tym plagiacie nikomu w świecie, prócz niej samej, i to aby dopełnić obowiązku, który mi nałożyła; co nie przeszkodziło, iż często później wspominałem sobie los Gil Blasa174, który dopełnił tegoż samego zadania wobec arcybiskupa kaznodziei. Prócz kawalera de Boufflers, który mnie nie lubił; prócz pani de Boufflers, wobec której popełniłem winy, jakich nigdy kobiety ani autorzy nie przebaczają, i inni przyjaciele pani marszałkowej wydawali mi się zawsze niezbyt życzliwie dla mnie usposobieni. Był w ich liczbie prezydent Hénault175, który, zaciągnąwszy się pod sztandar autorów, nie był wolny od ich przywar; była też, między innymi, pani du Deffand176 i panna de Lespinasse177, obie w wielkiej zażyłości z Wolterem i serdeczne przyjaciółki d’Alemberta, z którym ta ostatnia zamieszkała w końcu, rozumie się w najlepszych intencjach, i nie można nawet rozumieć inaczej. Zrazu zainteresowałem się bardzo panią du Deffand, której utrata wzroku przejęła mnie serdecznym współczuciem; ale jej tryb życia, wręcz przeciwny memu, tak iż jej godzina wstawania była niemal godziną mego spoczynku, jej namiętność bez granic dla salonowego dowcipu, waga, jaką przykładała, czy to na złe, czy na dobre, do najlichszych pojawiających się świstków, despotyzm i stronniczość jej wyroków, przesadne zacietrzewienie za albo przeciw w każdej rzeczy, które nie pozwoliło jej o niczym mówić inaczej jak w konwulsjach, jej nieprawdopodobne uprzedzenia, jej niezwyciężony upór, obłędny entuzjazm, do którego doprowadzała ją zaciekłość namiętnych sądów, wszystko to ostudziło niebawem mą sympatię. Odsunąłem się; spostrzegła to rychło: to wystarczyło, aby ją rozjuszyć przeciw mnie. Ale mimo że doskonale czułem, jak niebezpieczną może się stać kobieta tego charakteru, wolałem raczej wystawić się na plagę jej nienawiści niż przyjaźni.
To by jeszcze nie było nic, iż tak mało miałem przyjaciół w towarzystwie marszałkowej, gdybym nie miał wrogów w jej rodzinie. Miałem tylko jednego, ale sądząc z położenia, w jakim znajduję się dzisiaj, wart był stu. Nie był to z pewnością książę de Villeroy, brat marszałkowej; ten bowiem nie tylko zachodził do mnie w odwiedziny, ale niejednokrotnie zapraszał mnie do siebie, do Villeroy. Odpowiedziałem na zaproszenie z całym szacunkiem i dwornością, na jakie umiałem się zdobyć; za czym, biorąc tę nieokreśloną odpowiedź jako zgodę, ułożył z księstwem de Luxembourg wycieczkę na dwa tygodnie, do której miałem należeć. Ponieważ względy zdrowia nie pozwalały mi wówczas ruszać się z miejsca bez niebezpieczeństwa, prosiłem pana de Luxembourg, aby zechciał mnie uwolnić. Można poznać z jego odpowiedzi (plik D, nr 3), że odbyło się to w sposób najprzyjaźniejszy w świecie, przy czym książę de Villeroy okazywał mi nadal tyleż sympatii co wprzódy. Natomiast jego siostrzeniec i spadkobierca, młody margrabia de Villeroy, nie dzielił życzliwości, jaką zaszczycał mnie jego wuj; wyznaję również, iż nie dzielił i szacunku, jaki żywiłem dla tegoż. Jego trzpiotowate wzięcie było mi wręcz nie do zniesienia, wzajem zaś mój chłód obudził jego niechęć. Jednego nawet wieczora przy stole młodzik ten dopuścił się wybryku, z którego wybrnąłem licho, ponieważ jestem niezdara bez cienia przytomności umysłu i ponieważ gniew, miast zaostrzyć mój dowcip, odejmuje mi go jeszcze. Miałem psa, którego darowano mi szczenięciem178 prawie zaraz po mym przybyciu do Pustelni i którego nazwałem Księciem179. Ten pies, nie piękny, ale rzadki w swoim rodzaju, był moim towarzyszem, przyjacielem i z pewnością zasługiwał na ten tytuł lepiej niż wielu z tych, którzy go odziedziczyli. Stał się sławny w zamku de Montmorency przez swą kochającą i tkliwą naturę oraz przywiązanie, jakie czuliśmy wzajem do siebie; ale przez bardzo głupie tchórzostwo zmieniłem jego imię na Turek, jak gdyby nie było mnóstwa psów, które wołają się Margrabia bez obrazy dla żadnego margrabiego. Margrabia de Villeroy, który dowiedział się o tej zmianie, zaczął mnie tak przypierać do muru, że byłem zmuszony opowiedzieć przy stole, co uczyniłem. Jeśli co w tej całej historii było obrażające dla tytułu księcia, to nie to, że dałem psu to imię, ale że je odjąłem. Najgorsze, że było przy stole kilku książąt; pan de Luxembourg miał ten tytuł, syn jego również. Margrabia de Villeroy, przeznaczony do tego tytułu i posiadający go dzisiaj, cieszył się z okrutną radością zakłopotaniem, w jakie mnie wtrącił, i wrażeniem, jakie uczyniło to zakłopotanie. Upewniano mnie, iż nazajutrz ciotka wyłajała go bardzo żywo; można ocenić, czy ta reprymenda, przypuściwszy prawdziwość wersji, mogła mnie uczynić sympatyczniejszym w jego oczach.
Przeciwko tym wszystkim wrogom miałem, tak w pałacu Luxembourg, jak w Temple, jedynego kawalera de Lorenzy, który głosił się moim przyjacielem; ale jeszcze więcej był przyjacielem d’Alemberta, w cieniu którego uchodził u kobiet za wielkiego geometrę. Był on zresztą cicisbeem180 lub raczej zausznikiem hrabiny de Boufflers, również wielkiej przyjaciółki d’Alemberta; kawaler zaś de Lorenzy istniał i myślał jedynie przez nią. Tak więc nie tylko nie znajdywałem w otoczeniu żadnej przeciwwagi dla swego niezgrabstwa, która by mnie mogła wspierać wobec pani de Luxembourg, ale wszystko, co było jej blisko, zdawało się jakby w zmowie, aby mi szkodzić w jej umyśle. Mimo to poza Emilem, którym zechciała się zająć, dała mi w tym samym czasie inny dowód zainteresowania i życzliwości, dowód, który pozwolił mniemać, iż, nawet nudząc się w mym towarzystwie, zachowała dla mnie i zachowa zawsze przyjaźń, którą tylekroć przyrzekała mi na całe życie.
W początkach stosunków, skoro tylko zdawało mi się, że mogę liczyć na to uczucie z jej strony, zacząłem od tego, iż starałem się ulżyć wobec niej memu sercu wyznaniem wszystkich błędów. Czyniąc to, postępowałem w myśl niezłomnej zasady w stosunku do przyjaciół, aby pokazywać się ich oczom takim, jakim jestem, ani lepszym, ani gorszym. Wyznałem jej stosunki swoje z Teresą i to, co z nich wynikło, nie tając, w jaki sposób rozrządziłem dziećmi. Przyjęła moje zwierzenia bardzo łaskawie, zbyt łaskawie nawet, oszczędzając mi nagany, na którą zasłużyłem; a co mnie wzruszyło najżywiej, to widok dobroci, jaką okazywała Teresie, obsypując ją drobnymi podarkami, posyłając po nią, zachęcając do odwiedzin, przyjmując najuprzejmiej w świecie, a bardzo często ściskając ją wobec wszystkich. Biedna dziewczyna rozpływała się w uniesieniach i wdzięczności, które z pewnością dzieliłem w całej pełni; przyjaźń, którą oboje księstwo zaszczycali mnie w jej osobie, wzruszała mnie jeszcze żywiej niż ta, którą świadczyli mi wprost.
Przez dość długi czas rzeczy pozostawały na tym punkcie; ale w końcu pani marszałkowa posunęła dobroć tak daleko, iż zapragnęła odszukać jedno z moich dzieci. Wiedziała, że kazałem wyszyć znak na pieluszkach najstarszego; zażądała ode mnie podobizny tego znaku. Użyła do tego celu La Roche’a, zaufanego pokojowca, który podjął daremne poszukiwania i nie znalazł nic, mimo że po upływie dwunastu ledwie lub czternastu lat, gdyby regestry domu podrzutków znajdowały się w porządku lub gdyby należycie przeprowadzono dochodzenie, znak ten powinien by się tam znajdować. Jak bądź się rzeczy miały, mniej uczułem się zmartwiony tym niepowodzeniem, niż byłoby to zapewne miało miejsce, gdybym nie stracił z oczu tego dziecka od urodzenia. Przypuśćmy, że przy pomocy tego śladu przedstawiono by mi jakieś dziecko jako moje; otóż, wątpliwość, czy to jest w istocie to samo, czy nie podstawiono za nie innego, byłaby mi ścisnęła serce niepewnością i nie byłbym kosztował prawdziwych uczuć ojcostwa w całym uroku: aby się umocnić, potrzebują one, przynajmniej w czasie dzieciństwa, ugruntować się na przyzwyczajeniu. Długie rozłączenie z dzieckiem, którego się jeszcze nie zna, osłabia, unicestwia wreszcie ojcowskie i macierzyńskie uczucia; tego, które oddało się na mamki, nigdy się nie będzie kochać tak, jak tego, które wychowało się samemu. Refleksja ta złagodzi może moje winy w dalszym postępowaniu, ale czyni je tym cięższymi w samym źródle.
Nie jest może bezużytecznym zauważyć, iż za pośrednictwem Teresy tenże La Roche zapoznał się z panią Le Vasseur, którą Grimm wciąż trzymał w Deuil, u bram Chevrette i tuż obok Montmorency. Kiedy opuściłem te strony, przesyłałem, na ręce Roche’a, tej kobiecie pieniądze, których nie przestałem jej wypłacać; sądzę, że również nosił jej często podarki od pani marszałkowej; tak iż z pewnością nie była ona godną politowania, mimo że żaliła się ciągle. Co się tyczy Grimma, ponieważ nie lubię mówić o ludziach, których mi trzeba nienawidzić, jeśli wspominałem o nim pani de Luxembourg, to jedynie zmuszony; ona natomiast kilkakrotnie sprowadzała mnie na jego temat, nie mówiąc, co o nim myśli, i nie dając mi nigdy nawet przeniknąć, czy zna tego człowieka. Ponieważ oględność z ludźmi, których się kocha i którzy nie przestrzegają jej z nami, nie leży w mej naturze, zwłaszcza w tym, co się tyczy ich samych, zastanawiałem się niekiedy później nad tym postępowaniem, ale dopiero wówczas, kiedy inne wydarzenia uczyniły tę refleksję aż nazbyt naturalną.
Od czasu jak oddałem pani de Luxembourg Emila, długo nie miałem o nim żadnej wiadomości. Dowiedziałem się wreszcie, iż zawarto w tej mierze umowę w Paryżu z księgarzem Duchesne, a przez tego z księgarzem Néaulme z Amsterdamu. Pani de Luxembourg posłała mi dwa egzemplarze umowy z Duchesnem, abym je podpisał. Zauważyłem, iż pismo było tej samej ręki co listy pana de Malesherbes, kiedy nie pisał do mnie własnoręcznie. Ta pewność, iż umowa sporządzona była ze świadomością tego dygnitarza i pod jego oczyma, kazała mi ją podpisać z ufnością. Duchesne dawał za rękopis sześć tysięcy franków, połowę w gotówce, i, o ile mi się zdaje, sto czy dwieście egzemplarzy. Podpisawszy dwie kopie umowy, odesłałem obie pani de Luxembourg, jak sobie życzyła; dała jedną Duchesne’owi, drugą zatrzymała sama, zamiast mi ją odesłać, i nigdy jej nie ujrzałem.
Znajomość z księstwem de Luxembourg uczyniła niejaką dywersję w zamiarach moich usunięcia się od świata; mimo to nie wyrzekłem się bynajmniej tych zamiarów. Nawet w czasie największych łask u marszałkowej czułem zawsze, że jedynie szczere przywiązanie do pana marszałka i do niej mogło mi uczynić znośnym pobyt w ich otoczeniu. Cały kłopot był w tym, aby pogodzić to przywiązanie z rodzajem życia bardziej odpowiadającym mym upodobaniom i mniej przeciwnym zdrowiu. Cały ten przymus i te wieczorne biesiady bardzo nieszczególnie wpływały na mój stan, mimo starań, jakich dokładano, aby mnie oszczędzać. Na tym punkcie, jak zresztą na wszystkich innych, posuwano względy tak daleko, jak tylko możebne; tak na przykład co wieczór po kolacji pan marszałek, który kładł się wcześnie, zawsze zabierał mnie, po woli czy po niewoli, abym udał się na spoczynek. Dopiero na jakiś czas przed mą katastrofą zaniechał, nie wiem dlaczego, tej uprzejmości.
Zanim jeszcze spostrzegłem oziębienie pani marszałkowej, pragnąłem, aby nie narażać się na nie, wykonać swój dawny zamiar; ale ponieważ brakło mi środków, zmuszony byłem czekać na zawarcie umowy o Emila. W oczekiwaniu wykończyłem ostatecznie Umowę społeczną i posłałem Reyowi, oznaczając cenę rękopisu na tysiąc franków, które mi też dał. Nie powinienem może pomijać drobnego faktu dotyczącego tego rękopisu. Oddałem go, dobrze zapieczętowany, Duvoisinowi, posłowi z Vaud, który odwiedzał mnie niekiedy; podjął się przesłać go Reyowi, będąc z nim w zażyłości. Rękopis ten, pisany drobnym pismem, był bardzo mały, tak że nie wypełniał nawet kieszeni. Mimo to na rogatce pakiet ten wpadł, nie wiem, w jaki sposób, w ręce strażników, którzy otworzyli go w imieniu ambasadora. Wydarzenie to dało jemu samemu możność przeczytania utworu, jak mi to naiwnie wyznał wraz z mnóstwem pochwał dla dzieła i bez słowa krytyki lub cenzury. Widocznie zachowywał sobie rolę mściciela chrześcijaństwa na porę, kiedy książka wyjdzie z druku. Zapieczętował z powrotem rękopis i posłał Reyowi. Taki był przebieg faktów, jak mi je opowiedział, zdając sprawę z tej przygody.
Poza tymi dwiema książkami i Dykcjonarzem muzycznym, nad którym wciąż pracowałem od czasu do czasu, miałem kilka innych pism mniejszej wagi; wszystkie były gotowe do druku i zamierzałem wydać je jeszcze, bądź oddzielnie, bądź w ogólnym zbiorze dzieł, gdybym go podjął kiedy. Głównym z tych pism, których większość znajduje się jeszcze w rękopisie w rękach du Peyrou, był Zarys nad początkiem języków. Dałem go do czytania panu de Malesherbes i kawalerowi de Lorenzy, który mi go pochwalił. Liczyłem, iż wszystkie te utwory razem wziąwszy przyniosą po potrąceniu kosztów kapitał co najmniej ośmiu do dziesięciu franków, które chciałem umieścić w rencie dożywotniej na imię swoje i Teresy; po czym, jak rzekłem, osiadłbym gdzieś na prowincji, nie zajmując już publiczności sobą, ani nie zajmując się samemu czym innym, jak tylko spokojnym dokończeniem życia, czyniąc nadal dokoła siebie tyle dobrego, ile zdołam, i pisząc swobodnie zamierzone pamiętniki.
Taki był mój projekt; wspaniałomyślność Reya, której nie godzi się przemilczeć, ułatwiła jeszcze jego wykonanie. Księgarz ten, o którym mówiono mi tyle złego w Paryżu, jest wszelako ze wszystkich, z którymi miałem do czynienia, jedynym, z którym zawsze wychodziłem dobrze181. Zachodziły, co prawda, często między nami sprzeczki co do szczegółów wykonania; on był roztrzepany, ja porywczy. Ale w kwestiach interesów z nimi związanych i sposobów postępowania, mimo iż nigdy nie zawieraliśmy formalnych traktatów, zawsze okazał się skończenie dokładny i uczciwy. Jest to nawet jedyny księgarz, który mi przyznał szczerze, że dobrze wychodzi na moich utworach; często powiadał, iż mnie zawdzięcza swój majątek, ofiarując gotowość podzielenia go ze mną. Nie mogąc okazać wprost swej wdzięczności, chciał ją objawić bodaj w osobie mej „gospodyni”, której ufundował dożywotnią pensję trzystu franków, wyrażając w akcie, iż czyni to w uznaniu zysków, które mi zawdzięcza. Zrobił to zupełnie poufnie, bez pokazu, pretensji i rozgłosu; i gdybym sam nie był o tym pierwszy rozpowiadał całemu światu, nikt nie wiedziałby o niczym. Byłem tak wzruszony tym postąpieniem, iż od tego czasu powziąłem do Reya prawdziwą przyjaźń. W jakiś czas później zapragnął, abym był ojcem chrzestnym jego dziecka; przystałem; a jednym z moich żalów, w położeniu, do jakiego mnie doprowadzono, jest to, iż odjęto mi wszelki sposób okazania się w czymkolwiek użytecznym chrzestnej córce i jej rodzicom. Dlaczego jestem tak tkliwy na skromną wspaniałomyślność tego księgarza, a mało mnie wzrusza zgiełkliwa gorliwość tylu bogaczy pompatycznie napełniających wszechświat dobrodziejstwami, które rzekomo chcieli mi wyświadczyć, a których nigdy nie poczułem? Czy to ich wina, czy moja? Czy oni są tylko próżni, czy ja niewdzięczny? Roztropny czytelniku, zważ, rozstrzygnij; co do mnie, zachowuję milczenie.
Pensja ta była wielką pomocą dla utrzymania Teresy i wielką ulgą dla mnie. Zresztą, bardzo daleki byłem od ciągnięcia bezpośredniej korzyści z tego daru, podobnie jak z innych podarków, które czyniono Teresie. Zawsze rozrządzała wszystkim sama. Kiedy przechowywałem jej pieniądze, zdawałem z nich ścisły rachunek, nie przelewając nigdy ani szeląga do wspólnych wydatków, nawet kiedy Teresa była bogatsza ode mnie. „To, co moje, jest nasze — mawiałem — a to, co twoje, jest twoje”. Nigdy nie przestałem postępować z nią wedle tej zasady. Ci, którzy byli na tyle podli, aby mnie oskarżać, iż przyjmuję przez jej ręce to, co odtrącam własnymi, sądzili zapewne moje serce wedle swego i znali mnie bardzo licho. Chętnie pożywałbym z nią chleb, który by zapracowała, nigdy tego, który by otrzymała od kogoś. Odwołuję się na tym punkcie do jej świadectwa, i dziś, i wówczas, kiedy zgodnie z porządkiem natury przeżyje mnie. Na nieszczęście Teresa mało jest zdolna do oszczędności pod wszelakim względem, mało rządna i mocno rozrzutna, nie przez próżność ani przez łakomstwo, ale jedynie przez niedbałość. Nikt na świecie nie jest doskonały; skoro trzeba, aby czymś okupiła swe nieoszacowane przymioty, wolę raczej, iż ma błędy niż przywary, mimo że te błędy czynią może więcej złego nam obojgu. Nie da się opisać starań, za pomocą których siliłem się, jak niegdyś mamusi, zgromadzić jej jakiś zapasik, który by mógł stać się kiedyś jej oparciem; zawsze okazało się to straconym trudem. Nigdy ani jedna, ani druga nie nauczyły się rachować; mimo moich wysiłków wszystko odpływało zawsze w miarę jak przypłynęło. Mimo że Teresa odziewa się nad wyraz skromnie, nigdy pensja Reya nie starczyłaby jej na fatałaszki: nie było roku, bym nie musiał dołożyć ze swego. Ani ona, ani ja nie jesteśmy stworzeni, aby dojść kiedy do bogactwa i nie liczę tego z pewnością między nieszczęścia.
Umowa społeczna drukowała się dość szybko. Nie tak z Emilem, którego wydania czekałem, aby wykonać zamiar ostatecznego usunięcia się od świata. Duchesne przysyłał mi od czasu do czasu wzory druków do wyboru; kiedy wybrałem, zamiast zaczynać, przysyłał znowuż inne. Kiedy wreszcie ułożyliśmy wszystko co do formatu, czcionek i kiedy wydrukowano już kilka arkuszy, naraz z przyczyny lekkiej zmiany, jaką uczyniłem w korekcie, zaczęto wszystko od nowa i po upływie pół roku sprawa druku przedstawiała się gorzej niż pierwszego dnia. W czasie tych prób spostrzegłem, iż dzieło drukuje się nie tylko w Holandii, ale i we Francji, i że gotują się równocześnie dwa wydania. Co mogłem uczynić? Nie byłem już panem rękopisu. Bynajmniej nie rad z pomysłu wydania dzieła we Francji, zawsze mu się sprzeciwiałem; ale ostatecznie, skoro, z moją wolą czy bez, wydanie to było w toku i skoro służyło za wzór tamtemu, trzebaż było rzucić na nie okiem i przejrzeć korekty, aby nie dać okaleczyć i zniekształcić książki. Zresztą, dzieło drukowało się tak dalece z wiedzą powołanego urzędnika, iż on to poniekąd kierował przedsięwzięciem, pisywał do mnie bardzo często, a nawet odwiedził mnie raz w tej sprawie, w okolicznościach, które zaraz przytoczę.
Podczas gdy Duchesne posuwał się żółwim krokiem, Néaulme, hamowany przezeń, postępował jeszcze wolniej. Nie posyłano mu regularnie arkuszy, w miarę jak dzieło się drukowało. Odniósł wrażenie, iż postępowanie Duchesne’a, to znaczy Guy’ego, który działał w jego imieniu, nie jest zupełnie poprawne i rzetelne; widząc, że księgarz nie dotrzymuje umowy, pisał do mnie listy pełne utyskiwań i zarzutów. Nie mogłem nic na to poradzić, a jeszcze mniej na te zarzuty, które sam miałem do przytoczenia. Przyjaciel jego Guérin, który widywał mnie wówczas bardzo często, wspominał mi nieustannie o tej książce, ale zawsze z największą oględnością. Wiedział i nie wiedział, że drukuje się we Francji; wiedział i nie wiedział, że powołany urzędnik zajmuje się tym; ubolewając nade mną w przewidywaniu kłopotów, które mi ściągnie ta książka, obwiniał mnie jak gdyby o nieostrożność, nie chcąc nigdy powiedzieć, na czym ona polega. Kluczył i kołował bez końca; zdawałoby się, że mówi jedynie, aby mnie ciągnąć za język. Czułem się wówczas tak zupełnie bezpieczny, iż śmiałem się z oględnego i tajemniczego tonu, jakim mówił o tej sprawie, niby z narowu nabytego u ministrów i biuralistów, których kancelarie odwiedzał dość pilnie. Pewien, iż jestem co do tego dzieła pod każdym względem w porządku, silnie przeświadczony, iż posiada ono przyzwolenie i poparcie nie tylko cenzury, ale i ministerium, dumny się czułem z mej odwagi w uczciwej sprawie i śmiałem się z nazbyt trwożliwych przyjaciół, którzy zdawali się o mnie niepokoić. Duclos był z ich liczby i przyznaję, że wiara moja w jego prawość i rozum mogła mnie była zaniepokoić za jego przykładem, gdybym nie tyle wierzył w użyteczność swego dzieła i zacność jego opiekunów. Duclos zaszedł do mnie raz wprost od pana Baille, w czasie gdy Emil był pod prasą; wszczął ze mną rozmowę o tej książce. Przeczytałem mu Wyznanie wiary wikarego sabaudzkiego; wysłuchał bardzo spokojnie, i, zdaje mi się, z wielką przyjemnością. Kiedy skończyłem, rzekł: „Jak to, obywatelu, to ustęp z książki, która drukuje się w Paryżu?” — „Tak — odparłem — a powinna się drukować w Luwrze, na zlecenie króla”. — „Zgadzam się — rzekł — ale zrób mi tę przyjemność i nie powiadaj nikomu, żeś mi czytał ten ustęp”. Ten uderzający sposób wyrażania się zdumiał mnie, ale nie przeraził. Wiedziałem, że Duclos żyje blisko z panem de Malesherbes. Trudno mi było pojąć, w jaki sposób może w tym samym przedmiocie mieć tak odmienne zapatrywania.
Przez cztery lata, które spędziłem w Montmorency, ani jeden dzień nie minął mi w dobrym zdrowiu. Mimo że klimat jest tam wyborny, woda jest nieszczególna i to może być łatwo jednym z powodów, które przyczyniły się do pogorszenia zwykłych dolegliwości. Pod koniec jesieni 1761 zaniemogłem zupełnie i spędziłem całą zimę w nieustających prawie cierpieniach. Cierpienia fizyczne, pomnażane tysiącznymi niepokojami, czyniły mnie zarazem na nie tym wrażliwszym. Od jakiegoś czasu prześladowały mnie tajemne i smutne przeczucia, których przedmiotu nie umiałbym określić. Otrzymywałem dość szczególne listy anonimowe, a nawet podpisane, zgoła nie mniej osobliwe. Otrzymałem list od pewnego rajcy parlamentu w Paryżu, który, niezadowolony z obecnego układu rzeczy i nie wróżąc dobrze o przyszłości, radził się mnie co do wyboru schronienia, w Genewie lub Szwajcarii, dokąd się chciał udać z całą rodziną. Otrzymałem list od pana de ***, prezydenta parlamentu w ***: poddawał mi, abym ułożył dla tegoż parlamentu, który był wówczas źle ze dworem, memoriały i przedstawienia, ofiarując się dostarczyć mi wszelkich dokumentów i materiałów, jakich będę potrzebował w tym celu. Kiedy jestem cierpiący, łatwo podlegam irytacji. Listy te podrażniły mnie; ukazałem to w odpowiedziach odmawiając wręcz żądaniom. Nie odmowę sobie dziś wyrzucam, to pewna (skoro listy mogły być łatwo pułapką moich nieprzyjaciół, to zaś, czego ode mnie żądano, było sprzeczne z zasadami, od których mniej niż kiedykolwiek skłonny byłem odstąpić); ale, mogąc odmówić uprzejmie, odmawiałem szorstko; i oto w czym zbłądziłem.
Pomiędzy mymi papierami znajdą się dwa z owych listów. List rajcy nie zdziwił mnie nadto, ponieważ sądziłem jak on, i jak wielu, iż chylący się do upadku ustrój grozi Francji bliskim wstrząśnieniem. Klęski nieszczęśliwej wojny182, wszystkie z winy rządu, niewiarygodny bezład finansów, ustawiczne szarpaniny administracji, podzielonej dotąd między dwóch lub trzech ministrów, w otwartej z sobą wojnie, gotowych, aby sobie szkodzić wzajem, zaprzepaścić państwo; powszechne niezadowolenie ludu i wszystkich stanów; zacietrzewienie upartej kobiety, która, stale rządząc się raczej kaprysem niż rozumem (o ile prawdą jest, że go miała), usuwała prawie zawsze z urzędów ludzi najzdolniejszych, aby je powierzać tym, którzy jej byli najbardziej na rękę — wszystko to kojarzyło się, aby usprawiedliwić przewidywania rajcy, ogółu i moje. Przewidywania te przyprawiły mnie nawet nieraz o wahanie, czy by mnie samemu nie trzeba szukać schronienia poza granicami królestwa; ale, uspokojony swą małością i cichym usposobieniem, mniemałem, iż w samotności, w której chcę spędzić życie, żadna burza nie może mnie dosięgnąć. Martwiło mnie jedynie to, iż w tym stanie rzeczy pan de Luxembourg dał się użyć do zadań, które musiały nadwerężyć jego popularność. Byłbym dlań pragnął, aby na wszelki wypadek zabezpieczył sobie schronienie, gdyby przypadkiem wielka machina miała się zawalić, jak to zdawało się grozić w obecnym stanie rzeczy. Dziś jeszcze wydaje mi się niewątpliwe, iż gdyby ster rządu nie dostał się wreszcie w jedną rękę183, monarchia francuska goniłaby teraz ostatnim tchem.
Podczas gdy mój stan pogarszał się ciągle, druk Emila opóźniał się, w końcu ustał zupełnie. Nie mogłem dowiedzieć się przyczyny: Guy nie raczył pisać ani odpowiadać, nie mogłem uzyskać nowin od nikogo ani odgadnąć, co się stało, ile że pan de Malesherbes bawił na wsi. Nigdy nieszczęście, chociażby największe, nie przeraża mnie i nie łamie, bylebym wiedział, na czym polega; ale naturalną mą skłonnością jest, iż obawiam się ciemności; lękam się i nienawidzę ich czarnej czeluści. Tajemnica niepokoi mnie zawsze; jest nazbyt przeciwna mej naturze, otwartej aż do nieopatrzności. Widok najwstrętniejszego potwora niezbyt by mnie przeraził, jak sądzę; ale gdybym ujrzał w nocy postać odzianą w białe płótno, uląkłbym się. Oto więc wyobraźnia, rozpalona tym długim milczeniem, zaczęła mi kreślić widziadła. Im więcej leżało mi na sercu ogłoszenie mego ostatniego i najlepszego dzieła, tym bardziej dręczyłem się dociekaniem, co mogło mu przeszkodzić. Ciągle biorąc wszystko najbardziej krańcowo, w zatrzymaniu druku dopatrywałem się już zawieszenia książki. Mimo to, nie mogąc sobie wyobrazić ani przyczyny, ani sposobu, trwałem w najokrutniejszej w świecie niepewności. Pisałem list po liście do Guy’ego, do pana de Malesherbes, do pani de Luxembourg; gdy zaś odpowiedzi nie przychodziły lub też nie przychodziły wtedy, gdy ich czekałem, traciłem zupełnie zmysły, szalałem. Na szczęście dowiedziałem się w tym samym czasie, że ojciec Griffet, jezuita, mówi o Emilu, a nawet przytacza zeń ustępy. Natychmiast wyobraźnia moja pomyka jak błyskawica i odkrywa mi całą tajemnicę niegodziwości; widzę jej bieg równie jasno, równie pewnie, co gdyby mi ją ktoś wręcz odsłonił. Wyobraziłem sobie, że jezuici, wściekli o wzgardliwy ton, jakim mówię o kolegiach, zakrzątnęli się koło mego dzieła: to oni wstrzymali wydanie; powiadomieni przez Guérina, swego przyjaciela, o mym obecnym stanie, i przewidując mą bliską śmierć, o której sam nie wątpiłem, chcą opóźnić druk aż do tego czasu w zamiarze sfałszowania, skażenia mego dzieła i użyczenia mi, dla osiągnięcia swoich celów, poglądów, które mi są obce. Zdumiewające jest, jakie mnóstwo faktów i okoliczności osnuło się w mym umyśle około tej niedorzeczności, aby jej nadać pozór prawdopodobieństwa; co mówię! aby mi wykazać jego oczywistość i niezbitość. Guérin był zupełnie oddany jezuitom, to wiedziałem. Przypisywałem im wszystkie przyjazne kroki, z którymi się do mnie zwracał; wmówiłem sobie, iż to z ich pobudki nakłonił mnie do traktowania z Néaulme’em; że przez tego Néaulme’a dostali pierwsze arkusze mego dzieła; że znaleźli potem sposób wstrzymania druku u Duchesne’a, może i zagarnięcia rękopisu dla przerobienia go wedle ochoty, aż wreszcie śmierć moja zostawi im swobodę ogłoszenia książki przekształconej na ich sposób. Czułem zawsze, mimo obleśnej słodyczy ojca Berthier, że jezuici nie lubią mnie, nie tylko jako encyklopedysty, ale ponieważ wszystkie moje zasady są jeszcze bardziej przeciwne ich zasadom i wpływowi niż niedowiarstwo moich kolegów. Fanatyzm ateistów i fanatyzm dewotów, stykając się przez wspólną nietolerancję, mogą się nawet zjednoczyć, jak to uczyniły w Chinach i jak uczyniły przeciw mnie; podczas gdy rozumna i moralna religia, znosząc wszelką władzę ludzką nad sumieniami, nie zostawia żadnego środka posiadaczom tej władzy. Wiedziałem, iż kanclerz184 jest również wielkim przyjacielem jezuitów: obawiałem się, aby syn, zastraszony przez ojca, nie był zmuszony wreszcie wydać im na pastwę dzieła, które zrazu popierał. Zdawało mi się nawet, iż widzę już skutki jego dezercji, w szykanach, jakie zaczynano mi robić co do dwóch pierwszych tomów, gdzie dla błahostek domagano się skreśleń; podczas gdy dwa następne tomy były, jak wszyscy wiedzieli, pełne rzeczy tak śmiałych, iż trzeba by je przerobić całkowicie, gdyby je ocenzurowano w tym duchu co pierwsze. Wiedziałem, co więcej, i pan de Malesherbes sam mi powiedział, iż ksiądz Grave, któremu poruczył nadzór nad tym wydaniem, jest również stronnikiem jezuitów. Widziałem wszędzie tylko jezuitów, nie myśląc o tym, iż w wilię skasowania zakonu185, zajęci własną obroną, mieli co innego do roboty niż kopać dołki pod drukiem książki, w której, ostatecznie, nie chodziło o nich. Błędnie wyrażam się „nie myśląc”, myślałem bowiem o tym; jest to nawet zarzut, którego pan de Malesherbes nie omieszkał mi uczynić, skoro tylko dowiedział się o mych urojeniach; ale jak człowiek, który z głębi swego odludzia chce sądzić o wielkich sprawach, nie mając o nich pojęcia, nie chciałem nigdy uwierzyć, aby jezuici byli w niebezpieczeństwie, i uważałem krążące pogłoski jako mistyfikację z ich strony, mającą na celu uśpienie przeciwników. Ich dawniejsze tryumfy, którym dzieje nigdy nie zadały kłamu, dały mi tak straszliwe pojęcie o ich potędze, że już z góry ubolewałem nad spodleniem parlamentu. Wiedziałem, że pan de Choiseul jest wychowankiem jezuitów, że pani de Pompadour jest z nimi w niezłych stosunkach i że sojusz ich z faworytami i ministrami przeciw wspólnym wrogom okazał się zawsze korzystny dla obu stron. Dwór zdawał się nie mieszać do niczego; otóż, przekonany, że jeżeli społeczeństwo dozna kiedyś wstrząśnienia, to nie ze strony słabego parlamentu, patrzałem na tę bezczynność dworu jako na podstawę ich otuchy i wróżbę ich tryumfu. Słowem, widząc we wszystkich tych doraźnych hałasach jedynie fintę186 i pułapkę i mniemając, że oni, sami bezpieczni, mają czas uporać się ze wszystkim, nie wątpiłem, iż niebawem zgniotą i jansenizm, i parlament, i encyklopedystów, i wszystko, co nie przyjmie ich jarzma; że wreszcie, jeżeli pozwolą się ukazać mej książce, to jedynie przekształciwszy ją na tyle, aby uczynić z niej broń dla siebie i nadużyć mego imienia celem zwabienia na lep moich czytelników.
Czułem się bliski śmierci; trudno mi zrozumieć, w jaki sposób to szaleństwo nie dobiło mnie, tak straszliwą była mi myśl, że pamięć moja przetrwa zbezczeszczona, i to w mej najgodniejszej i najlepszej książce. Nigdy tyle nie lękałem się śmierci; sądzę, że gdybym umarł w tych okolicznościach, umarłbym z rozpaczą w sercu. Dziś nawet, gdy widzę, jak najstraszliwszy spisek, jaki kiedykolwiek uknuto przeciw pamięci człowieka, zmierza bez przeszkód do urzeczywistnienia, umrę o wiele spokojniejszy, pewien, iż zostawię w swych pismach świadectwo o sobie, które wcześniej czy później odniesie tryumf nad knowaniami świata.
(1762). Pan de Malesherbes, świadek i powiernik mych wzruszeń, zadał sobie dla uspokojenia mnie trudy, które świadczą o niewyczerpanej dobroci jego serca. Pani de Luxembourg przyłożyła rękę do tego dobrego dzieła i była kilka razy u Duchesne’a, aby się dowiedzieć o stanie wydawnictwa. Wreszcie druk, podjęty na nowo, zaczął iść raźniej. Czemu go wprzód przerwano, tego nigdy nie mogłem się dowiedzieć. Pan de Malesherbes sam potrudził się do Montmorency, aby mnie uspokoić. Osiągnął to; bezwzględne zaufanie do jego prawości przeważyło urojenia mej biednej głowy. Widząc własnymi oczyma mój niepokój i szaleństwa, naturalne jest, iż znalazł mnie godnym współczucia; jakoż użalił się nade mną. Nieustannie powtarzane gadki filozoficznej kliki, którą się otaczał, przyszły mu na pamięć. Kiedy osiedlałem się w Pustelni, ogłosili, jak już wspomniałem, że nie wytrzymam tam długo. Kiedy ujrzeli, iż trwam w zamiarze, rzekli, że to przez upór, przez pychę, przez wstyd zadania sobie kłamu, ale że nudzę się tam śmiertelnie i czuję się bardzo nieszczęśliwy. Pan de Malesherbes uwierzył w to i napisał do mnie; tkliwy na tę omyłkę ze strony człowieka, którego poważam, napisałem doń cztery listy z rzędu, w których wyłuszczając prawdziwe pobudki, opisałem mu wiernie swoje upodobania, skłonności, charakter i wszystko, co się dzieje w mym sercu. Te cztery listy, skreślone bez brulionu, pospiesznie, nie odrywając pióra i nawet bez odczytania, są może jedyną rzeczą, jaką w swoim życiu napisałem z łatwością; fakt nader zadziwiający w danej chwili, w pełni cierpień i niezmiernego upadku sił, w jakim się znajdowałem. Czując jak życie mnie opuszcza, jęczałem na myśl, iż zostawiam w umyśle godnych ludzi tak niesprawiedliwe mniemanie; szkicem tym, nakreślonym w pośpiechu w czterech listach, starałem się zastąpić do pewnego stopnia pamiętniki, które planowałem. Listy te, które spodobały się panu de Malesherbes i które pokazywał w Paryżu, są poniekąd streszczeniem tego, co przedstawiam tutaj bardziej szczegółowo; zasługują też z tego tytułu, aby je zachowano. Znajdzie się w moich papierach kopia, którą pan de Malesherbes kazał sporządzić na mą prośbę i którą przesłał mi w kilka lat później.
Jedyną rzeczą, jaka trapiła mnie obecnie w przekonaniu mym o bliskiej śmierci, było to, iż nie posiadam w świecie literackim zaufanego człowieka, w którego ręce mógłbym złożyć swoje papiery, aby je spożytkował po mym zgonie. Od czasu podróży do Genewy zbliżyłem się serdecznie z młodym Moultou; miałem przyjaźń dla tego młodzieńca i byłbym pragnął, aby mi zamknął oczy. Wyraziłem mu to życzenie i sądzę, że byłby z przyjemnością dokonał tego aktu miłosierdzia, gdyby własne i rodzinne sprawy pozwoliły mu na to. Pozbawiony tej pociechy, chciałem mu bodaj objawić swoje zaufanie, posyłając przed wydrukowaniem Wyznanie wiary wikarego. Był z tego bardzo rad; ale w odpowiedzi swojej zdawał się nie podzielać uczucia bezpieczeństwa, z jakim oczekiwałem pojawienia się dzieła. Zapragnął mieć ode mnie coś, czego by nie miał nikt inny. Posłałem mu mowę pogrzebową na śmierć nieboszczyka księcia Orleanu, którą pisałem dla księdza Darty, a której nie wygłoszono, ponieważ wbrew spodziewaniu księdza komu innemu poruczono to zadanie.
Podjęty na nowo druk posuwał się dalej, a nawet dobiegł końca dość spokojnie. Osobliwym wydało mi się to, iż, po surowo wymaganych skreśleniach w dwóch pierwszych tomach, dwa następne przepuszczono bez zmian i zarzutów. Doznawałem wszelako pewnego niepokoju, którego nie godzi mi się przemilczeć. Nastraszywszy się wprzódy jezuitów, uląkłem się teraz jansenistów i „filozofów”. Będąc wrogiem wszystkiego, co się nazywa stronnictwem, partią, kliką, nie oczekiwałem nigdy niczego dobrego od ludzi, którzy do nich należą. „Kumoszki”187 od niejakiego czasu opuściły dawne mieszkanie i usadowiły się tuż obok mnie; z pokoju ich słychać było wszystko, co się mówiło u mnie i na tarasie, z ogrodu zaś można było bardzo łatwo wdrapać się na murek dzielący go od mej baszty. Zrobiłem sobie z tej baszty gabinet do pracy; był tam stół cały pokryty korektami i arkuszami Emila i Umowy społecznej; składając te arkusze, w miarę jak je nadsyłano, miałem tam wszystkie tomy na długi czas, nim je ogłoszono. Roztargnienie moje, niedbałość, zaufanie w panu Mathas, którego ogród otaczał me obejście, sprawiały, iż często, zapomniawszy zamknąć wieczór baszty, zastawałem ją rano zupełnie otwartą. Nie byłoby mnie to zgoła niepokoiło, gdybym nie zauważył nieładu w papierach. Uczyniwszy kilka razy to spostrzeżenie, stałem się uważniejszy w zamykaniu. Zamek był lichy, klucz zamykał tylko na jeden spust. Wytężywszy baczność188 w tym kierunku, zauważyłem jeszcze większy nieład, niż kiedy zostawiałem basztę zupełnie otwartą. Wreszcie jeden tom znikł na jeden dzień i dwie noce, tak iż nie sposób było dojść, co się z nim stało; trzeciego dnia znów go znalazłem na stole. Nie podejrzewałem nigdy ani pana Mathas, ani jego siostrzeńca pana Dumoulin, wiedząc, iż obaj są mi życzliwi, i pokładając w nich pełne zaufanie. Mniejsze natomiast zacząłem mieć dla „kumoszek”. Wiedziałem, że mimo iż janseniści, znajdują się w stosunkach z d’Alembertem i mieszkają w tym samym domu. To mnie przejęło pewnym niepokojem i uczyniło baczniejszym. Przeniosłem papiery do pokoju i poniechałem zupełnie stosunków z tymi ludźmi, wiedząc zresztą, iż popisują się w wielu domach pierwszym tomem Emila, którego im nieopatrznie pożyczyłem. Mimo iż nadal mieszkali w sąsiedztwie aż do mego wyjazdu, nie miałem już odtąd z nimi żadnej styczności.
Umowa społeczna ukazała się na miesiąc lub dwa przed Emilem. Rey, od którego zawsze wymagałem gwarancji, że żadnej z mych książek nie wprowadzi ukradkiem do Francji, zwrócił się do władz, aby uzyskać pozwolenie sprowadzenia dzieła przez Rouen, dokąd ściągnął morzem swą przesyłkę. Nie otrzymał żadnej odpowiedzi: paki zostały w Rouen przez kilka miesięcy, po upływie których odesłano je Reyowi, pokusiwszy się o konfiskatę; ale narobił tyle krzyku, iż mu je oddano. Ciekawi wydostali w Amsterdamie kilka egzemplarzy, które krążyły z niewielkim rozgłosem, Mauléon słyszał o nich i nawet coś niecoś widział własnymi oczami; wspomniał mi też o tym tajemniczo. Ton ten zdumiał mnie i byłby mnie nawet zaniepokoił, gdyby nie pewność, że jestem pod każdym względem w porządku i nie mam sobie nic do wyrzucenia. Nie wątpiłem nawet, iż pan de Choiseul, już wprzódy dobrze dla mnie usposobiony, a pogłaskany pochwałą, którą, wiedziony szczerym dlań szacunkiem, zamieściłem w tym dziele, weźmie mnie w danym razie w obronę przeciw nieżyczliwości pani de Pompadour.
Miałem z pewnością prawo liczyć wówczas, więcej niż kiedy, na dobroć pana de Luxembourg i na jego poparcie w potrzebie; nigdy bowiem nie dawał mi tylu i tak wzruszających dowodów przyjaźni. W czasie wielkanocnego pobytu marszałkostwa, gdy smutny mój stan nie pozwolił mi stawić się w zamku, nie minął dzień, aby mnie nie odwiedził; w końcu, widząc, iż cierpienia moje nie ustają, naleganiem swoim skłonił mnie do zasięgnięcia rady brata Kosmy. Posłał po niego, sprowadził mi go sam i miał odwagę, rzadką niewątpliwie i godną uznania u wielkiego pana, zostać przy mnie przez czas operacji, która była długa i bolesna. Chodziło wprawdzie jedynie o wprowadzenie sondy, ale u mnie było to niepodobieństwem; nawet Morand, który brał się do tego kilka razy, musiał w końcu dać za wygraną. Brat Kosma, który miał lekkość i zręczność ręki wprost niezrównaną, wprowadził w końcu bardzo wąską sondę, wymęczywszy mnie przeszło dwie godziny, przez które siliłem się wstrzymać skargi, aby nie rozdzierać tkliwego serca dobrego marszałka. Za pierwszym badaniem brat Kosma miał wrażenie, iż znalazł duży kamień, i tak mi oznajmił; za drugim już go nie znalazł. Ponowiwszy badanie jeszcze kilka razy ze staraniem i dokładnością, które uczyniły mi czas bardzo długim, oświadczył, iż nie ma kamienia, ale że gruczoł krokowy jest stwardniały i nienaturalnie powiększony; pęcherz znalazł duży i w dobrym stanie i oświadczył w końcu, że będę wiele cierpiał, ale długo żył. Jeżeli druga przepowiednia ziści się równie wiernie jak pierwsza, niedole moje nierychło mają się skończyć!
W ten sposób, leczony kolejno przez tyle lat na dwadzieścia chorób, których nie miałem, dowiedziałem się w końcu, że choroba moja, nieuleczalna, ale nie śmiertelna, trwać będzie równie długo jak ja. Wyobraźnia moja, uspokojona tą wiadomością, przestała mi już ukazywać w perspektywie okrutną śmierć w boleściach kamicy189. Przestałem się lękać, iż odłamek sondy, odkruszony w cewce dawno temu, stał się zarodkiem kamienia. Uwolniony od cierpień urojonych, okrutniejszych dla mnie niż prawdziwe, znosiłem spokojniej dolegliwości. To pewna, iż od tego czasu choroba stała mi się o wiele mniej dokuczliwą; ilekroć wspomnę, że tę ulgę winien jestem panu de Luxembourg, na nowo roztkliwiam się nad jego pamięcią.
Wrócony, że tak powiem, życiu, i bardziej niż kiedykolwiek zaprzątnięty planem, wedle którego miałem zamiar spędzić resztę dni, czekałem dla wykonania go jedynie wydania Emila. Myślałem o Turenii, gdzie już byłem swego czasu i która mi się bardzo podobała, tak dla łagodności klimatu, jak charakteru mieszkańców.
La terra molle e lieta e dilettosa
Simili a se gli abitator produce190
Mówiłem już o swoim zamiarze panu de Luxembourg, który mnie chciał od niego odwrócić; wspomniałem mu o tym znowu jak o rzeczy postanowionej. Wówczas poddał mi zamek w Merlou, położony o piętnaście mil od Paryża, jako schronienie, które mogłoby mi się nadać i w którym oboje księstwo z przyjemnością by mnie ugościli. Ofiara ta wzruszyła mnie i dość mi przypadła do smaku. Przede wszystkim trzeba było zobaczyć miejsce; umówiliśmy dzień, w którym pan marszałek przyśle pokojowca z powozem, aby mnie tam zawieźć. Tego dnia czułem się bardzo nieszczególnie, trzeba było odłożyć wyprawę, przeciwności zaś, które się wyłoniły, nie pozwalały mi jej wykonać. Dowiedziawszy się później, iż dobra Merlou nie są własnością marszałka, lecz jego żony, łatwiej pocieszyłem się, iż zamiar nie doszedł do skutku.
Wreszcie ukazał się Emil, bez żadnych dalszych skreśleń ani trudności. Przed puszczeniem w obieg książki pan marszałek zażądał ode mnie wszystkich listów pana de Malesherbes odnoszących się do mego dzieła. Bezwzględne zaufanie do tych obu panów, jak również uczucie zupełnego bezpieczeństwa, nie pozwoliły mi zastanowić się, iż podobne żądanie mogło się wydać niezwykłe, a nawet niepokojące. Oddałem listy, poza jednym czy dwoma, które przez nieuwagę zostały w książkach. Na jakiś czas przedtem pan de Malesherbes uwiadomił mnie, że wycofa listy, które pisałem do Duchesne’a w czasie mego niepokoju o intrygi jezuitów; trzeba przyznać, że te listy nie przynosiły zbytniego zaszczytu memu rozsądkowi. Odpowiedziałem wszelako, iż w żadnej rzeczy nie chcę uchodzić za lepszego, niż jestem, i że może zostawić te listy w rękach posiadacza. Nie wiem, co uczynił.
Ukazanie się książki nie wywołało w pierwszej chwili owej burzy oklasków, jaka towarzyszyła wszystkim mym pismom. Nigdy dzieło nie doznało tylu postronnych pochwał, a tak mało publicznego uznania. To, co mi o nim mówili lub pisali ludzie najbardziej powołani, aby je osądzić, utwierdziło mnie w tym, że jest to najlepszy z mych utworów, jak również najdonioślejszy. Ale to wszystko mówiono z ostrożnościami najosobliwszymi w świecie, jak gdyby zależało na tym, aby uznanie dla książki pozostało głęboką tajemnicą. Pani de Boufflers, która oświadczyła mi, że autor tej książki zasługuje na posągi i hołdy od całej ludzkości, prosiła bez ceremonii z końcem bileciku, aby go jej odesłać. D’Alembert, który orzekł, iż dzieło to rozstrzyga o mej wyższości i powinno mnie postawić na czele wszystkich pisarzy, nie podpisał swego listu, mimo że podpisywał wszystkie, jakie aż dotąd do mnie pisywał. Duclos, pewny przyjaciel, człowiek szczery, ale oględny, mimo wysokiego uznania dla książki unikał wzmianki o niej w liście; La Condamine191 rzucił się na Wyznanie wiary i bajał trzy po trzy; Clairaut192 ograniczył się w swoim liście do tegoż ustępu, ale nie lękał się dać upustu wzruszeniu, o jakie przyprawiło go czytanie, i wyraził się, dosłownie, iż ta lektura rozgrzała jego starą duszę. Ze wszystkich tych, którym posłałem książkę, on jeden wobec całego świata mówił głośno i swobodnie, iż jest jej bezwzględnym wielbicielem.
Mathas, któremu również dałem egzemplarz, nim się ukazał w handlu, pożyczył go panu de Blaire, rajcy parlamentu, ojcu intendenta Strasburga. Pan de Blaire miał domek w Saint-Gratien; Mathas, dawny jego znajomy, odwiedzał go tam niekiedy, o ile mógł wychodzić. Dał mu do czytania Emila przed opublikowaniem. Oddając książkę, pan de Blaire powiedział słowa, które mi powtórzono tego samego dnia: „Panie Mathas, oto bardzo piękna książka, ale narobi ona niebawem więcej hałasu, niżby to było pożądane dla autora”. Usłyszawszy to odezwanie, śmiałem się tylko i widziałem w nim jedynie ważnoróbstwo urzędnika, który wszystko sili się otaczać nimbem tajemnicy. Wszystkie niepokojące uwagi, które mnie dochodziły, równie mało uczyniły na mnie wrażenia; daleki od przewidywania w jakiej bądź mierze katastrofy, do której się zbliżałem, pewien użyteczności, piękności swego dzieła, pewien, iż jestem pod każdym względem w porządku, pewien, jak wierzyłem niezłomnie, poparcia pani de Luxembourg, a nawet przychylności ministerium, upajałem się zadowoleniem ze swego postanowienia, które dawało mi możność wycofania się wśród tryumfów, zdeptawszy zawistnych.
Jedna jedyna rzecz niepokoiła mnie w mej książce, i to nie tyle z punktu widzenia własnego bezpieczeństwa, ile ze względów uczuciowych. W Pustelni, w Montmorency, widziałem z bliska i z oburzeniem prześladowania, jakich zazdrosna o uciechy księcia służba dopuszcza się na nieszczęśliwych wieśniakach. Biedni ci ludzie zmuszeni byli cierpieć szkody, które zwierzyna robi w ich polach, nie śmiejąc bronić się inaczej jak tylko samym zgiełkiem, i zniewoleni spędzać noc we własnym grochu lub bobie, z kotłami, bębnami, dzwonkami, dla odstraszenia dzików. Będąc świadkiem barbarzyńskiej srogości, z jaką hrabia de Charolais kazał się obchodzić z tymi biednymi ludźmi, pomieściłem pod koniec Emila wycieczkę przeciw temu okrucieństwu. Było to również naruszeniem mych zasad, które nie uszło bezkarnie. Dowiedziałem się, iż urzędnicy księcia Conti poczynają sobie nie mniej okrutnie na jego ziemiach; drżałem, aby ten książę, dla którego byłem przejęty czcią i wdzięcznością, nie wziął do siebie tego, co oburzone poczucie ludzkości kazało mi rzec pod adresem jego wuja, i aby się nie czuł obrażony. Mimo to, ponieważ sumienie moje było zupełnie spokojne w tej mierze, poprzestałem na tym świadectwie i dobrze zrobiłem: nigdy przynajmniej nie słyszałem, aby książę zwrócił najmniejszą uwagę na ten ustęp, napisany na długo przedtem, nim miałem zaszczyt być mu znany.
W niewiele dni przed lub po ogłoszeniu książki (nie przypominam sobie bowiem dokładnie czasu) ukazało się inne dzieło w tym samym przedmiocie, odbite dosłownie z pierwszego tomu Emila, poza kilkoma płaskimi wstawkami, jakimi urozmaicono ten wyciąg. Książkę tę podpisał jako autor Genewczyk nazwiskiem Balexert; tytuł głosił, iż otrzymała nagrodę Akademii Harlemskiej. Zrozumiałem łatwo, że ta akademia i nagroda to doraźny wymysł celem zamaskowania plagiatu w oczach publiczności193; ale spostrzegłem również, iż tkwi w tym wszystkim jakaś dawniejsza intryga, zupełnie dla mnie niezrozumiała: czy to zasadzająca się na udzieleniu mego rękopisu, bez którego szalbierstwo nie byłoby możebne; czy na skleceniu historii tej rzekomej nagrody, której trzeba było dać jakieś uzasadnienie. Dopiero w wiele lat później ze słówka, które się wymknęło z ust pana d’Ivernois, przeniknąłem tajemnicę i domyśliłem się osób, które ukrywały się poza imć Balexertem.
Głuche pomruki, jakie poprzedzają burzę, zaczynały się rozlegać. Wszyscy ludzie bodaj trochę przenikliwi widzieli, iż wylęga się, odnośnie do mej książki i do mnie, spisek, który nie omieszka wybuchnąć. Co do mnie, ufność moja, głupota były takie, iż, daleki od przewidywania nieszczęścia, nie podejrzewałem zgoła jego przyczyny wówczas nawet, gdy odczułem skutek. Zaczęto dość zręcznie rozsiewać mniemanie, iż występując przeciw jezuitom, rząd nie może okazywać stronniczej pobłażliwości dla książek i autorów zaczepiających religię. Wyrzucano mi, iż podpisałem Emila własnym nazwiskiem, jak gdybym nie był podpisał wszystkich innych książek bez niczyjego zarzutu. Zdawało się, jak gdyby władze lękały się, iż będą zmuszone do jakichś kroków, które uczyniłyby z żalem, ale które w danych okolicznościach są nieodzowne: nieostrożność moja dała do tego rzekomy powód. Te pogłoski doszły moich uszu i nie przestraszyły mnie. Nie przyszło mi nawet na myśl, aby w całej sprawie najmniejsza bodaj rzecz mogła mnie tyczyć osobiście. Czułem się tak doskonale nieskazitelny, tak dobrze osłonięty, tak zupełnie pod każdym względem w porządku; w głowie nie postał mi niepokój, aby pani de Luxembourg miała mnie zostawić w kłopocie dla winy, która jeżeli istniała, była jedynie jej winą. Ale wiedząc, jak w podobnych sprawach rzeczy się dzieją i że należy do zwyczaju srożyć się przeciw księgarzom, oszczędzając autorów, nie byłem wolny od obaw o biednego Duchesne, w razie gdyby pan de Malesherbes go opuścił.
Pozostałem spokojny. Hałas wzmagał się i niebawem odmienił ton. Publiczność, a zwłaszcza parlament zdawały się podrażnione mym spokojem. Po upływie kilku dni wrzenie stało się straszne, przy czym groźby, zmieniając kierunek, zwróciły się wprost ku mnie. Słyszano parlamentariuszów194 odzywających się wręcz, że słabe to lekarstwo palić książki, że trzeba palić autorów. Co do księgarzy, nie było o nich mowy. Pierwszy raz, kiedy te odezwania, godniejsze inkwizytorów z Goa195 niż senatorów, doszły do mnie, nie wątpiłem, iż to jest wymysł holbachistów celem przestraszenia mnie i pobudzenia do ucieczki. Uśmiałem się z tego dziecinnego podstępu i dworując z nich sobie, powiadałem w duchu, iż gdyby znali prawdziwy przebieg zdarzeń, poszukaliby innego straszaka; ale w końcu hałas zrobił się taki, iż jasnym było, że rzecz jest serio. Księstwo de Luxembourg przyspieszyli tego roku swój pobyt w Montmorency, tak iż byli tam z początkiem czerwca. W zamku bardzo niewiele słyszałem o swoich nowych książkach mimo zgiełku, jaki robiły w Paryżu, państwo domu zaś nie mówili mi o nich wcale. Jednego rana wszelako, kiedy znalazłem się sam na sam z marszałkiem, rzekł: „Czy to prawda, że pan wyraził się źle o panu de Choiseul w Umowie społecznej?” — „Ja? — odparłem, cofając się ze zdumienia. — Nie, przysięgam. Przeciwnie, oddałem mu, i to piórem, które nie jest do tego pochopne, najpiękniejszą pochwałę, jaką kiedykolwiek minister mógł otrzymać”. I natychmiast przytoczyłem ten ustęp. „A w Emilu?” — zapytał. — „Ani słowa — odparłem. — Nie ma tam ani słowa, które by go tyczyło”. — „A! — rzekł marszałek z niezwykłą u niego żywością. — Trzeba było trzymać się tego samego w tamtej książce lub tłumaczyć się bardziej jasno!” — „Mniemałem, że jestem dość jasny — rzekłem — dosyć ceniłem na to pana de Choiseul”. Marszałek miał jeszcze coś dodać; widziałem, że chce się wywnętrzyć; powściągnął się i zamilkł. Nieszczęśliwa oględność dworaka, która nawet w najlepszych sercach przeważy samą przyjaźń!
Ta rozmowa, mimo iż krótka, oświeciła mnie, przynajmniej pod pewnym względem, co do mego położenia i pozwoliła zrozumieć, że chodzi tu w istocie o mą osobę. Ubolewałem nad fatalnością, która obraca na mą zgubę każdą mą dobrą myśl i uczynek. Mimo to, czując się w tej sprawie osłoniony tarczą pani de Luxembourg i pana de Malesherbes, nie pojmowałem, w jaki sposób dałoby się osiągnąć to, aby ich usunąć i dotrzeć aż do mnie; poza tym bowiem czułem dobrze od tej chwili, iż nie będzie już mowy o słuszności ani o sprawiedliwości i że nikt nie będzie sobie zadawał trudu badania, czy jestem winny czy nie. Tymczasem burza huczała coraz bliżej. Nawet Néaulme w gadatliwym swoim sposobie wyrażał ubolewanie, iż mieszał się do tego dzieła i zdawał się nie mieć żadnych wątpliwości co do losu, jaki grozi książce i autorowi. Jedna rzecz wszelako dodawała mi ciągle otuchy: pani de Luxembourg była cały ten czas tak spokojna, zadowolona, wesoła nawet, iż musiała snadź być bardzo pewna swojej sprawy, aby nie odczuwać najmniejszego niepokoju za mnie, aby mi nie rzec ni słówka współczucia lub usprawiedliwienia, aby patrzeć na obrót, jaki przybiera sprawa z tak zimną krwią, jakby wcale nie była w nią wmieszana i jak gdyby w żadnej mierze nie była się mną interesowała. Najbardziej zdumiewało mnie, iż nie ma mi zgoła nic do powiedzenia. Miałem uczucie, że coś by mi się należało z jej strony. Pani de Boufflers zdawała się mniej spokojna. Krążyła tam i z powrotem z bardzo ważną miną, rozwijając wielką ruchliwość i upewniając mnie, że książę de Conti również gorliwie się krząta, aby odwrócić cios, który mi gotują. Obawy jej opierały się na okolicznościach danej chwili, w których parlamentowi zależało na tym, aby jezuici nie mogli mu zarzucać obojętności w sprawach religii. Zdawało się wszelako, iż niewiele ma wiary w starania księcia i swoje. Odezwania jej, raczej alarmujące niż uspokajające, zmierzały nieodmiennie do tego, aby mnie skłonić do usunięcia się. Hrabina radziła mi zawsze Anglię, gdzie przyrzekała mi wielu przyjaciół, między innymi słynnego Hume’a196, który od dawna liczył się do jej bliskich. Widząc, iż nadal trwam w niewzruszonym spokoju, przeszła do środków snadniej197 mogących mnie zachwiać. Dała do zrozumienia, że w razie mego uwięzienia i śledztwa będę zmuszony wymienić panią de Luxembourg i że jej przyjaźń dla mnie zasługuje, abym się nie wystawiał na niebezpieczeństwo narażenia jej. Odpowiedziałem, iż w podobnym wypadku księżna może być spokojna i że jej nie narażę. Na to hrabina odparła, iż postanowienie takie łatwiej powziąć niż wykonać; w czym miała słuszność, zwłaszcza gdy chodziło o mnie, wobec mego stanowczego zamiaru, aby nigdy nie zaprzeć się samego siebie i nie skłamać przed sędziami, bez względu na niebezpieczeństwo, jakim groziłoby powiedzenie prawdy.
Widząc, iż ta refleksja wywarła na mnie pewne wrażenie, niedostateczne wszelako, aby mnie skłonić do postanowienia ucieczki, hrabina natrąciła mi o Bastylii na przeciąg kilku tygodni jako o sposobie usunięcia się spod jurysdykcji parlamentu, który nie na mocy nad więźniami stanu. Nie nadmieniłem nic przeciw tej osobliwej łasce, byleby nie dopraszano się jej w moim imieniu. Ponieważ hrabina nie wspomniała mi już o tym, sądziłem później, iż poddała tę myśl jedynie, aby mnie wybadać, i że nie życzono sobie środka, który by położył kres wszystkiemu.
W niedługi czas później marszałek otrzymał od proboszcza z Deuil, przyjaciela Grimma i pani d’Epinay, list zawierający ustrzeżenie, jakoby z dobrego źródła, iż parlament zamierza postąpić ze mną z ostateczną surowością i że tego a tego dnia (który wymienił) ma być wydany rozkaz uwięzienia. Osądziłem, iż ostrzeżenie to pochodzi z fabryki holbachowskiej; wiedziałem, iż parlament jest bardzo czuły na formy i że zaczynać w tym wypadku od dekretu uwięzienia bez stwierdzenia prawnego, czy przyznaję się do tej książki i czy jestem w istocie jej autorem, byłoby jaskrawym tych form naruszeniem. „Jedynie — rzekłem do pani de Boufflers — pod zarzutem zbrodni godzących w bezpieczeństwo publiczne wydaje się rozkaz uwięzienia na proste poszlaki, z obawy, aby obwiniony nie umknął przed karą. Ale kiedy chodzi o ukaranie przestępstwa takiego jak moje, które zasługuje na cześć i nagrodę, wytacza się postępowanie przeciw książce, a unika się, o ile można, tykania autora”. Na to hrabina uczyniła subtelne rozróżnienie, nie pomnę jakie, aby mi udowodnić, że to przez wzgląd na mnie samego uchwalono uwięzienie, miast wezwać mnie do przesłuchania. Nazajutrz otrzymałem list od Guyego, który mi donosił, iż będąc tego dnia u generalnego prokuratora, ujrzał u niego na biurku brulion aktu oskarżenia przeciw Emilowi i jego twórcy. Zważcie, iż Guy był to wspólnik Duchesne’a, który wydrukował dzieło, i że to on, zupełnie spokojny o siebie, udzielał przez współczucie tego ostrzeżenia autorowi! Można ocenić, jak bardzo mi się to wszystko wydawało prawdopodobne. To było tak proste, tak naturalne, aby księgarz, dopuszczony na audiencję do generalnego prokuratora, czytał spokojnie akta i bruliony rozrzucone na biurku dygnitarza! Pani de Boufflers i inni potwierdzili mi to samo. Sądząc z niedorzeczności, jakimi kotłowano mi bez ustanku uszy, byłem skłonny przypuszczać, iż cały świat oszalał.
Czując dobrze, iż pod tym wszystkim tkwi jakaś tajemnica, której mi nie chcą powiedzieć, czekałem spokojnie wypadków, spuszczając się198 na swoje prawo i niewinność w całej tej sprawie. Bez względu na to, jakie prześladowania mnie czekają, czułem się szczęśliwy, iż jestem powołany do zaszczytu cierpienia za prawdę. Daleki od lęku i ukrywania się, chodziłem co dnia do zamku i odbywałem po południu zwykłą przechadzkę. Ósmego czerwca, w wilię dekretu, odbyłem ją w towarzystwie dwóch profesorów Oratorium, ojca Alamanni i ojca Mandard. Zabraliśmy z sobą do Champeaux skromny podwieczorek, który spożyliśmy z wielkim apetytem. Zapomnieliśmy szklanek: zastąpiliśmy je słomkami zerwanymi w polu, którymi ciągnęliśmy wino z butelki, siląc się wyszukać rurki o ile możności szerokie, aby ciągnąć na wyprzódki199. W życiu nie byłem równie wesoły.
Opowiadałem, w jaki sposób postradałem w młodości sen. Od tego czasu przywykłem czytać co wieczora w łóżku, aż uczuję, że oczy zaczynają mi ciążyć. Wówczas gasiłem świecę i starałem się usnąć, co zwykle następowało niebawem. Zwykłą lekturą wieczorną była Biblia, którą przeczytałem w ten sposób co najmniej pięć lub sześć razy w całości. Tego wieczora, czując się bardziej rozbudzony niż zazwyczaj, odczytałem całą księgę, która się kończy lewitą efraimowym200. Jeżeli się nie mylę, jest to Księga Sędziów; nie miałem jej bowiem w rękach od tego czasu. Historia ta przejęła mnie wielce; dumając nad nią, popadłem w stan marzenia, kiedy nagle wyrwał mię zeń hałas i światło. Była to Teresa; świeciła panu La Roche, który widząc, że się zrywam, rzekł: „Niech się pan nie przestrasza, to od pani marszałkowej: pisze sama i przysyła list od księcia Conti”. W istocie, w piśmie pani de Luxembourg znalazłem list, który umyślny księcia właśnie przyniósł, zawierający ostrzeżenie, iż mimo wszelkich starań zdecydowano wystąpić przeciw mnie z całą surowością. „Wzburzenie — pisał — nadzwyczajne; nic nie może odwrócić ciosu; dwór się go domaga, parlament życzy go sobie. O siódmej rano będzie podpisany dekret; równocześnie wyprawią ludzi, mających go wykonać. Uzyskałem tyle, iż nie będą go ścigać, jeżeli się usunie, ale jeżeli będzie się upierał, aby się dać schwytać, wezmą go”. La Roche zaklął mnie, imieniem marszałkowej, abym wstał i udał się do zamku na naradę. Była druga; właśnie położyła się do łóżka. „Księżna oczekuje pana — dodał — i nie uśnie, póki go nie zobaczy”. Ubrałem się spiesznie i pobiegłem.
Marszałkowa wydała mi się niespokojna. Pierwszy raz widziałem ją w tym stanie. Pomieszanie jej wzruszyło mnie. Zaskoczony tak niespodzianie, w nocy, sam nie byłem wolny od wzruszenia, ale widząc ją, zapomniałem o sobie samym. Myślałem jedynie o niej i o smutnej roli, jaką przyszłoby jej odegrać, w razie gdybym pozwolił się uwięzić. Czując w sobie dosyć odwagi, aby powiedzieć zawsze tylko prawdę, choćby mi miała zaszkodzić i zgubić mnie, nie czułem w sobie dość przytomności umysłu, dość zręczności, ani może dość stałości, aby uniknąć narażenia księżnej, gdyby zaczęto mnie przyciskać. To skłoniło mnie, aby poświęcić własną chwałę dla jej spokoju i aby w tej okoliczności zrobić dla niej to, czego za nic nie uczyniłbym dla siebie. Raz powziąwszy postanowienie, natychmiast oznajmiłem je księżnej, nie chcąc obniżać jego wartości żadnym targiem. Pewien jestem, że nie mogła się omylić co do mych pobudek; mimo to nie zdradziła ni słowem, że jest mi za nie wdzięczna. Obojętność ta dotknęła mnie przykro, tak że wahałem się już, czy się nie cofnąć; ale zjawił się pan marszałek, a w chwilę później przybyła pani de Boufflers z Paryża. Dopełnili tego, co powinna była uczynić pani de Luxembourg. Dałem się ugłaskać; wstyd mi było odwoływać słowo i odtąd była już mowa tylko o miejscu schronienia i porze wyjazdu. Pan de Luxembourg ofiarował się zatrzymać mnie kilka dni incognito201, abym mógł swobodnie naradzić się i powziąć postanowienie; nie zgodziłem się na to, jak również na propozycję udania się tajemnie do Temple202. Upierałem się, aby odjechać tegoż samego dnia raczej niż musieć się ukrywać gdziekolwiek bądź.
Czując, że mam we Francji ukrytych a potężnych nieprzyjaciół, osądziłem, iż mimo przywiązania do tego kraju trzeba mi go opuścić, aby zapewnić sobie spokój. Pierwszą myślą było schronić się do Genewy: chwila zastanowienia wystarczyła, aby mnie odwrócić od tego głupstwa. Wiedziałem, że rząd francuski, jeszcze potężniejszy w Genewie niż w Paryżu, nie zostawiłby mnie w spokoju tak samo w tym mieście, jak i w tamtym, jeżeli postanowił mnie ścigać. Wiedziałem, że Rozprawa o nierówności obudziła przeciw mnie w Radzie nienawiść tym bardziej niebezpieczną, ile że nie ośmielono się jej objawić. Wiedziałem, iż świeżo, kiedy pojawiła się Nowa Heloiza, taż Rada czym prędzej pokwapiła się zabronić jej obiegu na wniosek doktora Tronchin; ale widząc, że nikt nie poszedł za jej przykładem nawet w Paryżu, zawstydziła się tego błazeństwa i cofnęła zakaz. Nie wątpiłem, iż znajdując tutaj bardziej sprzyjającą okoliczność, pospieszy z niej skorzystać. Wiedziałem, iż mimo pięknych pozorów panuje wobec mnie we wszystkich sercach genewskich tajemna zawiść, która czeka jeno sposobności. Mimo to miłość ojczyzny wołała mnie do mojej ziemi; gdybym mógł czynić sobie nadzieję, że będę tam żył w spokoju, nie wahałbym się, ale ponieważ honor ani rozsądek nie pozwalały mi chronić się tam jako zbiegowi, postanowiłem zbliżyć się tylko i udać się do Szwajcarii, aby tam czekać, co Genewa postanowi. Czytelnik ujrzy niebawem, że niepewność nie trwała długo.
Pani de Boufflers bardzo nierada była temu postanowieniu; podjęła nowe wysiłki, aby mnie skłonić do przeprawy do Anglii. Nie zdołała mnie zachwiać. Nigdy nie lubiłem Anglii ani Anglików; wymowa pani de Boufflers nie tylko nie zwyciężyła mej odrazy, ale, nie wiem czemu, pogłębiła ją raczej.
Zdecydowany byłem jechać tegoż samego dnia. Rano już oświadczono wszystkim, żem wyjechał; La Roche, którego posłałem po swoje papiery, nie chciał nawet Teresie powiedzieć, czy jestem jeszcze czy mnie już nie ma. Od czasu jak postanowiłem spisać kiedyś moje pamiętniki, nagromadziłem wiele listów i innych papierów, tak iż trzeba mu było kilka razy wracać. Część papierów, już przebranych, odłożyłem na stronę; przez resztę ranka zająłem się przebieraniem innych, aby wziąć z sobą tylko to, co mogłoby mi być użyteczne, a spalić resztę. Pan de Luxembourg zechciał pomóc mi w tej pracy, która okazała się tak długą, że nie mogliśmy jej skończyć w ciągu rana i nie miałem czasu nic spalić. Pan marszałek ofiarował się dokończyć tej pracy, spalić samemu odpadki, nie zdając się z tym na nikogo, i przesłać mi wszystko, co odłoży. Przyjąłem ofiarę, bardzo rad, iż wolny jestem od tego trudu i że resztę godzin, które mi pozostały, będę mógł spędzić z tak drogimi osobami, które miałem opuścić na zawsze. Książę wziął klucz od pokoju, w którym zostawiłem papiery; po czym na me gorące prośby posłał po biedną Teresę, która była w śmiertelnym niepokoju o to, co się ze mną stało, o to, jaki ją los czeka, i oczekiwała co chwilę strażników, nie wiedząc, jak się zachować ani co odpowiedzieć. La Roche przyprowadził ją do zamku, nic nie mówiąc; myślała, że już jestem daleko: widząc mnie, wydała przenikliwy krzyk i rzuciła mi się w ramiona. O przyjaźni, związku serc, przyzwyczajenie, zażyłości! Ileż wspólnych dni szczęścia, czułości i spokoju skupiło się w tym słodkim i okrutnym momencie, aby mi lepiej dać uczuć rozdarcie pierwszej rozłąki! Dotychczas straciliśmy się z oczu z Teresą ledwie na jeden dzień w ciągu siedemnastu lat. Marszałek, świadek tego uścisku, nie mógł wstrzymać łez. Zostawił nas. Teresa nie chciała mnie opuścić. Dałem jej uczuć całą trudność zabierania jej z sobą w podobnej chwili; ukazałem, jak koniecznym jest, aby została dla zlikwidowania moich spraw i podjęcia pieniędzy. Kiedy się ogłasza wyrok uwięzienia człowieka, jest zwyczaj zagarniać jego papiery, kłaść pieczęcie na rzeczach lub też sporządzać inwentarz i mianować strażnika. Trzebaż było, aby ktoś został, by czuwać nad tym, co się stanie, i wyzyskać możliwie najkorzystniej okoliczności. Przyrzekłem Teresie, iż niebawem połączy się ze mną; pan marszałek potwierdził moje przyrzeczenie; ale nie chciałem za nic powiedzieć jej, dokąd się udaję, aby, pytana przez ludzi, którzy przyjdą mnie pojmać, mogła szczerze zaprzysiąc nieświadomość w tej mierze. Ściskając ją w chwili rozstania, uczułem w sercu niezmierne wzruszenie i rzekłem w uniesieniu, niestety nazbyt proroczym: „Moje dziecko, trzeba się uzbroić w odwagę. Dzieliłaś pomyślność moich pięknych dni; zostaje ci, skoro chcesz tego, dzielić moje niedole. Spodziewaj się już jedynie hańby i klęski w moim towarzystwie. Dola, która w tym smutnym dniu zaczyna się dla mnie, będzie mnie prześladowała aż do ostatniej godziny”.
Pozostawało mi już tylko myśleć o wyjeździe. Siepacze mieli przyjść o dziesiątej rano. Była czwarta po południu, kiedy odjeżdżałem, a oni się jeszcze nie zjawili. Postanowiono, że najmę pocztę. Nie miałem kolasy203; pan marszałek obdarował mnie kabrioletem204 i pożyczył koni wraz z pocztylionem aż do pierwszej stacji, gdzie dzięki jego uprzednim staraniom nie czyniono mi żadnych trudności z dostarczeniem koni.
Ponieważ nie jadłem obiadu przy stole i nie pokazałem się w zamku, panie przyszły pożegnać się ze mną do pokojów na dole, gdzie spędziłem dzień. Pani marszałkowa uściskała mnie kilka razy z dość smutną miną; ale nie czułem już w tym uścisku serdeczności, jaką darzyła mnie przed paru laty. Pani de Boufflers uściskała mnie również, dodając wiele pochlebnych wyrazów. Co mnie zdziwiło więcej, to uścisk pani de Mirepoix, bo i ona była tam również. Marszałkowa de Mirepoix jest to osoba nadzwyczaj chłodna, uważająca, wstrzemięźliwa i jak sądzę, niezupełnie wolna od dumy wrodzonej domowi lotaryńskiemu. Nigdy nie zaszczycała mnie nadto swoimi względami. Czy to, że pogłaskany zaszczytem, którego się nie spodziewałem, byłem skłonny pomnożyć jego cenę, czy że w istocie wlała w ten uścisk nieco owego współczucia właściwego szlachetnym sercom, znalazłem w ruchu jej i spojrzeniu coś szczególnie wymownego, co mnie wzruszyło. Często, wracając myślami do tej okoliczności, przypuszczałem, iż pani ta, świadoma poniekąd losu, na jaki byłem skazany, nie mogła się obronić chwili rozczulenia nad mą dolą.
Pan marszałek nie otwierał ust; blady był jak trup. Chciał koniecznie towarzyszyć mi aż do kolaski, która czekała przy stajniach. Przeszliśmy cały ogród, nie mówiąc słowa. Miałem klucz od parku, otworzyłem furtkę; po czym, zamiast schować klucz z powrotem, oddałem go bez słowa panu marszałkowi. Wziął go z zadziwiającą żywością, która mimowiednie często nastręczała mi się na myśl od tego czasu. W życiu nie miałem chwili bardziej gorzkiej niż moment tego rozstania. Uścisk był długi i niemy; czuliśmy obaj, że ten uścisk jest ostatnim pożegnaniem.
Pomiędzy la Barre i Montmorency spotkałem w najętej karocy czterech czarno ubranych ludzi, którzy skłonili mi się z uśmiechem. Wedle tego, co mi Teresa doniosła później o wyglądzie woźnych, godzinie ich przybycia i sposobie, w jaki się zachowali, nie wątpiłem, że to oni; zwłaszcza kiedy się dowiedziałem, że zamiast, jak mi doniesiono, o siódmej, wyrok podpisano dopiero po południu. Trzeba było przebyć cały Paryż. Otwarty kabriolet nie jest zbyt szczelnym ukryciem. Spotkałem na ulicy wiele osób, które mi się kłaniały jak gdyby znajomi, ale nie poznawałem nikogo. Ruszyłem tegoż samego wieczora, aby dobić do Villeroy. W Lyonie jest przepis, iż każdy podróżujący pocztą ma stawić się przed komendantem. To mogło stworzyć sytuację kłopotliwą dla człowieka, który nie chciał ani kłamać, ani zmieniać nazwiska. Poszedłem z listem pani de Luxembourg prosić pana de Villeroy, aby postarał się o zwolnienie mnie od tej formalności. Pan de Villeroy dał mi list, z którego nie zrobiłem użytku, ponieważ nie przejeżdżałem przez Lyon. List ten znajduje się jeszcze, zapieczętowany, wśród moich papierów. Książę nalegał bardzo, abym zanocował w Villeroy; ale wolałem raczej puścić się w dalszą drogę i minąłem jeszcze dwie stacje pocztowe tegoż dnia.
Pojazd mój był niezbyt wygodny i czułem się zbyt nieszczególnie, aby jechać wielkimi etapami. Zresztą, nie wyglądałem dość imponująco, aby wywalczyć sobie dobrą obsługę, wiadomo zaś, iż we Francji konie pocztowe czują bicz jedynie na grzbiecie pocztyliona. Opłacając się suto, mniemałem, iż zastąpię niedostatek miny i głosu; wyszedłem na tym jeszcze gorzej. Wzięli mnie za chłystka, który gna z jakimś zleceniem i podróżuje pocztą pierwszy raz w życiu. Od tej chwili dawano mi już same chabety i stałem się igraszką pocztylionów. Skończyłem na tym, od czego powinienem był zacząć, to jest, aby znosić cierpliwie, nic nie mówić i jechać, jak im się spodoba.
Miałem zresztą czym zabawiać się w drodze, gdybym się chciał zastanawiać nad świeżymi wydarzeniami; ale nie leży to ani w moim usposobieniu, ani w skłonnościach. Zadziwiające jest, z jaką łatwością ulata mi z pamięci zło minione, chociażby najświeższe. O ile, póki widzę je w przyszłości, przewidywanie przeraża mnie i miesza, o tyle we wspomnieniu dotyka mnie ono słabo i gaśnie prawie natychmiast, skoro rzecz się stała. Moja okrutna wyobraźnia, która dręczy mnie bez ustanku, uprzedzając nieszczęścia, których jeszcze nie ma, rozprasza w zamian mą pamięć i nie pozwala rozpamiętywać tych, które minęły. Przeciw temu, co się stało, nie ma co przedsiębrać ostrożności, bezcelowe jest zatem zajmować się tym. Czy wyczerpuję z góry moje nieszczęście? Dość, że im więcej cierpiałem, przewidując, z tym większą łatwością zapominam o nim; podczas gdy, przeciwnie, bez przerwy zajęty minionym szczęściem, przypominam je sobie i przetrawiam tak, iż, można powiedzieć, zdolny jestem napawać się nim na nowo, kiedy zechcę. Tej to szczęśliwej naturze zawdzięczam, czuję to, iż nigdy nie znałem owego uczucia urazy, które przez ustawiczne wspomnienie doznanej krzywdy fermentuje w mściwym sercu i pod wpływem którego człowiek dręczy sam siebie całym złem, które chciałby wyrządzić swemu wrogowi. Z natury będąc porywczy, odczuwałem gniew, wściekłość nawet, za pierwszym popędem; ale nigdy pragnienie zemsty nie zapuściło korzeni w mym wnętrzu. Zbyt mało zajmuję się samą obrazą, aby się zanadto zajmować jej sprawcą. O złem, którego już doznałem, myślę jedynie w związku z tym, które mi grozi jeszcze; gdybym był pewny, że na tym koniec, krzywdy, która już mi się stała, zapomniałbym w tejże chwili. Wiele nam mówią o odpuszczeniu zniewag; piękna to cnota, bez wątpienia, ale co do mnie, nie mam do niej sposobności. Nie wiem, czy moje serce umiałoby zapanować nad nienawiścią, nigdy jej bowiem nie czuło: zbyt mało myślę o swoich wrogach, abym miał zasługę przebaczenia. Nie zdaję sobie sprawy, do jakiego stopnia, aby mnie dręczyć, dręczą oni samych siebie. Jestem na ich łasce, mają wszelką władzę, czynią z niej użytek. Jest tylko jedna rzecz powyżej ich mocy, co do której wyzywam ich śmiało: to jest, aby dręcząc się mną, zmusili mnie, bym ja się dręczył nimi.
Zaraz nazajutrz po wyjeździe wyszło mi tak doskonale z pamięci wszystko, co się stało, i parlament, i pani de Pompadour, i pan de Choiseul, i Grimm, i d’Alembert, ich spiski, ich wspólnicy, że nie pomyślałbym nawet o tym przez całą podróż, gdyby nie ostrożności, które musiałem zachowywać. Wrażeniem, które opanowało mnie w miejsce tego wszystkiego, było wspomnienie mej ostatniej lektury, w wilię wyjazdu. Przypomniałem też sobie Idylle205 Gessnera, które tłumacz ich, Hubert, przysłał mi niedawno206. Te dwa wrażenia opanowały mnie tak zupełnie i zmieszały się w taki sposób w mym umyśle, że spróbowałem połączyć je, traktując na sposób Gessnera historię lewity z Efraim. Ten sielski i naiwny styl nie zdawał się bynajmniej odpowiedni dla tak strasznego tematu, a nie sposób było przypuszczać, aby obecne położenie dostarczyło mi dla rozjaśnienia go pogodniejszych myśli. Spróbowałem wszelako, jedynie aby się rozerwać w mej kolasce, bez żadnej nadziei powodzenia. Ledwie spróbowałem, uczułem się zdumiony pogodą swych myśli oraz łatwością, z jaką przychodzi mi je oddać. W trzy dni ułożyłem trzy pierwsze pieśni poemaciku, który dokończyłem później w Motiers. Jestem pewien, iż nic nie napisałem w życiu, w czym by panowała bardziej wzruszająca słodycz obyczajów, większa świeżość kolorytu, naiwność obrazów, bardziej starożytna prostota; wszystko to mimo okropności przedmiotu, który w gruncie jest straszliwy; tak iż poza wszystkim innym mam jeszcze i zasługę przezwyciężonej trudności. Lewita z Efraim, jeśli nie jest mym najlepszym dziełem, będzie mi zawsze najulubieńszym. Nigdy nie odczytałem go, nie odczytam nigdy, iżbym nie czuł wewnątrz zadowolenia serca bez żółci, które, dalekie od kwaszenia się swymi nieszczęściami, umie znaleźć w sobie samym pociechę i zadośćuczynienie. Niech kto zgromadzi wszystkich tych wielkich filozofów, tak wyższych w swoich księgach nad przeciwności, których nigdy nie doznali; niech ich postawi w położenie podobne mojemu i niechaj, w chwili pierwszego wzburzenia obrażonej dumy, da im podobne do spełnienia zadanie: — pokaże się, jak się zeń wywiążą.
Jadąc z Montmorency do Szwajcarii, postanowiłem wstąpić do Yverdon, aby się zatrzymać u zacnego starego przyjaciela, pana Roguin. Osiadł tam przed kilku laty i zapraszał mnie nawet, abym go odwiedził. Dowiedziałem się w drodze, że jadąc na Lyon, trzeba by okrążać; to oszczędziło mi kłopotu zatrzymywania się w tym mieście. Ale w zamian trzeba było przejeżdżać przez Besançon, twierdzę warowną, a co za tym idzie, podległą tej samej niedogodności. Postanowiłem zboczyć i jechać przez Salins pod pozorem odwiedzenia pana de Mairan, siostrzeńca pana Dupin, który piastował jakiś urząd w salinach207 i który niegdyś bardzo mnie zapraszał, abym go odwiedził. Pomysł udał się; nie zastałem pana de Mairan i bardzo rad, iż nie potrzebuję się zatrzymywać, puściłem się w dalszą drogę, nie niepokojony przez nikogo.
Wjeżdżając na berneńskie terytorium208, kazałem zatrzymać: wysiadłem, padłem plackiem, ściskałem, całowałem ziemię, wykrzyknąłem w uniesieniu: „O niebo, opiekunie cnoty, sławię imię twoje, dotykam ziemi wolności!”. Tak to, zaślepiony i ufny w swych nadziejach, zawsze zapalałem się do tego, co miało być mym nieszczęściem. Pocztylion myślał, żem oszalał: wsiadłem z powrotem do kolaski i w niewiele godzin potem zaznałem równie czystej jak żywej radości, znajdując się w ramionach i uścisku czcigodnego Roguina. Ach! odetchnijmy chwilę u zacnego gospodarza! Trzeba nabrać sił i odwagi: niebawem będę miał sposobność ich użyć.
Nie bez przyczyny rozwiodłem się w tym opowiadaniu nad wszystkimi okolicznościami, jakie mogłem sobie przypomnieć. Mimo że nie wydają się bardzo jasne, skoro raz ma się w ręku nić sprzysiężenia, mogą rzucić światło na jego bieg; nie dając zasadniczej idei problemu, który przedstawię, wiele pomagają wszelako do jego rozwiązania.
Przypuśćmy, że do wykonania spisku, którego byłem przedmiotem, oddalenie moje było koniecznie potrzebne. W takim razie, aby je osiągnąć, wszystko musiało się odbyć mniej więcej tak, jak się odbyło. Ale gdybym, nie dawszy się przestraszyć nocnym poselstwem pani de Luxembourg i wzruszyć jej niepokojem, gdybym w dalszym ciągu wytrwał i gdybym, miast pozostać w zamku, wrócił do łóżka i spał spokojnie do rana, czy również wydano by wyrok uwięzienia? Wielkie pytanie, od którego zależy rozwiązanie wielu innych: godzina zapowiedzenia a istotnego wydania dekretu może rzucić niejakie światło na tę sprawę. Gruby, ale namacalny przykład ważności najmniejszych szczegółów: szuka się tajemnych przyczyn, aby dojść do nich w drodze indukcji.