Księga XII

(1762) Tutaj zaczyna się dzieło ciemności, w którym czuję się zagrzebany od lat ośmiu. W jaki bądź sposób brałem się do rzeczy, nigdy nie udało mi się przebić ich przeraźliwego mroku. W otchłani nieszczęść, w której jestem pogrążony, czuję działanie ciosów, jakie mi zadają, widzę ich bezpośrednie narzędzia, ale nie mogę widzieć ani ręki, która nimi kieruje, ani sprężyn, jakie puszcza w ruch. Hańby i nieszczęścia spadają na mnie niby same z siebie, niespodzianie. Kiedy z mego rozdartego serca dobywają się jęki, wyglądam na człowieka, który żali się bez przedmiotu. Sprawcy mej zguby znaleźli niepojętą sztukę uczynienia publiczności wspólniczką ich spisku w ten sposób, iż sama o tym nie wie i nie spostrzega skutków. Opowiadając tedy wypadki, które mnie dotyczą, obchodzenie, jakiego doznałem, i wszystko, co mi się zdarzyło, nie mam możności dotarcia do kierującej ręki i wskazania przyczyn równocześnie z opowiadaniem faktów. Te pierwsze przyczyny zaznaczone są w poprzednich księgach; przedstawiłem w nich wszystkie odnoszące się do mnie interesy, wszystkie tajemne pobudki. Ale powiedzieć, jak te różnorodne przyczyny kombinują się w dziwnych wydarzeniach mego życia, tego nie sposób mi wyjaśnić nawet w przybliżeniu. Jeżeli między czytelnikami znajdą się na tyle szlachetni, aby chcieć zgłębić te tajemnice i odkryć prawdę, niech odczytają starannie trzy poprzedzające księgi; następnie przy każdym fakcie, który przeczytają w dalszych, niech zbiorą informacje, jakie im będą dostępne, niech idą, od intrygi do intrygi i od szczegółu do szczegółu, aż do pierwszych sprężyn wszystkiego. Wiem z pewnością, do jakiego kresu dojdą ich poszukiwania; ale gubię się w ciemnej i krętej drodze podziemi, które ich tam doprowadzą.

Podczas pobytu w Yverdon zawarłem znajomość z całą rodziną pana Roguin, między innymi z siostrzenicą jego, panią Boy de la Tour i jej córkami, których ojca, jak wspomniałem może, znałem niegdyś w Lyonie. Pani de la Tour przybyła do Yverdon odwiedzić wuja i siostry; najstarsza jej córka, w wieku około piętnastu lat, zachwyciła mnie swym rozsądkiem i zaletami charakteru. Przywiązałem się najtkliwszą przyjaźnią do matki i córki. Pan Roguin przeznaczał tę ostatnią siostrzeńcowi swemu, pułkownikowi, już w pewnym wieku, który również objawiał mi najżywszą sympatię. Ale mimo że wuj bardzo zapalał się do tego małżeństwa, mimo iż siostrzeniec pragnął go również, mnie zaś bardzo leżało na sercu zadowolenie obu, mimo to wielka nierówność wieku i wyraźna niechęć młodej osoby kazały mi, wraz z matką, dążyć do uchylenia tego małżeństwa, które też w istocie nie doszło do skutku. Pułkownik zaślubił pannę Dillan, swoją kuzynkę, o charakterze i urodzie bardzo wedle mego smaku, która uczyniła go najszczęśliwszym mężem i ojcem. Mimo to pan Roguin nie mógł zapomnieć, iż w tej okoliczności sprzeciwiłem się jego życzeniom. Pocieszyłem się pewnością, iż tak wobec niego, jak wobec jego rodziny, spełniłem obowiązek najświętszej przyjaźni, której nie jest zadaniem zawsze być najprzyjemniejszą, ale radzić ku największemu dobru.

Niedługo zostawałem w wątpliwości co do przyjęcia, jakie mnie czeka w Genewie, w razie gdyby mi przyszła ochota tam wrócić. Książkę moją spalono, a na mnie wydano wyrok209. Stało się to osiemnastego czerwca, to znaczy w dziesięć dni po wyroku paryskim. Tyle niewiarygodnych niedorzeczności nagromadzono w tym wyroku i pogwałcono w nim edykt eklezjastyczny210 tak formalnie, że nie chciałem dać wiary pierwszym wieściom, które mnie doszły. Skoro nie mogłem już wątpić o ich prawdzie, zadrżałem, aby tak jawne i krzyczące pogwałcenie wszystkich praw, zacząwszy od prawa zdrowego rozsądku, nie poruszyło całej Genewy. Mogłem się niebawem uspokoić; wszystko zostało, jak było. Jeżeli wszczął się jakiś ruch wśród ludności, to jedynie przeciw mnie; wszystkie plotkarki i wszystkie ciury211 potraktowały mnie jak uczniaka, któremu grozi się chłostą za to, że nie nauczył się dobrze katechizmu.

Te dwa dekrety były sygnałem do chóru przekleństw, który podniósł się przeciw mnie w całej Europie, z wściekłością, jaka nigdy nie miała przykładu. Wszystkie gazety, dzienniki, broszury uderzyły w najstraszliwszy dzwon na trwogę. Francuzi zwłaszcza, ów naród tak łagodny, tak grzeczny, szlachetny, którzy tak bardzo się poczuwają do przystojności i względów dla nieszczęśliwych, zapominając nagle swych ulubionych cnót, odznaczyli się mnogością i gwałtownością zniewag, którymi smagali mnie na wyprzódki. Byłem bezbożnikiem, ateuszem, szaleńcem, opętańcem, dziką bestią, wilkołakiem. Spadkobierca „Dziennika Trévoux”212 rzucił się na moją rzekomą likantropię213, w sposób, który dostatecznie dowiódł jego własnej. Słowem, można by mniemać, iż każdy, kto, ogłaszając w Paryżu pismo w jakim bądź przedmiocie, zaniechałby je naszpikować jakąś obelgą przeciw mnie, byłby narażony na prześladowania policji. Szukając na próżno przyczyny tego powszechnego rozpętania, już byłem skłonny uwierzyć, że cały świat oszalał. Jak to! Komentator Wiecznego pokoju szczuje do niezgody; wydawca Wikarego sabaudzkiego jest bezbożnikiem; autor Nowej Heloizy jest dziką bestią; twórca Emila opętańcem! Ech, Boże, czymże byłbym tedy, gdybym ogłosił dzieło O rozumie214 lub inną podobną książkę? A mimo to w burzy, która podniosła się przeciw autorowi książki, publiczność, daleka od łączenia się z głosem prześladowców, pomściła go swymi pochwałami. Niech kto porówna jego książkę z moją, odmienne przyjęcie, z jakim się spotkały, sposób, w jaki potraktowano oba utwory w rozmaitych państwach Europy; niech kto znajdzie dla tych różnic przyczyny, które by mogły zadowolić rozsądnego człowieka — oto wszystko czego żądam; zresztą milczę.

Czułem się tak dobrze w gościnie w Yverdon, że na bardzo żywe nalegania pana Roguin i jego rodziny postanowiłem tam zostać. Pan de Moiry de Gingins, prefekt miasta, również uprzejmościami, jakie mi świadczył, zachęcał mnie, abym został w jego okręgu. Pułkownik tak na mnie nalegał, abym przyjął mieszkanie w oficynie, iż zgodziłem się; natychmiast postarał się umeblować je i opatrzyć we wszystko, co było potrzebne dla mego małego gospodarstwa. Młody baneret215 Roguin, najwięcej ze wszystkich okazujący mi przyjaźni, nie opuszczał mnie cały dzień. Byłem wciąż bardzo wdzięczny za tyle serdeczności, ale niekiedy czułem się znużony. Oznaczono już dzień instalacji; napisałem do Teresy, aby się gotowała do drogi. Naraz dowiedziałem się, iż w Bernie wszczęła się przeciw mnie burza. Przypisywano ją dewotom, ale źródła jej nigdy nie mogłem przeniknąć. Senat, podburzony nie wiadomo przez kogo, nie zdawał się skłonny zostawić mnie spokojnie w mym schronieniu. Ledwie pan prefekt posłyszał o tym wrzeniu, napisał w mojej sprawie do kilku członków rządu, wymawiając im ślepą nietolerancję i zawstydzając ich, iż chcą zasłużonemu człowiekowi w nieszczęściu odmówić schronienia, jakie tylu bandytów znajduje w ich stanach216. Ludzie rozsądni przewidywali, iż gwałtowność tych wyrzutów raczej zaogni, niż uspokoi umysły. Jakkolwiek się rzeczy miały, ani wpływ prefekta, ani jego wymowa nie zdołały odwrócić ciosu. Uprzedzony o rozkazie, jaki miał mi doręczyć, ostrzegł mnie zawczasu; aby nie czekać rozkazu, postanowiłem wyjechać nazajutrz. Trudność była w tym, dokąd się udać, wobec tego, że Genewa i Francja były mi zamknięte, można zaś było przewidywać, iż w tej sprawie każdy będzie się kwapił naśladować sąsiada.

Pani Boy de la Tour poddała mi, abym się osiedlił w próżnym, ale umeblowanym domku należącym do jej syna, w wiosce Motiers, w Val-de-Travers, hrabstwie Neuchâtel. Aby się tam dostać, trzeba było przebyć tylko jedną górę. Propozycja była tym rozsądniejsza, ile że w stanach króla pruskiego nie mogło mi już grozić prześladowanie217, a przynajmniej religia nie mogła tam służyć za pozór. Ale sekretny szkopuł, którego nie wypadało mi wyjawić, miał wszelkie prawo obudzić we mnie wahanie. Wrodzona miłość sprawiedliwości, która zawsze pożera me serce, połączona z tajemną skłonnością do Francji, obudziła we mnie niechęć do króla pruskiego, który przez swe zasady i postępowanie zdawał się deptać nogami wszelki szacunek dla naturalnych praw i obowiązków człowieka. Między oprawnymi sztychami, którymi ozdobiłem basztę swoją w Montmorency, znajdował się portret tego monarchy, pod nim zaś dystych218 tak zakończony: „Filozof myślą, ale król — czynami”.

Wiersz ten, który w każdych innych ustach byłby wcale piękną pochwałą, posiadał w moich sens bynajmniej nie dwuznaczny, wytłumaczony zresztą jasno wierszem poprzedzającym219. Dystych ten widzieli wszyscy, którzy mnie odwiedzali, a było ich niemało. Kawaler de Lorenzy odpisał go nawet, aby go dać d’Alembertowi; nie wątpiłem, iż d’Alembert przysłużył mi się nim u tego monarchy. Tę pierwszą przewinę obciążyłem jeszcze ustępem z Emila, gdzie pod imieniem Adrasta220, króla Daunyjczyków, można było łatwo poznać, kogo miałem na myśli. Spostrzeżenie to nie uszło uwagi życzliwych komentatorów, ponieważ pani de Boufflers kilkakrotnie zwracała mi na ten punkt uwagę. Tak więc miałem wszelkie powody mniemać, iż jestem zapisany czerwonym inkaustem w rejestrach króla pruskiego. Przypuszczając zresztą, iż wyznaje zasady takie, jakie odważyłem się mu przypisać, pisma moje i ich autor mogły mu się tym samym jedynie nie podobać: wiadomo bowiem, iż złośliwcy i tyrani zawsze czuli do mnie śmiertelną nienawiść, nie znając mnie nawet, jedynie z moich pism.

Ośmieliłem się wszelako zdać na łaskę tego monarchy i sądziłem, iż nie ponoszę wielkiego ryzyka. Wiedziałem, że niskie namiętności mają władzę jedynie nad słabymi ludźmi, niewiele zaś posiadają mocy nad duszami z silnego kruszcu, do których liczyłem zawsze jego duszę. Sądziłem, że zgodnym z jego sztuką panowania będzie okazać się wspaniałomyślnym w podobnej okoliczności, a że nie będzie nawet czymś przerastającym jego charakter okazać się nim szczerze. Byłem pewien, iż łatwa i niska zemsta nie przeważyłaby w nim ani na chwilę miłości chwały. Stawiając się na miejscu tego monarchy, nie uważałem za niemożliwe, iż zechce wyzyskać tę sposobność, aby przygnieść ciężarem szlachetności człowieka, który odważył się źle myśleć o nim. Udałem się tedy spokojnie do Motiers i zamieszkałem tam z całą ufnością, pewny, iż znajdzie ona oddźwięk. Rzekłem sobie: „Jeśli Jan Jakub wznosi się do wyżyn Koriolana221, zali Fryderyk okaże się niżej generała Wolsków?”

Pułkownik Roguin chciał koniecznie towarzyszyć mi przez góry i zainstalować mnie w Motiers. Bratowa pani Boy de la Tour, nazwiskiem pani Girardier, czując się dotąd bardzo dobrze w domku, gdzie miałem zamieszkać, patrzała na mój przyjazd niezbyt chętnym okiem; wprowadziła mnie wszelako nader uprzejmie w posiadanie mej kwatery. Jadałem u niej, czekając, aż przybędzie Teresa i aż moje małe gospodarstwo wejdzie w życie.

Od wyjazdu z Montmorency, czując dobrze, że odtąd będę zbiegiem na ziemi, wzdragałem się pozwolić Teresie, aby przybyła do mnie dzielić życie tułacze, na które byłem skazany. Czułem, że przez tę katastrofę stosunki nasze ulegną zmianie i że to, co aż dotąd było z mej strony łaską i dobrodziejstwem, stanie się odtąd tym samym z jej strony. Gdyby przywiązanie jej wytrzymało próbę mych niedoli, oddziałałyby one na nią niezmiernie boleśnie, a boleść jej pomnożyłaby moje cierpienia. Gdyby nieszczęścia moje ostudziły jej serce, dałaby mi odczuć swą wierność jako poświęcenie; miast czuć przyjemność, jaką byłoby dla mnie dzielić z nią ostatni kawałek chleba, czułaby jedynie własną zasługę, iż godzi się iść za mną wszędzie w mojej smutnej doli.

Trzeba rzec wszystko: nie ukrywałem błędów biednej mamusi ani swoich, nie godzi mi się okazać pobłażliwym dla Teresy. Mimo całej przyjemności, jaką mi sprawia oddawać pochwały osobie, która mi jest tak droga, nie chcę również ukrywać jej win, jeżeli można rzec, iż mimowolna odmiana uczuć jest istotną winą. Od dawna spostrzegłem, iż serce jej ostygło. Czułem, że nie jest już dla mnie tym, czym była za naszych pięknych lat, a czułem to tym lepiej, że ja byłem dla niej zawsze jednaki. Popadłem w tę samą sytuację, której wpływ odczułem w stosunku do mamusi, a ten sam wpływ objawił się i u Teresy. Nie szukajmy nadnaturalnych doskonałości: toż samo zdarzyłoby się z każdą kobietą. Postanowienie, jakie powziąłem co do losu mych dzieci, mimo iż zdało mi się słuszne i godziwe, nie zawsze zostawiało me serce równie spokojnym. Obmyślając Traktat o wychowaniu, czułem, że zaniedbałem obowiązków, z których nic nie mogło mnie zwolnić. Wyrzut stał się wreszcie tak żywy, iż wyrwał mi niemal publiczne wyznanie winy na wstępie Emila, a wyrażony jest tak jasno, iż po takim ustępie zdumiewające jest, że jeszcze miał kto odwagę wyrzucać mi mą winę. Położenie moje było wciąż jednakie, a nawet gorsze jeszcze dzięki zajadłości wrogów, którzy czyhali jeno, aby mnie przychwycić na jakim błędzie. Obawiałem się nawrotu; nie chcąc narażać się na to niebezpieczeństwo, wolałem raczej skazać się na wstrzemięźliwość niż wystawić Teresę na znalezienie się w podobnym położeniu. Zauważyłem przy tym, że stosunki z kobietami dotkliwie pogarszały mój stan. Te podwójne racje kazały mi powziąć postanowienie, którego niekiedy dotrzymywałem dość licho, ale w którym od trzech czy czterech lat trwałem bardziej konsekwentnie. Od tej też epoki zauważyłem oziębienie w Teresie: zachowała dla mnie to samo przywiązanie z obowiązku, ale nie czułem w nim już miłości. To oziębienie zmniejszało, z konieczności, urok naszych stosunków; wyobrażałem też sobie, iż, pewna zresztą nieustającej opieki z mej strony, Teresa będzie raczej wolała zostać w Paryżu niż tułać się ze mną. Mimo to okazała tyle bólu przy rozstaniu, wymagała tak wyraźnego przyrzeczenia, iż się połączymy, po moim wyjeździe wyrażała tak żywo, zarówno księciu de Conti, jak panu de Luxembourg, pragnienie tego, iż nie tylko nie miałem odwagi mówić jej o rozłączeniu, ale zaledwie sam mogłem o nim myśleć. Przekonawszy się w sercu, jak dalece niepodobna mi obejść się bez Teresy, myślałem już tylko o tym, aby ją najrychlej ściągnąć. Napisałem tedy, aby się puściła w drogę; przybyła. Minęły ledwie dwa miesiące, jak ją pożegnałem; ale było to od tylu lat pierwsze rozłączenie. Odczuliśmy je oboje bardzo okrutnie. Jakież wzruszenie przy pierwszym uścisku! Jakże słodkie są łzy radości i roztkliwienia! Jak moje serce umie się nimi napawać! Dlaczego tak mało było mi dane wylać tych łez właśnie?

Przybywszy do Motiers, napisałem do milorda Keith, marszałka Szkocji, gubernatora Neuchâtel, aby go uprzedzić o mym schronieniu się na ziemie J. K. Mości i prosić o opiekę. Odpowiedział ze szlachetnością, którą wszyscy dobrze znają i której się spodziewałem. Zaprosił mnie, bym go odwiedził. Udałem się doń z panem Martinet, kasztelanem Val-de-Travers, który był w wielkich łaskach u jego ekscelencji. Czcigodny wygląd dostojnego i cnotliwego Szkota wzruszył potężnie me serce; od pierwszej chwili zadzierzgnęło się między nim a mną to żywe przywiązanie, które z mej strony zawsze zostało jednakie. Byłoby również pozostało niezmienionym i ze strony lorda marszałka, gdyby zdrajcy, którzy mi odjęli wszystkie pociechy życia, nie skorzystali z mego oddalenia, aby nadużyć jego sędziwego wieku i spotwarzyć mnie w jego oczach.

Jerzy Keith, dziedziczny marszałek Szkocji, a brat słynnego generała Keith222, który po chlubnym żywocie zginął na polu chwały, opuścił kraj w młodości. Proskrybowano223 go w ojczyźnie za to, iż przywiązał się do domu Stuartów, do którego zraził się niebawem z przyczyny ducha niesprawiedliwości i tyranii, który był zawsze dominującym charakterem tego domu. Przebywał długo w Hiszpanii, której klimat podobał mu się wielce; w końcu poświęcił swe służby, podobnie jak jego brat, królowi pruskiemu, który znał się na ludziach i przyjął ich tak, jak na to zasługiwali. Znalazł sowitą odpłatę w wielkich usługach, jakie mu oddał marszałek Keith, i — rzecz o wiele cenniejsza jeszcze — w szczerej przyjaźni milorda marszałka. Wielka dusza tego godnego człowieka, na wskroś republikańska i dumna, zdolna była ugiąć się jedynie pod jarzmem przyjaźni; ale nagięła się doń tak doskonale, iż mimo bardzo odmiennych zasad, od chwili gdy się przywiązał do Fryderyka, widział w świecie tylko jego. Król powierzył mu ważne zadania, wysłał go do Paryża, do Hiszpanii; wreszcie widząc, że, przygnieciony już latami, czuje potrzebę wypoczynku, dał mu jako wytchnienie gubernatorstwo Neuchâtel, aby pędził rozkosznie resztę życia, budując szczęście tego małego narodku.

Nefchatelczycy, którzy cenią tylko szych224 i błyskotki i nie znają się na prawdziwej wartości, lubują się w kwiecistych i napuszonych frazesach; widząc człowieka chłodnego i naturalnego, wzięli jego prostotę za wyniosłość, szczerość za prostactwo, lakonizm225 za ograniczenie i stawali okoniem dobroczynnym staraniom marszałka. Człowiek ten, który chciał im nieść rzetelne dobro, a nie piękne słówka, nie umiał pochlebiać ludziom, których nie cenił. W głupiej sprawie pastora Petitpierre, którego wygryźli koledzy za to, iż nie chciał, aby byli wiekuiście potępieni, milord, sprzeciwiwszy się uzurpacjom pastorów, ujrzał, iż cały kraj, w którego obronie stawał, podnosi się przeciw niemu. Kiedy przybyłem do Motiers, te niedorzeczne szemrania nie ucichły jeszcze. Milord uchodził za człowieka, który łatwo daje się uprzedzić; ze wszystkich zarzutów, które przeciw niemu wytaczano, ten był może najmniej niesprawiedliwy. Pierwszym mym odruchem na widok tego czcigodnego starca było roztkliwienie nad chudością jego ciała, już wyniszczonego przez wiek; ale kiedym podniósł oczy na jego żywą, otwartą i szlachetną fizjonomię, uczułem przypływ szacunku połączonego z ufnością, która przeważyła wszystkie inne uczucia. Na bardzo zwięzłą czołobitność, jaką mu przedłożyłem na powitanie, zaczął swobodnie rozmawiać o innych rzeczach, tak jakbym bawił tam już od tygodnia. Nie prosił nawet, abyśmy usiedli. Sztywny kasztelan stał nieruchomo. Co do mnie, ujrzałem w bystrym i przenikliwym oku milorda coś tak życzliwego, iż czując się z nim od razu swobodnie, bez ceremonii podszedłem ku sofie i siadłem tuż koło niego. Z poufałego tonu, jaki od razu przybrał, uczułem, iż ta swoboda sprawiła mu przyjemność i że powiedział sobie w duchu: „Ten przynajmniej nie jest Nefchatelczykiem”.

Osobliwe zjawisko zupełnego powinowactwa charakterów! Serce dobrego starca, w wieku, w którym zazwyczaj traci już ono swe przyrodzone ciepło, rozgrzało się dla mnie w sposób, który wszystkich przejmował zdumieniem. Odwiedził mnie w Motiers pod pozorem strzelania kaczek i został dwa dni, nie tknąwszy strzelby. Wytworzyła się między nami taka przyjaźń — niepodobna użyć innego słowa — iż nie mogliśmy się obejść bez siebie. Zamek w Colombier, który milord marszałek zamieszkiwał w lecie, leżał o sześć mil od Motiers; co najmniej raz na dwa tygodnie szedłem tam spędzić dobę, po czym wracałem tak samo pieszo, sposobem pielgrzyma, z sercem wciąż pełnym tego zacnego człowieka. Wzruszenie, którego doznawałem niegdyś w czasie wędrówek z Pustelni do Eaubonne było z pewnością bardzo odmienne; ale nie było słodsze niż to, z jakim zbliżałem się do Colombier. Ileż łez rozczulenia wylałem nieraz w drodze, myśląc o ojcowskiej dobroci, o miłych cnotach, o łagodnej filozofii tego czcigodnego starca! Nazywałem go ojcem, on mnie swoim dzieckiem. Te dwa imiona dają w części pojęcie o przywiązaniu, które nas łączyło, ale nie dają jeszcze pojęcia o tej potrzebie współżycia i nieustannym pragnieniu zbliżenia się, jakim byliśmy przejęci. Milord chciał mnie koniecznie pomieścić w zamku w Colombier i długo nalegał, abym przyjął na stałe apartament, który tam zajmowałem. Rzekłem w końcu, iż czuję się swobodniejszy u siebie i że wolę raczej pędzić życie na tym, aby go nieustannie odwiedzać. Podobała mu się moja szczerość, nie nalegał więcej. O dobry milordzie! O mój godny ojcze! Jakże serce moje czuje się jeszcze wzruszone na myśl o tobie! Ach, barbarzyńcy! Jakiż cios mi zadali, odwracając cię ode mnie! Ale nie, nie, wielki człowieku, jesteś i będziesz zawsze jednaki, jak i ja zawsze jestem jednaki dla ciebie. Oszukali cię, ale cię nie odmienili.

Milord marszałek nie jest bez wad; jest to mędrzec, ale jest też człowiekiem. Przy najbardziej przenikliwym umyśle, najsubtelniejszym takcie, jaki można sobie wyobrazić, przy głębokiej znajomości ludzi, daje się niekiedy wprowadzić w błąd i niełatwo odmienia zdanie. Charakter jego jest dość osobliwy: ma coś dziwnego i niesamowitego. Zdawałoby się, iż zapomina ludzi, których widuje co dzień, i nagle przypomina sobie o nich w chwili, gdy najmniej się tego spodziewają. Objawy jego sympatii wydają się nieraz nieumotywowane; podarki są raczej wyrazem kaprysu niż intencji. Daje lub posyła na poczekaniu, co mu przejdzie przez głowę, rzecz wielkiej ceny lub bezwartościową, bez różnicy. Młody Genewczyk, pragnąc wstąpić w służby króla pruskiego, przedstawia mu się; milord daje mu zamiast listu woreczek pełen grochu, który poleca oddać królowi. Otrzymawszy tę osobliwą rekomendację, król znajduje natychmiast dla oddawcy korzystne miejsce. Wysokie duchy mają między sobą język, którego pospolite umysły nie zrozumieją nigdy. Te drobne dziwactwa, podobne do kaprysów ładnej kobiety, czyniły mi milorda marszałka tym bardziej zajmującym. Byłem pewny (i przekonałem się później o tym), iż nie wpływają one ani na jego uczucia, ani na względy, jakie mu nakazuje przyjaźń w poważnych okolicznościach. Trzeba jednakże przyznać, iż sposób, w jaki oddaje przysługę, trąci niekiedy tym samym dziwactwem, co jego obejście. Przytoczę tylko jeden rys, drobnostkę. Ponieważ wędrówka z Motiers do Colombier była dla mnie za ciężka na jeden dzień, dzieliłem ją zazwyczaj, wychodząc po obiedzie i nocując w Brot, w pół drogi. Gospodarz, nazwiskiem Sandoz, mając starać się w Berlinie o łaskę, na której mu niezmiernie zależało, prosił mnie, abym wyjednał mu u jego ekscelencji wstawiennictwo. Chętnie. Prowadzę go z sobą, zostawiam w przedpokoju, wykładam sprawę milordowi, który nie odpowiada nic. Ranek mija; przechodząc przez salę, aby się udać na obiad, widzę biednego Sandoza, który wciąż czeka jak na żarzących węglach. Mniemając, iż milord zapomniał, powtarzam rzecz, nim siedliśmy do stołu: milczenie jak wprzódy. Ten sposób dania mi uczuć mego natręctwa wydał mi się nieco twardy; zmilkłem tedy, żałując w duchu biednego Sandoza. Wracając nazajutrz, widzę go znowu. Ku memu zdumieniu obsypuje mnie podziękowaniami za dobre przyjęcie i dobry obiad, jakie znalazł u milorda marszałka, który co więcej, przyjął jego podanie. W trzy tygodnie później milord odesłał mu upragniony reskrypt226, wystawiony przez ministra i podpisany przez króla; a wszystko to nie zamieniwszy ani z nim, ani ze mną jednego słowa w tej sprawie, której sądziłem, iż nie chce się podjąć.

Chciałbym bez końca mówić o Jerzym Keith: jemu to zawdzięczam ostatnie szczęśliwe wspomnienia; reszta życia to już same zgryzoty i nieprzerwany ucisk serca. Wspomnienie ich jest tak smutne i nawiedza mnie tak mętnie, iż niepodobna mi jest zachować jakiegokolwiek porządku w opowiadaniu. Odtąd będę zmuszony kreślić zdarzenia bez ładu, tak jak mi się nasuwają pod pióro.

Odpowiedź króla do milorda marszałka, w którym, jak można się domyślać, znalazłem dobrego adwokata, rozproszyła niebawem niepokój co do mego schronienia. Nie tylko J. K. Mość pochwalił to, co marszałek uczynił, ale polecił mu — trzebaż bowiem wszystko powiedzieć — wypłacić mi dwanaście luidorów. Dobry milord, zakłopotany podobnym zleceniem, nie wiedząc, w jaki sposób się zeń przyzwoicie wywiązać, starał się złagodzić upokarzający charakter podarku, przekształcając gotowiznę na zasoby naturalne. Oznajmił mi, iż ma rozkaz dostarczyć mi drzewa i węgla, aby wspomóc moje małe gospodarstwo; dodał nawet, może z własnego wymysłu, że król kazałby mi chętnie wybudować domek wedle mego smaku, gdybym zechciał wybrać miejsce. Ta ostatnia propozycja wzruszyła mnie wielce i kazała mi zapomnieć o tamtej niedelikatności. Nie przyjmując tych darów, patrzałem wszelako na Fryderyka jako na swego dobroczyńcę i opiekuna i przywiązałem się doń tak szczerze, iż od tej chwili interesowałem się jego chwałą w tym samym stopniu, w jakim wprzódy sukcesy jego zdawały mi się niesprawiedliwe. Z okazji pokoju227, jaki zawarł niedługo potem, wyraziłem mą radość za pomocą iluminacji w bardzo dobrym smaku: był to sznur girland, którym ozdobiłem dom służący mi za mieszkanie. Ambicja moja pozwoliła sobie na tę zemstę, iż wydałem na ten cel prawie tyle pieniędzy, ile król chciał mi ofiarować. Po zawarciu pokoju sądziłem, iż wobec tego, że jego wojskowa i polityczna chwała była u szczytu, zechce sobie przysporzyć chwały odmiennego rodzaju, budząc życie w swoim państwie, tworząc w nim królestwo handlu, rolnictwa, stwarzając nową ziemię, zaludniając ją nowym ludem, utrzymując pokój u sąsiadów, czyniąc się arbitrem Europy, bywszy poprzednio jej postrachem. Mógł bez obawy odłożyć miecz, pewien, iż nie będzie zmuszony podjąć go na nowo. Widząc, iż nie składa oręża, lękałem się, aby nie skorzystał źle ze swej przewagi i nie okazał się wielkim tylko w połowie. Ośmieliłem się napisać doń w tym przedmiocie. Przybierając ton poufały, najłacniej zdolny przypaść do serca człowiekowi z tego kruszcu, próbowałem zanieść aż przed tron ów święty głos prawdy, dla którego królowie tak rzadko mają uszy. Pozwoliłem sobie na tę swobodę jedynie w ścisłej tajemnicy między nim a mną. Nie dopuściłem do udziału nawet milorda marszałka i przesłałem mu mój list do króla zapieczętowany. Milord wysłał list, nie dowiadując się o jego zawartość. Król nie dał żadnej odpowiedzi; w jakiś czas później, kiedy milord marszałek udał się do Berlina, powiedział mu, żem go porządnie wyłajał. Zrozumiałem z tego, iż list mój sprawił złe wrażenie i że szczerość mego zapału wzięto za grubiaństwo pedanta. W gruncie rzeczy mogło to być; może nie powiedziałem tego, co było trzeba, i nie umiałem trafić we właściwy ton. Mogę odpowiadać jedynie za uczucie, które włożyło mi pióro do ręki.

W krótki czas po osiedleniu się w Motiers-Travers, mając wszelkie możliwe gwarancje, że mnie tam zostawią w spokoju, przybrałem strój armeński. Nie była to myśl nowa: przychodziła mi wiele razy do głowy w ciągu mego życia, zwłaszcza w Montmorency, gdzie obfity użytek sond, zmuszając mnie często do przebywania w pokoju, dał mi uczuć wygodę długiej szaty. Pewien krawiec armeński odwiedzał często swego krewnego osiadłego w Montmorency228; ten zbieg okoliczności skusił mnie, aby przybrać ten nowy strój, bez oglądania się na sądy ludzkie, o które troszczyłem się bardzo mało. Zanim wszelako przybrałem ten nowy kostium, zasięgnąłem zdania pani de Luxembourg, która bardzo mi go doradzała. Poleciłem tedy sporządzić sobie małą garderobę armeńską; ale burza, która podniosła się przeciw mnie, kazała mi odłożyć jej użytek aż do spokojniejszych czasów. Dopiero w kilka miesięcy później w Motiers, zmuszony wskutek napadów cierpienia powrócić do sondy, sądziłem, iż mogę bez obawy przywdziać ten strój. Zasięgnąłem zdania miejscowego pastora, który oświadczył, iż mogę go nosić nawet w świątyni bez zgorszenia. Przywdziałem tedy kamizelkę, suknię, watowaną czapkę, pas; skoro zaś wziąłem udział w tym odzieniu w służbie bożej, nie widziałem żadnej przeszkody, aby go nosić u milorda marszałka. Jego ekscelencja, widząc mnie tak ubranym, rzekł po prostu tylko: „Salamaleki229”, po czym nie było już o tym mowy i odtąd nie nosiłem innego ubrania.

Opuściwszy zupełnie literaturę, myślałem już jedynie o tym, aby prowadzić życie spokojne i miłe, o ile to będzie zależało ode mnie. Gdy byłem sam, nie znałem nigdy, co nuda, nawet w zupełnej bezczynności: wyobraźnia moja, wypełniając wszelką próżnię, wystarcza najzupełniej, aby mnie zająć bez obcej pomocy. Jedynie bezczynnego paplania w pokoju, kiedy ludzie siedzą sobie nawzajem na głowach i ruszają tylko językiem, nie mogłem nigdy znosić. Kiedy człowiek jest w ruchu, kiedy się przechadza, ujdzie jeszcze; przynajmniej nogi i oczy są czymś zatrudnione; ale siedzieć tak z założonymi rękami i mówić o pogodzie i o muszkach, które latają w powietrzu, albo co jeszcze gorsze, świadczyć sobie nawzajem — to męka wprost nie do zniesienia. Postanowiłem, aby nie żyć jak dziki, nauczyć się robić siatkę. Idąc w odwiedziny, brałem swoją poduszeczkę lub też obyczajem kobiet siedziałem z robótką przed drzwiami i gwarzyłem z przechodzącymi. To mi pozwalało ścierpieć nicość tego szczebiotu i spędzać bez uczucia nudy czas u sąsiadek, z których niektóre były dość miłe i nie pozbawione dowcipu. Jedna między innymi, nazwiskiem Izabela d’Ivernois, córka generalnego prokuratora w Neuchâtel, wydała mi się godna, aby się z nią bliżej zaprzyjaźnić. Nie wyszła źle na tym: zawdzięcza mi wiele użytecznych rad oraz usług, które oddałem jej w ważnych okolicznościach; tak iż obecnie, stawszy się cnotliwą i zacną matką rodziny, mnie może winna jest swój rozsądek, męża, życie i szczęście. Ja ze swej strony zawdzięczam jej nader słodkie chwile, zwłaszcza podczas bardzo smutnej zimy, kiedy w czasie największych mych cierpień i niedoli przychodziła spędzać z Teresą i ze mną długie wieczory. Wydawały się nam one bardzo krótkie dzięki urokowi jej umysłu i słodyczy wzajemnych wynurzeń. Nazywała mnie „ojczulkiem”, ja ją „córuchną”, a imiona te, które dajemy sobie jeszcze, nie przestały, jak mniemam, być jej równie drogie jak mnie. Aby moje siatki zdały się na coś, robiłem z nich podarki swoim młodym przyjaciółkom, kiedy szły za mąż, pod warunkiem, że będą same karmić dzieci. Starsza siostra panny d’Ivernois dostała z tego tytułu jedną taką siatkę i zasłużyła na nią; Izabela dostała również i zasłużyła nie mniej przez intencję, ale nie miała tego szczęścia, aby móc uskutecznić swój zamiar. Posyłając im te siatki, napisałem do obu listy, z których pierwszy krążył po świecie w odpisach. Sercu Izabeli nie odpowiadało tyle rozgłosu: przyjaźń nierada się otacza takim hałasem.

Między stosunkami, które zawarłem w sąsiedztwie, a w których szczegóły nie będę wchodził, trzeba mi zanotować znajomość z pułkownikiem Pury230. Miał domek w górach, gdzie spędzał zazwyczaj lato. Nie było mi pilno do tej znajomości, ponieważ wiedziałem, że jest bardzo źle notowany na dworze i u milorda marszałka, do którego nie miał wstępu. Mimo to, ponieważ mi złożył wizytę i okazał wiele uprzejmości, trzeba było i mnie odwiedzić go z kolei; stosunki zadzierzgnęły się i niekiedy nawet jadaliśmy u siebie wzajem. Poznałem u niego pana du Peyrou231, z którym później łączyły mnie stosunki przyjaźni zbyt bliskiej, abym mógł poniechać wzmianki o nim.

Pan du Peyrou był to Amerykanin, syn gubernatora Surinamu, którego wdowę zaślubił następca jego, pan de Chambrier z Neuchâtel. Owdowiawszy po raz wtóry, pani de Chambrier osiedliła się wraz z synem w ojczyźnie drugiego męża. Du Peyrou, jedynak, bardzo bogaty i tkliwie kochany przez matkę, otrzymał dość staranne wychowanie, z którego umiał skorzystać. Nabył wiele półwiadomości, posiadł niejakie zamiłowanie do sztuk, zwłaszcza pochlebiał sobie, iż doprowadził rozum do wysokiej kultury. Holenderskie jego wzięcie, chłodne i filozoficzne, milczący i skryty charakter, wielce sprzyjały temu mniemaniu. Był głuchy i pedogryczny, mimo że jeszcze młody. Nadawało to wszystkim jego ruchom wiele umiarkowania, powagi; mimo że lubił dysputy, niekiedy nawet przydługie, na ogół mówił mało, ponieważ nie słyszał. Wszystkie te pozory zaimponowały mi. Mówiłem sobie: „Oto myśliciel, rozumny człowiek, jakiego pragnęłoby się mieć za przyjaciela”. Aby mnie do reszty załapać, często zwracał się do mnie z rozmową, ale nigdy nie świadczył mi żadnych komplementów: mówił mało o mnie, mało o moich książkach, bardzo mało o sobie. Nie był pozbawiony sądu o rzeczach i wszystko, co mówił, było na ogół dość trafne. Ten takt i równość usposobienia pociągnęły mnie. Nie miał ani górności myśli, ani przenikliwości milorda marszałka, ale miał jego prostotę — to już znaczyło przypominać go bodaj w czymś. Nie zapaliłem się doń zbytnio, ale przywiązałem się uczuciem szacunku, a niebawem szacunek ten sprowadził przyjaźń. Zapomniałem wobec niego zupełnie o zarzucie, jaki uczyniłem baronowi d’Holbach, że jest za bogaty; zdaje mi się, żem źle uczynił. Nauczyłem się wątpić, aby człowiek cieszący się wielkim majątkiem, bez względu zresztą na inne przymioty, mógł szczerze kochać moje zasady i ich autora.

Przez dość długi czas rzadko widywałem pana du Peyrou, ponieważ ja nie bywałem w Neuchâtel, on zaś bywał tylko raz na rok w letnim mieszkaniu pułkownika Pury. Czemu nie bywałem w Neuchâtel? Było to dzieciństwo, którego nie należy mi zamilczeć.

Mimo iż otoczony opieką króla i milorda marszałka, jeżeli uniknąłem zrazu prześladowania w mym schronieniu, nie uniknąłem jednak szemrania publiczności, urzędników, pastorów. Po haśle danym przez Francję byłoby wręcz w złym tonie nie uczynić mi bodaj jakiej zniewagi: ten, kto by nie szedł za przykładem mych prześladowców, obawiałby się, iż mu to poczytają za ich krytykę. Klasa rządząca w Neuchâtel, to znaczy związek pastorów, dał pobudkę, starając się podburzyć przeciw mnie Radę Stanu. Skoro to usiłowanie spełzło na niczym, zwrócili się do burmistrza, który polecił natychmiast wstrzymać obieg mej książki. Co więcej, starał się we wszelkiej okoliczności okazać mi swą niechęć i dawał do zrozumienia, a nawet mówił głośno, że gdybym pragnął osiedlić się w samym mieście, nie ścierpiano by mego pobytu. Napełnili swego „Merkurego” bredniami pełnymi najbardziej płaskiego świętoszkostwa, które, pobudzając do śmiechu rozsądnych ludzi, roznamiętniły wszelako lud i podburzyły go przeciw mnie. Wszystko to nie przeszkadzało im głosić, iż powinienem być bardzo wdzięczny za łaskę, jaką mi czynią, pozwalając żyć spokojnie w Motiers, gdzie nie mieli żadnej władzy. Byliby mi chętnie odmierzali powietrze na łuty232, pod warunkiem, żebym je drogo opłacił. Żądali, abym był wdzięczny za opiekę, której król użyczał mi wbrew nim, a którą bez ustanku silili się mi odjąć. Wreszcie, nie mogąc tego uzyskać, wyrządziwszy mi tyle złego, ile mogli, i osławiwszy233 mnie na wszelkie sposoby, uczynili sobie zasługę ze swej niemocy, każąc mi wielbić dobroć, z jaką godzili się cierpieć mnie na swojej ziemi. Należałoby rozśmiać się w nos za całą odpowiedź: byłem na tyle głupi, iż czułem się dotknięty, i na tyle niedorzeczny, iż wzdragałem się postawić nogę w Neuchâtel. Postanowienia tego dochowałem blisko dwa lata, jak gdyby to nie było zbyt wiele zaszczytu dla podobnych ciurów, aby zwracać uwagę na ich postępki, które, dobre czy złe, nie mogą iść na ich rachunek, ponieważ tego rodzaju ludzie zawsze działają jedynie z obcej pobudki. Zresztą, umysły bez kultury i światła, nie znające innego przedmiotu godnego szacunku jak wpływy, władza i pieniądze, bardzo dalekie są nawet od podejrzewania, iż mogą obowiązywać niejakie względy dla talentu i że hańbą jest znieważać go.

Pewien wójt małej mieściny, usunięty z posady za jakieś malwersacje, wyraził się do starosty z Val-de-Travers, męża Izabeli: „Powiadają, że ten Rousseau jest taki prześcipny234, przyprowadźcie go do mnie, abym zobaczył, czy to prawda”. Zaiste, wzgarda człowieka przemawiającego podobnym tonem nie powinna nazbyt dotykać tego, kto jest jej przedmiotem.

Wedle sposobu, w jaki mnie potraktowano w Paryżu, Genewie, Bernie, w Neuchâtel nawet, nie spodziewałem się więcej względów ze strony miejscowego pastora. Miałem doń wszelako polecenie od pani Boy de la Tour i przyjął mnie bardzo serdecznie; ale w tym kraju, gdzie karmią miodowymi słówkami każdego bez różnicy, nie można przywiązywać znaczenia do tych rzeczy. Mimo to po uroczystym przystąpieniu do reformowanego Kościoła, żyjąc w kraju reformowanym, nie mogłem bez uchybienia zobowiązaniom i powinnościom obywatela zaniedbać publicznego praktykowania obrządku, do którego wróciłem: uczęszczałem tedy na służbę bożą. Z drugiej strony obawiałem się, iż przystępując do świętego stołu, narażę się na wstyd odmowy; nie było zaś zgoła prawdopodobne, aby, po hałasie podniesionym w Genewie przez Radę i w Neuchâtel przez pastorów, pastor w Motiers zechciał mi spokojnie udzielić komunii w swoim kościele. Widząc tedy, iż zbliża się pora tego obrzędu, postanowiłem napisać do pana de Montmollin (było to nazwisko pastora), aby spełnić akt dobrej woli i oświadczyć, że zawsze należę sercem do Kościoła protestanckiego. Doniosłem równocześnie, aby uniknąć sprzeczek co do artykułów wiary, iż nie życzę sobie żadnych szczegółowych wyjaśnień w kwestii dogmatu. Dopełniwszy ze swej strony tego, co do mnie należało, czekałem spokojnie, nie wątpiąc, iż pan de Montmollin odmówi dopuszczenia mnie do sakramentów bez uprzedniej dyskusji, której nie chciałem, i że w ten sposób wszystko zakończy się bez winy z mej strony. Wcale nie: w chwili gdy najmniej się tego spodziewałem, pan de Montmollin przyszedł mi oznajmić, iż nie tylko dopuszcza mnie do komunii na warunkach, które postawiłem, ale co więcej, on i „starsi” gminy uważają sobie za wielki zaszczyt posiadanie mnie w swej parafii. W życiu nie miałem podobnego ani bardziej radosnego zdziwienia. Wiecznie żyć osamotnionym na ziemi zdawało mi się losem bardzo smutnym, zwłaszcza w nieszczęściu. Wśród tylu proskrypcji i prześladowań znajdowałem niezmierną słodycz w tym, iż mogę sobie powiedzieć: „Przynajmniej jestem wśród swoich braci”; toteż gotowałem się do komunii ze wzruszeniem serca i ze łzami rozczulenia, które były może dla Boga najmilszym przygotowaniem, jakie mu ktoś może ofiarować.

W jakiś czas później milord przesłał mi list pani de Boufflers, przybyły — przynajmniej tak przypuszczałem — za pośrednictwem d’Alemberta, który znał milorda marszałka. W liście tym, pierwszym, jaki ta dama napisała do mnie od wyjazdu z Montmorency, czyniła mi żywe wymówki za pismo moje do pana de Montmollin, a zwłaszcza za mą komunię. Tym mniej mogłem zrozumieć, o co jej chodzi, ile że od czasu bytności w Genewie zawsze jawnie głosiłem się protestantem i zupełnie publicznie uczęszczałem do Pałacu Holenderskiego, bez zarzutu z niczyjej strony. Wydało mi się zabawne, iż pani hrabina de Boufflers chce bawić się w kierowanie mym sumieniem w sprawach religii. Mimo to, ponieważ nie wątpiłem, iż intencje jej (jakkolwiek nie umiałem ich zrozumieć) są najlepsze, nie obraziłem się o ten osobliwy napad i odpowiedziałem bez gniewu, podając swoje racje.

Tymczasem drukowane obelgi szły swoim trybem, łaskawi zaś autorowie wyrzucali władzom, iż obchodzą się ze mną zbyt łagodnie. Ten koncert ujadania, którego kapelmistrze działali niestrudzenie pod osłoną, miał coś złowrogiego i przerażającego. Co do mnie, pozwalałem gadać, nie przejmując się. Upewniano mnie, że zapadła cenzura Sorbony. Nie uwierzyłem. Z jakiego tytułu miałaby się Sorbona mieszać w tę sprawę? Czy chciała stwierdzić, że nie jestem katolikiem? Wszyscy wiedzieli o tym. Czy chciała dowieść, że nie jestem dobrym kalwinem? Co jej do tego? To by znaczyło podjąć bardzo osobliwe zadanie; znaczyło to czynić się substytutem pastorów. Nim ujrzałem naocznie owo pismo, sądziłem, iż puszczono je w obieg pod godłem Sorbony, aby sobie z niej zadrwić; myślałem tak tym więcej, skoro je przeczytałem. Wreszcie, gdy już nie mogłem wątpić o jego autentyczności, cały mój pogląd na sprawę streszczał się w tym, iż trzeba by zamknąć Sorbonę do szpitala wariatów.

(1763) Inne pismo obeszło mnie bardziej, ponieważ pochodziło od człowieka, dla którego miałem zawsze szacunek i którego stałość podziwiałem, ubolewając nad jego zaślepieniem. Mówię o liście pasterskim arcybiskupa paryskiego235 przeciw mnie. Sądziłem, iż winien jestem sobie, aby nań odpowiedzieć. Mogłem to uczynić bez poniżenia; to był wypadek mniej więcej podobny do tego, w jakim swego czasu skrzyżowałem broń z królem polskim. Nie lubiłem nigdy polemiki brutalnej, na sposób Wolterowski. Umiem walczyć jedynie z godnością; jeśli raczę się bronić, to tylko wówczas, gdy ten, kto mnie atakuje, nie przynosi hańby mej dłoni. Nie wątpiłem, iż to orędzie pochodzi z ręki jezuitów; mimo że wówczas sami byli w złej skórze, poznawałem w tym postępku ich dawną zasadę miażdżenia nieszczęśliwych. Mogłem tedy iść znowuż za swoją dawną maksymą, to jest oddać wszelką cześć tytularnemu autorowi, a zmiażdżyć dzieło; co też, sądzę, uczyniłem z niejakim sukcesem.

Pobyt w Motiers wydał mi się nader przyjemny; abym się zdecydował dokończyć tam swoich dni, brakło mi jedynie rękojmi środków utrzymania. Życie jest tam dość drogie, wszystkie zaś dawne projekty rozwiały się przez rozbicie mego gospodarstwa, założenie nowego, sprzedaż lub rozproszenie wszystkich sprzętów oraz wydatki, które mi trzeba było ponieść od wyjazdu z Montmorency. Patrzałem z każdym dniem na zmniejszanie się kapitaliku, który miałem w zapasie. Parę lat wystarczyłoby, aby pochłonąć resztę, nie widziałem zaś żadnego sposobu odnowienia zasobów, chyba że zacząłbym na nowo pisać książki: opłakane rzemiosło, którego się już wyrzekłem.

Przekonany, że opinia odmieni się niebawem i że publiczność, ochłonąwszy ze swego szaleństwa, każe i władzom rumienić się za nie, myślałem jedynie o tym, aby oszczędzając, dotrwać aż do szczęśliwej odmiany, która zostawi mi swobodniejszy wybór dalszej drogi. W tej myśli podjąłem Dykcjonarz muzyczny, znacznie już posunięty naprzód przez dziesięć lat pracy, tak iż brakło mu jedynie ostatniego wykończenia i przepisania na czysto. Książki moje, które przysłano mi niedawno, dostarczyły mi środków dla dokończenia tego dzieła; nadesłane równocześnie papiery umożliwiły podjęcie pracy koło pamiętników, którymi odtąd chciałem się wyłącznie zająć. Zacząłem od przepisania listów i sporządzenia z nich zbiorku, który by mógł kierować mą pamięć w porządku zdarzeń i czasu. Przebrałem już dawniej te, które chciałem zachować w tym celu: tworzyły nieprzerwany ciąg blisko dziesięciu lat. Tymczasem porządkując je dla przepisania, spostrzegłem lukę, która mnie zdziwiła. Luka ta obejmowała blisko sześć miesięcy, od października 1756 aż do marca następnego roku. Przypominałem sobie doskonale, iż między przebranymi już dokumentami znajdowało się sporo listów Diderota, Deleyre’a, pani d’Epinay, pani de Chenonceaux etc., które wypełniały tę lukę. Otóż tych listów nie było. Co się z nimi stało? Czy kto dobrał się do mych papierów w ciągu tych kilku miesięcy, przez które zostawały w pałacu Luxembourg? To było nie do pojęcia; widziałem, jak pan marszałek sam schował klucz od pokoju, w którym je złożyłem. Ponieważ wiele listów kobiecych, a wszystkie Diderota były bez daty, tak, iż aby ułożyć te listy po porządku, byłem zmuszony czynić to z pamięci i po omacku, sądziłem zrazu, iż popełniam omyłkę w datach. Przejrzałem po porządku wszystkie listy, które nie miały daty lub też przy których sam ją uzupełniłem, aby się przekonać, czy nie znajdę wśród nich zapełnienia tej luki. Próba nie powiodła się; ujrzałem, iż przerwa jest bardzo realna i że z wszelką pewnością listy usunięto. Kto i w jakim celu? Oto co przychodziło mi na myśl. Listy te, poprzedzające datą zajścia w Pustelni, pochodzące z czasu mego pierwszego upojenia Julią, nie mogły interesować nikogo. Zawierały co najwyżej jakieś świadectwa nachalności Diderota, jakieś przycinki Deleyre’a, wylewy przyjaźni pani de Chenonceaux, a nawet pani d’Epinay, z którą byłem wówczas najczulej w świecie. Komu mogło zależeć na tych listach? Co chciano z nimi począć? Dopiero w siedem lat później zacząłem podejrzewać ohydny cel tej kradzieży.

Brak ten, zupełnie nie zostawiający wątpliwości, sprawił, iż zacząłem szukać wśród brulionów, czy nie odkryję innych braków. Spostrzegłem, w istocie, to i owo; zważywszy zaś mą lichą pamięć, mogę przypuszczać, iż w mnóstwie moich papierów dokonano i innych grabieży. Te, które zauważyłem, to brak brulionu Moralności wrażeniowej i wyciągu Przygód milorda Edwarda. Ten ostatni, wyznaję, obudził we mnie podejrzenia co do pani de Luxembourg. Papiery te wysyłał pod moim adresem La Roche, jej zaufany pokojowiec, a dla jednej tylko marszałkowej mógł mieć ten szpargał jakąś wagę. Ale co mogło jej zależeć na tamtym drugim i na uprzątniętych listach, z których, nawet przypuściwszy złe intencje, nie można było uczynić żadnego użytku na mą szkodę, chyba puściwszy się236 wręcz na fałszerstwo? Co do marszałka, którego niewzruszoną prawość i szczerą przyjaźń dla mnie znałem dostatecznie, nie mogłem go podejrzewać ani przez chwilę. Nie mogłem również nawet zatrzymać się myślą przy podejrzeniu co do marszałkowej. Namęczywszy długo mózgownicę nad autorstwem kradzieży, jedyne, co mogłem uczynić, to przypisać ją d’Alembertowi, który, już zadomowiony u pani de Luxembourg, mógł znaleźć sposób szperania w tych papierach i usunięcia z nich, co mu się podobało, bądź to w zamiarze posłużenia się nimi na mą szkodę, bądź dla przywłaszczenia sobie tego, co mu się mogło nadać. Sądziłem, iż, zmamiony tytułem Moralność wrażeniowa, przypuszczał, że znalazł plan istotnego traktatu materialistycznego; można sobie wyobrazić, jak by to przeciw mnie wykorzystał! Pewny, iż zbadanie brulionu wywiedzie go z błędu, sam zaś mając niezłomny zamiar poniechać literatury, mało troszczyłem się o te kradzieże; nie były one pierwszą sprawką tej ręki237, którą ścierpiałem w milczeniu. Niebawem przestałem myśleć o tym nadużyciu, tak jakby nigdy nie miało miejsca, i zacząłem gromadzić materiały, które mi zostawiono, aby podjąć pracę nad Wyznaniami.

Długi czas myślałem, iż korporacja pastorów lub bodaj obywatele i mieszczaństwo Genewy upomną się o naruszenie edyktu w dekrecie wydanym przeciw mnie238. Nikt się nie ruszył, przynajmniej publicznie; istniało bowiem powszechne niezadowolenie, które czekało jedynie sposobności, aby się objawić. Moi przyjaciele, lub podający się za takich, pisali do mnie list po liście, zachęcając, abym stanął na ich czele i zaręczając publiczne zadośćuczynienie ze strony Rady. Obawa rozdwojenia i zamieszek, które moja obecność mogłaby spowodować, nie pozwoliła mi przychylić się do ich próśb. Wierny ślubowi, jaki uczyniłem sobie niegdyś, aby nigdy nie przyczyniać się do wewnętrznej niezgody w mym kraju, wolałem raczej pozwolić dalej trwać własnej krzywdzie i skazać się na wieczne wygnanie z ojczyzny niż wracać do niej przy pomocy gwałtownych i niebezpiecznych środków. To prawda, iż spodziewałem się ze strony mieszczaństwa, pokojowych i legalnych protestów przeciw nadużyciu, które powinno je było żywo obejść. Nic podobnego. Przywódcom chodziło nie tyle o istotne usunięcie nadużyć, ile o sposobność wysunięcia swoich osób. Spiskowano, ale zachowano milczenie. Pozwolono ujadać pyskaczom i faryzeuszom, których Rada używała, aby mnie zohydzić w oczach ludu i przypisać swój wybryk religijnej gorliwości.

Wyczekawszy na próżno przeszło rok, aby ktoś zaprotestował przeciw nielegalnemu wyrokowi, powziąłem wreszcie postanowienie. Widząc się opuszczonym przez współobywateli, zdecydowałem się wyrzec niewdzięcznej ojczyzny, w której nigdy nie żyłem, od której nigdy nie doświadczyłem dobra ani usług i w której w nagrodę czci, jaką starałem się jej przysporzyć, doznałem tak niegodnego obejścia, i to za jednomyślną zgodą, skoro ci, którzy winni byli przemówić, zachowywali milczenie. Napisałem tedy do pierwszego syndyka (był nim wówczas, zdaje mi się, pan Favre) list, w którym zrzekłem się uroczyście obywatelstwa. W liście tym zachowałem zresztą godność i umiarkowanie, które zawsze wkładałem w akty dumy, skoro mnie do nich zmusiło okrucieństwo wrogów.

Krok ten otworzył wreszcie oczy obywatelom. Czując, iż zawinili przeciw samym sobie, niechając mej obrony, porwali się do niej wówczas, gdy już było za późno. Mieli oni inne zarzuty, które skojarzyli z tą sprawą, i uczynili z nich przedmiot bardzo dobrze umotywowanych protestów. Akcja ta zataczała coraz szersze kręgi, w miarę jak twarde i odpychające odmowy Rady, która czuła za sobą poparcie rządu francuskiego, lepiej dały pojąć obywatelom, iż zamiarem Rady jest wręcz ujarzmić ich. Spory te wydały mnogość broszur, które nie rozstrzygały niczego; aż nagle pojawił się utwór pt. Listy ze wsi. Dziełko to, napisane w obronie Rady niezmiernie zręcznie, sprawiło, iż stronnictwo reprezentacyjne239, przywiedzione nim do milczenia, czuło się na czas jakiś wręcz zmiażdżone. Utwór ten, trwały pomnik rzadkich talentów swego autora, wyszedł spod pióra generała Tronchin, człowieka bystrego, światłego, bardzo biegłego w prawach i polityce republiki. Siluit terra240.

(1764) Reprezentanci, ochłonąwszy z pierwszego przygnębienia, podjęli odpowiedź i z czasem wywiązali się z niej niezgorzej. Ale wszyscy zwrócili oczy na mnie, jako na jedynego, który zdolny był wejść z nadzieją zwycięstwa w szranki z takim przeciwnikiem. Wyznaję, iż rozumiałem tak samo; jakoż, popchnięty przez dawnych współobywateli, którzy nakładali wręcz na mnie obowiązek wsparcia ich piórem w kłopocie, którego byłem przyczyną, podjąłem odparcie Listów ze wsi i sparodiowałem ich tytuł nadpisem Listy z gór241, jaki położyłem na moich. Powziąłem i wykonałem to postanowienie w takiej tajemnicy, iż w ciągu spotkania, jakie miałem w Thonon z przywódcą reprezentantów dla pomówienia o ich sprawach, podczas którego to spotkania pokazali mi szkic swej odpowiedzi, nie rzekłem ani słowa o mojej, która była już gotowa. Lękałem się, aby nie zaszła jaka przeszkoda w druku, w razie gdyby najmniejsze podejrzenie doszło bądź do władz, bądź do mych osobistych wrogów. Mimo wszystkich ostrożności dzieło moje dostało się do Francji przed jego ogłoszeniem; ale pewne czynniki wolały raczej pozwolić mu się ukazać niż zanadto dać się domyślać, w jaki sposób odkryto moją tajemnicę. Powiem w tym przedmiocie to, co wiem pewnie, to znaczy bardzo niewiele; zamilczę to, czego się tylko domyślam.

Miałem w Motiers niemal tyle wizyt, ile ich bywało w Pustelni i w Montmorency; ale były one bardzo odmiennego rodzaju. Ci, którzy odwiedzali mnie dotąd, to byli ludzie, którzy czując ze mną pokrewieństwo talentów, upodobań, poglądów, powoływali się na nie jako na pobudkę odwiedzin i wprowadzali mnie od razu w materię, w której mogłem się z nimi porozumieć. W Motiers to już nie to, zwłaszcza co się tyczy gości z Francji. Byli to oficerowie lub inni ludzie, którzy nie mieli żadnego upodobania w literaturze; po największej części nie czytali nawet nigdy moich pism, a mimo to, wedle tego, co mówili, nie wahali się zrobić trzydzieści, czterdzieści, sześćdziesiąt, sto mil, aby mnie zobaczyć i podziwiać znakomitego, sławnego, bardzo sławnego, wielkiego człowieka etc. Od tego czasu bowiem weszło w zwyczaj obrzucać mnie grubiańsko w twarz najbardziej bezwstydnymi pochlebstwami, od czego chronił mnie dotąd szacunek tych, którzy stanowili moje towarzystwo. Ponieważ większość tych przybyszów nie raczyła ani się nazwać, ani wymienić swego stanowiska, ponieważ nasz zobopólny zakres wiadomości nie obracał się w tych samych przedmiotach i ponieważ ani nie czytali, ani nie mieli nawet w ręku moich dzieł, nie wiedziałem, o czym z nimi mówić; czekałem, aż zaczną mówić sami, ich bowiem rzeczą było wiedzieć i powiedzieć mi, w jakim celu mnie nachodzą. Można zrozumieć, iż w tych warunkach rozmowa nie była dla mnie zbyt interesująca; mogła nią być wszelako dla nich, wedle tego, czego chcieli się dowiedzieć. Ponieważ nie miałem powodów do nieufności, wyrażałem się bez zastrzeżeń we wszystkich kwestiach, o które uważali za właściwe mnie zagadnąć; odchodzili tedy zwykle dobrze powiadomieni co do wszystkich szczegółów mego położenia.

Otrzymałem na przykład w ten sposób wizytę pana de Feins, koniuszego królowej i kapitana kawalerii w jej pułku. Miał on tę wytrwałość, aby spędzić kilka dni w Motiers, a nawet towarzyszyć mi pieszo aż do La Ferriere, prowadząc konia za uzdę, nie mając ze mną innego punktu styczności, jak ten, żeśmy znali obaj pannę Fel i że obaj grywaliśmy w bilbokieta. Przed i po panu de Feins spotkała mnie inna, o wiele jeszcze osobliwsza wizyta. Dwaj ludzie zjawiają się pieszo, prowadząc każdy muła obładowanego tobołkiem; stają w gospodzie, krzątają się sami koło swych mułów i żądają widzenia ze mną. Wnosząc z wejrzenia tych mulników, wzięto ich za kontrabandzistów; w lot obiegła wiadomość, iż przemytnicy przybyli do mnie w odwiedziny. Już sam sposób przywitania pouczył mnie, że to są ludzie innego pokroju; ale, nie będąc przemytnikami, mogli to być wszelako awanturnicy. Wątpliwość ta kazała mi się mieć na baczności; niebawem jednak uspokoili mnie w tej mierze. Jeden z nich był to pan de Montauban, zwany hrabią de la Tour-du-Pin, szlachcic z Delfinatu242; drugim pan Dastier, z Carpentras243, ekswojskowy, który nie mogąc błysnąć swoim Krzyżem św. Ludwika, miał go przynajmniej w kieszeni. Ci panowie, bardzo zresztą mili, odznaczali się obaj bystrym dowcipem; rozmowa ich była gładka i zajmująca. Ich sposób podróżowania, tak bardzo w moim smaku, a tak mało zgodny z obyczajem francuskiej szlachty, obudził we mnie sympatię, którą bliższe obcowanie zdołało tylko umocnić. Znajomość nie skończyła się na tym, ba, trwa do dziś. Zachodzili do mnie w odwiedziny w rozmaitym czasie, już nie piechotą, to było dobre na początek; ale im dłużej przestawałem z tymi panami, tym mniej znalazłem wspólności w naszych upodobaniach, tym mniej czułem, aby ich zasady były moimi, aby znali moje pisma, słowem, aby istniała jakakolwiek prawdziwa sympatia między nami. Czego tedy chcieli ode mnie? Dlaczego odwiedzali mnie w tym dziwnym rynsztunku? Po co wracali kilkakrotnie? Czemu pragnęli tak gorąco być pod moim dachem? Nie przyszło mi wówczas na myśl zadawać sobie tych pytań. Nastręczały mi się one nieraz od tego czasu.

Wzruszony ich uprzejmością, otwierałem im serca bez ograniczeń, zwłaszcza panu Dastier, którego wzięcie, bardziej otwarte, większą natchnęło mnie ufnością. Nawiązałem z nim nawet korespondencję i kiedy miałem drukować Listy z gór, przyszło mi na myśl zwrócić się do niego, aby zmylić trop tych, którzy czekali mej przesyłki na drodze do Holandii. Mówił mi obszernie, może z umysłu, o swobodzie prasy w Awinionie; ofiarował usługi, gdybym miał kiedy zamiar coś tam drukować. Skorzystałem z ofiary i skierowałem doń kolejno, pocztą, moje pierwsze poszyty. Zatrzymawszy je dosyć długo, odesłał mi je z nadmienieniem, iż żaden księgarz nie śmie się ich podjąć. Byłem zmuszony wrócić do Reya, bacząc, aby wysyłać poszyty jedynie stopniowo i nie wypuszczać następnego, póki nie miałem w ręku potwierdzenia odbioru pierwszych. Przed wydaniem dzieła dowiedziałem się, iż ktoś je widział w biurach ministerstwa, zaś pan d’Escherny z Neuchâtel wspomniał mi o książce Człowiek z gór, o której d’Holbach powiadał mu, iż jest mego pióra. Zapewniłem (jak też było prawdą), że nigdy nie pisałem książki pod tym tytułem. Kiedy pojawiły się Listy, był wściekły, obwiniał mnie o kłamstwo, mimo że powiedziałem jedynie szczerą prawdę. Oto jak zyskałem pewność, że rękopis mój był znany. Pewien rzetelności Reya, zmuszony byłem gdzie indziej przenieść swoje przypuszczenia; najchętniej byłem skłonny mniemać, iż po prostu przesyłki moje otwierano na poczcie.

Druga znajomość mniej więcej z tego czasu, ale zrazu nawiązana tylko listownie, to niejaki pan Laliaud, z Nîmes. Napisał do mnie z Paryża, prosząc, abym mu przesłał w sylwetce swój profil, którego potrzebuje — jak powiadał — do biustu244 w marmurze, jaki dał wykonać Le Moine’owi dla umieszczenia go w swej bibliotece. Jeżeli to było pochlebstwo, wymyślone, aby mnie ugłaskać, osiągnęło swój cel w zupełności. Osądziłem, iż człowiek, który pragnie mieć mój biust z marmuru w bibliotece, musi być przejęty mymi pismami, tym samym mymi zasadami i że kocha mnie, ponieważ dusza jego harmonizuje z moją. Trudno sobie wyobrazić, aby ta myśl nie pociągnęła mnie. Poznałem później pana Laliaud. Znalazłem go bardzo skwapliwym w tym, aby mi ofiarować wiele drobnych usług, aby się mieszać pilnie w moje sprawy. Ale poza tym wątpię, aby które z moich pism wchodziło w szczupłą liczbę książek, jakie przeczytał w życiu. Nie wiem, czy ma bibliotekę i czy ten sprzęt może mu być na co przydatny; co zaś do biustu, ograniczył się do lichego szkicu z gliny, który ulepił Le Moine. Kazał zeń sporządzić ohydny portret, który mimo to obiega pod moim nazwiskiem, jak gdyby miał ze mną jakieś podobieństwo.

Jedynym Francuzem, który, zdawało się, odwiedza mnie przez sympatię dla mych uczuć i dzieł, był młody oficer z limuzyńskiego245 pułku, nazwiskiem Séguier de Saint-Brisson. Błyszczał on i błyszczy może jeszcze w Paryżu i w świecie przez swoje talenty, dosyć w istocie miłe, i przez pretensje do znawstwa sztuki. Zaszedł odwiedzić mnie w Montmorency w ciągu zimy, która poprzedziła mą katastrofę. Zauważyłem w nim żywość uczuć, która mi się podobała. Pisywał do mnie w dalszym ciągu do Motiers i czy to chciał mi pochlebić, czy w istocie zawróciło mu się w głowie od Emila, doniósł mi, iż opuszcza służbę, aby żyć w stanie niezależnym, i że się uczy rzemiosła stolarza. Miał starszego brata, kapitana w tym samym pułku, ukochanego przez matkę. Matka ta, straszliwa dewotka i kierowana przez jakiegoś klechę świętoszka, bardzo licho obchodziła się z młodszym synem. Obwiniała go o brak religii, a nawet o zbrodnię nie do darowania, mianowicie, iż utrzymuje stosunki ze mną! Oto przyczyny, dla których chciał zerwać z matką i powziął postanowienie, o którym wspomniałem: wszystko, aby zabawić się w małego Emila.

Przerażony tą krewkością, czym prędzej napisałem doń, błagając, aby odmienił postanowienie. Włożyłem w swoje upomnienia całą siłę, do jakiej byłem zdolny. Usłuchał: postarał się naprawić stosunki z matką, cofnął z rąk pułkownika wręczoną dymisję, z której ten przezorny człowiek nie zrobił jeszcze użytku, pragnąc zostawić młodzieńcowi czas do dojrzalszego namysłu. Saint-Brisson, opamiętawszy się ze swych szaleństw, popełnił inne, mniej rażące, ale również nie w moim guście: został autorem. Wydał kolejno parę broszur, nie wyzutych zresztą z wszelkiego talentu; mimo to nie mogę sobie wyrzucać, abym go uraczył pochwałami nader zachęcającymi do postępowania na tej drodze.

W jakiś czas później odwiedził mnie znowu: odbyliśmy razem pielgrzymkę na Wyspę Saint-Pierre246. Wydał mi się w ciągu tej podróży odmiennym od tego, jakim znałem go w Montmorency. Miał w sobie coś wymuszonego, co zrazu nie uderzyło mnie zbytnio, ale później nieraz przychodziło mi na pamięć. Odwiedził mnie jeszcze raz, w hotelu Saint-Simon, wówczas gdy przejeżdżałem przez Paryż, udając się do Anglii. Dowiedziałem się wówczas (o czym mi sam nie mówił), że żyje w bardzo wielkim świecie i bywa dość często u pani de Luxembourg. Nie dał żadnego znaku życia wówczas, gdym mieszkał w Trye, i nie kazał mi nic powiedzieć przez swoją krewną, pannę Séguier, która była mą sąsiadką, a która nigdy nie wydała mi się zbyt życzliwie dla mnie usposobioną. Jednym słowem, zapał pana de Saint-Brisson ostygł nagle, podobnie jak przyjaźń pana de Feins: ale ten nie był mi nic winien, tamten zaś miał wobec mnie niejakie obowiązki, chyba że głupstwa, od których go uchroniłem, były jedynie komedią z jego strony; co w gruncie jest bardzo możliwe.

Miałem również gości z Genewy, nawet dużo. De Lucowie, ojciec i syn, kazali mi się kolejno pielęgnować w chorobie: ojciec zaniemógł w drodze; syn był chory, już opuszczając Genewę — obaj rozgościli się z tym u mnie. Pastorzy, krewni, świętoszki, ciemne figury wszelkiego rodzaju przybywali z Genewy i ze Szwajcarii, nie po to — jak owi przybysze z Francji — aby mnie podziwiać i dworować sobie ze mnie, ale aby mnie łajać i katechizować. Jedynym miłym gościem był mi Moultou, który przybył spędzić ze mną kilka dni, a chętnie byłbym go zatrzymał dłużej. Najstalszym ze wszystkich, najbardziej wytrwałym, był niejaki pan d’Ivernois, który ujarzmił mnie siłą swego natręctwa. Był to kupiec z Genewy, emigrant francuski, krewny generalnego prokuratora w Neuchâtel. Ów pan d’Ivernois z Genewy przejeżdżał dwa razy do roku przez Motiers, umyślnie, aby mnie widzieć, siadywał u mnie od rana do wieczora przez szereg dni, towarzyszył mi na przechadzkach, znosił tysiące drobnych podarków, wciskał się mimo mej woli w moje zaufanie, mieszał do wszystkich spraw, mimo iż nie istniała między nami najmniejsza wspólność myśli, skłonności, uczuć, horyzontu. Wątpię, aby ten człowiek w życiu swoim przeczytał w całości książkę jakiego bądź rodzaju i aby wiedział bodaj, o czym traktują moje pisma. Kiedy zacząłem herboryzować, towarzyszył mi w wyprawach botanicznych, bez upodobania w tej zabawie i nie mając mi nic do powiedzenia, tak samo jak ja jemu. Miał nawet odwagę spędzić ze mną trzy całkowite dni sam na sam w oberży w Goumoins, skąd, sądzę, wypędziłem go wreszcie, pozwalając mu się nudzić śmiertelnie i dając mu uczuć, jak bardzo mnie nudzi. Mimo to wszystko równym niepodobieństwem było mi zrazić jego niewiarygodną stałość, jak i przeniknąć jej pobudki.

Wśród wszystkich tych stosunków, które zawarłem i utrzymywałem pod naporem przymusu, nie godzi mi się opuścić jedynego, który mi był miły i w który włożyłem prawdziwą skłonność serca. Był to młody Węgier, który osiedlił się w Neuchâtel, a stamtąd, w kilka miesięcy po mnie, w Motiers. Nazywano go tam baronem Sauttern, pod którym to nazwiskiem polecono mi go z Zürichu. Był to wysoki i kształtny mężczyzna, o miłej powierzchowności, łagodnym i serdecznym obejściu. Rozpowiadał całemu światu i mnie również dał do zrozumienia, iż przybył z Neuchâtel jedynie z mojej przyczyny, aby przez obcowanie ze mną zaprawić swą młodość do cnoty. Fizjonomia jego, ton, obejście zdały mi się zgodne z mową; miałbym uczucie, że chybiam jednemu z najważniejszych obowiązków, gdybym odprawił z niczym młodzieńca pełnego przymiotów, który szukał mego towarzystwa dla tak szanownej pobudki. Serce moje nie umie oddać się w połowie. Niebawem posiadł całą mą przyjaźń, zaufanie; staliśmy się nierozłączni. Towarzyszył mi w pieszych wycieczkach; nabrał do nich upodobania. Zaprowadziłem go do milorda marszałka, który przyjął go najczulej w świecie. Ponieważ baron nie umiał się jeszcze wysłowić po francusku, mówił ze mną i korespondował jedynie po łacinie: odpowiadałem po francusku, i to pomieszanie dwóch języków w niczym nie tamowało płynności ani żywości naszego stosunku. Mówił mi o swej rodzinie, swoich sprawach, przygodach, o dworze wiedeńskim, w którego szczegóły domowe zdawał się dobrze wtajemniczony. Przez blisko dwa lata, które spędziliśmy w największej zażyłości, znalazłem w nim jedynie słodycz charakteru we wszelakiej próbie, wzięcie247 nie tylko przyzwoite, ale dworne, wielką schludność koło swej osoby, przystojność w rozmowie, słowem, wszystkie cechy człowieka o szlachetnej naturze, które uczyniły go w moich oczach zbyt godnym szacunku, abym go mógł równocześnie nie pokochać.

W pełnej naszej zażyłości d’Ivernois napisał do mnie z Genewy, abym się miał na baczności przed młodym Węgrem, który osiedlił się w pobliżu: upewniono go mianowicie, że to jest szpieg rządu francuskiego nasłany w moje sąsiedztwo. Ostrzeżenie to mogło się zdawać tym bardziej niepokojące, iż w całej okolicy wszyscy przestrzegali mnie, bym się miał na baczności, że mnie śledzą, że starają się mnie zwabić na terytorium francuskie, aby mi tam wypłatać szpetnego figla.

Aby raz na zawsze zamknąć usta nieproszonym ostrzegaczom, zaproponowałem Sautternowi, nie uprzedzając go o niczym, pieszą przechadzkę do Pontarlier; zgodził się. Skoro znaleźliśmy się w Pontarlier, dałem mu do przeczytania list pana d’Ivernois; po czym, ściskając go gorąco, rzekłem: „Sauttern nie potrzebuje, abym mu dowodził mego zaufania, ale świat potrzebuje, abym mu dowiódł, że umiem dobrze umieszczać swą przyjaźń”. Uścisk ten był mi nad wyraz słodki: była to jedna z tych rozkoszy serca, której prześladowcy nie są zdolni ani sami zaznać, ani też odebrać jej uciśnionym.

Nie uwierzę nigdy, aby Sauttern był szpiegiem ani aby mnie zdradził; ale oszukał mnie. Podczas gdy ja otwierałem serce bez zastrzeżeń, on miał tę siłę, aby zamykać się przede mną lub też mamić mnie kłamstwami. Opowiedział mi nie pamiętam już jaką historię, która kazała mi przypuszczać, iż obecność jego potrzebna jest w ojczyźnie. Zakląłem go, by jechał czym prędzej. Jakoż pojechał; i kiedy mniemałem, że już jest na Węgrzech, dowiedziałem się, że bawi w Strasburgu. Nie pierwszy to raz był w tym mieście. Wplątał się tam w jakąś miłostkę, która zburzyła spokój czyjegoś domowego ogniska: mąż, wiedząc, że żyję z nim blisko, napisał do mnie. Nie ominąłem żadnej sposobności, aby starać się sprowadzić młodą kobietę do cnoty, Sautterna do obowiązku. Kiedy sądziłem, że już zupełnie zerwali, wszystko wróciło znowuż do dawnego, a mąż posunął ustępliwość do tego stopnia, iż przyjął młodego człowieka w dom; od tej chwili nie miałem nic do powiedzenia. Dowiedziałem się, że mniemany baron omamił mnie mnóstwem kłamstw. Nie nazywał się Sauttern, ale Sauttersheim. Co się tyczy tytułu barona, który mu dawano w Szwajcarii, nie mogę mu wyrzucać, iż sobie go przywłaszczył, ponieważ sam nigdy go nie przybierał. Nie wątpię zresztą, że był szlachcicem; milord marszałek, który się znał na ludziach i bywał w jego kraju, zawsze go też uważał i traktował jako takiego.

Skoro tylko wyjechał, służąca z traktierni, w której się stołował, oświadczyła, że jest w ciąży za sprawą pana barona. Była to szpetna plucha248, Sauttern zaś, powszechnie poważany i szanowany w okolicy za uczciwe prowadzenie i obyczaje, tak wielką wagę przywiązywał do czystości, iż bezczelność sługi wywołała powszechny hałas. Najpowabniejsze osoby z okolicy, które próżno rozwijały swą zalotność dla tego młodego człowieka, były wściekłe; ja sam nie posiadałem się z oburzenia. Czyniłem wszelkie wysiłki, aby wstrzymać tę opętaną, ofiarując się pokryć wszystkie koszta i zaręczyć za Sauttersheima. Napisałem doń, w silnym przekonaniu nie tylko, iż ciąża ta nie jest z jego sprawy, ale że jest wręcz udana i że wszystko to jest jeno sztuczką ukartowaną przez wspólnych naszych wrogów. Żądałem, aby wrócił, dla zawstydzenia hultajki i tych, którzy ją nastroili. Byłem zdumiony miękkością jego odpowiedzi. Napisał do pastora, do którego parafii należała ta plucha, i starał się jak gdyby uciszyć sprawę; widząc to, przestałem się mieszać. Byłem tylko zdumiony, aby człowiek tak plugawy mógł do tego stopnia doprowadzić kunszt obłudy, iż zdołał mnie wprowadzić w błąd swą wstrzemięźliwością, i to w tak bliskich stosunkach.

Ze Strasburga udał się Sauttersheim szukać fortuny do Paryża, gdzie wszelako znalazł tylko nędzę. Napisał do mnie, wyznając swoje peccavi249. Serce mi się poruszyło na wspomnienie dawnej przyjaźni: posłałem mu nieco pieniędzy. Na przyszły rok, przejeżdżając przez Paryż, zastałem go mniej więcej w tym samym stanie, ale w wielkiej przyjaźni z panem Laliaud; przy czym niepodobna mi było dojść, skąd i od jak dawna była mu ta znajomość. W dwa lata później Sauttersheim powrócił do Strasburga, skąd napisał do mnie; wkrótce potem umarł w tym mieście. Oto w krótkości dzieje naszej znajomości i wszystko, co wiem o nim; ale bolejąc nad losem nieszczęśliwego młodego człowieka, nie przestanę nigdy wierzyć, iż była to natura szlachetna i że cały nierząd jego postępowania był następstwem sytuacji, w których się znalazł.

Takie były nabytki, jakie w zakresie stosunków i znajomości poczyniłem w Motiers. Ileż trzeba by podobnych, aby wynagrodzić okrutne straty, które poniosłem w tym samym czasie!

Pierwszą była śmierć pana de Luxembourg, który, długo dręczony przez lekarzy, stał się w końcu ich pastwą. Umarł na pedogrę, której nie chcieli uznać, siląc się go wyleczyć na przekór naturze.

Jeżeli mam w tej mierze polegać na sprawozdaniu, które mi przesłał La Roche, zaufany człowiek pani marszałkowej, jakże bardzo przykład ten, równie okrutny jak pamiętny, każe ubolewać nad nędzą wielkości!

Strata tego zacnego pana była mi nad wyraz dotkliwą. Był to jedyny prawdziwy przyjaciel, jakiego miałem we Francji; słodycz jego charakteru pozwalała mi zupełnie zapomnieć o jego stanowisku i przywiązać się doń jak do równego sobie. Stosunki nasze nie urwały się przez mój wyjazd; marszałek pisywał do mnie jak wprzódy. Miałem wszelako uczucie, iż nieobecność lub nieszczęście, w które popadłem, osłabiły jego przyjaźń. Bardzo to rzecz trudna, aby prawdziwy dworak zachował niezmienne przywiązanie do kogoś, o kim wie, że jest w niełasce u władz. Przekonałem się zresztą, iż wielki wpływ, jaki miała nań pani de Luxembourg, nie był dla mnie pomyślny i że skorzystała z mego oddalenia, aby mi zaszkodzić w oczach męża. Co do niej, mimo niejakich wymuszonych i coraz rzadszych objawów, z każdym dniem mniej ukrywała, w stosunku do mnie, swą odmianę. Napisała do mnie kilka razy, w znacznych odstępach czasu, do Szwajcarii, po czym przestała pisywać zupełnie. Trzeba było całego uprzedzenia, ufności, zaślepienia, w którym trwałem jeszcze, aby nie widzieć w tym czegoś więcej, prócz ochłodzenia z jej strony.

Księgarz Guy, wspólnik Duchesne’a, który od czasu znajomości ze mną bywał często w pałacu de Luxembourg, doniósł mi, iż nazwisko moje znalazło się w testamencie pana marszałka. Było to równie naturalne jak podobne do wiary, toteż nie wątpiłem o tym. To mi kazało zastanowić się w duchu, jak zachowałbym się wobec zapisu. Wszystko dobrze zważywszy, postanowiłem przyjąć legat bez względu na jego treść, oddać tym zaszczyt godnemu człowiekowi, który, na stanowisku zazwyczaj niedostępnym dla przyjaźni, żywił ją dla mnie tak szczerze. Nie miałem sposobności spełnić tego obowiązku, nie słyszałem już bowiem później nic o tym zapisie, prawdziwym czy rzekomym; i po prawdzie byłoby mi przykro naruszyć jedną ze swoich fundamentalnych zasad moralnych, czerpiąc jakąś korzyść ze śmierci kogoś, kto mi był drogi. W czasie ostatniej choroby wspólnego przyjaciela, Mussarda, Lenieps doradził mi, abym skorzystał z tkliwości, jaką budziła w nim nasza pieczołowitość, i podsunął mu jakieś rozporządzenie na naszą korzyść. „Ach, drogi Lenieps — rzekłem — nie kalajmy interesownymi myślami smutnych, lecz świętych powinności, jakie oddajemy umierającemu przyjacielowi. Mam nadzieję, iż nigdy nie znajdę się w niczyim testamencie, a zwłaszcza nigdy w testamencie żadnego z przyjaciół”. Mniej więcej w tym samym czasie milord marszałek wspomniał mi o swoim testamencie, o tym, co miał zamiar uczynić dla mnie; dałem odpowiedź, którą wspomniałem w pierwszej części.

Druga strata, bardziej dotkliwa jeszcze i niepowetowana, dotyczyła najlepszej z kobiet i matek, która, przygnieciona już nad miarę chorobami i nędzą, opuściła tę dolinę łez. Przeniosła się do raju cnotliwych, tam gdzie lube wspomnienie zacnych uczynków spełnionych na ziemi zyskuje wiekuistą nagrodę. Idź, duszo słodka i dobroczynna, zasiąść koło Fenelonów, Bernexów, Catinatów i tych, którzy mimo iż mniej wysoko postawieni przez los, otworzyli jak oni serce prawdziwemu miłosierdziu; idź kosztować owoców swej cnoty i przygotować wychowankowi miejsce, które spodziewa się kiedyś zająć wpodle250 ciebie. Szczęśliwaś w swoich nieszczęściach, iż niebo, kładąc im kres, oszczędziło ci okrutnego widowiska moich! Lękając się zasmucić serce mamusi opowieścią mych pierwszych klęsk, nie pisałem do niej od czasu przybycia do Szwajcarii; ale pisałem do pana de Conzié, aby zasięgnąć wiadomości. On to powiadomił mnie251, iż zacna dusza przestała nieść ulgę tym, co cierpieli, jak również przestała cierpieć sama. Niebawem i ja też przestanę cierpieć; ale gdybym mniemał, iż nie ujrzę jej w przyszłym życiu, moja słaba wyobraźnia nie umiałaby się pogodzić z pojęciem doskonałego szczęścia, które sobie w nim obiecuję.

Trzecią i ostatnią — odtąd bowiem nie posiadam już przyjaciół, których mógłbym stracić — była utrata milorda marszałka. Nie umarł; ale zbrzydziwszy sobie ponoszenie trudów dla niewdzięczników, opuścił Neuchâtel i od tego czasu już go nie ujrzałem. Żyje i przeżyje mnie, mam nadzieję. Żyje i dzięki niemu nie wszystkie moje przywiązania zerwane są na ziemi: istnieje jeszcze człowiek godny mej przyjaźni; prawdziwa bowiem jej wartość tkwi jeszcze bardziej w uczuciu, które się odczuwa, niż w tym, które się budzi; ale straciłem słodycze, które czerpałem w jego dobroci. Mogę go już tylko postawić w rzędzie tych, których kocham jeszcze, ale z którymi nie łączą mnie stosunki. Milord marszałek udał się do Anglii, aby uzyskać dla siebie łaskę królewską i odkupić niegdyś skonfiskowane dobra. Rozstaliśmy się nie bez projektów spotkania, które zdawały się niemal równie słodkie dla niego co dla mnie. Zamierzał osiąść w swoim zamku Keith Hall, koło Aberdeen, i ja miałem tam się udać; ale projekt ten zbyt mi był miły, abym mógł się spodziewać jego urzeczywistnienia. Milord niedługo zabawił w Szkocji. Tkliwe nalegania króla pruskiego powołały go do Berlina, a niebawem okaże się, czemu nie mogłem tam za nim podążyć.

Przed wyjazdem, przewidując burzę, jaką zaczynano podnosić przeciw mnie, przesłał mi z własnej pobudki dekret naturalizacji252, który zdawał się bardzo pewną gwarancją, iż nikt nie zdoła mnie wygnać z tego kraju. Gmina Couvet w Val-de-Travers poszła za przykładem gubernatora i dała mi dekret przynależności gminnej, bezpłatnie jak i tamten. Tak więc, stawszy się najformalniej obywatelem kraju, byłem bezpieczny od wszelkiego legalnego wydalenia, nawet ze strony monarchy; ale w prześladowaniu człowieka, który najściślej ze wszystkich przestrzegał szacunku dla praw, nie na legalnych drogach szukano najczęściej sposobów!

Nie sądzę, aby mi trzeba było liczyć między straty śmierć księdza de Mably, która nastąpiła w tym samym czasie. Mieszkając u jego brata, wszedłem z nim poniekąd w stosunki, ale nigdy zbyt bliskie, a mam niejakie powody przypuszczać, że uczucia jego dla mnie zmieniły charakter od tego czasu, odkąd sława moja zaczęła go przerastać. Ale dopiero po ogłoszeniu Listów z gór zauważyłem pierwszą oznakę jego złej woli. Obiegał w Genewie list do pani Saladin, który przypisywano księdzu de Mably, a w którym mówił o moim dziele jako o podżegającym wrzasku oszalałego demagoga. Szacunek, jaki miałem dla księdza de Mably, i wysokie pojęcie o jego rozumie nie pozwalały mi ani na chwilę przypuszczać, aby ten niedorzeczny list był jego pióra. Powziąłem w tej mierze postanowienie, zrodzone niemal odruchowo. Posłałem mu kopię listu, donosząc, iż obiegają pogłoski przypisujące go jemu. Nie dał żadnej odpowiedzi. Milczenie to zdziwiło mnie; ale można sobie wyobrazić me zdumienie, kiedy pani de Chenonceaux doniosła mi, że list jest w istocie pióra księdza Mably i że mój krok wprawił go w wielkie zakłopotanie. Bo, ostatecznie, gdyby nawet miał słuszność, w jaki sposób zdołałby usprawiedliwić głośne i publiczne wystąpienie, podjęte tak lekko, bez musu, bez obowiązku, bez innego celu, jak tylko aby w pełni jego nieszczęść pognębić człowieka, któremu zawsze okazywał życzliwość i który nigdy nie stał się jej niegodny? W jakiś czas potem pojawiły się jego Dialogi Focjona253, w których ujrzałem jedynie kompilację moich pism, dokonaną bez wszelkich względów i bez wstydu. Uczułem, czytając tę książkę, iż autor rozstrzygnął już w swoim sercu mój los i że odtąd mogę się w nim spodziewać najzaciętszego wroga. Sądzę, iż nie przebaczył mi ani Umowy społecznej, zanadto przerastającej jego siły, ani Wiekuistego pokoju; i że jeżeli pragnął, abym sporządził wyciąg z księdza de Saint-Pierre, to dlatego, iż nie sądził, że wywiążę się tak dobrze z zadania.

Im dalej posuwam się w opowiadaniu, tym mniej mogę w nim zachować ciągłości i porządku. Niespokojny tok reszty mego życia nie zostawił wypadkom dość czasu, aby się mogły ułożyć w mej głowie. Były zbyt liczne, zbyt różnorodne, zbyt niemiłe, aby można je było opowiedzieć bez zmącenia. Jedynym silnym wrażeniem, które mi zostawiły, jest uczucie straszliwej tajemnicy pokrywającej ich źródło oraz fakt opłakanego stanu, do jakiego mnie doprowadziły. Opowiadanie moje może już tylko posuwać się po omacku, wedle tego, jak myśli będą mi napływały do głowy. Przypominam sobie, iż w owej epoce, cały pochłonięty swymi Wyznaniami, mówiłem o nich bardzo nieopatrznie wszystkim wkoło, nie wyobrażając sobie nawet, aby ktokolwiek miał przyczynę, chęć lub władzę stawiać zapory temu przedsięwzięciu. Gdybym nawet zresztą to przypuszczał, tak samo nie byłbym bardziej dyskretny, jako iż charakter mój niezdolny jest zachować w ukryciu cokolwiek z tego, co czuję i myślę. Świadomość tego zamiaru stała się, o ile mogę sądzić, prawdziwą przyczyną burzy, którą wszczęto, aby mnie wygnać ze Szwajcarii i wydać mnie w ręce zdolne przeszkodzić wykonaniu mego zamysłu.

Miałem jeszcze i inny plan, również nie lepszym okiem widziany przez tych, którzy się tak obawiali Wyznań, mianowicie zbiorowe wydanie moich pism. Wydanie to zdawało mi się potrzebne, aby ustalić, które z książek noszących moje imię są w istocie mego pióra, i dać publiczności możność odróżnienia ich od owych pseudonimowych pism, które przeciwnicy przypisywali mi skwapliwie, aby mnie zdyskredytować i zniesławić. Poza tym, wydanie to było prostą i uczciwą drogą zapewnienia sobie chleba, a droga ta była zarazem jedyną. Wyrzekłszy się pisania książek (Wyznania nie mogły się ukazać za mego życia), nie zarabiając w żadnym sposobie ani szeląga, a wydając ciągle, widziałem rychły koniec swoich zasobów wraz z wyczerpaniem zysków z ostatniego dzieła. Ta przyczyna kazała oddać do druku Dykcjonarz muzyczny, mimo iż jeszcze daleki od wykończenia. Przyniósł mi sto ludwików gotówką i sto talarów dożywotniej renty; ale i tak trzeba było przewidywać niebawem koniec stu ludwików, skoro się wydawało rocznie więcej niż sześćdziesiąt; sto zaś talarów renty było niczym dla człowieka, na którego obieżyświaty i wydrwigrosze waliły się bez ustanku jak z rogu obfitości.

Złożyło się stowarzyszenie kupców z Neuchâtel dla zbiorowego wydania mych dzieł; drukarz czy księgarz z Lyonu nazwiskiem Reguillat zdołał, nie wiem jakim sposobem, wcisnąć się, aby je poprowadzić. Umowa, która stanęła, była nie najgorsza dla mnie i wystarczająca, aby spełnić mój cel. Pisma moje, tak drukowane, jak i te, które były jeszcze w rękopisie, przedstawiały materiał mogący wypełnić sześć tomów in quarto254; zobowiązałem się prócz tego czuwać nad wydaniem; w zamian oni mieli mi wypłacać dożywotnią pensję tysiąca sześćset funtów francuskich oraz tysiąc talarów jednorazowo.

(1765) Umowa była zawarta, ale nie podpisana, kiedy pojawiły się Listy z gór. Straszliwy wrzask, który się podniósł przeciw memu piekielnemu dziełu i jego ohydnemu autorowi, przeraził kompanię i przedsięwzięcie spełzło na niczym. Skutek tego ostatniego dzieła porównałbym do wrażenia Listu o muzyce francuskiej, gdyby nie to, że ów list, ściągając na mnie nienawiść i wystawiając na niebezpieczeństwo, zostawił mi bodaj poważanie i szacunek ogółu. Ale po tym ostatnim dziele można by mniemać, iż Genewa i Wersal dziwią się, że potwór taki jak ja oddycha jeszcze swobodnie. Mała Rada, podjudzana przez rezydenta Francji i kierowana przez generalnego prokuratora, wydała oświadczenie o moim dziele, w którym, pośród najbardziej krwawych epitetów, uznaje je jako niegodne spalenia ręką kata i dodaje ze zręcznością graniczącą z humorem, iż nie można bez zbezczeszczenia się ani odpowiedzieć na nie, ani nawet poświęcić mu wzmianki. Chciałbym móc przepisać tutaj ten ciekawy dokument, ale na nieszczęście nie posiadam go i nie przypominam zeń sobie ani słowa. Pragnę gorąco, aby ktoś z moich czytelników, ożywiony zapałem prawdy i sprawiedliwości, zechciał odczytać w całości Listy z gór: odczuje, śmiem powiedzieć, stoiczne255 umiarkowanie panujące w tym dziele, jeżeli zważy dotkliwe i okrutne zniewagi, którymi na wyprzódki walono w autora. Ale, nie mogąc odpowiedzieć na obelgi, ponieważ ich nie było, ani na rozumowania, ponieważ były bez repliki, panowie z Rady uciekli się do tego sposobu, aby udać oburzenie tak wielkie, iż nie pozwala im odpowiedzieć. Istotnie, jeżeli nieprzeparte argumenty panowie ci brali za obrazę, musieli się czuć silnie obrażeni.

Reprezentanci, dalecy od wniesienia skargi odnośnie do tej wstrętnej deklaracji, poszli drogą, którą im w niej wytyczono. Zamiast obnieść w tryumfie Listy z gór, z których po kryjomu uczynili sobie tarczę, okazali się na tyle tchórzami, iż nie oddali ani czci, ani sprawiedliwości temu pismu skreślonemu w ich obronie i na ich prośbę. Nie zacytowali go ani nie wymienili, mimo iż dobyli zeń po cichu wszystkie swoje argumenty i że ścisłość, z jaką poszli za radą zawartą w końcu tego dzieła, była jedyną racją ocalenia ich i zwycięstwa. Nałożyli mi ten obowiązek; spełniłem go; wytrwałem, aż do końca, w służbie ich ojczyzny i sprawy. Prosiłem ich, aby zapomnieli o mej egzystencji i aby w walkach swoich myśleli jedynie o sobie. Wzięli mnie za słowo; odtąd nie mieszałem się już do ich zwad, chyba po to, aby ich bez ustanku napominać do zgody, nie wątpiąc, iż jeżeli będą się upierać, zostaną zgnieceni przez Francję. Nie przyszło do tego; rozumiem przyczynę, ale nie tu miejsce ją wymieniać.

Wrażenie, jakie sprawiły Listy z gór w Neuchâtel, było zrazu bardzo umiarkowane. Posłałem egzemplarz panu de Montmollin; przyjął go dobrze i przeczytał, nie czyniąc zarzutów. Był chory, równie jak ja; wróciwszy do zdrowia, przyszedł odwiedzić mnie po przyjacielsku i nie wspomniał o niczym. Mimo to hałas robił się coraz większy; spalono książkę nie wiem już gdzie256. Z Genewy, z Berna, z Wersalu może — ognisko wrzenia dostało się niebawem do Neuchâtel, a zwłaszcza do Val-de-Travers, gdzie nim nawet kler zdradził czymkolwiek na zewnątrz swoje poruszenie, zaczęto judzić lud za pomocą podziemnych podżegań. Miałem prawo do tego, mogę to rzec śmiało, aby lud tego kraju kochał mnie, tak jak mnie kochał wszędzie, gdzie przebywałem. Rozdawałem jałmużny pełnymi dłońmi, nie zostawiałem bez pomocy żadnego biedaka, nie odmawiałem nikomu usługi, którą mogłem oddać i która by była zgodna ze sprawiedliwością. Nadto może spoufalałem się z całym światem, uchylałem się z całej mocy przed wszelkim wyróżnieniem, które mogłoby obudzić zazdrość. Wszystko to nie przeszkodziło, że ludność, podburzona tajemnie nie wiem przez kogo, rozpaliła się stopniowo przeciw mnie aż do wściekłości, lżyła mnie publicznie w biały dzień, nie tylko w polu i na drogach, ale wprost na ulicy. Ci, którym najwięcej wyświadczyłem dobrego, byli najzajadlejsi; ludzie, którzy w tej samej chwili korzystali z mej dobroci, nie śmiejąc wystąpić jawnie, podsycali innych. Można by rozumieć, iż chcą się zemścić w ten sposób za upokorzenie doznanych dobrodziejstw. Montmollin zdawał się nic nie widzieć i nie występował jawnie; ale ponieważ zbliżał się czas komunii, przyszedł do mnie, radząc, abym się wstrzymał od pojawienia się u Stołu Pańskiego257; poza tym upewniał, że nie ma do mnie pretensji i że zostawi mnie w spokoju. To ujęcie rzeczy zdało mi się dość osobliwe. Przypomniało mi ono list pani de Boufflers: nie mogłem pojąć, komu tak silnie zależy na tym, czy ja się będę komunikował258 czy nie. Ponieważ uważałem tego rodzaju ustępstwo z mej strony jako akt tchórzostwa, ponieważ zresztą nie chciałem dawać ludowi nowego pretekstu do ogłoszenia mnie bezbożnikiem, odmówiłem wręcz pastorowi; odszedł niezadowolony, dając do zrozumienia, iż pożałuję swego kroku.

Pastor nie mógł mi wzbronić komunii własną powagą; trzeba było wyroku konsystorza, który mnie przyjął do gminy; póki konsystorz się nie wypowiedział, mogłem przystąpić śmiało do Stołu Pańskiego bez obawy wstrętów. Montmollin postarał się u „klasy”, aby mu dała zlecenie wezwania mnie przed konsystorz, dla odebrania wyznania wiary i ekskomunikowania w razie odmowy. Ekskomuniki tej również mógł dokonać tylko konsystorz, większością głosów. Ale chłopi, którzy pod nazwą „starszych” składają259 to zgromadzenie, pod przewodnictwem i jak można odgadnąć, pod przemożnym wpływem swego pastora, nie mogli być oczywiście innego zdania, zwłaszcza w materiach teologicznych, na których rozumieli się jeszcze mniej od niego. Wezwano mnie tedy i postanowiłem stanąć.

Jakaż szczęśliwa okoliczność i co za tryumf dla mnie, gdybym umiał mówić i gdybym miał, że się tak wyrażę, pióro swoje w ustach! Z jaką wyższością, z jaką łatwością zmiażdżyłbym biednego pastora wśród jego sześciu kmiotków! Żądza nagięcia mnie pod swoją władzę kazała zapomnieć duchowieństwu protestanckiemu wszystkich zasad Reformy260. Aby mu je przypomnieć i zmusić wrogów do milczenia, potrzebowałem jedynie rozwinąć pierwsze Listy z gór, o które mieli głupotę mnie zaczepić. Tekst był gotowy, wystarczyło go tylko wyzyskać, a byłbym zgnębił przeciwnika. Nie byłbym dość głupi, aby się trzymać jedynie w pozycji obronnej, łatwo mi było przejść do zaczepnej, tak że nawet nie byłby tego zauważył lub też nie zdołałby się obronić. Klechy z „klasy”, z nieopatrznością równą ich ignorancji, postawili mnie sami w położenie najpomyślniejsze w świecie: mógłbym zmiażdżyć ich wedle upodobania. Ale cóż! Trzeba było mówić, i to mówić z miejsca; znaleźć na poczekaniu myśli, zwroty, słowa; zachować umysł wciąż przytomny, mieć ciągle zimną krew, nie zmieszać się ani na chwilę. Czegóż mogłem spodziewać się po sobie, ja, który czułem swą niezdolność do improwizowanych przemówień? Już raz byłem zmuszony, w Genewie, do najbardziej upokarzającego milczenia wobec zebrania najżyczliwiej usposobionego i z góry skłonnego przyjąć wszystko za dobrą monetę. Tu było wręcz przeciwnie; miałem do czynienia z mistrzem szykany, który stawiał chytrość w miejsce wiedzy, który by mi zastawił sto pułapek, nimbym spostrzegł jedną; z wrogiem zdecydowanym dowieść mi błędu za jaką bądź cenę. Im więcej rozpatrywałem położenie, tym bardziej zdało mi się niebezpieczne; czując niemożność wydobycia się zeń szczęśliwie, obrałem inny środek. Obmyśliłem przemówienie przeznaczone do wygłoszenia przed konsystorzem, aby uchylić jego kompetencję i uwolnić się od odpowiedzi. Rzecz była bardzo łatwa: napisałem przemówienie i zacząłem się go uczyć na pamięć z nieprawdopodobnym zapałem. Teresa dworowała sobie ze mnie, słysząc, jak mamroczę i powtarzam bez ustanku te same zdania, starając się je wbić sobie w głowę. Spodziewałem się, iż mam wreszcie wszystko, czego mi trzeba; wiedziałem, że kasztelan, jako namiestnik monarchy, będzie obecny na zebraniu; że mimo machinacji i kubanów261 Montmollina większość „starszych” dobrze jest dla mnie usposobiona; miałem po swojej stronie rozum, prawdę, sprawiedliwość, poparcie króla, powagę Rady Stanu, sympatię patriotów, patrzących z niepokojem na tego rodzaju inkwizycję; wszystko zmierzało ku temu, aby mi dodać otuchy.

W wilię oznaczonego dnia umiałem mowę na pamięć; wyrecytowałem ją bez błędu. Odświeżałem ją sobie w głowie całą noc. Rano wszystko się gdzieś ulotniło; waham się przy każdym słowie, mam uczucie, że już stoję przed dostojnym zgromadzeniem, mieszam się, bełkocę, tracę głowę. Wreszcie, prawie w chwili gdy miałem się udać przed konsystorz, odwaga opuszcza mnie zupełnie; zostaję w domu i postanawiam napisać do konsystorza, wyłuszczając pospiesznie swoje racje i powołując się na swe cierpienie, które w istocie w stanie, w którym znajdowałem się wówczas, z trudem byłoby mi pozwoliło wytrwać przez całe posiedzenie.

Pastor zakłopotany moim listem odłożył sprawę do następnego zebrania. W przerwie tej, i osobiście, i przez swoje kreatury, rozwijał tysiączne starania, aby skaptować tych starszych, którzy słuchając raczej głosu sumienia niż pastora, nie dzielili w tej sprawie przekonań „klasy” i jego. Mimo całej potęgi, jaką argumenty dobyte z piwniczki pastorskiej musiały mieć na ludzi tego rodzaju, nie zdołał pozyskać żadnego więcej, prócz dwóch czy trzech, którzy już byli mu oddani i których nazywano jego zaprzedańcami. Namiestnik królewski oraz pułkownik Pury, który okazał w tej sprawie wiele zapału, utrzymali tamtych na drodze uczciwości; kiedy Montmollin chciał przystąpić do ekskomuniki, konsystorz większością głosów odrzucił wniosek. Pastor, skazany wówczas na ostatni środek podburzenia ludności, zabrał się ze współkolegami i innymi ludźmi do otwartej pracy w tym kierunku i uczynił to z takim powodzeniem, iż mimo energicznych i częstych reskryptów króla, mimo wszystkich rozkazów Rady Stanu, byłem wreszcie zmuszony opuścić kraj, aby nie narażać namiestnika królewskiego na to, aby sam padł z ręki morderców, w razie gdyby się upierał mnie bronić. Mam tak mętne wspomnienie całej tej sprawy, iż niepodobna mi zachować w opowiadaniu żadnego porządku, żadnej ciągłości myśli. Mogę je oddać jedynie tak, jak mi przychodzą, odosobnione i rozproszone. Przypominam sobie, iż miały miejsce jakieś negocjacje z „klasą”, przy czym Montmollin grał rolę pośrednika. Udał, że panuje obawa, abym pismami swoimi nie zakłócił spokoju tego kraju, który czyniono by może odpowiedzialnym za mą swobodę pisania. Dał mi do zrozumienia, iż gdybym się zobowiązał poniechać pióra, patrzono by przez palce na przeszłość. Przyjąłem już to zobowiązanie wobec samego siebie; nie wahałem się przyjąć go wobec „klasy”, ale warunkowo i tylko co się tyczy materii religijnych. Pastor znalazł sposób, aby uzyskać deklarację w dwóch egzemplarzach, pod pozorem jakiejś zmiany, której się domagał. Ponieważ „klasa” odrzuciła warunek, zażądałem zwrotu swego oświadczenia: oddał mi jeden egzemplarz, zachował zaś drugi, twierdząc, iż go zagubił. Następnie lud, jawnie podburzany przez pastorów, zadrwił sobie wręcz z reskryptów króla, rozkazów Rady Stanu i nie znał już żadnego hamulca. Okrzyczano mnie z ambony, nazwano antychrystem, ścigano we wsi jak wilkołaka. Mój strój armeński służył ludności jako znak rozpoznawczy, dotkliwie odczułem jego niedogodne strony; ale poniechać go w tych okolicznościach wydałoby mi się tchórzostwem. Nie mogłem się na to zdobyć; przechadzałem się spokojnie po okolicy w swoim kaftanie i watowanej czapce, otoczony wyciem motłochu, niekiedy obrzucany kamieniami. Nieraz, przechodząc koło jakiegoś domu, słyszałem mieszkańców nawołujących się: „Dawajcie fuzję, niech strzelę do niego”. Nie przyspieszałem kroku: tym bardziej wściekali się o to, ale ograniczyli się do pogróżek, przynajmniej co się tyczy broni palnej.

Podczas tego wrzenia spotkały mnie wszelako dwie wielkie przyjemności, na które byłem bardzo tkliwy. Pierwszą było to, iż mogłem dopełnić aktu wdzięczności za pośrednictwem milorda marszałka. Wszyscy uczciwi ludzie z Neuchâtel, oburzeni traktowaniem, które cierpiałem, i machinacjami, których byłem ofiarą, nie posiadali dość słów pogardy dla pastorów, czując, iż idą w tym za obcymi poduszczeniami i że są jedynie narzędziami innych, którzy się kryją, każąc im działać za siebie. Postępowanie to budziło słuszne obawy, iż przykład ten może się obrócić w zaród262 formalnej inkwizycji. Urzędnicy, zwłaszcza pan Meuron, który zajął po panu d’Ivernois stanowisko generalnego prokuratora, czynili wszelkie wysiłki, aby mnie obronić. Pułkownik Pury, mimo iż człowiek zupełnie prywatny, robił jeszcze więcej i z lepszym skutkiem. On to znalazł sposób, aby poskromić Montmollina we własnym konsystorzu, utrzymując „starszych” przy ich obowiązku. Ponieważ miał wpływy, używał ich, ile mógł, aby wstrzymać rozruchy. Ale cóż! Miał jedynie powagę praw, sprawiedliwości i rozumu naprzeciw powagi pieniędzy i wina. Partia była nierówna, toteż w końcu Montmollin odniósł tryumf. Mimo to, wzruszony zapałem i gorliwością pułkownika, pragnąłem oddać mu usługę za usługę i wypłacić się do pewnego stopnia. Wiedziałem, że bardzo pragnie godności radcy stanu, ale zająwszy stanowisko nie po myśli dworu w sprawie pastora Petitpierre263, popadł w niełaskę u króla i u gubernatora. Ośmieliłem się wszelako napisać za nim do milorda marszałka: odważyłem się nawet wspomnieć o godności, której pragnie, i tak szczęśliwie, iż wbrew oczekiwaniu wszystkich król zamianował go niemal zaraz. Tak to los, który zawsze stawiał mnie równocześnie za wysoko i za nisko, i teraz miotał mną z jednej ostateczności w drugą: podczas gdy gmin obrzucał mnie błotem, ja kreowałem radcę stanu.

Drugą wielką przyjemnością była wizyta, którą zaskoczyła mnie pani de Verdelin, jadąca wraz z córką do kąpiel264 w Bourbonne265; stamtąd wstąpiła do Motiers i zajechała do mnie na parę dni. Siłą względów i starań pokonała wreszcie mój długi opór; serce moje, zwyciężone jej czułością, odpłacało w pełni przyjaźń, którą mi okazywała tak długo. Wzruszyły mnie te odwiedziny, zwłaszcza w okolicznościach, w których się znajdowałem. Bardzo potrzebowałem pociech przyjaźni, aby się nie ugiąć pod brzemieniem. Lękałem się, aby jej nie wzruszyły zbytnio zniewagi, których doświadczałem ze strony ludności; byłbym chciał oszczędzić jej tego widoku, aby nie zasmucić jej serca. Jednakże okazało się to niepodobieństwem; mimo iż obecność pani de Verdelin powściągała nieco zuchwalców w czasie naszych przechadzek, i tak widziała ona dosyć, aby osądzić, co się musi dziać kiedy indziej. Podczas tych odwiedzin zaatakowano mnie pierwszy raz we własnym mieszkaniu. Pokojowa pani de Verdelin znalazła okno moje całe zasypane kamieniami, których narzucano w ciągu nocy. Bardzo ciężką ławkę, która, silnie przymocowana, stała na ulicy koło drzwi, wyrwano, podniesiono i ustawiono w ten sposób, iż gdybyśmy tego nie spostrzegli, zwaliłaby się na pierwszą osobę, która by otworzyła drzwi wchodowe266. Pani de Verdelin wiedziała o wszystkim, poza tym bowiem, co widziała sama, zaufany jej służący, wielce zażyły z całą wsią, gwarzył ze wszystkimi, widziano go nawet rajcującego z Montmollinem. Mimo to zdawała się nie zwracać żadnej uwagi na to, co się dzieje, nie wspominała mi ani o Montmollinie, ani o nikim i zbywała milczeniem to, co jej czasem mówiłem w tej sprawie. Jedynie, zdając się przekonana, iż pobyt w Anglii bardziej byłby mi pomyślny niż jakiekolwiek inne schronienie, mówiła mi wiele o panu Hume, który był wówczas w Paryżu, o jego przyjaźni dla mnie, o pragnieniu, które żywi, aby mi być w czym użyteczny. Jest czas powiedzieć coś o panu Hume.

Zyskał on wielką reputację we Francji, zwłaszcza między encyklopedystami, przez swoje handlowe i polityczne traktaty, a świeżo przez swoją Historię domu Stuartów267, jedyne z jego pism, z którego czytałem coś w przekładzie księdza Prévost268. Nie znając innych jego dzieł, przekonany byłem z tego, co mi o nim mówiono, że pan Hume łączy bardzo republikańską duszę z angielskimi paradoksami w obronie zbytku. Na podstawie tej opinii uważałem całą jego apologię Karola I za szczyt bezstronności i miałem równie wielkie pojęcie o jego charakterze co o talencie. Pragnienie poznania tego rzadkiego człowieka i zyskania jego przyjaźni w znacznym stopniu zwiększyło pokusę udania się do Anglii, którą budziły we mnie nalegania pani de Boufflers, bliskiej przyjaciółki pana Hume’a. Przybywszy do Szwajcarii, otrzymałem od niego za pośrednictwem tej pani nadzwyczaj pochlebny list, w którym do najwyższych pochwał dla mego geniuszu dołączał naglące zaproszenie do Anglii, ofiarując cały wpływ własny i przyjaciół, aby mi pobyt ten uczynić przyjemnym. Pospieszyłem natychmiast do milorda marszałka, krajana i przyjaciela pana Hume’a; potwierdził dobre pojęcie, które miałem o nim, i opowiedział mi nawet w związku z jego osobą anegdotę, która go bardzo uderzyła i która mnie uderzyła tak samo. Wallace, który pisał przeciw Hume’owi w przedmiocie zaludnienia w starożytności, był nieobecny wówczas, gdy drukowano jego dzieło. Hume podjął się przeglądać korekty i czuwać nad wydaniem książki. Postąpienie to było w duchu mego charakteru. Podobnie ja sprzedawałem, po sześć su za sztukę, kopie piosenki, którą na mnie napisano. Byłem tedy pod każdym względem najlepiej uprzedzony do Hume’a, kiedy pani de Verdelin zaczęła w nader żywy sposób mówić o przyjaźni, którą rzekomo ma dla mnie, i o skwapliwości, z jaką pragnąłby mnie powitać jako swego gościa w Anglii; tego wyrażenia użyła pani de Verdelin. Nalegała bardzo, abym skorzystał z tej gorliwości i napisał do pana Hume’a. Ponieważ nie miałem z natury sympatii do Anglii i byłbym skłonił się do tego postanowienia jedynie w ostateczności, nie chciałem pisać ani przyrzekać; ale zostawiłem jej swobodę uczynienia wszystkiego, co uzna za stosowne, aby utrzymać pana Hume’a w jego dobrym usposobieniu. Opuszczając Motiers, zostawiła mnie w przekonaniu, dzięki wszystkiemu, co mi mówiła o tym znamienitym człowieku, że jest on moim szczerym przyjacielem, a ona, więcej jeszcze, moją przyjaciółką.

Po wyjeździe pani de Verdelin Montmollin podwoił zabiegi i ludność straciła już wszelki hamulec. Mimo to przechadzałem się, jak zazwyczaj, spokojnie wśród wycia i zniewag; zamiłowanie do botaniki, które obudziło się we mnie w towarzystwie doktora d’Ivernois, dając nowe zainteresowanie mym przechadzkom, sprawiło, iż przebiegałem całą okolicę, herboryzując, bez troski o wrzaski motłochu, którego wściekłość zdawała się rosnąć jeszcze pod wpływem mej zimnej krwi. Rzeczą, która dotknęła mnie najboleśniej, było to, iż widziałem, jak rodziny moich przyjaciół269, lub noszących bodaj to miano wchodzą dość otwarcie w ligę z mymi prześladowcami. Tak czyniła rodzina d’Ivernois, nie wyjmując270 nawet brata i ojca mojej miłej Izabeli, tak Boy la Tour, krewny przyjaciółki, u której mieszkałem, i pani Girardier, jej bratowa. Ów Piotr Boy był to taki cham, taki głupiec i zachowywał się tak brutalnie, iż aby nie wpaść w gniew, pozwoliłem sobie zażartować zeń. Napisałem, w guście Małego proroka, broszurkę na kilka stronic, zatytułowaną Widzenie Piotra z Gór, zwanego Jasnowidem, w której udało mi się zadworować z cudów, stanowiących wówczas główny pretekst mego prześladowania. Du Peyrou kazał wydrukować w Genewie ten świstek, który zyskał w kraju jedynie mierne powodzenie: Nefchatelczycy, przy całym swym humorze, nie rozumieją się na soli attyckiej271 ani na żarcie, o ile jest trochę wybredniejszy.

Włożyłem nieco więcej starania w inny utwór, napisany w tym samym czasie, którego rękopis znajdzie się w moich papierach, a którego przedmiot trzeba mi tu przytoczyć.

Podczas największego szału dekretów i prześladowania Genewczycy wyróżnili się osobliwie, krzycząc „gwałtu!” ze wszystkich sił. Między innymi przyjaciel mój Vernes272, z iście teologiczną szlachetnością, wybrał właśnie ten czas, aby wydać przeciwko mnie listy273, w których silił się dowieść, że nie jestem chrześcijaninem. Listy te, pisane tonem wielkiego zarozumienia274, nie były zbyt szczególne, mimo że — jak twierdzono — naturalista Bonnet275 przykładał do nich rękę: Bonnet bowiem, mimo iż materialista, skoro tylko chodzi o mnie, zaleca się bardzo niewyrozumiałą ortodoksją. Nie miałem oczywiście chęci odpowiadać na to pismo; ale ponieważ nastręczyła się sposobność wspomnieć o nim słówko w Listach z gór, wsunąłem tam dość wzgardliwą notkę, która doprowadziła Vernes’a do furii. Napełnił Genewę krzykami wściekłości; d’Ivernois powiadał mi, iż po prostu szaleje. W jakiś czas potem ukazał się bezimienny świstek, o którym można by rzec, iż pisany jest nie atramentem, ale wodą Flegetonu276. Oskarżano mnie w tym liście, iż, porzuciwszy dzieci swoje na ulicy, wlokę za sobą ladacznicę z kordegardy277, że jestem wyniszczony rozpustą, zgniły od przymiotnej278 choroby i inne podobne słodycze. Nietrudno mi było poznać rękę autora279. Czytając to pisemko, mogłem dumać nad istotną wartością wszystkiego, co się u ludzi nazywa sławą i reputacją, widząc, jak traktuje się jako wycierucha domów publicznych człowieka, którego noga nie postała tam w życiu i którego największą wadą jest to, iż zawsze był nieśmiały i wstydliwy jak dziewica. Przedstawiono mnie jako zżartego kiłą, mnie, który nie tylko nie miałem w życiu swoim najmniejszego śladu choroby tego rodzaju, ale którego nawet ludzie zawodowi uważali za niezdolnego, wskutek warunków swej konstytucji280, do nabycia czegoś podobnego. Wszystko dobrze zważywszy, osądziłem, iż nie mogę lepiej odeprzeć tej szmaty niż dając ją drukować w mieście, gdzie najdłużej przebywałem: posłałem ją Duchesne’owi, każąc wydrukować tekst dosłownie, z dopiskiem, w którym wymieniłem pana Vernes, i kilkoma krótkimi notatkami dla wyjaśnienia faktów. Nie zaspokojony tym, iż kazałem przedrukować ten świstek, posłałem go różnym osobom, między innymi księciu Ludwikowi Wirtemberskiemu, który okazał mi pierwszy względy nader pochlebne i z którym byłem wówczas w korespondencji. Ten książę, du Peyrou i inni zdawali się wątpić, aby Vernes był autorem broszurki i ganili mnie, iż wymieniłem go zbyt lekkomyślnie. Pod wpływem ich przedstawień zbudził się we mnie skrupuł: napisałem do Duchesne’a, aby zniszczył ten świstek. Guy doniósł mi, że go zniszczył; nie wiem, czy to uczynił; okazał się kłamcą w tylu okolicznościach, iż nie byłoby cudu, gdyby nim był i tym razem; odtąd zaś pogrążyłem się w te głębokie ciemności, przez które niepodobna mi przeniknąć prawdy zgoła w niczym.

Pan Vernes zniósł moje posądzenie z umiarkowaniem więcej niż osobliwym u człowieka, który by na nie nie zasłużył, zwłaszcza jeżeli porównać je z wściekłością objawianą poprzednio. Napisał do mnie parę bardzo wstrzemięźliwych listów, które zdawały się mieć ten cel, aby z moich odpowiedzi przeniknąć, do jakiego stopnia jestem poinformowany i czy mam jaki dowód przeciw niemu. Przesłałem mu dwie odpowiedzi, krótkie, suche, twarde w treści, ale wolne od niegrzeczności w formie; nie uczuł się dotknięty. Na trzeci list, widząc, iż chce nawiązać coś w rodzaju korespondencji, nie odpowiedziałem już: zwrócił się do mnie za pośrednictwem pana d’Ivernois. Pani Cramer napisała do du Peyrou, że pewna jest, iż broszurka nie jest pióra Vernes’a281. Wszystko to nie zachwiało mego przekonania; ale ponieważ ostatecznie mogłem się mylić i w takim razie winien byłem Vernes’owi niewątpliwe zadośćuczynienie, kazałem mu powiedzieć przez pana d’Ivernois, iż gotów mu jestem dać pełną satysfakcję, jeśli potrafi wskazać prawdziwego autora broszurki lub bodaj dowieść, że nim nie jest. Uczyniłem więcej: czując, iż ostatecznie, jeżeli nie jest winny, nie mam prawa wymagać, aby mi cośkolwiek udowadniał, zdecydowałem się spisać, w dość obszernym memoriale, pobudki mego przeświadczenia i przedłożyć je sądowi arbitra, którego Vernes nie będzie mógł odrzucić. Nikt by nie zgadł, kto był arbitrem, którego wybrałem: Rada Genewy. Oświadczyłem na końcu memoriału, iż jeżeli — dobrze rozpatrzywszy rzecz i przeprowadziwszy dochodzenia, które uzna za potrzebne i które ma możność z powodzeniem uskutecznić — Rada oświadczy, iż pan Vernes nie jest autorem broszury, w tej chwili szczerze przestanę go o to posądzać, pospieszę rzucić się do jego stóp i błagać o przebaczenie. Śmiem powiedzieć, iż nigdy zapał dla słuszności, nigdy prawość, szlachetność mej duszy, nigdy zaufanie moje w miłość sprawiedliwości wrodzoną wszystkim sercom, nie ujawniły się bardziej pełno, namacalnie niż w tym roztropnym i wzruszającym memoriale, gdzie brałem bez wahania najbardziej nieubłaganych nieprzyjaciół za arbitrów pomiędzy swoim potwarcą a sobą. Odczytałem to pismo w obecności du Peyrou: był zdania, aby je cofnąć; cofnąłem. Radził mi czekać dowodów, które Vernes przyrzekał; czekałem i czekam jeszcze; radził mi w oczekiwaniu ich milczeć; umilkłem i będę milczał całe życie, ścierpiawszy naganę, iż obciążyłem Vernes’a posądzeniem ciężkim, fałszywym i bez dowodu, mimo że pozostaję w sercu przekonany, pewny, tak jak tego, że istnieję, iż on jest autorem broszury. Memoriał mój znajduje się w rękach pana du Peyrou. Jeżeli ujrzy kiedy światło dzienne, świat znajdzie tam moje racje i pozna, mam nadzieję, duszę Jana Jakuba, którą współcześni moi zapoznawali282 tak uparcie.

Czas przyjść do katastrofy w Motiers i do mego wyjazdu z Val-de-Travers, po dwóch i pół latach pobytu, a ośmiu miesiącach niewzruszonej stałości w znoszeniu najniegodniejszego obchodzenia. Niepodobieństwem mi jest przypomnieć sobie jasno wszystkich szczegółów tej przykrej epoki; ale znajdą się w relacji, jaką wydał o nich du Peyrou. Będę miał sposobność mówić o niej w dalszym ciągu.

Od wyjazdu pani de Verdelin wrzenie stało się coraz żywsze. Mimo ponawianych reskryptów królewskich, mimo częstych zarządzeń Rady Stanu, mimo starań kasztelana i miejscowych urzędników, lud, uważając mnie po prostu za antychrysta i widząc, iż wszystkie jego wrzaski są daremne, w końcu, jak się zdaje, zapragnął wejść na drogę gwałtu. Już po gościńcach kamienie zaczynały latać w mą stronę, rzucane wszelako z nazbyt daleka, aby mnie mogły dosięgnąć. Wreszcie w noc jarmarku w Motiers, który przypada z początkiem września, zaatakowano mnie we własnym domku, w sposób mogący grozić życiu tych, którzy go zamieszkiwali.

O północy usłyszałem wielki hałas w ganku biegnącym wzdłuż tylnej ściany. Grad kamyków, rzuconych w okna i drzwi wychodzące na ten ganek, spadł z takim hałasem, iż pies mój, który sypiał w ganku, zaczął zrazu szczekać, a potem umilkł z przestrachu i skrył się w kącie, kąsając i drapiąc deski w poszukiwaniu drogi do ucieczki. Wstaję z łóżka na ten hałas; już miałem wyjść z pokoju, aby przejść do kuchni, kiedy kamień rzucony silną ręką przeleciał kuchnię, wybiwszy szybę w oknie. Otworzywszy drzwi do mego pokoju, padł u stóp łóżka; gdybym się pospieszył o sekundę, otrzymałbym go w same piersi. Poznałem, iż hałas uczyniono umyślnie, aby mnie zwabić, kamień zaś rzucono, aby mnie powitać, gdy będę wychodził z pokoju. Biegnę do kuchni. Zastaję Teresę, która też wstała i która, cała drżąca, przybiegła do mnie. Przyciskamy się do ściany, poza światłem okna, aby uniknąć pocisków i zastanowić się, co należy czynić: wyjść bowiem z domu, aby wołać o pomoc, groziło niebezpieczeństwem życia. Na szczęście służąca jakiegoś staruszka, który mieszkał pode mną, wstała, usłyszawszy hałas, i pobiegła wołać kasztelana, naszego najbliższego sąsiada. Wyskakuje z łóżka, wdziewa spiesznie szlafrok i przybywa natychmiast ze strażnikiem; odbywał właśnie tej nocy ront283 z okazji jarmarku i znalazł się w pobliżu. Kasztelan tak się przeraził, ujrzawszy spustoszenie, że aż zbladł; na widok kamieni, których cały ganek był pełny, wykrzyknął: „Mój Boże! To nagroda życia!”. Zwiedzając parter, stwierdził, iż drzwiczki od dziedzińca były wyłamane i że starano się wtargnąć przez ganek. Kiedy później wszczęto dochodzenie, dlaczego strażnik nie zauważył rozruchów lub nie przeszkodził im, stwierdzono, iż ludzie z Motiers uparli się sprawować straż tej nocy poza zwykłym porządkiem, mimo że była kolej innej wsi. Nazajutrz kasztelan wysłał raport o całym zajściu do Rady Stanu, która w dwa dni później przesłała mu rozkaz przeprowadzenia śledztwa, przyrzekając nagrodę i sekret tym, którzy wskażą winnych. Na razie zalecono postawić na koszt króla straż pod domem oraz pod domem kasztelana, który doń przylegał. Nazajutrz pułkownik Pury, generalny prokurator Murron, kasztelan Martinet, poborca Guyenet, skarbnik d’Ivernois i jego ojciec, słowem, co było znaczniejszego w mieście, przyszli mnie odwiedzić. Wszyscy zjednoczyli swe prośby, nakłaniając, bym zgodził się ustąpić burzy i opuścił bodaj na jakiś czas parafię, gdzie niepodobna mi już żyć z czcią i bezpieczeństwem. Spostrzegłem nawet, iż kasztelan, przerażony wściekłością rozszalałego ludu i lękając się, aby nie dosięgła i jego, bardzo byłby rad wyprawić mnie co rychlej, aby nie mieć kłopotu chronienia mnie i aby móc samemu opuścić tę miejscowość: jakoż uczynił to po mym wyjeździe. Ustąpiłem tedy, nawet z niewielką przykrością; widok bowiem nienawiści ludu przyprawiał mnie o rozdarcie serca, którego nie mogłem już udźwignąć.

Miałem do wyboru między rozmaitymi miejscami schronienia. Od powrotu do Paryża pani de Verdelin wspominała mi nieraz w listach o niejakim panu Walpole284, którego nazywała milordem. Donosiła, iż, ożywiony wielkim zapałem dla mnie, ofiaruje mi w jednym ze swych majątków schronienie, które malowała mi w najpowabniejszych barwach, wchodząc, odnośnie do mieszkania i życia, w szczegóły, które świadczyły, do jakiego stopnia milord Walpole zajmował się z panią de Verdelin tym projektem. Milord marszałek zawsze radził mi Anglię i Szkocję i również ofiarował mi asylum w swoich ziemiach; ofiarował mi też i inne, o wiele bardziej kuszące, w Poczdamie, blisko siebie. Doniósł mi o jednym odezwaniu się króla, które było jakby rodzajem zachęty, aby się tam udać. Księżna de Saxe-Gotha tak dalece liczyła na tę podróż, iż napisała do mnie, nalegając, bym ją odwiedził po drodze i zatrzymał się jakiś czas w jej rezydencji. Mimo to byłem tak przywiązany do Szwajcarii, że nie mogłem się zdobyć na to, aby ją opuścić, póki będzie mi możliwe w niej wyżyć. Obrałem tę chwilę na wykonanie zamiaru, który zaprzątał mnie od kilku miesięcy, a o którym nie mogłem dotąd mówić, aby nie przerywać wątku.

Projekt ten polegał na tym, aby się osiedlić na Wyspie Św. Piotra, należącej do szpitala w Bernie, a położonej na jeziorze Biel285. W czasie pieszej pielgrzymki, jaką odbyłem w zeszłym roku wspólnie z panem du Peyrou, zwiedziliśmy tę wyspę; byłem nią tak zachwycony, że od tego czasu nie przestałem myśleć o tym, aby tam osiąść i zamieszkać na stałe. Największą przeszkodą było to, że wyspa należała do Berneńczyków, którzy przed trzema laty szpetnie wygnali mnie od siebie. Nie licząc, iż duma moja cierpiała nad tym, aby wracać do ludzi, którzy mnie tak źle przyjęli, miałem przyczyny się obawiać, iż tak samo nie zostawią mnie w spokoju na tej wyspie, jak nie zostawili w Yverdon. Poradziłem się w tej materii milorda marszałka. Myślał jak ja, iż Berneńczycy byliby bardzo radzi widzieć mnie zamkniętym na tej wyspie i trzymać jako zakład dzieł, które mógłbym tam napisać. Postarał się wybadać ich usposobienie w tym względzie przez niejakiego pana Sturlera, swego dawnego sąsiada z Colombier. Pan Sturler zwrócił się do naczelników stanu i, na ich odpowiedź, upewnił milorda marszałka, iż Berneńczycy, wstydząc się poprzedniego postępku, gorąco pragnęliby mnie widzieć w gościnie na Wyspie Św. Piotra i zostawiliby mnie w spokoju. Zanim się namyśliłem tam osiedlić, zebrałem dla większej pewności jeszcze nowe informacje przez pułkownika Chaillet, który oświadczył mi to samo; że zaś poborca wyspy otrzymał od swej władzy pozwolenie pomieszczenia mnie u siebie, sądziłem, iż nic nie ryzykuję, zamieszkując w jego domu, z milczącym zezwoleniem tak naczelnej władzy, jak właściciela; nie mogłem bowiem spodziewać się, iżby panowie Berneńczycy jawnie uznali niesprawiedliwość, którą mi wyrządzili. Czyniąc w ten sposób, zgrzeszyliby przeciw najbardziej niezłomnej maksymie wszystkich naczelników państwa.

Wyspa Św. Piotra, nazywana w Neuchâtel wyspą de la Motte, pośrodku jeziora Biel, ma około pół mili obwodu; ale na tej małej przestrzeni dostarcza wszystkich głównych produktów potrzebnych do życia. Posiada pola, łąki, sady, las, winnice; całość zaś, dzięki właściwościom urozmaiconego i górzystego terenu, tworzy widok tym powabniejszy, ile że części wyspy odsłaniają się kolejno, stopniując w ten sposób wrażenie i każąc mniemać, iż wyspa większa jest, niż jest w istocie. Bardzo wyniosła terasa tworzy część zachodnią, obróconą ku Gleresse i Bonneville. Zasadzono na tej terasie długą aleję, wyciętą w środku w wielką naturalną altanę, gdzie podczas żniw zbiera się ludność sąsiednich wybrzeży, aby tańczyć i weselić się. Jest na wyspie jeden tylko dom, ale obszerny i wygodny, stanowiący mieszkanie poborcy i położony w zagłębieniu chroniącym go od wiatrów.

O kilkaset kroków od wyspy, od południa, znajduje się druga wyspa, o wiele mniejsza, nieuprawna i opuszczona, niegdyś, zdaje się, oderwana od tamtej przez burze. Wysepka ta, o jałowym i żwirowatym gruncie, rodzi jedynie wierzby i rdesty; znajduje się na niej wszelako wyniosłe wzgórze, pięknie porośnięte trawą i bardzo lube. Kształt jeziora posiada prawie regularny owal. Brzegi jego, mniej żyzne niż brzegi Jeziora Genewskiego lub Neuchâtel, tworzą mimo to wcale wdzięczną perspektywę, zwłaszcza w zachodniej części. Ta część jest bardzo ludna i okolona winnicami ciągnącymi się u stóp łańcucha gór, mniej więcej tak jak na Côte-Rôtie, z tą różnicą, że wino dają mniej dobre. Idąc z północy na południe, napotyka się tam wioski Saint-Jean, Bonneville, Bienne i Nidau, na samym końcu jeziora, wszystko przeplatane bardzo powabnymi siołami.

Takie było schronienie, które sobie umyśliłem i gdzie postanowiłem się osiedlić, opuszczając Val-de-Travers. Wybór ten był tak zgodny z mymi spokojnymi upodobaniami, z moją samotniczą i leniwą naturą, iż liczę go między najsłodsze i najżywiej pociągające mnie marzenia. Zdawało mi się, że na tej wyspie będę bardziej oddzielony od ludzi, bezpieczniejszy od ich napaści, bardziej zapomniany, bardziej, słowem, zdany na słodycze kontemplacyjnego życia. Byłbym pragnął tak zagrzebać się na tej wyspie, abym nie miał już styczności z resztą śmiertelnych. To pewna, iż uczyniłem, co w mej mocy, aby się uchronić od konieczności tych stosunków.

Chodziło o to, aby żyć; otóż, tak z powodu drożyzny produktów, jak trudności przewozu, życie drogie jest na tej wyspie, gdzie zresztą jest się zupełnie zdanym na łaskę poborcy. Trudność tę usunął du Peyrou dzięki zawartemu ze mną układowi, wchodząc na miejsce tej spółki, która powzięła zamiar, poniechany następnie, zbiorowego wydania mych pism. Oddałem mu wszystkie rękopisy potrzebne w tym celu. Nakreśliłem plan i rozkład materiału. Dołączyłem zobowiązanie oddania mu wspomnień swego życia i uczyniłem go depozytariuszem wszystkich papierów, z wyraźnym warunkiem, że nie zrobi z nich użytku aż po mej śmierci, pragnąłem bowiem dokończyć spokojnie żywota, nie zaprzątając już sobą publiczności. Dzięki temu układowi dożywotnia renta, którą podjął mi się wypłacać, wystarczała mi do istnienia. Milord marszałek, odzyskawszy wszystkie swoje dobra, ofiarował mi pensję tysiąca dwustu franków: przyjąłem jedynie połowę. Chciał mi przesłać kapitał, ale nie przyjąłem, z obawy kłopotów z ulokowaniem. Oddał ten kapitał w ręce du Peyrou, który wypłaca mi dożywotnią rentę wedle stopy umówionej z fundatorem. Jednocząc tedy układ z du Peyrou, pensję milorda marszałka, której dwie trzecie przechodziły na Teresę po mej śmierci, i trzysta franków rocznie, które miałem u Duchesne’a, mogłem liczyć na przyzwoitą egzystencję i dla siebie i, po mej śmierci, dla Teresy. Zostawiałem jej pensję siedmiuset franków, tak z pensji Reya, jak milorda marszałka; nie miałem tedy przyczyn się obawiać, aby jej brakło chleba, równie jak mnie. Ale snadź było napisane, iż honor każe mi odtrącić wszystkie zasoby, które los i praca dały mi w ręce, i że umrę równie ubogim, jak żyłem. Czytelnik sam osądzi, czy, nie chcąc stać się ostatnim nędznikiem, mogłem dotrzymać układów, które zawsze starano się połączyć z mą hańbą, odejmując troskliwie wszystkie inne źródła, aby mnie zmusić do zgody na to poniżenie. I jakże byliby się domyślali drogi, którą obiorę w tej alternatywie? Wszak zawsze sądzili moje serce na miarę swoich!

Uspokojony co do warunków egzystencji, byłem bez troski w każdym innym względzie. Mimo iż dawałem wolne pole nieprzyjaciołom, zostawiałem w szlachetnym entuzjazmie, który podyktował moje pisma, w nieugiętej stałości zasad, świadectwo mojej duszy, zgodne z mą istotną naturą i życiem. Nie trzeba mi było innej obrony przeciw potwarcom. Mogli malować pod mym imieniem innego człowieka, ale oszukać mogli chyba tych, którzy chcieli być oszukani. Mogłem wydać życie swoje, od jednego do drugiego krańca, na pastwę ich komentarzy: byłem pewny, iż poprzez moje błędy i słabości, poprzez mą niezdolność znoszenia jakiegokolwiek jarzma, ten, kto umie patrzeć, znajdzie zawsze człowieka sprawiedliwego, dobrego, wolnego od żółci, nienawiści, zazdrości, gotowego zawsze uznać własne błędy, jeszcze bardziej gotowego zapomnieć cudzych, szukającego szczęścia w uczuciach pełnych miłości i słodyczy i posuwającego we wszystkim szczerość aż do nierozwagi, aż do najprawdopodobniejszej bezinteresowności.

Rozstawałem się więc niejako ze swą epoką i z współczesnymi; żegnałem się ze światem, grzebiąc się na tej wyspie na resztę dni; takie było bowiem me postanowienie. Tam to zamierzałem urzeczywistnić wreszcie moje ciągłe dążenie do spokojnego, bezczynnego życia, któremu aż dotąd poświęciłem bezużytecznie tę trochę energii i zdatności, jakimi mnie niebo obdarzyło. Wyspa ta miała się stać dla mnie wyspą Papimanii, tym szczęśliwym krajem, gdzie się śpi: „Więcej tam czynią, nic bowiem nie czynią”286.

To więcej było wszystkim dla mnie, zawsze bowiem mało byłem łakomy na sen: bezczynność wystarcza mi i bylem nie robił nic, wolę śnić raczej na jawie niż we śnie. Wiek romantycznych projektów minął; dym chwały okazał się bardziej odurzający niż miły; zostawało mi już tylko, jako ostatnia nadzieja, żyć bez troski, w wiekuistym wczasie287. Oto życie błogosławionych na tamtym świecie; życie, z którego uczyniłem odtąd moje najwyższe szczęście na tej ziemi.

Ci, którzy zarzucają mi tyle sprzeczności, nie omieszkają wytknąć mi jej i tutaj. Rzekłem, iż bezczynność towarzyskiego życia czyniła mi je nieznośnym: i oto szukam samotni jedynie po to, aby się oddać bezczynności. Taki już jestem; jeżeli jest w tym sprzeczność, natura odpowiedzialna jest za nią, nie ja: ale, przeciwnie, tak dalece nie ma w tych rzeczach sprzeczności, iż właśnie przez to jestem zawsze sobą. Bezczynność towarzystw jest zabójcza, ponieważ jest musowa; bezczynność samotności jest urocza, ponieważ jest swobodna i dobrowolna. W obcowaniu z ludźmi próżniactwo jest mi nieznośne, bo jestem do niego zmuszony. Muszę z konieczności siedzieć przymurowany do krzesła albo sterczeć jak żołnierz na pikiecie, nie mogąc ruszyć ręką ani nogą, nie śmiejąc ani biec, ani skakać, ani śpiewać, ani krzyczeć, ani gestykulować, kiedy mam ochotę, nie śmiejąc nawet marzyć, cierpiąc równocześnie całą nudę bezczynności i mękę przymusu. Trzeba mi słuchać z uwagą wszystkich bredni, jakie mówią dokoła, wszystkich komplementów, jakie sobie świadczą, i dręczyć ustawicznie mózgownicę, aby ulokować z kolei moje łgarstwo i moje banialuki. I wy to nazywacie bezczynnością! To praca galernika.

Bezczynność, którą kocham, to nie owa próżniacza, która trwa z założonymi rękami w zupełnym bezwładzie i równie mało myśli, jak działa: jest to równocześnie bezczynność dziecka, które jest bez ustanku w ruchu, nic nie robiąc, i bezczynność gaduły, który miele językiem, podczas gdy ręce jego są w spokoju. Lubię zajmować się i bawić lada czym, zaczynać sto rzeczy i nie kończyć żadnej, chodzić tam i sam, jak mi przyjdzie fantazja, zmieniać co chwilę zamysły, wodzić okiem za muchą, śledząc jej poruszenia, wygrzebać z ziemi kawał skały, aby zobaczyć, co jest pod spodem, podjąć z zapałem pracę na dziesięć lat i rzucić ją bez żalu po dziesięciu minutach, słowem, wałęsać się cały dzień bez ładu i porządku i iść w każdej rzeczy jedynie za kaprysem chwili.

Botanika, taka, jak ją zawsze pojmowałem, i taka, jaka zaczynała się stawać mą namiętnością, była właśnie owym leniwym studium, zdolnym wypełnić moje życie i moje wczasy, nie zostawiając i miejsca na rozszalenie wyobraźni, ani też na nudę zupełnego bezrobocia. Błądzić niedbale po lasach i polach, uszczknąć machinalnie tu i tam to kwiat, to gałązkę, zbierać sobie zioła niemal na los szczęścia, obserwować po tysiąc razy też same rzeczy, a zawsze z tym samym zainteresowaniem, ponieważ zapominałem ich zawsze — oto na czym mogłem spędzić wieczność, nie nudząc się ani chwili. Mimo całej wytworności, cudowności, urozmaicenia budowy roślinnych tworów, nie uderzają one nieświadomego oka dostatecznie, aby je zająć. Ta stała analogia, a jednak zdumiewająca rozmaitość panująca w ich organizacji przejmuje zachwytem jedynie tych, którzy mają jakieś pojęcie o świecie roślinnym. Inni na widok wszystkich tych skarbów natury odczuwają jedynie tępy i jednostronny podziw. Nie widzą nic w szczególe, ponieważ nie wiedzą nawet, na co trzeba patrzeć; nie widzą także całości, ponieważ nie mają żadnego pojęcia o tym łańcuchu stosunków i kombinacji, który przytłacza swym cudem umysł obserwatora. Byłem w tym szczęśliwym położeniu (a mój brak pamięci miał mnie w nim zawsze utrzymać), iż umiałem dość mało, aby na wszystko być wrażliwym. Rozmaite rodzaje gruntu, na które wysepka, choć mała, była podzielona, nastręczały mi dostateczną rozmaitość roślin dla nauki i zabawy całego życia. Nie chciałem zostawić ani źdźbła trawki bez zanalizowania go i gotowałem już na podstawie olbrzymiego zbioru ciekawych obserwacji przyszłe dzieło Flora Petrinsularis288.

Sprowadziłem Teresę wraz z książkami i sprzętami. Ulokowaliśmy się jako pensjonarze u dzierżawcy wyspy. Żona jego miała w Nidau siostry, które odwiedzały ją kolejno i stanowiły towarzystwo dla Teresy. Zakosztowałem tam słodkiego życia, w którym byłbym pragnął strawić swoje dni: smak, który w nim znalazłem, posłużył jedynie na to, aby mi dać lepiej uczuć gorycz tego, które miało niebawem po nim nastąpić.

Zawsze namiętnie lubiłem wodę; widok jej pogrąża mnie w rozkosznym marzeniu, mimo że często bez określonego przedmiotu. Co dzień, ledwie wstawszy z łóżka, kiedy czas był ładny, biegłem na terasę wdychać ożywcze i świeże powietrze ranku i wodzić oczyma po horyzoncie tego pięknego jeziora, którego wybrzeża i zamykające je góry czarowały mój wzrok. Nie umiem znaleźć godniejszego hołdu dla Bóstwa niż ten niemy podziw budzący się pod wpływem kontemplacji jego dzieł i nie wyrażający się za pomocą określonych aktów. Rozumiem, że mieszkańcy miast, którzy widzą jedynie mury, ulice i zbrodnie, bywają obojętni w rzeczach wiary; ale nie mogę zrozumieć, w jaki sposób ludzie ze wsi, zwłaszcza o ile żyją samotnie, mogą jej nie mieć. W jaki sposób dusza ich nie wznosi się po sto razy dziennie z uniesieniem ku sprawcy cudów, które ich otaczają? Co do mnie, to, zwłaszcza po wstaniu, zmordowany mymi bezsennymi nocami, z dawnego przyzwyczajenia skłonny jestem do tych wzlotów serca, które nie wymagają nużącego wysiłku myśli. Ale trzeba na to, aby oczy moje były porwane czarownym widokiem natury. W pokoju modlę się rzadziej i oschlej; ale na widok pięknego krajobrazu czuję się wzruszony nie mogąc wyrazić dlaczego. Czytałem, iż pewien mądry biskup, zwiedzając diecezję, spotkał starą kobietę, która za całą modlitwę umiała mówić jedynie: „O!”. Biskup rzekł: „Dobra kobieto, módl się zawsze w ten sposób; twoja modlitwa więcej jest warta niż nasze”. Ta najlepsza modlitwa jest też i moją.

Po śniadaniu z pośpiechem i niechęcią kreśliłem kilka opłakanych listów, wzdychając żarliwie do szczęśliwej chwili, gdy nie będę ich już pisywał wcale. Krzątałem się chwilę koło książek i papierów, raczej, aby je rozpakować i ułożyć niż aby czytać. Porządkowanie to, które było dla mnie pracą Penelopy289, dawało mi przyjemność wałęsania się przez jakiś czas; po czym przykrzyłem sobie to zajęcie i rzucałem je, aby spędzić kilka godzin rannych, które mi zostawały, na studiowaniu botaniki. Zajmował mnie zwłaszcza system Linneusza290; nabrałem doń namiętności, z której nigdy nie mogłem się zupełnie uleczyć, nawet kiedy poznałem jego pustkę. Ten wielki obserwator jest, moim zdaniem, jedynym obok Ludwiga291, który umiał spojrzeć na botanikę jako naturalista i jako filozof; ale nadto studiował ją w zielnikach i ogrodach, a nie dosyć w samej naturze. Co do mnie, który brałem za ogród całą wyspę, kiedy potrzebowałem uczynić albo sprawdzić jakąś obserwację, natychmiast z książką pod pachą biegłem do lasu lub na łąkę: tam kładłem się na ziemi koło rośliny, o którą chodziło, aby badać ją na żywo wedle upodobania. Ta metoda wielce mi posłużyła do poznania tworów roślinnych w ich naturalnym stanie, nim je wyhodowała i znieprawiła ręka człowieka. Powiadają, iż Fagon292, przyboczny lekarz Ludwika XIV, który nazywał i znał doskonale wszystkie rośliny Ogrodu Królewskiego, znalazłszy się na wsi, był tak zbity z toru, iż nie mógł rozeznać się w niczym. Ze mną jest zupełnie odmiennie: rozumiem się cośkolwiek na dziele przyrody, nic na dziele ogrodnika.

Co się tyczy poobiedzia, to poświęcałem je wyłącznie swemu pędowi do próżniactwa i beztroski, idąc, bez żadnych prawideł, za natchnieniem chwili. Często, kiedy powietrze było spokojne, ledwie wstawszy od stołu, rzucałem się samotnie w małą łódeczkę, którą dzierżawca nauczył mnie kierować jednym wiosłem. Wypływałem na pełne jezioro. Chwila, w której odbijałem od brzegu, dawała mi radość, która przejmowała mnie wprost drżeniem, a której przyczyny niepodobna mi określić ani nawet dobrze pojąć. Było to chyba tajemne poczucie szczęścia, iż w tej chwili znajduję się poza sferą pościgu złych. Błądziłem następnie sam po jeziorze, zbliżając się niekiedy do brzegu, ale nie przybijając doń nigdy. Często, pozwalając płynąć łódce z wolą wiatru i wody, poddawałem się marzeniom bez treści, które mimo że niedorzeczne, niemniej przeto były lube. Wykrzykiwałem niekiedy z rozczuleniem: „O, naturo, o moja matko, otom jest pod twą jedyną strażą! Nie ma tu przebiegłego i zdradliwego człowieka, który by się wciskał między ciebie a mnie”. Oddalałem się w ten sposób nieraz na jakie pół mili od ziemi: pragnąłbym, aby to jezioro było oceanem. Wszelako, aby się zastosować do życzeń mego biednego psa, który nie lubił w tym samym stopniu co ja tych postojów na wodzie, obierałem zwyczajnie jakiś cel: zwykle ograniczał się on do lądowania na małej wysepce. Przechadzałem się po niej godzinę lub dwie lub też wyciągałem się na szczycie wzgórka na trawniku, podziwiając z rozkoszą jezioro i okolice, badając i dyssekując293 wszystkie zioła, jakie znalazłem na sięgnięcie ręką, i budując sobie, jak drugi Robinson, urojone mieszkanie na tej wysepce. Polubiłem bardzo to wzgórze. Kiedy mogłem tam zawieźć na przechadzkę Teresę wraz z żoną dzierżawcy i jej siostrami, jakże dumnie się niosłem jako ich pilot i przewodnik! Zawieźliśmy uroczyście na wysepkę króliki, aby ją zaludnić: nowe święto dla Jana Jakuba. Zaludnienie to uczyniło mi tę wysepkę jeszcze bardziej zajmującą. Odwiedzałem ją od tej pory częściej i z większą przyjemnością, aby śledzić ślady rozwoju nowych mieszkańców.

Do tych zabaw dołączyłem jedną, która przypominała mi rozkoszne życie w Charmettes i której pora roku sprzyjała osobliwie. Były to prace około zbioru jarzyn i owoców, które to mozoły oboje z Teresą dzieliliśmy z prawdziwą przyjemnością z dzierżawczynią i jej siostrami. Przypominam sobie, iż pewien Berneńczyk nazwiskiem Kirchberger294, przybywszy mnie odwiedzić, zastał mnie pod wielkim drzewem, z workiem przywiązanym u pasa i tak już pełnym jabłek, iż ledwie mogłem się ruszać. Nie byłem nierad z tego spotkania i kilku podobnych. Spodziewałem się, iż Berneńczycy, widząc naocznie, jaki użytek robię ze swoich wczasów, nie będą się kusili mącić ich swobodę i zostawią mnie w spokoju w mej samotni. Byłbym wolał być uwięziony w niej z ich woli niż z mojej: bardziej byłbym pewny, iż nic nie zakłóci mego spokoju.

Oto jeszcze jedno wyznanie, przy którym z góry pewien jestem niedowiarstwa czytelników, upierających się sądzić mnie zawsze wedle samych siebie, mimo iż musieli chyba dostrzec w biegu mego życia tysiąc skłonności niepodobnych do ich własnych. Co w tym najdziwniejsze, to iż odmawiając mi wszelkich dobrych lub obojętnych uczuć, których sami nie mają, zawsze są gotowi użyczać mi innych, tak złych, iż nawet nie zdolne byłyby postać w sercu człowieka. Wówczas wydaje się im bardzo proste postawić mnie w sprzeczności z naturą i zrobić ze mnie potwora, jaki nie mógł nawet istnieć. Żadna niedorzeczność nie wydaje się im niewiarygodną, z chwilą gdy zmierza do tego, aby mnie oczernić; nic zwykłego nie wydaje się możliwe, z chwilą gdy zmierza ku temu, aby mi przynieść zaszczyt.

Ale co bądź by mogli mniemać lub mówić, mimo to będę nadal kreślił, czym był, co robił i myślał J. J. Rousseau, nie tłumacząc ani usprawiedliwiając jego uczuć i pojęć, ani nie dochodząc, czy inni myśleli tak jak on. Zasmakowałem tak bardzo w Wyspie Św. Piotra i pobyt ten tak bardzo mi odpowiadał, że skupiając wszystkie pragnienia w tej wyspie, szczerze pragnąłem nigdy jej już nie opuszczać. Odwiedziny, które należało mi oddać w sąsiedztwie, małe podróże do Neuchâtel, do Bienne, Yverdon, Nidau, które mnie czekały, nużyły już z góry mą wyobraźnię. Każdy dzień spędzony poza wyspą zdawał mi się skradziony memu szczęściu; wyjść z kręgu tego jeziora znaczyło dla mnie wyjść ze swego żywiołu. Zresztą, doświadczenia przeszłości uczyniły mnie lękliwym. Wystarczało, by posiadanie czegoś było lube memu sercu, abym tym samym spodziewał się to utracić; toteż gorące pragnienie zakończenia swoich dni na tej wyspie nieodłączne było od obawy, iż będę zmuszony ją opuścić. Przyzwyczaiłem się chodzić co wieczora na wybrzeże, zwłaszcza kiedy jezioro było burzliwe. Czułem osobliwą przyjemność w widoku fal rozbryzgujących się u moich stóp. Widziałem w nich obraz zgiełku świata i spokoju mojej siedziby; roztkliwiałem się niekiedy nad tą słodką myślą, aż wreszcie czułem, iż łzy spływają mi z oczu. Spokój ten, którym syciłem się tak żarliwie, mąciła jedynie obawa, iż go postradam; ale obawa ta dochodziła do tego nasilenia, iż kaziła jego słodycz. Położenie moje zdawało mi się tak wątłe, iż nie śmiałem na nim budować. „Ach! — powiadałem sobie — jakże chętnie zmieniłbym prawo opuszczenia tego miejsca, o które bynajmniej nie stoję295, na pewność zostania w nim na zawsze! Zamiast by mnie cierpiano z łaski, czemuż nie więżą mnie w nim siłą! Ci, którzy cierpią mnie w nim jeno, mogą w każdej chwili mnie wygnać; a czyż mogę się spodziewać, aby prześladowcy, widząc mnie oto szczęśliwym, pozwolili mi być nim nadal? Ach! to mało, iż dają mi żyć tutaj: chciałbym, aby mnie na to skazano, chciałbym być zmuszony zostać tu, aby nie być zmuszony stąd odejść”. Spoglądałem okiem zazdrości na szczęśliwego Michelego Ducret, który, spokojny w zamku Arberg, potrzebował jedynie chcieć być szczęśliwym, aby nim być. Wreszcie, pod wpływem tych refleksji oraz niepokojących przeczuć nowych burz wciąż gotowych zwalić się na mnie, zacząłem pragnąć, i to z żarliwością trudną do wiary, aby, miast cierpieć jedynie pobyt mój na tej wyspie, dano mi ją za wiekuiste więzienie. Mogę przysiąc, iż gdyby tylko ode mnie zależało skazać się na nie, byłbym to uczynił z największą radością, przekładając tysiąc razy konieczność spędzenia tam reszty życia nad niebezpieczeństwa wygnania stamtąd.

Obawa ta nie długo pozostała próżną. W chwili gdy najmniej się tego spodziewałem, otrzymałem list starosty z Nidau, w którego okręgu znajdowała się Wyspa Św. Piotra. W liście tym udzielał mi ze strony ich ekscelencji rozkazu opuszczenia wyspy i stanów. Czytając ten list, miałem uczucie, że śnię. Nic bardziej nienaturalnego, nieracjonalnego, nieprzewidzianego niż podobny rozkaz: raczej bowiem uważałem swe przeczucia jako niepokoje człowieka spłoszonego przebytymi nieszczęściami niż jako przewidywanie, które by miało jakiekolwiek racje. Kroki, które poczyniłem, aby sobie zapewnić milczące przyzwolenie zwierzchności; spokój, z jakim patrzano na moje osiedlenie; odwiedziny wielu Berneńczyków i samego starosty, który obsypał mnie uprzejmościami i względami; ostrość pory roku, w której barbarzyństwem było wypędzać chorego człowieka — wszystko to kazało mi mniemać, wraz z wieloma osobami, iż rozkaz ten był wpływem jakiegoś nieporozumienia i że nieżyczliwi ludzie umyślnie wybrali czas zbiorów i nieobecności członków senatu, aby mi zadać ten cios.

Gdybym słuchał pierwszego oburzenia, wyjechałbym natychmiast. Ale dokąd się udać? Co począć u progu zimy, bez celu, bez przygotowania, bez przewodnika, pojazdu? Trzeba by chyba zostawić na łaskę losu wszystko: moje papiery, sprzęty, wszystkie sprawy. Trzeba mi było czasu, aby się zająć tym wszystkim, a nie było powiedziane w rozkazie, czy mi go udzielą. Ciągłość nieszczęść zaczynała osłabiać mój hart. Pierwszy raz uczułem, iż wrodzona duma ugina się pod jarzmem konieczności: mimo szemrań mego serca trzeba mi było zniżyć się do prośby o zwłokę. Zwróciłem się do pana de Graffenried z prośbą o objaśnienie. List jego zawierał bardzo żywe potępienie tego rozkazu, którego — jak pisał — udzielał mi jedynie z wielkim żalem; świadectwa bólu i poważania, jakimi ten list był przepełniony, zdawały mi się być łaskawym zaproszeniem, abym przed nim wynurzył me serce, co też uczyniłem. Nie wątpiłem nawet, iż list mój otworzy tym niedobrym ludziom oczy na ich barbarzyństwo i że jeśli nie odwołają tak okrutnego rozkazu, to udzielą mi racjonalnej zwłoki, może na całą zimę, abym mógł przygotować swoje przeniesienie i wybrać sobie miejsce.

Oczekując odpowiedzi, zacząłem się zastanawiać nad położeniem i rozważać, jaką drogę należy obrać. Widziałem ze wszystkich stron tyle trudności, zmartwienie zgryzło mnie tak bardzo, zdrowie moje było w tej chwili tak opłakane, iż ugiąłem się zupełnie pod ciosem. Zniechęcenie moje miało ten skutek, iż zbawiło mnie nawet tej trochy zasobów, jakie mogłem jeszcze znaleźć w umyśle dla powzięcia możliwie najlepszego postanowienia. W jakimkolwiek schronieniu próbowałbym się osiedlić, jasne było, że nie mam sposobu ustrzec się przed jednym z dwóch sposobów, które obrano, aby mnie wygnać: jeden, podburzając przeciw mnie ludność za pomocą podziemnych machinacji; drugi, wypędzając mnie wprost, siłą, bez podania przyczyny. Nie mogłem więc liczyć na żaden pewny przytułek, chyba żebym go poszukał dalej niż siły moje i obecna pora roku pozwalały. Wszystko to sprowadzało mnie do myśli, które od dawna snuły mi się po głowie: ośmieliłem się powziąć i wyrazić pragnienie, aby raczej upewniono się co do mej osoby za pomocą wiekuistego więzienia, niż aby mi kazano błąkać się ustawicznie, wypędzając mnie kolejno z każdego schronienia. W dwa dni po pierwszym liście napisałem do pana de Graffenried drugi, prosząc go o przedłożenie tego życzenia ich ekscelencjom. Odpowiedź z Berna na oba listy zawierała rozkaz wyrażony w najbardziej formalnych i bezwzględnych terminach. Nakazywano mi opuścić w ciągu dwudziestu czterech godzin wyspę oraz wszelkie pośrednie i bezpośrednie terytoria Republiki i nie wracać na nie nigdy, pod groźbą najsurowszych kar.

Chwila była okropna. Znalazłem się później niekiedy w gorszych niebezpieczeństwach, nigdy w większym kłopocie. Ale co mnie zmartwiło najbardziej, to iż zmuszony byłem wyrzec się zamiaru, dla którego, obok innych przyczyn, pragnąłem spędzić zimę na wyspie. Czas wspomnieć tu o fatalnym wydarzeniu, które dopełniło miary klęsk i pociągnęło w ślad za mną nieszczęśliwy naród, którego rodzące się cnoty zapowiadały, iż kiedyś doścignie Spartę i Rzym. Wyraziłem się w Umowie społecznej o Korsykanach jako o ludzie świeżym, jedynym w Europie podatnym dla prawodawstwa; zaznaczyłem też, jak wielkie nadzieje można pokładać w takim narodzie, o ile będzie miał szczęście znaleźć roztropnego kierownika. Dzieło moje dostało się do rąk kilku Korsykan, których mile pogłaskał zaszczytny sposób, w jaki o nich mówiłem. Okoliczności, wskutek których trzeba im było myśleć o ugruntowaniu swej Rzeczypospolitej, obudziły w ich przywódcach myśl, aby mnie zapytać o radę w tej doniosłej pracy. Niejaki Buttafoco296 — jedna z pierwszych rodzin w kraju — służący we Francji jako kapitan w pułku królewsko-włoskim, napisał do mnie w tym przedmiocie oraz dostarczył mi wielu dokumentów, o które go poprosiłem dla zaznajomienia się z historią narodu i stanem kraju. Paoli297 też pisał do mnie kilka razy. Czułem, że podobne przedsięwzięcie przewyższa moje siły; mimo to sądziłem, iż nie godzi mi się odmówić udziału w tak pięknym i wielkim dziele, skoro zasięgnę wiadomości potrzebnych mi w tym celu. W tym sensie odpowiedziałem im i korespondencja ciągnęła się aż do mego wyjazdu.

Właśnie w tym samym czasie dowiedziałem się, że Francja wysłała wojska na Korsykę i zawarła traktat z Genueńczykami298. Ten traktat, to wysłanie wojsk zaniepokoiły mnie. Jakkolwiek daleki od podejrzewania związku, który to wszystko miało z moją osobą, uznałem za niemożliwe i śmieszne pracować nad dziełem wymagającym tak głębokiego spokoju jak prawodawstwo jakiegoś ludu, właśnie w chwili, gdy ten lud znajduje się może w przededniu ujarzmienia. Nie ukrywałem moich niepokojów panu Buttafoco. Uspokoił mnie oświadczeniem, iż gdyby w traktacie tym znajdowały się rzeczy przeciwne swobodzie jego narodu, tak dobry obywatel jak on nie pozostawałby (jak on to czynił) w służbie Francji. W istocie, zapał jego dla prawodawstwa Korsyki i ścisłe jego związki z panem Paoli nie mogły zostawiać, co się tyczy jego osoby, żadnej wątpliwości; toteż kiedy się dowiedziałem, że odbywa częste podróże do Wersalu i Fontainebleau i że utrzymuje stosunki z panem de Choiseul, wnosiłem stąd tylko tyle, iż posiada snadź co do prawdziwych intencji dworu francuskiego gwarancje, których pozwalał mi się domyślać, ale których nie chciał wyszczególniać otwarcie w korespondencji.

Wszystko to uspakajało mnie po części. Mimo to, nie umiejąc sobie wytłumaczyć tego wysłania wojsk francuskich, nie mając racji przypuszczać, aby celem ich było bronić wolności Korsykan, którzy byli zdolni doskonale bronić się od Genueńczyków sami, nie mogłem się całkowicie uspokoić ani też zająć się na dobre owym dziełem prawodawczym, póki nie będę miał silnych dowodów, iż to wszystko nie jest igraszką celem zadrwienia ze mnie. Byłbym pragnął zobaczyć się z panem Buttafoco; był to najlepszy środek wydobycia zeń objaśnień, których mi było trzeba. Uczynił mi nadzieje w tej mierze; oczekiwałem jego przybycia z największą niecierpliwością. Co do niego, nie wiem, czy miał w istocie ten zamiar; ale gdyby go i miał, nieszczęścia moje nie dałyby mi zeń skorzystać.

Im więcej rozmyślałem nad przedłożonym mi zadaniem, im głębiej zapuszczałem się w badania dokumentów, które miałem w rękach, tym więcej czułem potrzebę bliższego poznania i ludu, dla którego miałem stanowić prawa, i kraju, i stosunków, do których trzeba było dostosować to prawodawstwo. Napisałem do Buttafoco: rozumiał to sam. Jeżeli nie powziąłem jeszcze stanowczej decyzji udania się na Korsykę, zajmowałem się wiele sposobami odbycia tej podróży. Wspomniałem o tym panu Dastier, który mógł znać tę wyspę, ile że sługiwał na niej niegdyś pod panem de Maillebois. Nie oszczędził niczego, aby mnie odwieść od tego zamiaru; wyznaję, iż straszliwy obraz, w jakim odmalował mi Korsykan i ich kraj, ostudził mocno pragnienie osiedlenia się między nimi.

Ale kiedy prześladowania w Motiers kazały mi myśleć o opuszczeniu Szwajcarii, pragnienie to ożywiło się pod wpływem nadziei, iż znajdę wreszcie może u tych wyspiarzy spokój, którego nie chciano mi nigdzie użyczyć. Jedna rzecz tylko niepokoiła mnie: mianowicie wrodzona niezdolność i odraza do czynnego życia, na które miałem być skazany. Stworzony do swobodnego dumania w samotności, nie byłem zdatny do mówienia, działania, utrzymywania stosunków z ludźmi. Natura, która dała mi pierwszy z owych talentów, odmówiła mi drugiego. Czułem, iż nie biorąc nawet wprost udziału w sprawach publicznych, będę zmuszony, skoro raz znajdę się na Korsyce, wydać się na pastwę ciekawości ludu oraz znosić się299 często z jego naczelnikami. Sam cel podróży wymagał, abym miast szukać spokojnej ustroni, szukał we współżyciu z ludem światła, któregom potrzebował. Jasne było, że nie będę już mógł rozrządzać sobą samym; że wciągnięty mimo chęci w wir, do którego nie byłem stworzony, będę prowadził życie wręcz przeciwne swoim upodobaniom i ujawnię w nim wyłącznie swoje najmniej korzystne strony. Przewidywałem, iż licho swoją obecnością podtrzymując pojęcie, które mogły dać o mnie moje utwory, zdyskredytuję się u Korsykan, i stracę, zarówno z ich, jak z własną szkodą, zaufanie, którym mnie obdarzyli, a bez którego nie mogłem skutecznie dokonać dzieła, którego się po mnie spodziewają. Byłem pewien, iż wychodząc w ten sposób z mojej sfery, stanę się dla nich bezpożyteczny, a sam dla siebie nieszczęśliwy.

Dręczony, miotany burzami wszelkiego rodzaju, znużony podróżami i prześladowaniem od szeregu lat, czułem żywą potrzebę spoczynku, którego pozbawiać mnie było igraszką dla mych barbarzyńskich prześladowców. Wzdychałem, bardziej niż kiedy, do tej lubej bezczynności, do słodkiego spokoju ducha i ciała, którego tak pożądałem i w którym, oprzytomniawszy z urojeń miłości i przyjaźni, serce moje mieściło najwyższe szczęście. Z przerażeniem patrzałem na prace, które miałem podjąć, na burzliwe życie, które mnie czekało. Jeżeli wielkość, piękność, pożytek celu ożywiały mą odwagę, niepodobieństwo skutecznego poparcia go własną osobą odejmowało mi ją zupełnie. Dwadzieścia lat głębokiej medytacji mniej by mnie kosztowało niż pół roku czynnego życia wśród ludzi i spraw z tą pewnością, że źle wywiążę się z zadania.

Przyszedł mi do głowy sposób, który zdawał się godzić wszystko. Ścigany w każdym schronieniu podziemnymi intrygami wrogów, widząc już tylko jedną Korsykę, gdzie mógłbym się spodziewać dla mych starych lat spoczynku, którego nie chciano mi zostawić nigdzie, postanowiłem udać się tam, zgodnie z wskazówkami Buttafoco, skoro tylko będzie możliwe. Jednak, aby tam żyć spokojnie, umyśliłem wyrzec się, przynajmniej na pozór, zadania prawodawcy i ograniczyć się (aby spłacić do pewnego stopnia gospodarzom ich gościnność) do spisania na miejscu historii tego kraju. W ten sposób zabezpieczałem sobie, bez rozgłosu, możność zebrania potrzebnych wiadomości, które pozwoliłyby mi może stać się im później bardziej użytecznym, o ile bym uznał, że są widoki w tej mierze. Nie zobowiązując się na początek do niczego, spodziewałem się, iż będę mógł obmyślić w tajemnicy i swobodnie plan, który mógłby się im nadać, i to nie wyrzekając się zbytnio mej drogiej swobody ani nie poddając się rodzajowi życia, który mi był nieznośny i do którego nie miałem talentu.

Ale podróż ta w moim położeniu nie była rzeczą łatwą. Sądząc z tego, co pan Dastier mówił o Korsyce, mogłem tam liczyć, w zakresie najprostszych wygód, jedynie na to, co wziąłbym z sobą. Bieliznę, ubranie, sprzęty, naczynie kuchenne, papier, książki, wszystko trzeba było przywieźć. Aby się tam przenieść z moją „gospodynią” trzeba było przebyć Alpy i w tej dwustomilowej przeprawie wlec za sobą cały bagaż. Trzeba było przejechać stany rozmaitych władców; wedle tonu zaś poddanego przez całą Europę, mogłem po swoich nieszczęściach spodziewać się, iż wszędzie znajdę przeszkody i że każdy zrobi sobie uciechę z tego, aby mnie chłostać nową przykrością i gwałcić wobec mnie wszelkie prawa narodów i ludzkości. Olbrzymie koszta, zmęczenie, niebezpieczeństwa podobnej podróży zmuszały mnie dobrze przewidzieć i zważyć jej trudności. Myśl wreszcie, iż mogę się znaleźć sam, bez środków, w moim wieku, z dala od wszystkich znajomych, na łasce tego ludu barbarzyńskiego i okrutnego, jak mi go odmalował pan Dastier, kazała się dobrze zastanowić nad podobną decyzją, nim ją wprowadzę w życie. Pragnąłem gorąco spotkania, którego Buttafoco nadzieję mi uczynił i czekałem z decyzją na wynik rozmowy.

Podczas gdy tak się wahałem, przyszły prześladowania w Motiers, które zmusiły mnie do opuszczenia tej miejscowości. Nie byłem przygotowany do długiej podróży, zwłaszcza na Korsykę. Czekałem nowin od Buttafoco; schroniłem się na Wyspę Św. Piotra, skąd wypędzono mnie z początkiem zimy, jak rzekłem poprzednio. Alpy pokryte śniegiem uniemożliwiały w danej chwili tę wędrówkę, zwłaszcza wobec pośpiechu, jaki mi nakazano. Prawda, iż sama niedorzeczność podobnego rozkazu czyniła go niepodobnym do spełnienia. Z wnętrza tej samotni okolonej wodą, mając od chwili doręczenia rozkazu jedynie dobę na przygotowanie do wyjazdu, znalezienie statku i wehikułów celem opuszczenia wyspy i całego terytorium, gdybym nawet miał skrzydła, z trudnością mógłbym usłuchać. Napisałem do starosty w odpowiedzi na jego list i spieszyłem wydostać się z tego kraju ciemięzców. Oto w jaki sposób trzeba mi było zaniechać mego ulubionego projektu i jak, nie mogąc w mej rozpaczy uzyskać, aby rozrządzono mym losem, zgodziłem się na zaproszenie milorda marszałka na podróż do Berlina, zostawiając Teresę na zimę na Wyspie Św. Piotra, wraz z rzeczami i książkami, a składając papiery w ręce pana du Peyrou. Rozwinąłem taki pośpiech, że już następnego dnia rano opuściłem wyspę i przybyłem do Bienne jeszcze przed południem. Niewiele brakło, abym tam nie zakończył mej podróży, wskutek wypadku, którego nie godzi się zamilczeć.

Skoro rozeszła się wieść, że otrzymałem rozkaz opuszczenia swego schroniska, stałem się przedmiotem mnóstwa odwiedzin z sąsiedztwa, zwłaszcza Berneńczyków, którzy ze wstrętną obłudą przychodzili czulić się nade mną, pocieszać i zaklinać się, że wyzyskano chwilę wakacji i niepełnego składu senatu, aby ukuć i przesłać mi ten rozkaz, którym, mówili, wszyscy Dwustu są oburzeni. Między tą ciżbą pocieszaczy znalazło się kilku z miasta Bienne, małego wolnego staniku, zamkniętego w stanach berneńskich; między innymi młody człowiek nazwiskiem Wildremet, którego rodzina zajmowała tam naczelne miejsce i miała znaczny wpływ w tym miasteczku. Wildremet zaklął mnie żywo w imieniu obywateli, abym obrał miejsce schronienia wśród nich, upewniając, iż pragną gorąco mnie przygarnąć; że będą sobie uważali za chlubę i obowiązek dać mi zapomnieć o prześladowaniach, które wycierpiałem; że nie mam przyczyny obawiać się wśród nich wpływu Berneńczyków; że Bienne jest wolnym miastem, które nie pozwala się wtrącać do swoich spraw nikomu, i że wszyscy obywatele mają stanowczy zamiar nie słuchać żadnych głosów, które by były dla mnie nieprzyjazne.

Wildremet, widząc, iż nie zachwiał mego postanowienia, wezwał do pomocy kilka innych osób, tak z Bienne i jego okolicy, jak z samego Berna, między innymi tegoż samego Kirchbergera, o którym mówiłem, iż szukał mego towarzystwa od czasu mego schronienia się w Szwajcarii i że talenty jego i zasady zwróciły nań moją uwagę. Bardziej nieprzewidzianym i ważkim dla mnie było naleganie pana Barthès, sekretarza ambasady francuskiej, który odwiedziwszy mnie wraz z Wildremetem, zachęcał mocno, abym przyjął zaproszenie i zdziwił mnie serdeczną życzliwością, jaką zdawał się przejęty. Nie znałem zupełnie pana Barthès; ale widziałem, iż mówi przezeń szczera i gorliwa przyjaźń, widziałem, że leży mu prawdziwie na sercu, aby mnie namówić do osiedlenia się w Bienne. Rozpływał się w niebotycznych pochwałach nad tym miastem i jego mieszkańcami, z którymi zdawał się związany tak ściśle, iż po kilkakroć dawał im miano swoich ojców i opiekunów.

Ten krok pana Barthès zachwiał wszystkie moje przypuszczenia. Zawsze podejrzewałem, iż pan de Choiseul jest ukrytym sprawcą prześladowań, które cierpiałem w Szwajcarii. Zachowanie rezydenta francuskiego w Genewie, ambasadora w Solurze aż nadto potwierdzało te podejrzenia. Widziałem, iż Francja wpływa tajemnie na wszystko, co mi się zdarzyło w Bernie, w Genewie, w Neuchâtel, nie sądziłem zaś, bym miał we Francji innego potężnego nieprzyjaciela, prócz księcia de Choiseul. Cóż mogłem tedy myśleć o odwiedzinach Barthèsa i o jego tkliwym, zdawałoby się, zainteresowaniu moim losem? Nieszczęścia nie zniweczyły jeszcze ufności wrodzonej memu sercu, a doświadczenie nie nauczyło mnie widzieć zasadzek pod wylewami przyjaźni. Szukałem ze zdumieniem przyczyn życzliwości Barthèsa; nie byłem dość głupi, aby myśleć, iż uczynił ten krok z własnej pobudki. Powziął go tak jawnie, a nawet z taką afektacją300, iż wszystko to zdradzało ukrytą intencję; nie spotykałem zaś u tego rodzaju podrzędnych agentów owej szlachetnej odwagi, jaka, na podobnym stanowisku, często wzbierała w mym sercu.

Widywałem niegdyś u księstwa de Luxembourg kawalera de Beauteville301; okazywał mi życzliwość. Od czasu swej ambasady dawał mi jeszcze niekiedy jakieś znaki pamięci, nawet zapraszał, bym go odwiedził w Solurze: zaproszenie, które mimo że nie korzystałem zeń, pochlebiało mi bardzo, ponieważ nie przywykłem do takich uprzejmości ze strony panów dygnitarzy. Sądziłem tedy, iż pan de Beauteville, zmuszony trzymać się instrukcji w tym, co tyczyło spraw Genewy, litując się wszelako moich nieszczęść, uzyskał dla mnie przez osobiste wpływy to schronienie w Bienne, abym mógł tam żyć spokojnie pod jego pieczą. Wzruszyła mnie ta życzliwość, nie chciałem jednak z niej korzystać. Zdecydowany stanowczo na podróż do Berlina, czekałem niecierpliwie chwili, gdy znajdę się w pobliżu milorda marszałka, przekonany, że już tylko przy nim czeka mnie prawdziwy spokój i trwałe szczęście.

Kiedym opuszczał wyspę, Kirchberger towarzyszył mi aż do Bienne. Zastałem tam Wildremeta i kilku innych Bieńczyków, oczekujących mnie na wybrzeżu. Zjedliśmy wspólnie obiad w gospodzie; pierwszym mym staraniem było poszukać kolasy, aby nazajutrz ruszyć w drogę. Podczas obiadu panowie ci na nowo wszczęli nalegania, aby mnie zatrzymać u siebie; i to z takim zapałem i tak wzruszającymi zaklęciami, iż mimo wszystkich postanowień serce moje, które nigdy nie umiało się oprzeć dowodom gorącej sympatii, dało się wzruszyć. Skoro tylko ujrzeli, że się chwieję, podwoili wysiłki tak skutecznie, iż wreszcie dałem się zwyciężyć i zgodziłem się zostać w Bienne, przynajmniej do przyszłej wiosny.

Natychmiast Wildremet zakrzątnął się, aby mi znaleźć mieszkanie. Wrócił z poszukiwań, chwaląc się, iż znalazł prawdziwy skarb. Skarbem tym był mały szpetny pokoik od tyłu, na trzecim piętrze, wychodzący na podwórze, gdzie za całą rozkosz miałem wyziewy cuchnących zlewów garbarni. Gospodarz mój był to mały człeczyna o nieszczególnej minie i wątpliwej uczciwości. Dowiedziałem się nazajutrz, iż jest to hulaka, gracz i w ogóle człowiek zażywający bardzo złej sławy w dzielnicy. Nie miał żony, dzieci ani służby; tak iż, żałośnie uwięziony w samotnym pokoju, znalazłem się, w najbardziej uroczym kraju pod słońcem, pomieszczony w sposób zdolny w ciągu kilku dni przyprawić o śmierć z melancholii. Co mnie najbardziej dotknęło, to iż mimo wszystkiego, co mi mówiono o zapale mieszkańców dla mej osoby, nie spostrzegłem, przechadzając się po ulicach, najmniejszej uprzejmości w obejściu ani też życzliwości w spojrzeniach. Miałem wszelako zupełnie stanowczy zamiar zostać tam; tymczasem zaraz następnego dnia dowiedziałem się, ujrzałem i uczułem, iż panuje w mieście straszliwe wrzenie przeciw mnie. Wiele godnych osób przyszło uprzedzić mnie życzliwie, iż nazajutrz miano mi doręczyć, w możliwie najostrzejszej formie, rozkaz opuszczenia natychmiast stanu, to znaczy miasta. Nie miałem kogo się poradzić; wszyscy, którzy mnie zatrzymywali, pochowali się. Wildremet znikł; nie słyszałem już nic o panu Barthès i nie wydaje się, aby jego zalecenie posłużyło mi bardzo w oczach tych „ojców” i „opiekunów”, którymi popisywał się przede mną. Niejaki pan de Vau-Travers, Berneńczyk, który miał ładny domek pod miastem, ofiarował mi wszelako schronienie, mając nadzieję — jak mówił — iż będę mógł w nim uniknąć ukamienowania. Przywilej ten nie wydał mi się dość pociągający, aby mógł starczyć za pokusę przedłużenia pobytu wśród tego gościnnego ludu.

Straciwszy trzy dni na tym opóźnieniu, przekroczyłem już znacznie owe dwadzieścia cztery godziny udzielone mi przez Berneńczyków na opuszczenie ich ziemi. Znając bezwzględność tych panów, nie byłem wolny od obaw co do dalszej podróży, kiedy starosta z Nidau pospieszył w samą porę wydobyć mnie z kłopotu. Ponieważ głośno potępił bezwzględne postąpienie ich ekscelencji, sądził w szlachetności swojej, iż winien mi jest publiczne świadectwo, że nie ma w nim żadnego udziału. Nie zawahał się opuścić swego starostwa, aby mnie odwiedzić w Bienne. Przybył w wilię mego wyjazdu; daleki od szukania incognito, rozwinął nawet niejaki ceremoniał, przybył in fiocchi302 w swojej karocy, wraz z sekretarzem, i przywiózł mi paszport ze swoim podpisem, upoważniający do swobodnego przebycia stanów berneńskich bez obawy szykan. Odwiedziny wzruszyły mnie bardziej od paszportu. Nie mniej byłbym nimi wzruszony, gdyby miały za przedmiot kogo innego niż mnie. Nie znam nic, co by potężniej działało na me serce niż akt odwagi okazanej w sposobną chwilę na rzecz słabego, niesprawiedliwie uciśnionego.

Wreszcie, wystarawszy się z trudem o kolaskę, wyjechałem nazajutrz z tej morderczej ziemi, przed przybyciem deputacji, którą mnie zamierzano uczcić. Nie zdążyłem nawet doczekać się Teresy, którą wezwałem do siebie w przekonaniu, iż zatrzymam się w Bienne, i którą ledwie zdołałem odmówić pospiesznym listem, donosząc o nowej klęsce. Czytelnik ujrzy w trzeciej części, jeśli kiedykolwiek będę miał siłę ją spisać, w jaki sposób, mniemając, iż jadę do Berlina, pojechałem w istocie do Anglii i w jaki sposób dwie damy, które chciały rozrządzić mą osobą, wygnawszy mnie za pomocą swych intryg ze Szwajcarii, gdzie nie dość byłem w ich mocy, zdołały mnie wreszcie wydać swemu przyjacielowi.

*

Odczytawszy to pismo hrabiemu d’Egmont oraz jego małżonce, księciu Pignatelli, margrabinie de Mesme i margrabiemu de Juigné, dodałem te słowa:

„Powiedziałem prawdę: jeżeli ktokolwiek wie rzeczy sprzeczne z tym, co tu przedstawiłem, choćby po tysiąc razy dowiedzione, wie kłamstwa i szalbierstwa; jeżeli odmawia zgłębienia ich i rozjaśnienia ze mną, póki jestem przy życiu, nie kocha ani sprawiedliwości, ani prawdy. Co do mnie, oświadczam głośno i bez obawy: ktokolwiek, nawet nie przeczytawszy moich pism, zbada własnymi oczami mój charakter, obyczaje, skłonności, upodobania, przyzwyczajenia i będzie mnie mógł uważać za nieuczciwego człowieka, sam jest człowiekiem zasługującym, aby go zadławić”.

Na tym dokończyłem czytania; wszyscy trwali w milczeniu. Jedna pani d’Egmont zdawała się wzruszona; zadrżała widocznie, ale opamiętała się szybko i zachowała milczenie, równie jak całe towarzystwo. Oto był owoc, który zyskałem z tej lektury i z mego oświadczenia.

Przypisy:

1. sub dio (łac.) — pod gołym niebem. [przypis edytorski]

2. Bałem się, aby się nie wydał zbyt śmiały dla wieku i kraju, w którym pisałem, i aby popłoch mych przyjaciół — obawę tę nasuwała mi zwłaszcza surowa roztropność Duclosa; co do Diderota bowiem, nie wiem, jakim sposobem, posiedzenia nasze czyniły mnie zawsze satyrycznym i gryzącym, bardziej niż byłem nim z natury. To nawet odwróciło mnie od chęci radzenia się go w tym przedsięwzięciu, w które chciałem włożyć całą siłę rozumowania, bez najlżejszego śladu zgryźliwości i stronniczości. O tonie, który obrałem w tym dziele, można sądzić z Umowy społecznej, która jest z niego wyciągiem. [przypis autorski]

3. wszystko, co jest śmiałego w Emilu — „Wyznanie wiary wikarego sabaudzkiego”, ustęp z Emila, stanowiący rodzaj wykładu chrystianizmu oderwanego od wszelkiego określonego wyznania, był główną przyczyną potępienia tego utworu. [przypis tłumacza]

4. Julia — pełny tytuł Nowej Heloizy brzmi: Julia, czyli Nowa Heloiza. [przypis edytorski]

5. ksiądz de Saint-Pierre, [właśc. Charles-Irénée Castel] (1658–1743) — pisarz polityczny i filantrop, członek Akademii, z której go wygnano w r. 1718 za to, iż Ludwika XIV chciał odsądzić od tytułu „Wielkiego”. Pomysły jego, wyprzedzające pojęcia epoki, zdawały się współczesnym utopiami, wiele z nich jednak doczekało się z czasem urzeczywistnienia. Najgłośniejszym dziełem był Projekt wiecznego pokoju, o którym wspomina Rousseau. [przypis tłumacza]

6. d’Aiguillon, właśc. Anne-Charlotte de Crussol de Florensac, księżna d’Aiguillon (1700–1772) — dama dworu Ludwika XV, tłumaczka, prowadziła salon literacki w Paryżu, przyjmując filozofów i encyklopedystów. [przypis edytorski]

7. Saint-Lambert, Jean François de (1716–1803) — francuski poeta, filozof i oficer, członek Akademii Francuskiej (1770). [przypis edytorski]

8. animalny — zwierzęcy, właściwy zwierzętom. [przypis edytorski]

9. Moralność wrażeniowa, czyli Materializm mędrca — dzieła tego nigdy R. nie doprowadził do końca. [przypis tłumacza]

10. kajdanów — dziś popr. forma D. lm: kajdan. [przypis edytorski]

11. po woli czy po niewoli (daw.) — zgodnie z czyjąś wolą lub wbrew woli. [przypis edytorski]

12. nie umiały widzieć kobiety w osobie pozbawionej piersi — Rousseau ma tu na myśli wspomniane już „osobliwe” zwierzenia pani de Francueil. [przypis tłumacza]

13. tryktrak — gra planszowa dla dwóch osób. [przypis edytorski]

14. sioło (daw.) — wieś, osada. [przypis edytorski]

15. trybula — roślina z rodziny selerowatych o pierzastych liściach, używana jako przyprawa kuchenna. [przypis edytorski]

16. ambra — wydzielina przewodu pokarmowego kaszalota o balsamicznym zapachu, używana do wyrobu perfum. [przypis edytorski]

17. w końcu na stare lata zaślubiłem ją — 30 sierpnia 1768 w obecności mera Bourgoin; była to cywilna ceremonia, która nie miała mocy prawnej. [przypis edytorski]

18. mlewo (daw.) — zmielone ziarno. [przypis edytorski]

19. jego wuja — był nim Charles-Irénée Castel de Saint-Pierre (1658–1743), pisarz i dyplomata, który w pracy Projet pour rendre la paix perpétuelle en Europe (Projekt wiecznego pokoju w Europie; t.1–2: 1713, t.3: 1717) jako pierwszy zaproponował utworzenie federacji państw europejskich, w której spory rozstrzygano by metodami pokojowymi zamiast militarnymi. [przypis edytorski]

20. sonet z Mizantropa — słynna scena lektury sonetu Oronta z Mizantropa Moliera [akt II, scena 2, w której poproszony o zdanie Alcest z bezwzględną szczerością krytykuje wiersz; red. WL]. [przypis tłumacza]

21. obojej płci (daw.) — dziś: obojga płci. [przypis edytorski]

22. wylany — dziś: wylewny. [przypis edytorski]

23. seraj — tu: kobieca część domu muzułmańskiego, harem. [przypis edytorski]

24. hurysa — w islamie: jedna z wiecznie pięknych i młodych dziewic, czekających wiernych w raju muzułmańskim; przen.: piękna dziewczyna o orientalnej urodzie. [przypis edytorski]

25. driady (mit. gr.) — boginki leśne, duchy drzew. [przypis edytorski]

26. Deleyre, [Alexandre] (1726–1797) — pisarz z grupy encyklopedystów, później sekretarz ambasady Choiseula w Wiedniu, wreszcie członek konwentu, gdzie głosował za śmiercią Ludwika XVI. [przypis edytorski]

27. Na ruinę Lizbony — poemat Woltera, napisany pod wrażeniem trzęsienia ziemi w Lizbonie, którego ofiarą padło kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. [przypis tłumacza]

28. Kandyd — najgłośniejsza z powiastek filozoficznych Woltera, wymierzona przeciw Leibnizowskiemu „optymizmowi” i filozofii spekulatywnej. [przypis tłumacza]

29. hrabina d’Houdetot, [Elisabeth Françoise Sophie Lalive de Bellegarde] (1730–1813) — która dożyła sędziwego wieku, opromieniona w latach porewolucyjnych nimbem ubóstwianej Russa, była zdaniem współczesnych osobą dużych zalet umysłu i charakteru. Obdarowana miłym talentem wierszowania, z którego korzystała jedynie dla towarzyskiej igraszki, pozostawiła kilkadziesiąt drobnych utworów, z których najbardziej znany jest zgrabny ośmiowiersz, ułożony z przyczyny odjazdu kochanka (Saint-Lamberta): L’amant que j’adore,/ Prêt à me quitter,/ D’un instant encore/ Voulait profiter./ Félicité vaine,/ Qu’on ne peut saisir,/ Trop près de la peine/ Pour être un plaisir! Związek jej z Saint-Lambertem trwałością swą tak odbijał od obyczajów epoki, iż zjednał pani d’Houdetot ogólny szacunek. Zamącił go nieco w ostatnich latach mąż, pan d’Houdetot, który po śmierci długoletniej kochanki bez ceremonii zakwaterował się do domu mieszkającej z Saint-Lambertem żony, z którą nie żył od lat kilkudziesięciu. Co więcej, pan d’Houdetot uroczyście odprawił przypadające wkrótce potem „złote wesele”! Opis tej uroczystości, doprowadzonej do skutku ku wielkiemu niezadowoleniu Saint-Lamberta, zepchniętego siłą rzeczy do drugorzędnej roli, stanowi ciekawy przyczynek do historii obyczajów XVIII w. [przypis tłumacza]

30. bawił wówczas (...) w Mahon — służąc w armii francuskiej oblegającej w maju i czerwcu 1756 brytyjskiego garnizonu w Mahon (ob. Maó) na Minorce podczas wojny siedmioletniej. [przypis edytorski]

31. koszatka — drobny gryzoń z rodziny popielicowatych. [przypis edytorski]

32. Burza wszczęta przez Encyklopedię... — kolejne tomy Encyklopedii wydawano bez przeszkód od czerwca 1751 do listopada 1757; z powodu haseł podkreślających prawo do wolności religijnej, prezentujących krytyczne podejście do Biblii, Kościoła katolickiego, rządów absolutystycznych i feudalnej organizacji społeczeństwa, Encyklopedia została wpisana do kościelnego indeksu ksiąg zakazanych (1758) zaś rząd francuski cofnął zezwolenie na jej druk (marzec 1759); przygotowywane potajemnie kolejne tomy (8–17) wydano w 1765 formalnie w Neuchâtel, poza granicami Francji. [przypis edytorski]

33. Wolmar i Julia — postacie słynnego romansu Nowa Heloiza (pierwotnie Julia). [pełny tytuł romansu to Julia, czyli Nowa Heloiza, zaś tytuł pierwszego wydania brzmiał: Listy dwojga kochanków, mieszkańców małego miasteczka u stóp Alp; red. WL]. [przypis tłumacza]

34. proszku do suszenia pisma — dawniej świeżo zapisane strony posypywano drobnym piaskiem, żeby przyspieszyć schnięcie atramentu. [przypis edytorski]

35. Pigmalion (mit. gr.) — król Cypru i rzeźbiarz, który zakochał się we własnym dziele, wyrzeźbionej z kości słoniowej kobiecie. Nadał jej imię Galatea, a bogini Afrodyta na jego usilne prośby ożywiła posąg. [przypis edytorski]

36. La Tour, Maurice Quentin de (1704–1788) — francuski malarz portrecista, tworzący przede wszystkim dzieła pastelowe; sportretował m.in. Ludwika XV, Woltera, Rousseau, d’Alemberta, Madame Pompadour. [przypis edytorski]

37. Salon Paryski — organizowana cyklicznie oficjalna wystawa sztuki, na której prezentowano publicznie prace artystów Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby; pierwszą wystawę zorganizowano po raz pierwszy w 1667 w Salon Carré w Luwrze (stąd nazwa). [przypis edytorski]

38. zamach szaleńca — zamach Damiensa na króla Ludwika XV, 4 stycznia 1757. [przypis tłumacza]

39. Syn naturalny — dramat Diderota [Le Fils naturel, wyd. 1757; red. WL]. [przypis tłumacza]

40. list elizejski — list XI części IV Nowej Heloizy, z opisem przechadzki po ogrodzie nazwanym Elizjum, od miejsca pośmiertnej szczęśliwości i wiecznej wiosny w krainie zmarłych w mit. greckiej. [przypis edytorski]

41. Saint-Lambert, [Jean François de] (1716–1803) — w chwili wydarzeń w Pustelni liczył lat 41. Z rodziny szlacheckiej ale ubogiej, poświęcił się karierze wojskowej, uprawiając przy tym poezję. Pierwszym jego tytułem literackim była głośna przygoda miłosna z przyjaciółką Woltera, margrabiną du Châtelet, w której następstwie margrabina zmarła w połogu. Jako poeta zimny i suchy, jako człowiek więcej szanowany niż lubiany. Należał do grupy encyklopedystów; napisał rodzaj świeckiego katechizmu odbijającego poglądy „sensualistyczne” Helwecjusza i Holbacha. Związek jego z panią d’Houdetot trwał do końca jego życia. [przypis tłumacza]

42. oszaleniony — doprowadzony do szaleństwa. [przypis edytorski]

43. zali (daw.) — czy, czyż. [przypis edytorski]

44. czym się omylił — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; znaczenie: czy się omyliłem. [przypis edytorski]

45. Źródłem ich była jedynie chęć wyrwania mnie z mej samotni — to znaczy, wyrwania z niej starej, która była im potrzebna do zorganizowania spisku. Zdumiewającym jest, iż przez cały czas tej długiej burzy głupia moja łatwowierność nie pozwoliła mi zrozumieć, że to nie mnie, ale ją życzyli sobie mieć w Paryżu. [przypis autorski]

46. Jedynie człowiek zły żyje samotnieSyn naturalny, akt IV, scena 3. [przypis edytorski]

47. wykład (daw.) — wykładnia, interpretacja. [przypis edytorski]

48. podobać sobie w czymś (daw.) — mieć w czymś upodobanie; gustować w czymś. [przypis edytorski]

49. et caetera (łac.) — i tak dalej. [przypis edytorski]

50. Oto rola filozofa — „filozof” było przydomkiem Diderota. [przypis edytorski]

51. Goldoni, [Carlo] (1707–1793) — najwybitniejszy komediopisarz włoski. Sztuki jego były bardzo wzięte w Paryżu, niektóre nawet były napisane wprost po francusku (Le bourru bienfaisant). [przypis tłumacza]

52. Grafigny, Françoise de (1695–1758) — powieściopisarka francuska, autorka dramatów, prowadziła salon literacki; stała się słynna dzięki powieści Lettres d’une Péruvienne (Listy Peruwianki, 1747). [przypis edytorski]

53. apopleksja — wylew krwi do mózgu. [przypis edytorski]

54. Ojciec rodzinyLe Père de famille (1758), pięcioaktowy dramat mieszczański prozą napisany przez Diderota, druga po Synu naturalnym sztuka tego gatunku w teatrze francuskim. [przypis edytorski]

55. umowę co do rękopisu chemii — d’Holbach tłumaczył i streszczał prace niemieckie z zakresu chemii i geologii, podsumowując postępy naukowe w tych dziedzinach w artykułach w Encyklopedii. Zapewne umowa dotyczyła publikacji jednego z tłumaczeń za pośrednictwem Rousseau. [przypis edytorski]

56. podobać sobie w czymś (daw.) — mieć w czymś upodobanie; gustować w czymś. [przypis edytorski]

57. tykanie — tu: zwracanie się do kogoś przez „ty”. [przypis edytorski]

58. preceptor (z łac.) — nauczyciel, wychowawca. [przypis edytorski]

59. Ecce sedes hic Tonantis (łac.) — Oto siedziba Gromowładnego. [przypis edytorski]

60. Tekst zaczyna się od słów: Ecce sedes hic Tonantis — dowiedziałem się później, że słowa te były pomysłu Santeuila i że pan de Linant przywłaszczył je sobie po cichu. [przypis autorski]

61. wilia (daw.) a. wigilia — dzień poprzedzający jakieś wydarzenie; w wilię: w przeddzień. [przypis edytorski]

62. chmyz (przestarz., pot.) — smarkacz. [przypis edytorski]

63. mizantropia (z gr.) — niechęć do ludzi. [przypis edytorski]

64. Mecenas, właśc. Gaius Cilnius Maecenas (70–8 p.n.e.) — rzym. polityk i pisarz, doradca i przyjaciel cesarza Augusta, opiekun i protektor najsławniejszych poetów rzymskich: Horacego, Owidiusza, Wergiliusza; jego nazwisko stało się synonimem patrona sztuki, literatury lub nauki. [przypis edytorski]

65. parweniusz — dorobkiewicz, który dostał się do wyższej klasy i nieumiejętnie naśladuje osoby z tej klasy. [przypis edytorski]

66. fuma — próżność, nadętość, zarozumiałość, fochy; dziś tylko w lm: fumy. [przypis edytorski]

67. przekwint (daw.) — przesadny wykwint, nadmierna wytworność. [przypis edytorski]

68. blansz (daw., z fr.) — biały puder do cery, bielidło. [przypis edytorski]

69. gotowalnia (daw.) — stolik z lustrem i przyborami do robienia toalety (toaletka). [przypis edytorski]

70. Tyran Biały — żartobliwe nawiązanie do Tyranta Białego, bohatera jednego z romansów rycerskich, którymi zachwycał się Don Kichot (Miguel de Cervantes, Don Kichot z La Manchy, ks. II, rozdz. V; ks. V, rozdz. I). [przypis edytorski]

71. przebywał w Palais-Royal w epoce, gdy Grimm zaczynał się tam wciskać — po śmierci swojego pracodawcy, hrabiego de Frièse, Grimm został sekretarzem księcia Ludwika Filipa Orleańskiego, który mieszkał w Palais-Royal, rodowej siedzibie orleańskiej linii Burbonów. [przypis edytorski]

72. Grzegorz Dandin — tytułowy bohater komedii Moliera George Dandin (w przekładzie polskim Grzegorz Dyndała), który, naciskany przez teściów, przepraszał kochanka swojej żony. [przypis edytorski]

73. w Grimmie i w panu Tronchin [...] bez jakiejkolwiek przewiny z mej strony wobec którego z nich — dałem temu ostatniemu przydomek „kuglarza” dopiero w długi czas po wybuchu jego jawnej nieprzyjaźni i po krwawych prześladowaniach, jakie wzniecił przeciwko mnie w Genewie i gdzie indziej. Usunąłem nawet ten przydomek, kiedy stałem się w zupełności ofiarą jego zabiegów. Niskie sposoby zemsty niegodne są mego serca, a nienawiść nigdy nie zdołała się w nim zagnieździć. [przypis autorski]

74. Aix-la-Chapelle (fr.) — Akwizgran, Aachen, miasto uzdrowiskowe w Niemczech, przy granicy z Belgią i Holandią. [przypis edytorski]

75. stać (daw.) — wystarczyć. [przypis edytorski]

76. podróż ta miała tajemną przyczynę (...) zdradziła mi na drugi dzień Teresa — „tajemną przyczyną”, jaką na wiarę insynuacji Teresy podejrzewa Rousseau, była rzekoma ciąża pani d’Epinay, której sprawcą miał być Grimm, a której za płaszczyk chciano jakoby użyć Russa. Pomijając, iż ta kombinacja wydaje się już na pierwszy rzut oka dość niedorzeczna, sama kwestia owej ciąży bynajmniej nie jest rozstrzygnięta; Faguet w świeżej swej monografii oświadcza się przeciwko niej, dokumentując obszernie swoje stanowisko; natomiast przypuszcza, iż chodziło tu o wspomnianą już chorobę pani d’Epinay, udzieloną jej przez męża. Faguet podkreśla z naciskiem, iż cały gmach podejrzeń, który tak bardzo boleśnie miał się zawalić na dalsze życie pisarza, zbudowany był na lokajskiej gadaninie, znoszonej skwapliwie do uszu pisarza przez Teresę. [przypis tłumacza]

77. nadpis — to, co jest napisane nad tekstem, nagłówek. [przypis edytorski]

78. świszczypała — człowiek lekkomyślny, nieodpowiedzialny. [przypis edytorski]

79. firma — przen.: nazwisko osoby mającej ustaloną reputację, dobrą sławę w jakiejś sprawie. [przypis edytorski]

80. pozdrowienia [...] Śledczemu — stary Le Vasseur, którego żona trzymała dość krótko, nazywał ją „sędzią śledczym”. Grimm dawał niekiedy żartem miano to córce, dla skrócenia zaś opuszczał pierwszy wyraz. [przypis tłumacza]

81. kateter — cewnik, rurka wprowadzana do pęcherza w celu sztucznego odprowadzania moczu. [przypis edytorski]

82. odwłoka (daw.) — zwłoka, odłożenie sprawy. [przypis edytorski]

83. Cahouet — główny nadzorca posiadłości pani d’Epinay. [przypis edytorski]

84. znachodzić (daw.) — znajdować. [przypis edytorski]

85. Tinian — jedna z trzech głównych wysp północnej części archipelagu Marianów, w płd.-zach. części Oceanu Spokojnego; od końca XVII w. stanowiła port zawinięcia dla europejskich statków uzupełniających tam zapasy wody i żywności. W Nowej Heloizie Saint-Preux odwiedza tę wyspę w podróży dookoła świata. [przypis edytorski]

86. nie śmie jeszcze wydobyć swych knowań na światło dzienne — od czasu jak pisałem te słowa, uczynił ten krok z najpełniejszym i najbardziej niepojętym powodzeniem. Sądzę, iż to Tronchin udzielił mu odwagi i środków. [przypis autorski]

87. o artykule „Genewa”, który d’Alembert zamieścił w Encyklopedii — w siódmym tomie Encyklopedii, wydanym w październiku 1757. [przypis edytorski]

88. Catinat, Nicolas (1637–1712) — marszałek Francji za czasów Ludwika XIV; wśród dowódców wyróżniał się tym, że nie szafował życiem żołnierzy, nie miał wysokich ambicji, zaś po porażce w wojnie o sukcesję hiszpańską osiadł na wsi i zajął się uprawianiem ogrodu. [przypis edytorski]

89. List do d’Alemberta o widowiskach — list ten miał olbrzymi rozgłos i wywołał około 400 broszur i pism polemicznych. [Tekst Rousseau stanowił krytyczną analizę wpływu teatru na społeczeństwo i ostrzegał przed złym wpływem, jaki może mieć teatr w Genewie na moralność i patriotyzm mieszkańców; red. WL]. [przypis tłumacza]

90. od poprzedniego utworu — tj. Rozprawy o nierówności. [przypis edytorski]

91. Księga Eklezjastyka — jedna z dydaktycznych ksiąg biblijnych, znana też pt. Księga Mądrości Syracha; w Syr 22:21–22 mowa o tym, że kto wyciąga miecz na przyjaciela lub źle się do niego odzywa, ma jeszcze drogę powrotu, ale wyjawienie tajemnicy i zdrada zawsze zrywają przyjaźń. [przypis edytorski]

92. ustęp z Eklezjasty (myli się: z Eklezjastyka) — łatwe do pomylenia określenia nazwy biblijnych ksiąg dydaktycznych: Eklezjasty, inaczej Księga Koheleta, oraz Eklezjastyka, inaczej Księga Mądrości Syracha. [przypis edytorski]

93. galeria — publiczność z najwyższych miejsc w teatrze; tu przen.: widzowie, obecni. [przypis edytorski]

94. megiera (pot.) — kobieta kłótliwa i złośliwa; od imienia jednej z erynii, bogiń zemsty w mit. gr. [przypis edytorski]

95. Marmontel, [Jean-François] (1723–1799) — głośny pisarz ówczesny, którego Powiastki moralne cieszyły się wzięciem w całej Europie. [przypis tłumacza]

96. Sellon, Jean-François (1707–1790) — dyplomata z Genewy, ambasador we Francji w latach 1749-1764. [przypis edytorski]

97. kajdanów — dziś popr. forma D. lm: kajdan. [przypis edytorski]

98. Mauléon, Alexandre-Jérôme Loiseau de (1728–1771) — sławny prawnik francuski; w 1762 był obrońcą Jeana Calasa, protestanta oskarżonego o zamordowanie syna, który rzekomo chciał przejść na katolicyzm; sprawa stała się głośna dzięki zaangażowaniu Woltera, m.in. opublikowaniu przez niego pierwszej części Traktatu o tolerancji. [przypis edytorski]

99. palestra — ogół adwokatów; adwokatura. [przypis edytorski]

100. Demostenes (384–322 p.n.e.) — słynny mówca gr., głośny zwłaszcza dzięki swym mowom przeciw królowi macedońskiemu Filipowi (tzw. filipiki). [przypis edytorski]

101. Bossuet, Jacques-Bénigne (1627–1704) — kaznodzieja i biskup francuski, wychowawca Ludwika XIV. [przypis edytorski]

102. Vintimille, Charles Gaspard Guillaume de (1655–1746) — fr. duchowny, biskup Marsylii (1692–1708), arcybiskup Aix (1708–1729), następnie arcybiskup Paryża (1729–1746). [przypis edytorski]

103. Berthier, Joseph-Étienne (1702–1783) — fr. profesor fizyki. [przypis edytorski]

104. bakalarstwo (daw.) — tu lekcew.: nawyki nauczycielskie, na wzór bakałarzy, średniowiecznych uczonych niższego stopnia. [przypis edytorski]

105. sardoniczny — o uśmiechu, wyrazie twarzy itp.: szyderczy. [przypis edytorski]

106. Panurga, kupującego barany od Jendorka — słynna scena z Pantagruela Rabelaise’go. [przypis tłumacza]

107. zabiegających się — dziś popr.: ubiegających się a. zabiegających. [przypis edytorski]

108. Melchizedech a. Melchizedek — tajemniczy kapłan Boga i król z biblijnej Księgi Rodzaju (Rdz 14,18-20), którego pochodzenia nie podano. [przypis edytorski]

109. z d’Alembertem u jego mamki — d’Alembert był naturalnym synem słynnej pani de Tencin. Wychowany przez prostą, ale zacną kobietę, panią Rousseau, zachował dla niej zawsze serdeczną wdzięczność i nigdy nie chciał szukać zbliżenia z matką, która się go zaparła dzieckiem. [przypis tłumacza]

110. Trublet, [Nicolas Charles Joseph (1697–1770)] — mierny ówczesny pisarz, zresztą figura znana z niechlujstwa i natręctwa [duchowny i moralista, najbardziej znany ze starcia z Wolterem, któremu skrytykował Henriadę; red. WL]. [przypis tłumacza]

111. pularda — młoda kura, wysterylizowana i specjalnie tuczona dla uzyskania szczególnie delikatnego mięsa. [przypis edytorski]

112. substytut (praw.) — zastępca; w oryginale: chargé des affaires. [przypis edytorski]

113. znaleźć kogoś jakimś (daw.) — uznać, że ktoś jest jakiś; ocenić jako. [przypis edytorski]

114. zacny Le Blond, który, który okazał się dla mnie tak usłużny w Wenecji, a który wybrawszy się w podróż do Francji... — kiedy pisałem te słowa, pełen dawnej i ślepej ufności, daleki byłem od podejrzewania prawdziwej pobudki i następstw tej wycieczki do Paryża. [przypis autorski]

115. Narcyz (mit. gr.) — urodziwy syn boga rzecznego Kefissosa, który wzgardził miłością nimfy Echo, za co rozgniewana Afrodyta wzbudziła w nim miłość do własnego obrazu odbitego w wodzie. Bez ustanku wpatrzony w swój wizerunek, Narcyz przestał dbać o wszystko inne i zmarł, a na jego grobie wyrósł biały kwiat, noszący jego imię. [przypis edytorski]

116. Desmahis, [właśc. Joseph-François-Édouard de Corsembleu] (1722–1761) — znany głównie przez swą komedię Bilet perdu ou l’Impertinent. [przypis tłumacza]

117. Malesherbes — zob. przypis w księdze VIII. [przypis edytorski]

118. sam zwolniony od opłaty pocztowej, zaproponował, aby arkusze nadsyłano pod jego adresem — opłatę pocztową ponosił odbiorca listu, a nie nadawca. [przypis edytorski]

119. porto (z wł.) — opłata za przesyłkę. [przypis edytorski]

120. innej damy — pani de Boufflers, przyjaciółka księcia Conti [Marie-Charlotte de Campet de Saujon (1725–1800) była żoną księcia Edouarda de Boufflers-Rouverel, a kochanką Ludwika Franciszka Burbona, księcia de Conti; red. WL]. [przypis tłumacza]

121. „Dziennik uczonych”, fr. „Journal des Savants” — pierwsze w Europie czasopismo naukowe zajmujące się literaturą, powstałe w 1665, objęte patronatem króla Francji. [przypis edytorski]

122. kaptować (z łac.) — zdobywać, pozyskiwać. [przypis edytorski]

123. frant (daw.) — człowiek z pozoru sympatyczny, ale przebiegły, chytry. [przypis edytorski]

124. fiakier — dorożka; dorożkarz. [przypis edytorski]

125. balwierz (daw.) — fryzjer wykonujący również zabiegi medyczne. [przypis edytorski]

126. Przeszło, za pośrednictwem siostry księcia Henryka, do domu Kondeuszów — książę Henryk II de Montmorency, ceniony dowódca wojskowy, przyłączył się do przeciwników kardynała Richelieu, głównego ministra Ludwika XIII, został jednak pokonany, ujęty i stracony (1632); tytuł przeszedł na jego siostrę, Charlotte Marguerite, która wyszła za mąż za Henryka II Burbona, księcia de Condé (Kondeusza). [przypis edytorski]

127. Le Nôtre, André (1613–1700) — francuski architekt krajobrazu, nadworny ogrodnik króla Ludwika XIV, zaprojektował ogrody Wersalu. [przypis edytorski]

128. książę de Luxembourg — tu: Charles François II de Montmorency, książę Luxembourg (1702–1764), gubernator Normandii (od 1726) i marszałek Francji (od 1757). [przypis edytorski]

129. hrabina de Boufflers [(1725–1800)] — rychło rozwiedziona z mężem, nawiązała stosunek z ks. de Conti, którego nawet usiłowała poślubić. Mania prześladowcza Russa każe mu widzieć w pani de Boufflers główną sprężynę intryg przeciw niemu; jednakże wszystkie jego podejrzenia w tej mierze zdają się być urojone. [przypis tłumacza]

130. pani de Luxembourg (1707–1787) — głośna z piękności, zaślubiła najpierw księcia de Boufflers. Młodość jej, nawet w oczach tej epoki skandaliczna, znalazła odbicie w satyrycznych piosenkach współczesnych. Oto urywek z jednej z nich, pióra pana de Tressan: Quand Boufflers parut à la cour,/ On crut voir la mère d’amour.../ Et chacun l’avait à son tour. Zaślubiwszy marszałka de Luxembourg, z którym wiązał ją dawny stosunek miłosny, w dojrzałych latach stała się w Paryżu wyrocznią tonu i reputacji. Machiawelizm, jaki insynuuje jej Rousseau w stosunku do niego, jest, jak się zdaje, jego urojeniem. [przypis tłumacza]

131. Le Brun, Charles (1619–1690) — francuski malarz królewski, architekt, dekorator Wersalu i Luwru, współtwórca stylu Ludwika XIV. [przypis edytorski]

132. perystyl — wewnętrzny dziedziniec otoczony kolumnami. [przypis edytorski]

133. nie zdołałem pojąć, [...] co mogłoby się jej nie podobać — powyższe zdarzenie jest charakterystyczne dla chorobliwej wręcz podejrzliwości Russa: jasne bowiem jest, iż pani de Luxembourg zupełnie szczerze była zachwycona jego listem i nie czuła się w żadnej mierze urażona. [przypis tłumacza]

134. Quos vult perdere, Jupiter dementat (łac.) — Kogo Jowisz chce zgubić, temu odbiera rozum. [przypis tłumacza]

135. poszyt (daw.) — zszyta grupa kart w oprawie; dziś: zeszyt. [przypis edytorski]

136. pokup (daw.) — popyt na jakiś towar; mieć pokup: być poszukiwanym przez nabywców. [przypis edytorski]

137. Ego versiculos feci, tulit alter honores (łac.) — Ja ułożyłem wiersze, a inny zgarnął zaszczyty. [przypis tłumacza]

138. filut — ktoś przebiegły, spryciarz. [przypis edytorski]

139. totumfacki — osoba zaufana i wypełniająca bez sprzeciwu wszelkie polecenia. [przypis edytorski]

140. przewiercień, wiciokrzew przewiercień (bot.) — ozdobne pnącze o różowawych kwiatach i pomarańczowych owocach. [przypis edytorski]

141. uszczypka (daw.) — uszczypliwa uwaga pod czyimś adresem, przymówka. [przypis edytorski]

142. kontrefekt (daw.) — portret, podobizna. [przypis edytorski]

143. Silhouette [Étienne de (1709–1767)] — kontroler finansów (1759), ośmieszany za pomocą rysunków, które od jego nazwiska zachowały nazwę „sylwetek”. [Silhouette po kosztownej wojnie siedmioletniej narzucił surowe rygory ekonomiczne, więc tanie obrazki z samym tylko konturem twarzy lub postaci nazywano sylwetkami; red. WL]. [przypis tłumacza]

144. osielstwo — głupota. [przypis edytorski]

145. N. B. — skrót od łac. nota bene: dosł. zauważ dobrze; właśc. nawiasem mówiąc, à propos. [przypis edytorski]

146. mamż — konstrukcja z partykułą -że, skróconą do -ż, o funkcji pytajnej; znaczenie: czy mam. [przypis edytorski]

147. Diderot, bardzo nieopatrznie, obraził księżnę de Robeck, córkę pana de Luxembourg — Anna-Maria Robecq (1725–1760) była córką księcia de Luxembourg z pierwszego małżeństwa. Palissot zaatakował encyklopedystów swoją komedią Les Originaux (Oryginały, 1755), następnie Diderota pomówiono o splagiatowanie Goldoniego. Wówczas Deleyre w celu odparcia zarzutów przetłumaczył sztuki Goldoniego na francuski i opublikował je anonimowo. Dedykacja tłumaczenia była skierowana do „księżnej X”, co spowodowało domysły, że chodzi o panią Robecq, przeciwniczkę encyklopedystów. [przypis edytorski]

148. Morellet, [André] (1727–1819) — literat i ekonomista, jeden z wybitniejszych encyklopedystów. [przypis tłumacza]

149. Vale et me ama (łac.) — Bądź zdrów i kochaj mnie. [przypis edytorski]

150. klęska lizbońska — trzęsienie ziemi w Lizbonie 1 listopada 1755, bezpośrednio po którym wystąpiło tsunami; jeden z najtragiczniejszych tego rodzaju kataklizmów w historii: zginęło ok. 90 tysięcy osób, Lizbona została całkowicie zrujnowana. Poemat Woltera na ten temat spowodował polemikę Rousseau. [przypis edytorski]

151. mimo wszystko, co powiadał Trublet — mimo wszystkiego, co powiadał Trublet. [przypis edytorski]

152. zedrzeć z książki już opublikowanej nazwisko autora, położyć swoje i sprzedawać ją na swój dochód — w ten sposób później przywłaszczył sobie Emila [przyp. z wyd. fr., którego nie ma w rękopisie; Johann Heinrich Samuel Formey (1711–1797) wydał pod własnym nazwiskiem zmienioną przez siebie wersję Emila, opatrując tytułem L’Emile chrétien consacré à l’utilité publique (Emil chrześcijański poświęcony użyteczności publicznej, 1764); red. WL]. [przypis redakcyjny]

153. wydawca powiada, iż list ów wpadł mu w ręce przed kilku tygodniami u księgarzy berlińskich — Formey wziął go z broszury braci Cramer z Genewy, oficjalnych wydawców Woltera. [przypis edytorski]

154. ...Żegnam Pana — Czytelnik zechce zauważyć, że od siedmiu lat, przed którymi list ten został napisany, nie wspomniałem o nim ani nie pokazałem go żywej duszy. Tak samo było z dwoma listami, do których napisania zmusił mnie pan Hume w lecie ostatniego roku; dopiero on wszczął o nie gwałt, wszystkim wiadomy. To, co mam złego powiedzieć o swoich nieprzyjaciołach, mówię im samym w cztery oczy; jeżeli jest do powiedzenia coś dobrego, mówię to publicznie i z całego serca. [przypis autorski]

155. książę de Conti — Ludwik Franciszek de Bourbon, książę de Conti (1717–1776), jeden z najświetniejszych wodzów swego czasu, zdawał się przeznaczony do wielkiej przyszłości, ale usunięty w cień przez Maurycego Saskiego nie chciał zajmować przy nim drugorzędnego stanowiska i wycofał się ze służby wojskowej w r. 1747. [przypis tłumacza]

156. Nigdy nie wątpiłem, iż pierwsze dowody względów... — zważcie wytrwałość tego ślepego i głupiego zaufania, wśród wszystkich wydarzeń, które powinny były najbardziej mnie z niego ocucić. Ustało ono dopiero od mego powrotu do Paryża w r. 1770. [przypis autorski]

157. Pamiętny lekcji, jaką dałem siwoszom... — Rousseau zwracał uwagę, że w sztukach teatralnych starsi mężczyźni angażujący się w związki i miłostki z młodymi kobietami są ośmieszani jako zazdrośnicy. [przypis edytorski]

158. Następczyni tronu — chodzi o delfinę Francji, żonę następcy tronu, najstarszego syna Ludwika XV, Ludwika Ferdynanda; była nią Maria Józefa Saska (1731–1767), córka Augusta III, elektora Saksonii i króla Polski. [przypis edytorski]

159. ...nie ma już ani obyczajów, ani cnoty w Europie, ale jeżeli gdzie istnieje jakiś kult dla nich, w Paryżu należy go szukać — pisałem te słowa w r. 1769. [przypis autorski]

160. Księżna de Cleves — głośna powieść pani de la Fayette z końca XVII w. [przypis tłumacza]

161. Richardson [Samuel] (1689–1761) — twórca nowożytnej powieści angielskiej, autor Klarysy Harlowe, Pameli, Grandissona etc. [przypis tłumacza]

162. latarnia magiczna — prosty projektor, rzucający na ścianę obraz namalowany na szkle. Uważany za wynalazek siedemnastowiecznego jezuity Athanasiusa Kirchera. [przypis edytorski]

163. wiem przyczynę — dziś: znam przyczynę. [przypis edytorski]

164. Kolporter zaniósł ją do księżnej de Talmont — to nie była księżna de Talmont, ale inna dama, której nazwiska nie znam; niemniej sam fakt nie ulega wątpliwości. [przypis autorski]

165. sylfida — żeńska postać sylfa, tj. ducha uosabiającego żywioł powietrza; przen. kobieta smukła, delikatna, pełna wdzięku. [przypis edytorski]

166. „Świat” — tu: „Le Monde”, francuski przegląd literacki wydawany jako dwutygodnik od grudnia 1760 do lutego 1761 przez Jean-François de Bastide’a. [przypis edytorski]

167. przedstawienia — tu: przedstawiane argumenty, tłumaczenia. [przypis edytorski]

168. pedogra (daw.) — dziś: podagra, choroba zniekształcająca i powiększająca staw dużego palca u nogi, której towarzyszą okresowe napadowe bóle. [przypis edytorski]

169. kawaler de Boufflers, [właśc. Stanislas de Boufflers] (1738–1815) — jedna z bardzo ciekawych i charakterystycznych figur XVIII w. Przeznaczony zrazu do stanu duchownego porzucił go niebawem dla służby wojskowej; w r. 1771 puścił się do Polski, aby walczyć w szeregach konfederatów, ale zatrzymano go w Wiedniu. Błyskotliwy swój umysł i talent literacki wydawał głównie w listach do przyjaciół i w drobnych utworach o treści zwykle dość swobodnej. W r. 1778 mimo nikłego dobytku pisarskiego został członkiem Akademii Francuskiej. [przypis tłumacza]

170. spropositi (wł.) — głupstwa, niewłaściwości, niedorzeczności. [przypis edytorski]

171. cytra (z gr. kitara) — instrument muzyczny strunowy szarpany. [przypis edytorski]

172. Choiseul, [Etienne François de] (1719–1789) — minister [spraw zagranicznych] Ludwika XV, dzięki osobistym talentom i dobrym stosunkom z panią de Pompadour rządził wszechwładnie Francją. Po śmierci pani de Pompadour, nie mogąc pojednać się ze wschodzącą gwiazdą pani du Barry, uległ w tej nierównej walce i otrzymał dymisję. [przypis tłumacza]

173. Pakt Rodzinny a. Pakt Familijny (1761) — sojusz zawarty podczas wojny siedmioletniej pomiędzy państwami rządzonymi przez Burbonów: Francją, Hiszpanią, Neapolem i Parmą, mający na celu powstrzymanie ekspansji brytyjskiej. [przypis edytorski]

174. Gil Blas — główna postać powieści Lesage’a (1668–1747) pod takimże tytułem. [przypis tłumacza]

175. Hénault, [Charles-Jean] (1685–1770) — dygnitarz sądowy, poeta i historyk, który w ówczesnym życiu towarzyskim odgrywał wybitną rolę. Ścisłe węzły łączyły go aż do późnej starości z panią du Deffand. [w latach 1710–31 prezydent parlamentu; red WL]. [przypis tłumacza]

176. du Deffand, [Marie de Vichy-Chamrond, margrabina (markiza)] (1697–1780) — jedna z najciekawszych postaci kobiecych XVIII w. Po młodości dość burzliwej, a głośnej przelotnym stosunkiem, jaki ją związał z Regentem, margrabina, dotknięta nieszczęściem stopniowej utraty wzroku, zwróciła się, jak to nazywano wówczas, ku „filozofii”. Salon jej był jednym z kilku w Paryżu, w których urabiała się opinia; filarem jego był długi czas d’Alembert, póki nie przeszedł do obozu panny de Lespinasse. Po pani du Deffand została rozległa i ciekawa korespondencja z wybitnymi osobistościami epoki. [przypis tłumacza]

177. Lespinasse, [Julie Jeanne de] (1731–1776) przyjaciółka i towarzyszka pani du Deffand, poróżniwszy się z nią, stworzyła odrębny salon literacki, skupiający najwybitniejsze umysły współczesne zwłaszcza z grupy encyklopedystów. Za życia głośna z rozumu i dowcipu, utrwaliła swą sławę po śmierci dzięki listom miłosnym do pana de Guibert, ogłoszonych po raz pierwszy w r. 1809. [przypis tłumacza]

178. psa, którego darowano mi szczenięciem (daw.) — psa, którego darowano mi, kiedy był szczenięciem. [przypis edytorski]

179. nazwałem Księciem — w oryg. Duc. [przypis tłumacza]

180. cicisbeo (wł.) — kawaler usługujący i towarzyszący pani domu z pozwoleniem jej męża. [przypis edytorski]

181. Księgarz ten, o którym mówiono mi tyle złego w Paryżu, jest wszelako [...] jedynym, z którym zawsze wychodziłem dobrze — kiedy pisałem te słowa, daleki byłem jeszcze od wyobrażania sobie, domyślania się, przypuszczania szalbierstw, jakie odkryłem później w druku swoich pism i które zmuszony był przyznać. [przypis autorski]

182. Klęski nieszczęśliwej wojny — wojna siedmioletnia [w której w latach 1756-63 Francja, Austria, Rosja, Szwecja i Saksonia walczyły przeciwko Wielkiej Brytanii, Prusom i Hanowerowi; zakończona druzgocącym zwycięstwem Wielkiej Brytanii i utratą przez Francję niemal wszystkich posiadłości kolonialnych w Ameryce Płn.; red. WL]. [przypis tłumacza]

183. gdyby ster rządu nie dostał się wreszcie w jedną rękę — księcia de Choiseul. [przypis tłumacza]

184. kanclerz — kanclerzem w latach 1750–1768 był ojciec pana de Malesherbes, Guillaume de Lamoignonde de Malesherbes (1688–1772). [przypis edytorski]

185. w wilię skasowania zakonu — ogromne długi zaciągnięte przez przełożonego misji jezuitów na Martynice i odmowa spłaty należności przez zakon spowodowały w 1760 wyrok sądowy nakazujący zwrot sumy pod rygorem zajęcia mienia. Jezuici odwołali się do parlamentu paryskiego, który w maju 1761 wydał orzeczenie na ich niekorzyść; zbadano nauczanie zakonu począwszy od XVI wieku i oceniono jako szkodliwe. W kwietniu 1763 zamknięto kolegia jezuickie, w listopadzie 1764 król podpisał edykt o wygnaniu zakonników z kraju. Wcześniej, w 1759, wygnała jezuitów ze swego kraju i wszystkich kolonii Portugalia, w 1767 Hiszpania, w 1768 Parma, w 1773 papież Klemens XIV rozwiązał zakon. [przypis edytorski]

186. finta — w szermierce: zwód, ruch wykonany dla zmylenia przeciwnika. [przypis edytorski]

187. „Kumoszki” — Ferrand i Minard, para jansenistów wspomnianych w księdze X. [przypis edytorski]

188. baczność — uwaga, czujność. [przypis edytorski]

189. kamica nerkowa (moczowa) — choroba polegająca na powstawaniu złogów (tzw. „kamieni”) w nerkach lub drogach moczowych na skutek wytrącania się związków chemicznych obecnych w moczu. [przypis edytorski]

190. La terra molle e lieta e dilettosa... (wł.) — Ziemia wesoła, luba, łatwa do uprawy, wydaje mieszkańców we wszystkim do niej podobnych (Tasso, [Jerozolima wyzwolona, ks. I, strofa LXII]). [przypis tłumacza]

191. La Condamine, Charles-Marie de (1701–1774) — francuski geodeta, matematyk i podróżnik. [przypis edytorski]

192. Clairaut, Alexis Claude de (1713–1765) — francuski matematyk, astronom i geofizyk, członek Królewskiej Akademii Nauk (1731), uczestnik ekspedycji do Laponii celem pomiarów długości stopnia południka. [przypis edytorski]

193. Zrozumiałem łatwo, że ta akademia i nagroda to doraźny wymysł celem zamaskowania plagiatu w oczach publiczności — Rousseau myli się: Jacques Balexert a. Ballexserd (1726–1774) za swoją pracę Dissertation sur l’éducation physique des enfans depuis leur naissance jusqu’à jusqu’à l’âge de puberté (Dysertacja o wychowaniu fizycznym dzieci od urodzenia do wieku dojrzałości, 1762) rzeczywiście otrzymał nagrodę Holenderskiego Towarzystwa Nauk w Haarlem. [przypis edytorski]

194. parlamentariusz — tu: parlamentarzysta, członek parlamentu. [przypis edytorski]

195. Goa — terytorium na zachodnim wybrzeżu Indii; od 1510 kolonia portugalska; w 1961 wcielone siłą do Indii, ob. stan Indii; inkwizytorzy z Goa: od 1560 działał w Goa trybunał inkwizycji portugalskiej, instytucji do ścigania heretyków i konwertytów wzorowanej na inkwizycji hiszpańskiej. [przypis edytorski]

196. Hume, Dawid (1711–1776) — filozof i historyk angielski. Istotnie, Rousseau przyjął później gościnę ofiarowaną mu w Anglii, co jednak doprowadziło do gwałtownego zatargu z Humem i utrwaliło Russa w jego manii dopatrującej się powszechnego sprzysiężenia przeciw niemu. [przypis tłumacza]

197. snadnie (daw.) — łatwo. [przypis edytorski]

198. spuszczać się na coś (daw.) — polegać na czymś, zdawać się na coś. [przypis edytorski]

199. na wyprzódki (daw.) — na wyścigi, jeden przez drugiego. [przypis edytorski]

200. lewita efraimowy — drastyczna opowieść o lewicie z terenów Efraim, w biblijnej Księdze Sędziów (Sdz 19). [przypis edytorski]

201. incognito — nie ujawniając tożsamości; zatajenie tożsamości. [przypis edytorski]

202. Temple — dawny warowny monastyr templariuszów posiadał odwieczny przywilej nietykalności i służył za asylum wielu ściganym przestępcom, głównie niewypłacalnym dłużnikom. W owym czasie był własnością księcia de Conti. [przypis tłumacza]

203. kolasa — powóz konny; kareta. [przypis edytorski]

204. kabriolet (daw.) — lekki jednokonny dwukołowy powóz ze składaną budą. [przypis edytorski]

205. „Idylle” Gessnera — ukazujące proste i szczęśliwe życie pasterzy i pasterek, wydane w 1756 i 1772 przez szwajcarskiego pisarza Salomona Gessnera (1730–1788); zyskały dużą popularność, były tłumaczone na wiele języków. [przypis edytorski]

206. tłumacz ich, Hubert, przysłał mi niedawno — tłumacz nazywał się Jean-Jacques Hubner; przesłał Rousseau swoje tłumaczenie Idylli pod koniec 1761. [przypis edytorski]

207. salina — miejsce pozyskiwania soli. [przypis edytorski]

208. berneńskie terytorium — Rousseau udawał się do Yverdon na terenie Vaud, które było wówczas częścią terytorium kantonu Berna (ob. Vaud stanowi odrębny kanton). [przypis edytorski]

209. Książkę moją spalono, a na mnie wydano wyrok — 18 czerwca 1762 w Genewie potępiono, publicznie podarto i spalono przed ratuszem Emila oraz Umowę społeczną, zaś autora skazano na wygnanie. Jedynym rządem, który oficjalnie potępił Umowę społeczną były władze Genewy. [przypis edytorski]

210. pogwałcono w nim edykt eklezjastyczny — trzy podstawowe teksty: rozporządzenia kościelne (eklezjastyczne) z 1541, regulujące m.in. relacje Kościoła Genewskiego z władzami cywilnymi, oraz znowelizowane w 1568 edykty polityczne i cywilne funkcjonowały jako konstytucja Genewy; przepisy nakazywały wezwanie autora poglądów sprzecznych z przyjętą doktryną do stawienia się przed konsystorzem. [przypis edytorski]

211. ciura — sługa w obozie wojskowym, wojsk. pachołek. [przypis edytorski]

212. „Dziennik Trévoux”, fr. Journal de Trévoux — wpływowy francuski miesięcznik wydawany w Trévoux w latach 1701–1782. Został założony przez jezuickiego teologa, większość autorów stanowili jezuici. Po wygnaniu zakonu z Francji w 1772 jego redaktor, jezuita Guillaume François Berthier, zrezygnował z prowadzenia pisma, wówczas miesięcznik próbowali prowadzić inni redaktorzy. [przypis edytorski]

213. likantropia — wilkołactwo, zdolność przemiany człowieka w wilka; w psychiatrii: wyobrażanie sobie przez chorego, że zmienił się w zwierzę. [przypis edytorski]

214. O rozumie — dzieło Helwecjusza [właśc. Claude Adrien Helvétius (1715–1771)], filozofa z grupy encyklopedystów. [De l’esprit, traktat materialistyczny obecnie znany pod polskim tytułem O umyśle, opublikowany przez Helwecjusza anonimowo w 1758, niemal natychmiast potępiony przez parlament Paryża, Kościół katolicki i czasopisma, spalony w styczniu 1759. Helwecjusz uniknął prześladowań formalnie wypierając się autorstwa; red. WL]. [przypis tłumacza]

215. baneret (z fr. banneret) — daw. militarny tytuł feudalny przysługujący rycerzowi prowadzącemu wasali pod własną chorągwią (fr. bannière); później w Szwajcarii ranga urzędnika komunalnego. [przypis edytorski]

216. stan (daw.) — państwo; tu lm: stany, ponieważ Szwajcaria stanowi federację autonomicznych kantonów (stanów), których rząd ma siedzibę w Bernie. [przypis edytorski]

217. w stanach króla pruskiego nie mogło mi już grozić prześladowanie — hrabstwo Neuchâtel (ob. kanton szwajcarski) znajdowało się wówczas pod panowaniem Prus, których władca, Fryderyk II Wielki, był znany z tolerancji religijnej. [przypis edytorski]

218. dystych — dwuwiersz, utwór składający się z dwóch wersów. [przypis edytorski]

219. wytłumaczony zresztą jasno wierszem poprzedzającym — poprzedni wers brzmiał: „Chwała, interes — oto jego Bóg, jego prawo” i znajdował się podobno po przeciwnej stronie portretu. [przypis edytorski]

220. Adrast, król Daunyjczyków — bezbożny i wojowniczy władca z powieści Przygody Telemaka (fr. Les aventures de Télémaque, 1699). W V księdze Emila wychowawca tytułowego bohatera czyta z nim tę powieść, omawiając stosunki międzynarodowe, i wspomina, że Adrasta można zidentyfikować we współczesnej Europie. [przypis edytorski]

221. Koriolan, łac. Gnaeus Marcius Coriolanus (V w. p.n.e.) — na poły legendarny wódz rzymski; przyczynił się do zwycięstwa Rzymian nad plemieniem Wolsków w 493 p.n.e. i zdobycia miasta Corioli (stąd przydomek). Dwa lata później zażądał cofnięcia ustępstw senatu wobec plebejuszy, m.in. likwidacji instytucji trybunów. Wezwany przed sąd ludowy uciekł do Wolsków, gdzie schronienia udzielił mu ich przywódca Tullus Atiusz. Na czele Wolsków Koriolan najechał Lacjum i przystąpił do oblężenia Rzymu, do odstąpienia skłoniły go matka i żona. [przypis edytorski]

222. brat słynnego generała Keith — generałem tym był James Francis Edward Keith (1696–1758), walczący o przywrócenie monarchii Stuartów, później w armii hiszpańskiej i rosyjskiej, następnie w służbie króla Prus, gdzie otrzymał stopnień marszałka polnego; zginął podczas wojny siedmioletniej w bitwie pod Hochkirch. [przypis edytorski]

223. proskrypcja — ogłoszenie o wyjęciu spod prawa z przyczyn politycznych. [przypis edytorski]

224. szych — nitka owinięta złotym drucikiem, używana do haftu, przen.: pozorna świetność. [przypis edytorski]

225. lakonizm (z gr.) — dziś: lakoniczność, zwięzłość. [przypis edytorski]

226. reskrypt (daw.) — pisemne rozporządzenie panującego lub zarządzenie władz wyższych. [przypis edytorski]

227. Z okazji pokoju [...] Ośmieliłem się napisać doń w tym przedmiocie — w styczniu 1762, kiedy prowadzące wojnę Prusy były w trudnej sytuacji, walcząca przeciw nim Austria została nagle pozbawiona swojego głównego sojusznika: zmarła caryca Elżbieta Romanowa. Jej następca Piotr III, który uwielbiał Prusy i Fryderyka II Wielkiego, wstrzymał działania wojenne i wycofał rosyjskie wojska z zajętych terenów pruskich. Nowy car 5 maja 1762 zawarł w Sankt Petersburgu pokój z Prusami, pośredniczył w zawarciu 22 maja w Hamburgu pokoju pomiędzy Szwecją a Prusami, jako sojusznik przekazał część swoich oddziałów Fryderykowi. Fryderyk uroczyście świętował pokój z Rosją, zaś niespodziewane wydarzenia określił mianem „cudu domu brandenburskiego”. Rousseau list do Fryderyka napisał w listopadzie 1762, ostatecznie kończący wojnę traktat pokojowy w Hubertusburgu między Prusami, Austrią i Saksonią zawarto dopiero 15 lutego 1763. [przypis edytorski]

228. Pewien krawiec armeński odwiedzał często swego krewnego osiadłego w Montmorency — tereny schrystianizowanej w starożytności Armenii od średniowiecza pozostawały pod panowaniem dwu muzułmańskich państw: Turcji i Persji; wielu Ormian emigrowało i osiedlało się w Europie. [przypis edytorski]

229. Salamaleki — zniekszt. Salam alejkum, powitanie i pozdrowienie arabskie (dosł.: pokój z tobą), używane także przez muzułmanów różnych narodowości. [przypis edytorski]

230. Pury, Abraham de (1724–1807) — oficer armii sardyńskiej; w czasach znajomości z Rousseau był w stanie spoczynku. [przypis edytorski]

231. du Peyrou, Pierre Alexandre (1729–1794) — dziedzic wielkiej fortuny, urodzony w Gujanie w Ameryce Płd. syn francuskiego hugenota, który dorobił się majątku na plantacjach w holenderskim Surinamie; osiadły od 1747 w Neuchâtel; przyjaciel i wykonawca testamentu Jana Jakuba Rousseau: opublikował pierwsze wydanie dzieł zebranych Rousseau (1782), w 30 tomach, obejmujące pierwszą część Wyznań, a następnie trzy kolejne tomy, zawierające listy oraz drugą część Wyznań (1789), opracowaną we współpracy z Isabelle de Charriere. [przypis edytorski]

232. łut — daw. jednostka wagi, licząca 1/32 funta, tj. w różnych miejscach i czasach od 10 g do 50 g. [przypis edytorski]

233. osławiać (daw.) — zniesławiać, oczerniać. [przypis edytorski]

234. prześcipny (daw., gw.) — dowcipny, sprytny. [przypis edytorski]

235. Beaumont, Christophe de [(1703–1781)] — arcybiskup Paryża, niezwykle żarliwy i nieubłagany w swoich przekonaniach. Rousseau odpowiedział mu Listem do Krzysztofa de Beaumont. [przypis tłumacza]

236. puścić się na coś (daw.) — zdecydować się na coś, odważyć się na coś, zaryzykować. [przypis edytorski]

237. mało troszczyłem się o te kradzieże; nie były one pierwszą sprawką tej ręki — znalazłem w jego Elementach muzyki wiele rzeczy zaczerpniętych z tego, co napisałem o tej sztuce dla Encyklopedii i co oddałem w jego ręce na wiele lat przed ogłoszeniem tych Elementów. Nie wiem, jaki miał udział w książce zatytułowanej Słownik sztuk pięknych, ale znalazłem tam artykuły przepisane dosłownie z moich i to na długi czas, zanim też same artykuły ukazały się w Encyklopedii. [przypis autorski]

238. myślałem, iż korporacja pastorów lub bodaj obywatele i mieszczaństwo Genewy upomną się o naruszenie edyktu w dekrecie wydanym przeciw mnie — arystokratyczny ustrój Genewy oraz przywiązanie jej do kalwinizmu były przyczyną, iż warstwy posiadające przemożny wpływ w mieście nie mogły gustować ani w demokratycznych poglądach, ani w „religii naturalnej” Russa. Jedynie wśród niższych warstw mieszczaństwa i u ludu hasła jego mogły znachodzić oddźwięk; te warstwy jednak nie miały praw w rządzie, oprócz prawa do czynienia przedstawień, czyli reprezentacji (stąd nazwa: reprezentanci). [przypis tłumacza]

239. stronnictwo reprezentacyjne — ok. roku 1750 członkowie stronnictwa opozycyjnego zaczęli nazywać siebie représentants, przedstawicielami, domagając się, by skład Rady Genewy należycie reprezentował społeczeństwo, w tym także niższe warstwy. [przypis edytorski]

240. siluit terra (łac.) — zamilkła ziemia (z Wulgaty, łac. tłumaczenia Biblii (1 Mch 1,3), o Aleksandrze Macedońskim: et siluit terra in conspectu eius: i zamilkła przed nim ziemia). [przypis edytorski]

241. Listy [pisane] z górLettres écrites de la montagne (1764), w których Rousseau, odmiennie niż w Umowie społecznej, nie stawia już Genewy za wzór republiki, ale gwałtownie krytykuje zagarnięcie władzy przez „despotów”, których nie ogranicza nic prócz własnej woli. [przypis edytorski]

242. Delfinat — region w południowo-wschodniej Francji. [przypis edytorski]

243. Carpentras — miasto i gmina w płd.-wsch. Francji, ob. w regionie Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże. [przypis edytorski]

244. biust — tu: popiersie; forma rzeźby. [przypis edytorski]

245. limuzyńskiego — z Limousin, hist. krainy w środkowej Francji. [przypis edytorski]

246. Wyspa Saint-Pierre — Wyspa Św. Piotra na jeziorze Biel (Bienne) w Szwajcarii. [przypis edytorski]

247. wzięcie (daw.) — postać i sposób poruszania się. [przypis edytorski]

248. plucha (daw.) — flejtuch, brudas. [przypis edytorski]

249. peccavi (łac.) — zgrzeszyłem. [przypis edytorski]

250. wpodle (daw.) — obok. [przypis edytorski]

251. On to powiadomił mnie... — w październiku 1762 Rousseau został zawiadomiony o śmierci pani Warens (zmarła 29 lipca). [przypis edytorski]

252. naturalizacja — nadanie cudzoziemcowi obywatelstwa państwa, na terenie którego się osiedlił. [przypis edytorski]

253. W jakiś czas potem pojawiły się jego „Dialogi Focjona”Entretiens de Phocion sur le rapport de la morale avec la politique (Rozmowy Focjona o związku obyczajności z polityką) ukazały się w roku 1763. [przypis edytorski]

254. in quarto — określenie formatu książki wielkości 1/4 arkusza, odpowiadającego mniej więcej rozmiarom dzisiejszego A4. [przypis edytorski]

255. stoiczny — dziś: stoicki; zalecany przez staroż. filoz. szkołę stoików: charakteryzujący się umiarem, opanowaniem i spokojem wewnętrznym niezależnie od sytuacji życiowych. [przypis edytorski]

256. spalono książkę nie wiem już gdzie — w Paryżu, równocześnie ze Słownikiem filozoficznym Woltera [oraz w Hadze; red. WL]. [przypis tłumacza]

257. Stół Pański (rel.) — w protestantyzmie: komunia. [przypis edytorski]

258. komunikować się — tu: przyjmować komunię. [przypis edytorski]

259. składać coś (daw.) — stanowić coś, tworzyć coś; składać się na coś. [przypis edytorski]

260. Reforma — tu: reformacja. [przypis edytorski]

261. kuban (daw.) — łapówka. [przypis edytorski]

262. zaród — zalążek, zaczątek. [przypis edytorski]

263. w sprawie pastora Petitpierre — Ferdinand Olivier Petitpierre, pastor w wiosce Ponts, został w 1758 oskarżony o wygłoszenie kazania, w którym zaprzeczał wieczności kar piekielnych; mimo pouczenia przez kolegium duchownych kalwińskich, obstawał przy swoich poglądach i w 1760 ponownie wygłosił je w kazaniu; decyzji władz duchownych o jego usunięciu sprzeciwili się parafianie, którzy zwrócili się do władz świeckich i poprosili o interwencję króla Fryderyka. [przypis edytorski]

264. do kąpiel (daw.) — do uzdrowiska z gorącymi źródłami. [przypis edytorski]

265. Bourbonne-les-Bains — miejscowość w płn.-wsch. Francji, uzdrowisko z gorącymi źródłami. [przypis edytorski]

266. wchodowy (daw.) — wejściowy. [przypis edytorski]

267. Historia domu Stuartów — wydana przez Hume’a w 1754, stała się częścią jego sześciotomowej Historii Anglii (1754–1761), która przyniosła mu sławę i niezależność finansową. [przypis edytorski]

268. Prévost, [Antoine (1697–1763)] — autor Manon Lescaut. [przypis tłumacza]

269. widziałem, jak rodziny moich przyjaciół [...] wchodzą dość otwarcie w ligę z mymi prześladowcami — fatalność ta zaczęła się za mego pobytu w Yverdon. Kiedy młodszy Roguin umarł w rok czy dwa po moim wyjeździe z miasta, stary Roguin miał tę uczciwość, aby mi donieść z boleścią, iż znaleziono w papierach jego krewnego dowody, iż maczał palce w spisku mającym na celu wygnanie mnie z Yverdon i ze stanu berneńskiego. Dowodziło to bardzo jasno, iż spisek ten nie był, jak starano się wmówić, sprawką bigotów, ile że baneret Roguin nie tylko nie był dewotem, ale posuwał materializm i niedowiarstwo aż do nietolerancji i do fanatyzmu. Poza tym nikt w całym Yverdon tak mi nie nadskakiwał, nie obsypywał mnie czułościami, pochwałami i pochlebstwami co właśnie ów jegomość. Trzymał się wiernie ukochanego planu moich prześladowców. [przypis autorski]

270. nie wyjmując — dziś: nie wyłączając. [przypis edytorski]

271. sól attycka — tradycyjne określenie ciętego, lecz eleganckiego dowcipu; od Attyki, krainy greckiej, w której położone są Ateny. [przypis edytorski]

272. Vernes, Jacob (1728–1791) — teolog protestancki, pastor w Genewie, znany z korespondencji z Wolterem i Rousseau. [przypis edytorski]

273. wydać przeciwko mnie listyLettres sur le Christianisme de J. J. Rousseau (Listy o chrystianizmie J. J. Rousseau), opublikowane w lipcu 1763. [przypis edytorski]

274. zarozumienie (daw.) — zarozumiałość. [przypis edytorski]

275. Bonnet, Charles (1720–1793) — znakomity filozof i naturalista szwajcarski. [przypis tłumacza]

276. Flegeton (mit. gr.) — płomienista rzeka w podziemnej krainie umarłych; w Boskiej komedii (Piekło, pieśń XIV) Dantego Flegeton jest rzeką wrzącej krwi w siódmym kręgu Piekła. [przypis edytorski]

277. kordegarda — wartownia straży pałacowej. [przypis edytorski]

278. przymiotna choroba a. przymiot (daw.) — kiła, syfilis. [przypis edytorski]

279. Nietrudno mi było poznać rękę autora — autorem tego pisma, pt. Sentiments des citoyens, był w istocie — jak to dziś z pewnością wiadomo — nie kto inny, tylko Wolter. [Przyczyną zaciekłej reakcji Woltera było publiczne ujawnienie przez Rousseau w Listach z gór, że to Wolter był autorem anonimowego Kazania pięćdziesięciu (Sermon des cinquante, 1749), zjadliwego ataku na chrześcijaństwo; red. WL] [przypis tłumacza]

280. konstytucja — tu: indywidualne cechy budowy ciała. [przypis edytorski]

281. Pani Cramer napisała do du Peyrou, że pewna jest, iż broszurka nie jest pióra Vernes’a — pani Cramer to żona jednego z braci Cramer, wydawców Woltera. Wiedziała, kto jest autorem broszury, ale nie mogła podać nazwiska. [przypis edytorski]

282. zapoznawać kogoś (daw.) — nie doceniać kogoś; przeoczać; zapominać o kimś. [przypis edytorski]

283. ront (daw.) — patrol. [przypis edytorski]

284. Walpole, Horacy (1717–1797) — pochodzący z arystokratycznej rodziny pisarz angielski, żył długi czas we Francji, gdzie wiązała go serdeczna przyjaźń z margrabiną du Deffand. [przypis tłumacza]

285. Biel, fr. Lac de Bienne, niem. Bielersee — jezioro w zach. Szwajcarii. Największym miastem nad jego brzegami jest dwujęzyczne Bienne (Biel). [przypis edytorski]

286. Więcej tam czynią, nic bowiem nie czynią — wiersz La Fontaine’a z utworu Le Diable de Papefiguière [1674, ze zbioru La Fontaine’a Contes et nouvelles en vers (Opowiastki i nowele wierszem); motyw wyspy Papimanii został przez La Fontaine’a zaczerpnięty z IV księgi Gargantui i Pantagruela; red. WL]. [przypis tłumacza]

287. wczas (daw.) — odpoczynek, wytchnienie. [przypis edytorski]

288. Flora Petrinsularis (łac.) — Roślinność Wyspy Św. Piotra. [przypis edytorski]

289. Penelopa (mit. gr.) — opisana w Odysei żona Odyseusza, która przez 20 lat wiernie czekała na powrót męża z wojny trojańskiej. W tym czasie zwodziła ubiegających się o jej rękę zalotników, obiecując, że wyjdzie ponownie za mąż, gdy skończy tkać całun dla teścia, lecz każdej nocy pruła robioną w dzień tkaninę. [przypis edytorski]

290. Linneusz, właśc. Carl von Linné (1707–1778) — szw. przyrodnik, profesor Uniwersytetu w Uppsali, twórca systemu klasyfikacji organizmów żywych, zastosowanego w jego dziełach opisujących system natury oraz gatunki (gł. roślin): Systema Naturae (1735–1770), Genera Plantarum (1737) i Species Plantarum (1753). [przypis edytorski]

291. Ludwig, Christian Gottlieb (1709–1778) — niem. botanik i lekarz. [przypis edytorski]

292. Fagon, Guy-Crescent (1638–1718) — francuski lekarz i botanik, gł. lekarz nadworny Ludwika XIV, dyrektor Ogrodu Królewskiego. [przypis edytorski]

293. dyssekować (daw.) — dokonywać rozbioru, szczegółowo analizować części czegoś; dokonywać sekcji. [przypis edytorski]

294. Kirchberger, Nicolas-Antoine (1739–1799) — oficer szwajcarski, zachęcony przez Bernoulliego i Rousseau poświęcił się literaturze i filozofii, korespondował również z Eckartskausenem, Zimmermannem, Saint-Martinem. [przypis edytorski]

295. nie stoję o to prawo — nie dbam o to prawo. [przypis edytorski]

296. Buttafoco, Mateo de (1731–1806) — oficer regimentu korsykańskiego, rojalista i zwolennik przyłączenia Korsyki do Francji, później marszałek polny Francji. [przypis edytorski]

297. Paoli, Pasquale (1725–1807) — bohater narodowy Korsyki, przywódca pierwszego i jedynego niepodległego państwa korsykańskiego (1755–1769); syn Giacinto Paoliego, przywódcy powstania przeciw Genui z roku 1729; przeciwnik polityczny Napoleona Bonapartego. [przypis edytorski]

298. traktat z Genueńczykami — od XIII w. Korsyka należała do Republiki Genui. Od r. 1729 na wyspie rozpoczęły się walki o niepodległość, w listopadzie 1755 proklamowana została Republika Korsykańska pod przywództwem Pasquale Paoliego. Uchwalono pierwszą na świecie konstytucję (1755), napisaną w języku włoskim. W traktacie z Versailles zawartym 15 maja 1768 Genua w zamian za darowanie długów zrzekła się pretensji do wyspy na rzecz Francji, która w tym samym roku wysłała na nią swoje oddziały. Walki trwały do 1769 i skończyły się zwycięstwem Francuzów, w 1770 Korsyka stała się prowincją Francji. [przypis edytorski]

299. znosić się z kimś (daw.) — spotykać się z kimś, porozumiewać się, współpracować. [przypis edytorski]

300. afektacja — przesada w okazywaniu uczuć, egzaltacja. [przypis edytorski]

301. Beauteville, Pierre de Buisson de (1703–ok. 1792) — francuski ambasador w Szwajcarii (1762–1775). [przypis edytorski]

302. in fiocchi (wł.) — tu: oficjalnie, z całym splendorem; dosł.: we frędzlach, od kapeluszy kardynalskich ozdobionych umieszczonymi po bokach sznurami z frędzlami, noszonych dawniej podczas szczególnie ważnych uroczystości. [przypis edytorski]