Księga VI
Hoc erat in votis: modus agri non ita magnus,
Hortus ubi et tecto vicinus jugis aquae fons,
Et paulum sylvae super his foret345.
(1736). Nie mogę dodać:
Auctius atque
Di melius fecere346;
ale to mniejsza, nie trzeba mi było więcej, nie trzeba mi było nawet własności, wystarczało mi prawo używania. Od dawna już wiedziałem i miałem świadomość, że posiadanie a korzystanie bywa często udziałem dwóch różnych osób, nawet jeśli zostawimy na stronie mężów i kochanków.
Tu zaczyna się krótkie szczęście mego życia; spokojne, ale szybko mknące chwile, które dały mi prawo powiedzenia, że żyłem. Chwile szacowne i tak opłakiwane! Ach, powtórzcie dla mnie swój luby bieg, płyńcie, jeśli możebna, wolniej w mym wspomnieniu, niż się to działo w istocie w waszym zbyt rączym pomykaniu! Jak uczynić, aby przedłużyć do woli to tak wzruszające a proste opowiadanie, aby powtarzać wciąż te same rzeczy i tak samo nie znudzić czytelników, powtarzając je, jak ja się nie nudziłem, przeżywając je? Gdybyż choć wszystko rozgrywało się w faktach, w czynach, w słowach, mógłbym opisać je i oddać poniekąd: ale jak powiedzieć to, co nie było ani powiedziane, ani wykonane, ani pomyślane nawet, ale odczute, ale kosztowane, bez możności przytoczenia innego dokumentu mego szczęścia, jak samo to uczucie? Wstawałem ze słońcem i byłem szczęśliwy; przechadzałem się i byłem szczęśliwy; widziałem mamusię i byłem szczęśliwy; rozstawałem się z nią i byłem szczęśliwy; przebiegałem lasy, pagórki, błądziłem po dolinach, czytałem, siedziałem bezczynny; pracowałem w ogrodzie, zrywałem owoce, pomagałem w gospodarstwie i szczęście szło za mną wszędzie; nie było ono w żadnej rzeczy możebnej do nazwania, było całe we mnie, nie opuszczało mnie ani na chwilę.
Nic z tego, co mi się zdarzyło w owej kochanej epoce, z tego, com czynił, mówił i myślał przez cały czas jej trwania, nie uciekło z mej pamięci. To, co było przedtem i co nastąpiło, odbija się w niej jedynie z przerwami; wspomnienia moje są nierówne i mętne; ale ten czas przypominam sobie tak doskonale i żywo, jak gdyby trwał jeszcze. Wyobraźnia, która w młodości mej wyprzedzała mnie zawsze, a teraz ciągnie się za mną leniwo, opłaca swymi słodkimi przypomnieniami utracone na wieki nadzieje. Nie widzę już nic, co by mnie kusiło na przyszłość; jedynie wspominki przeszłości mogą mnie rozgrzać jeszcze, i te tak żywe i szczere nawroty do epoki, o której mówię, pozwalają mi niekiedy kosztować szczęścia mimo mych niedoli.
Ze wspomnień tych przytoczę jeden jedyny przykład, który pozwoli ocenić siłę ich i prawdę. Pierwszego dnia, kiedy udaliśmy się na nocleg do Charmettes, mamusia odbywała drogę w lektyce, ja towarzyszyłem jej piechotą. Droga wznosiła się pod górę. Mamusia była dosyć ciężka, toteż bojąc się zmęczyć ludzi, wysiadła mniej więcej w połowie drogi, aby resztę przebyć pieszo. Wysiadając, zobaczyła coś niebieskiego w żywopłocie i rzekła: „O, patrz, barwinek jeszcze kwitnie”. Nigdy nie widziałem barwinka, nie schyliłem się, by mu się przyjrzeć, a mam wzrok zbyt krótki, aby stojąc, rozpoznać zioła rosnące na ziemi. Mimochodem rzuciłem jedynie okiem. Upłynęło lat prawie trzydzieści; od tego czasu ani nie widziałem barwinka, ani nie zwróciłem na niego uwagi. W r. 1764, będąc w Cressier z moim przyjacielem, panem du Peyrou, drapaliśmy cię na górkę, na której szczycie mieści się mała altanka słusznie nazwana „Belle-Vue”347. Zaczynałem już wówczas herboryzować po trochu. Wchodząc i rozglądając się po zaroślach, wydaję nagle krzyk radości: „Och, barwinek!” i był to w istocie barwinek. Du Peyrou zauważył moje wzruszenie, ale nie wiedział przyczyny; zrozumie ją, mam nadzieję, skoro kiedyś przeczyta te karty. Z wrażenia wywołanego tak drobnym przedmiotem czytelnik może osądzić, jakie musiało na mnie wywrzeć wszystko, co się odnosi do owej epoki.
Mimo to powietrze wiejskie nie wróciło mi dawnego zdrowia. Wprzód czułem osłabienie, omdlałość; stan ten pogorszył się jeszcze. Nie mogłem znosić mleka, trzeba go było zaniechać. Wówczas była w modzie woda jako uniwersalne lekarstwo. Zabrałem się do wody, ale z taką przesadą, że omal nie wyleczyła mnie nie z cierpień, ale z życia. Co rano, wstawszy, szedłem do źródła z wielkim kubkiem i przechadzając się, wysączałem w krótkim czasie zawartość dwóch butelek. Zaniechałem całkowicie wina przy stole. Woda, którą piłem, była nieco twarda i ciężka do strawienia, jak przeważnie wody górskie. Krótko mówiąc, dokazałem tyle, że w niespełna dwa miesiące zniszczyłem sobie doszczętnie żołądek, dotąd najzdrowszy. Nie mogąc prawie zupełnie trawić, zrozumiałem, że trzeba się wyrzec nadziei wyleczenia. W tym samym czasie zdarzył mi się wypadek równie szczególny sam w sobie, jak dla swych następstw, które skończą się aż ze mną.
Jednego rana (miałem się tego dnia nie gorzej niż zwykle) uczułem, podnosząc z ziemi mały stolik, gwałtowne i prawie niepojęte wstrząśnienie w całym ciele. Mógłbym je porównać chyba do jakiejś burzy, która wszczęła się we krwi i ogarnęła w jednej chwili wszystkie członki. Arterie zaczęły mi bić z taką siłą, że nie tylko czułem ich pulsowanie, ale słyszałem je nawet, zwłaszcza w tętnicach na szyi. Do tego dołączył się szum w uszach; szum ten był trojakiego, a nawet czworakiego rodzaju, a mianowicie: głuche i rozlane huczenie, ostrzejszy szmer, jak gdyby bieżącej wody, bardzo ostry świst, i bicie, o którym wspomniałem, a którego uderzenia mogłem łatwo policzyć, nie macając pulsu ani dotykając ciała rękami. Ten wewnętrzny szmer był tak silny, że odjął mi dawniejszą bystrość słuchu i uczynił nie całkowicie głuchym, ale tępo słyszącym; i to zostało mi od tego czasu na trwałe.
Można sobie wyobrazić moje zdumienie i przestrach. Myślałem, że umieram; położyłem się do łóżka; wezwano lekarza; opowiedziałem wszystko, drżąc i nie mając nadziei ratunku. Zdaje mi się, że on podzielał tę obawę, ale zrobił, co do niego należało. Zaaplikował mi długie wywody, z których nie zrozumiałem ni słowa, następnie, wprowadzając w praktykę swe wzniosłe teorie, rozpoczął in anima vili348 kurację eksperymentalną, którą spodobało mu się na mnie zastosować. Była tak przykra, tak odrażająca, a skutkowała tak mało, że znużyłem się nią niebawem. Po kilku tygodniach, widząc, że nie jest mi ani lepiej, ani gorzej, opuściłem łóżko i wróciłem do zwykłych zajęć z ciągłym biciem tętnic i szumem w uszach, które odtąd, to jest od trzydziestu lat, nie opuściły mnie ani na minutę.
Byłem do owego czasu wielkim śpiochem. Zupełna bezsenność, która dołączyła się do tych objawów i która dotąd nieustannie im towarzyszy, przekonała mnie do reszty, że niewiele zostało mi życia. To przekonanie ostudziło mnie na jakiś czas w gorliwości leczenia się. Nie mogąc przedłużyć życia, postanowiłem wyzyskać ową resztkę, która mi została; a było to możliwe, dzięki szczególnej łaskawości natury, która, w stanie tak opłakanym, oszczędziła mi bodaj wszelkich cierpień. Szum w głowie dokuczał mi, ale nie sprawiał bólu; nie towarzyszyła mu żadna trwała dolegliwość prócz bezsenności i krótkiego oddechu, który nie dochodził wszelako aż do duszności i dawał się uczuć tylko wtedy, kiedy próbowałem biec albo podjąć jaki wysiłek.
Ten wypadek, który miał zabić moje ciało, zabił jedynie moje namiętności; i codziennie błogosławię niebo za szczęśliwe skutki, jakie wywarł na mą duszę. Mogę powiedzieć, iż rozpocząłem żyć dopiero od tego czasu, kiedy się zacząłem uważać za umarłego. Oceniając wedle prawdziwej wartości rzeczy, które miałem porzucić, zwróciłem umysł ku szlachetniejszym troskom, jakoby w przygotowaniu do tych, których mi będzie trzeba rychło dopełnić, a które dotąd zaniedbywałem. Często przekształcałem religię wedle własnych poglądów, ale nigdy nie byłem zupełnie bez religii; o tyle mniej przeto kosztowało mnie wrócić do tego przedmiotu, tak smutnego dla tylu ludzi, ale tak słodkiego dla kogoś, kto sobie zeń uczyni przedmiot pociechy i nadziei. Mamusia była mi w tej okoliczności pomocną bardziej niż wszyscy możebni teologowie.
Ona, która wszystko na świecie układała w system, nie omieszkała również ująć weń religii. Na system ten składały się idee bardzo różnorakie, jedne bardzo zdrowe, drugie dziwaczne, uczucia płynące z jej charakteru i przesądy związane z wychowaniem. Na ogół ludzie wierzący tworzą sobie Boga na swoje podobieństwo: dobrzy czynią go dobrym, źli złym; bigoci, pełni nienawiści i żółci, widzą jedynie piekło, bo chcieliby skazać na nie świat cały; dusze kochające i łagodne nie wierzą w nie wcale. Nie mogę się nadziwić, że dobry Fénelon349 mówi o nim w swoim Telemaku tak, jakby w nie wierzył w istocie, ale mam nadzieję, że wówczas kłamał. Choćby się było nie wiem jak prawdomównym, trzebaż przykłamać czasem, kiedy się jest biskupem. Mamusia nie kłamała ze mną. Ta dusza bez żółci, która nie mogła sobie wyobrazić Boga mściwego i wiecznie zagniewanego, widziała łagodność i miłosierdzie tam, gdzie dewoci widzą jedynie sprawiedliwość i karę. Mówiła często, że nie byłoby ze strony Boga sprawiedliwością być sprawiedliwym względem nas; skoro nie dał nam sił, nie może od nas żądać więcej, niż sam udzielił. Szczególne jest, iż nie wierząc w piekło, wierzyła mimo to w czyściec. To pochodziło stąd, iż nie wiedziała, co począć z duszami złych, nie mogąc ani ich potępić, ani pomieścić z dobrymi, póki ich nie dościgną; trzeba przyznać, że tak na tym świecie, jak na tamtym, źli przyczyniają zawsze niemało kłopotu.
Inny ciekawy rys. Łatwo dostrzec, iż system ten niszczy całą naukę o grzechu pierworodnym i o odkupieniu, że podkopuje całe urzędowe chrześcijaństwo i że co najmniej katolicyzm nie może się przy nim utrzymać. Mimo to mamusia była dobrą katoliczką lub głosiła się taką, a jestem pewny, że czyniła to w najlepszej wierze. Uważała tylko, że księża wykładają Pismo święte zbyt dosłownie i zbyt twardo. Twierdziła, iż wszystko, co tam czytamy o mękach wiecznych, trzeba pojmować jedynie jako przenośnię. Śmierć Chrystusa uważała za przykład iście boskiego miłosierdzia, mającego nauczyć ludzi, aby kochali Boga i kochali się między sobą. Słowem, wierna religii, którą obrała, przyjmowała szczerze jej wyznanie wiary; ale kiedy przychodziło do dyskusji poszczególnych artykułów, okazywało się, iż wierzy zupełnie inaczej niż Kościół, wciąż poddając się jego powadze. Miała w tym prostotę serca, szczerość, wymowniejsze niż wszystkie komedie bigotów350. Często wprawiała w zakłopotanie nawet spowiednika, nic bowiem przed nim nie taiła. „Jestem dobrą katoliczką — mówiła — chcę nią być zawsze. Uznaję całą potęgą duszy postanowienia Świętej Matki Kościoła. Nie jestem panią mej wiary, ale jestem panią mej woli. Poddaję ją bez zastrzeżeń i pragnę we wszystko wierzyć. Czego chcecie więcej?”
Gdyby nie istniała moralność chrześcijańska, sądzę, że byłaby i tak postępowała wedle niej, tak dobrze zgadzała się ona z jej charakterem. Robiła wszystko, co nakazane, ale robiłaby tak samo, gdyby nie było nakazane. W rzeczach obojętnych lubiła być posłuszną; gdyby jej nie było dozwolone, przepisane nawet, jadanie z mięsem, byłaby pościła dla siebie, bez świadków, z ochoty, nie z ostrożności. Ale cała ta moralność podlegała zasadom pana de Tavel lub raczej mamusia siliła się nie widzieć w tym żadnej sprzeczności. Mogłaby oddawać się dwudziestu mężczyznom z najczystszym sumieniem, równie mało doznając wyrzutu, co pragnienia. Wiem, że sporo dewotek niewiele więcej czyni sobie skrupułu; różnica jest ta, że tamte działają z namiętności, ona zaś jedynie z sofizmatu. Wśród najbardziej wzruszających, śmiem powiedzieć budujących rozmów była zdolna skierować rozmowę na te śliskie tory, nie zmieniając miny ani tonu, nie czując wcale sprzeczności. Byłaby wręcz przerwała w potrzebie swe budujące wykłady dla samego uczynku, aby je podjąć później z tym samym spokojem — tak głęboko była przekonana, że wszystko to jest jedynie zasadą społecznego konwenansu, którą każda rozumna osoba może wykładać, stosować, kierować wedle ducha rzeczy, bez najmniejszej obawy obrażenia Boga. Jakkolwiek co do tego punktu stanowczo byłem odmiennego zdania, przyznaję, że nie śmiałem jej zwalczać, wstydząc się mało rycerskiej roli, która by mi przypadła. Byłbym bodaj chętnie próbował utrzymać surowszą regułę w odniesieniu do drugich, starając się wyłączyć z niej samego siebie; ale prócz tego, iż chłodny temperament dostatecznie chronił mamusię od nadużywania tych zasad, wiedziałem, iż nie jest kobietą dającą się omamić półśrodkami i że żądać wyjątku dla siebie, znaczyło uprawnić go dla wszystkich, wedle jej ochoty. Zresztą, zaznaczam mimochodem ten rys zasad i charakteru, mimo iż w ogóle mało się odbijał w jej postępowaniu, a wówczas nawet wcale; ale ponieważ przyrzekłem wiernie przedstawić jej zasady, chcę dotrzymać. Wracam do siebie.
Znajdując w sercu mamusi wszystkie maksymy, których mi było trzeba, aby ubezpieczyć mą duszę od grozy śmierci i jej następstw, czerpałem spokojnie z tego źródła. Przywiązywałem się do niej więcej jeszcze niż wprzódy; byłbym chciał przenieść na nią całe życie, czując, iż opuszcza mnie ono z każdą chwilą. Z tego zdwojonego przywiązania, z przekonania, że niewiele czasu zostało mi do życia, z głębokiego spokoju co do przyszłego losu wynikał stan ducha przepełniony jakąś błogością, a nawet rozkoszą. Stan ten, stępiając wszystkie namiętności, które przenoszą w dalekie strefy nasze obawy i nadzieje, pozwalał mi używać bez niepokoju i zmęczenia niewielu dni, które mi pozostały. Jedna rzecz przyczyniła się jeszcze do ich uprzyjemnienia. Starając się w mamusi obudzić zamiłowanie do wsi, do ogrodu, dziedzińca, gołębi, krów, przywiązywałem się sam do tego wszystkiego. Te drobne zatrudnienia, które wypełniały mi dzień, nie mącąc spokoju, lepiej niż mleko i niż wszelkie lekarstwa pomogły mi podtrzymać mój biedny organizm, a nawet odrestaurować go o tyle, o ile to było możliwe.
Winobranie, owoce zabawiły nas przez resztę roku i przywiązały nas tym bardziej do sielskiego życia wśród poczciwych ludzi, którzy nas otaczali. Z żalem patrzyliśmy na zbliżającą się zimę. Wróciliśmy do miasta tak, jak gdybyśmy szli na wygnanie; ja zwłaszcza, który, wątpiąc, bym doczekał wiosny, mniemałem, iż na zawsze żegnam nasze Charmettes. Opuściłem je, ucałowawszy wprzód drzewa i ziemię i kilkakrotnie odwracając głowę. Rozstawszy się od dawna z mymi uczennicami, straciwszy smak do miejskich uciech i towarzystw, nie wychodziłem wcale z domu, nie widywałem nikogo, wyjąwszy mamusię i pana Salomon, który od niedawna stał się naszym lekarzem; zacny, rozumny człowiek, wielki kartezjanin, który dość dobrze rozprawiał o systemie świata i którego przyjemne i pouczające gawędy więcej mi się zdały niż jego recepty. Nigdy nie mogłem znosić głupiego i pustego balastu zwyczajnych rozmówek; ale kształcące i poważne rozmowy zawsze sprawiały mi wielką przyjemność. Bardzo zasmakowałem w konwersacji pana Salomon. Zdawało mi się, że w jego towarzystwie zawczasu już kosztuję czegoś z owej wysokiej wiedzy, jaką dusza moja miała posiąść wyzwoliwszy się ze swych więzów. Sympatia moja do niego rozciągała się i na przedmioty, które poruszał. Zacząłem szperać za książkami, które by mi mogły pomóc do lepszego zrozumienia go. Najbardziej odpowiadały mi te, w których traktowano problematy wiary i wiedzy zarazem, zwłaszcza dzieła Oratorium351 i z Port-Royal352. Zacząłem się rozczytywać w nich, a raczej je pożerać. Wpadło mi w rękę dzieło ojca Lamy353 Rozmowy o umiejętnościach. Był to niby wstęp do poznania książek, które o nich traktują. Przeczytałem to dzieło mało sto razy, umyśliłem zrobić sobie zeń przewodnika. Słowem, mimo, a raczej może wskutek mego stanu czułem, że coś mnie wciąga w wiedzę z nieodpartą siłą. Wciąż patrząc na każdy dzień jako na ostatni dzień życia, kształciłem się z takim zapałem, jak gdybym miał żyć wiecznie. Mówiono, że mi to szkodzi; ja sądzę, że raczej mi to szło na dobre, nie tylko duszy, ale i ciału. Zajęcie to bowiem, opanowawszy mnie całego, stało się tak rozkoszne, że przestawszy myśleć o swych cierpieniach, o wiele mniej je odczuwałem. Po prawdzie w niczym nie podobna mi było znaleźć realnej ulgi; ale nie doświadczając dotkliwych boleści, przyzwyczaiłem się cherlać, nie sypiać, myśleć miast działać, słowem patrzeć na powolny i stopniowy zanik swego organizmu jako na nieunikniony proces, który śmierć jedynie może powstrzymać.
Przeświadczenie to nie tylko oderwało mnie od próżnych trosk życiowych, ale uwolniło także od całej mitręgi lekarstw, które dotąd narzucono mi wbrew woli. Salomon, zwątpiwszy, aby jego specyfiki mogły mnie ocalić, oszczędził mi tej męki i zadowalał się jedynie tym, aby oszukiwać boleść biednej mamusi przy pomocy owych obojętnych przepisów, które mamią nadzieję chorego i podtrzymują wiarę w lekarza. Zaniechałem ścisłej diety, zacząłem kosztować wina i wróciłem stopniowo do trybu człowieka zdrowego, używając wedle sił wszystkiego z umiarkowaniem. Zacząłem nawet wychodzić i odwiedzać po trosze znajomych, zwłaszcza pana de Conzié, w którego towarzystwie znajdowałem wielką przyjemność. Przy tym, czy że wydawało mi się pięknym kształcić się do ostatniej godziny, czy że resztka nadziei kryła się w mym sercu, owo oczekiwanie śmierci nie tylko nie osłabiło mego zamiłowania do studiów, ale spotęgowało je jeszcze. Starałem się nagromadzić jak najwięcej zapasów na tamten świat, jak gdybym mniemał, iż tyle tylko będę posiadał tam wiedzy, ile jej stąd ze sobą wyniosę. Upodobałem sobie sklep pewnego księgarza nazwiskiem Bouchard, gdzie się schodziło paru literatów. Zarazem, wobec zbliżającej się wiosny, której nie miałem jakoby doczekać, zaopatrzyłem się w parę książek przeznaczonych do Charmettes, na wypadek gdybym miał szczęście je oglądać.
Posiadłem to szczęście i korzystałem zeń w całej pełni. Nie da się opisać radości, jaką uczułem na widok pierwszych pączków. Oglądać znów wiosnę znaczyło dla mnie zmartwychwstać w raju. Ledwie śniegi zaczęły topnieć, opuściliśmy nasze więzienie i znaleźliśmy się w Charmettes, dość wcześnie, by posłyszeć pierwsze pienia słowika. Z tą chwilą uwierzyłem, że nie umrę. W istocie, szczególna rzecz, nigdy nie przechodziłem ciężkich chorób na wsi. Cierpiałem nieraz dużo, ale nigdy nie byłem skazany na łóżko. Często mawiałem, czując się gorzej niż zwykle: „Kiedy ujrzycie, że jestem bliski śmierci, zanieście mnie w cień dębu, a przyrzekam, że ozdrowieję”.
Mimo że osłabiony, wróciłem do wiejskich zatrudnień, ale w sposób dostrojony do sił. Wielkim zmartwieniem było dla mnie, że nie mogłem sam uprawiać ogrodu; ale wystarczyło mi parę razy machnąć łopatą, a już traciłem oddech, zlewałem się potem i musiałem ustać. Kiedy się schylałem, pulsowanie wzmagało się, krew uderzała do głowy z taką siłą, że trzeba mi było co rychlej się prostować. Zmuszony ograniczyć się do mniej męczących prac, zająłem się między innymi gołębnikiem i nabrałem takiego zamiłowania, że często spędzałem w jego pobliżu kilka godzin, nie nudząc się ani chwili. Gołąb jest bardzo lękliwy i trudny do oswojenia; mimo to tak zdołałem pozyskać zaufanie mego stadka, że chodziły za mną wszędzie i pozwalały się brać w rękę. Nie mogłem zjawić się w ogrodzie ani na dziedzińcu, aby nie mieć natychmiast dwóch albo trzech na ramieniu, na głowie. Wreszcie mimo przyjemności, jaką w tym znajdowałem, świta ta stała mi się tak uciążliwa, że musiałem oduczyć je od tej poufałości. Zawsze znajdowałem szczególną przyjemność w obłaskawianiu zwierząt, zwłaszcza tych, które są lękliwe i dzikie. Wielki urok miało dla mnie zyskiwać ich zaufanie, którego nigdy nie zawiodłem. Pragnąłem, aby mnie kochały na swobodzie.
Wspomniałem, że miałem z sobą książki. Korzystałem z nich, ale w sposób zmierzający raczej do tego, aby zagwoździć głowę niż aby ją rozjaśnić. Wskutek fałszywych pojęć o rzeczach nabrałem przekonania, że aby czytać z korzyścią jakąś książkę, trzeba posiadać wiadomości o wszystkim, co w niej jest wspomniane, nieświadom jeszcze, że często sam autor ich nie posiadał i że je czerpał z innych książek, w miarę jak mu były potrzebne. Wiedziony tą niedorzeczną myślą, zatrzymywałem się co chwilę, zmuszony biec nieustannie od jednej książki do drugiej; niekiedy, nim doszedłem do dziesiątej stronicy, byłbym musiał wyczerpać całe biblioteki. Mimo to upierałem się tak wytrwale przy tej obłędnej metodzie, że traciłem przy niej nieskończoną ilość czasu i omal sobie nie zmąciłem głowy do zupełnego zatumanienia. Szczęściem spostrzegłem, że idę fałszywą drogą, która mnie wciąga w olbrzymi labirynt, i wycofałem się zeń, nim jeszcze zdążyłem się zbłąkać całkowicie.
O ile ktoś ma choć trochę prawdziwego zamiłowania do nauk, pierwsza rzecz, jaką czuje, zagłębiając się w nich, to ich związek, który sprawia, iż się przyciągają, wspomagają, objaśniają wzajem i że jedna nie może się obejść bez drugiej. Mimo iż umysł ludzki nie może wystarczyć na wszystkie i zawsze trzeba wybrać sobie jedną jako główną, to o ile nie ma się jakiegoś pojęcia o innych, i w swojej nawet natrafi się nieraz na ciemność. Czułem, że moje poprzednie dążenia były dobre i użyteczne same w sobie i że tylko metodę trzeba było zmienić. Wziąwszy zrazu Encyklopedię, posuwałem się, dzieląc ją na gałęzie. Spostrzegłem, iż trzeba robić wręcz przeciwnie, brać każdą gałąź z osobna i posuwać się w każdej oddzielnie aż do punktu, w którym się jednoczą. W ten sposób wróciłem do pospolitej syntezy, ale wróciłem jak człowiek, który wie, co robi. Rozmyślanie zastępowało mi w tym wiadomości, a proste zastanowienie pomagało znaleźć dobry kierunek. Czy mi była pisana śmierć, czy życie, w obu wypadkach nie miałem czasu do stracenia. Nie umieć nic w dwudziestym piątym niemal roku i chcieć się wszystkiego nauczyć — to wymagało tęgiego pośpiechu. Nie wiedząc, w jakim punkcie los albo zgon mogą zatrzymać mój zapał, chciałem na wszelki wypadek nabyć pojęcia o każdej rzeczy, zarówno aby się rozeznać w mych przyrodzonych zdolnościach, co aby osądzić samemu, która z nich najbardziej zasługuje na to, by ją uprawiać.
W wykonaniu tego planu znalazłem inną korzyść, o której nie myślałem, mianowicie iż pozwala on dużo lepiej wyzyskać czas. Muszę widocznie nie być stworzony do nauki, długie bowiem przykładanie się do niej nuży mnie niezmiernie. Niepodobna mi przez pół godziny zajmować się z natężeniem jedną rzeczą, zwłaszcza gdy trzeba iść przy tym za myślą cudzą; własnymi bowiem myślami zdarzyło mi się niekiedy zaprzątać i dłużej, nawet z dość pomyślnym rezultatem. Kiedy przez parę stron zagłębiam się w autorze, którego trzeba czytać z wielką ścisłością, uwaga opuszcza mnie i gubi się w chmurach. Jeśli się upieram, dochodzę do zupełnego wyczerpania, wszystko zaczyna mi tańczyć przed oczami, nie widzę nic. Ale jeśli rozmaite przedmioty następują kolejno po sobie, nawet bez przerwy, jeden daje mi wypoczynek po drugim i łatwiej mogę zdążyć za nimi myślą, nawet bez wypoczynku. Zastosowałem to spostrzeżenie w swoim planie nauk i przeplatałem je w taki sposób, że byłem zajęty cały dzień, a nie nużyłem się nigdy. Prawda, iż wiejskie i domowe zajęcia stanowiły zbawienne wytchnienie; ale w mym rosnącym zapale znalazłem wkrótce sposoby zdobycia jeszcze nieco czasu dla nauki i zajmowania się dwiema rzeczami naraz, nie myśląc o tym, iż każdej z osobna wychodzi to na szkodę.
Wszystkie te drobne szczegóły, które dla mnie mają tyle uroku, muszą zapewne często nużyć czytelnika; ale i tak postępuję w tym z powściągliwością, której by nikt nie ocenił, gdybym sam nie pokwapił się zwrócić na nią uwagi. W tym miejscu na przykład przypominam sobie z rozkoszą najrozmaitsze próby, które czyniłem, aby rozdzielić czas w sposób pozwalający go wyzyskać z pożytkiem i przyjemnością. Mogę powiedzieć, że ten okres, który przeżyłem w odosobnieniu i wciąż chory, stanowił epokę, w której byłem najmniej bezczynny i najmniej się nudziłem. Parę miesięcy upłynęło w ten sposób na wymacywaniu skłonności mego umysłu i na rozkoszowaniu się, w najpiękniejszej porze roku i w najmilszej miejscowości, czarem życia, którego tak dobrze uczułem wartość, powabem towarzystwa równie lubego, jak niekrępującego, jeśli można nazwać towarzystwem związek tak doskonały; dalej urokiem wiadomości, które zamierzyłem sobie przyswoić; było to bowiem dla mnie tak, jakbym je już posiadał, a raczej lepiej jeszcze, ile że przyjemność uczenia się dużą odgrywała rolę w mym szczęściu.
Trzeba mi pominąć te próby, które wszystkie były dla mnie źródłem rozkoszy, ale rozkoszy zbyt prostych, aby je można wytłumaczyć. Prawdziwego szczęścia, jeszcze raz muszę stwierdzić, nie da się opisać: czuje się je, i czuje tym lepiej, im mniej się je da wyrazić, znaczy to bowiem, że nie wynika ono ze zbiegu wydarzeń, ale że jest stanem stałym. Powtarzam się często, ale powtarzałbym się o wiele częściej jeszcze, gdybym mówił tę samą rzecz tyle razy, ile razy przychodzi mi na myśl. Kiedy wreszcie mój tryb życia, wielekroć odmieniany, ujednostajnił się, oto mniej więcej jego podział:
Wstawałem co rano przed wschodem słońca. Wychodziłem przez sąsiedni sad na bardzo ładną drogę, ciągnącą się ponad winnicą i prowadzącą wzdłuż zbocza, aż do Chambéry. Tam, przechadzając się, odmawiałem poranną modlitwę, która nie polegała na pustym poruszaniu wargami, ale na szczerym podniesieniu serca ku Stworzycielowi tej uroczej natury, której piękności miałem przed oczami. Nigdy nie lubiłem modlić się w pokoju; mam uczucie, że mury i wszystkie drobne sprzęty ludzkie wciskają się między Boga a mnie. Lubię podziwiać go w jego dziełach, gdy serce wznosi się ku niemu. Modły moje, mogę powiedzieć, były czyste i przez to godne, aby je wysłuchano. Nie żądałem dla siebie i dla tej, z którą chęci moje nie rozłączały się nigdy, niczego innego, jak tylko życia płynącego w niewinności i spokoju, wolnego od występku, boleści, niedostatku; następnie zaś śmierci sprawiedliwych i losu ich w życiu przyszłym. Zresztą, akt tej modlitwy wyrażał się raczej w podziwie i kontemplacji niż w prośbach; wiedziałem, że u rozdawcy prawdziwych dóbr najlepszym sposobem otrzymania tego, czego nam trzeba, jest nie tyle prosić, co zasłużyć. Wracałem następnie, czyniąc duże koło, rozglądając się z ciekawością i rozkoszą w sielskich obrazach, które mnie otaczały, jedynych, którymi oko i serce nigdy się nie nuży. Wypatrywałem z daleka, czy u mamusi już jasno: kiedy widziałem, że żaluzje odsłonięto, z drżeniem radości spieszyłem do niej. Gdy okna były jeszcze zasłonięte, wstępowałem do ogrodu, czekając na jej przebudzenie. Tymczasem zabawiałem się powtarzaniem tego, czego nauczyłem się poprzedniego dnia, albo grzebaniem się w ogrodzie. Żaluzja otwierała się, szedłem uściskać mamusię w łóżku, często jeszcze wpółuśpioną. Uścisk ten, równie czysty jak tkliwy, czerpał w niewinności urok, którego nigdy nie da upojenie zmysłów.
Na śniadanie pijaliśmy kawę z mlekiem. Była to pora, w której byliśmy najspokojniejsi i najswobodniej mogliśmy gawędzić. Te posiedzenia, ciągnące się zazwyczaj dość długo, zostawiły mi żywy gust do śniadań. O wiele milszy mi jest obyczaj Anglii i Szwajcarii, gdzie śniadanie jest prawdziwym posiłkiem, do którego się wszyscy zgromadzają, niż moda francuska, wedle której każdy śniada sam w swoim pokoju, a najczęściej nie śniada wcale. Pogwarzywszy tak godzinkę lub dwie, szedłem do książek aż do obiadu. Zaczynałem od jakiegoś dzieła filozoficznego, jak Logika Port-Royal354, Zarysy Locke’a355, Malebranche356, Leibniz357, Kartezjusz358 etc. Spostrzegłem niebawem, że wszyscy ci autorowie są ze sobą w nieustannych sprzecznościach i powziąłem chimeryczny projekt pogodzenia ich, które to próby bardzo mnie zmęczyły i kosztowały dużo czasu. Miałem chaos w głowie, a nie posuwałem się naprzód. Wreszcie, dając jeszcze raz pokój tej metodzie, obrałem inną, o wiele lepszą, i jej to przyjmuję postępy, jakie zdołałem uczynić mimo braku pojętności, nie ulega bowiem kwestii, że miałem jej do nauk bardzo mało. Otóż, postanowiłem sobie, czytając każdego autora, przyjmować wszystkie jego idee i iść za nimi, nie mieszając do nich swoich własnych ani też niczyich i nigdy nie dysputując. Powiedziałem sobie: zacznijmy od tego, aby nagromadzić zapas idei, prawdziwych czy fałszywych, ale jasnych, w oczekiwaniu aż posiędę ich tyle, aby je móc porównywać z sobą i wybierać. Ta metoda ma swoje ujemne strony, wiem o tym, ale okazała się dobra dla moich celów. Po kilku latach, w ciągu których myślałem ściśle według myśli cudzej, nie zastanawiając się i prawie nie rozumując, przyswoiłem sobie zapas pojęć dość znaczny, aby wystarczać samemu sobie i myśleć bez pomocy drugich. Kiedy podróże i zatrudnienia pozbawiły mnie możności zaglądania do książek, zabawiałem się często przechodzeniem w myśli i zestawianiem tego, com niegdyś czytał, ważeniem każdej rzeczy na szali rozumu, a niekiedy sądzeniem swoich mistrzów. To, że tak późno zacząłem się posługiwać własnym sądem, nie przypuszczam, by wpłynęło ujemnie na jego sprawność; kiedy ogłosiłem swoje myśli, nie zarzucono mi, że jestem powolnym uczniem i że przysięgam jeno in verba magistri359.
Przechodziłem z kolei do geometrii elementarnej; nigdy nie posunąłem się dalej. Upierając się zwyciężyć swój brak pamięci, wracałem sto razy do tego samego i podejmowałem nieustannie tę samą drogę. Nie smakowałem w geometrii Euklida, która daje raczej łańcuch dowodów niżeli łączność myśli; wolałem geometrię ojca Lamy, który od tego czasu stał się jednym z mych ulubionych autorów i którego dzieła dziś jeszcze odczytuję z przyjemnością. Potem następowała algebra, przy czym wciąż ojciec Lamy służył mi za przewodnika. Kiedym już nieco postąpił, wziąłem Naukę rachunku ojca Reynaud360, następnie jego Analizę, której dotknąłem tylko po wierzchu. Nigdy nie zaszedłem dość daleko, aby zrozumieć zastosowanie algebry do geometrii. Nie lubiłem tego sposobu operowania bez widzenia tego, co się robi; zdawało mi się, że rozwiązywać problemat361 geometryczny za pomocą zrównań362 to jest grać melodię, kręcąc korbką. Pierwszy raz kiedy doszedłem za pomocą rachunku, że kwadrat dwumianu składa się z kwadratu każdej jego części i podwójnego ich ilorazu, mimo iż rachunek mój wykonany był zupełnie ściśle, uwierzyłem dopiero wówczas, kiedy wykreśliłem sobie figurę. To nie przeszkadza, że bardzo lubiłem algebrę, o ile przedmiotem jej były ilości oderwane; ale gdy chodziło o zastosowanie do wymiarów, chciałem widzieć operację wykreśloną liniami, inaczej nie rozumiałem nic zgoła.
Potem następowała łacina. Była to nauka dla mnie najuciążliwsza i nigdy nie zrobiłem w niej wielkich postępów. Zrazu wziąłem się do metody łacińskiej z Port-Royal363, ale bezowocnie. Te ostrogockie364 wiersze budziły odrazę w mym sercu i nie chciały mi wchodzić do ucha. Gubiłem się w tym mnóstwie reguł; ucząc się ostatniej, zapominałem wszystkiego, co ją poprzedzało. Nauka słów to nie jest rzecz wygodna dla człowieka pozbawionego pamięci; otóż właśnie dlatego, chcąc przemocą wygimnastykować pamięć, upierałem się przy tej nauce. Trzeba mi było poniechać jej w końcu. Poznałem na tyle składnię, aby czytać łatwego autora przy pomocy słownika. Trzymałem się tej drogi i dobrze na niej wyszedłem. Ćwiczyłem się w tłumaczeniu, nie piśmiennym, ale w myśli, i poprzestałem na tym. Z dużym nakładem czasu i pracy doszedłem do tego, iż mogłem dość płynnie czytać łacińskich autorów, ale nigdy nie nauczyłem się mówić ani pisać. Wprawiało mnie to często w zakłopotanie później, kiedy, sam nie wiem jak, ujrzałem się pisarzem. Drugą niedogodnością, na którą się natknąłem przy tej metodzie, było to, że nigdy nie nauczyłem się prozodii365, a jeszcze mniej prawideł wierszowania. Pragnąc mimo to odczuć harmonię wiersza i prozy, czyniłem niemałe wysiłki, aby to osiągnąć; doszedłem w końcu do przekonania, iż bez nauczyciela jest to prawie niemożliwe. Nauczywszy się budowy najłatwiejszego ze wszystkich wierszy, to jest heksametru366, miałem cierpliwość przeskandować prawie całego Wergilego, znacząc stopy367 i iloczas368. Następnie, kiedy miałem wątpliwość, czy jakaś sylaba jest długa czy krótka, radziłem się mego Wergilego. Łatwo pojąć, iż musiałem przy tym popełniać wiele błędów z przyczyny dopuszczalnych wyjątków. Jeśli uczenie się samemu daje wiele korzyści, ma ono także i wiele braków, a zwłaszcza połączone jest ze straszliwymi trudnościami. Wiem o tym lepiej niż ktokolwiek.
Przed południem wstawałem od książek. Jeżeli obiad nie był gotów, odwiedzałem moich przyjaciół z gołębnika albo szedłem pracować w ogrodzie, czekając godziny posiłku. Usłyszawszy, że mnie wołają, przybiegałem pełen dobrego humoru i jeszcze lepszego apetytu; jest to okoliczność godna zanotowania, iż choćbym był jak najbardziej chory, na apetycie nie zbywa mi nigdy. Obiadowaliśmy bardzo przyjemnie, rozmawiając o domowych sprawach w oczekiwaniu, aż mamusia będzie się mogła zabrać do jedzenia. Parę razy na tydzień, kiedy było ładnie, piliśmy kawę w ogrodzie, w cienistej i chłodnej altanie, którą obsadziłem chmielem i która była nam wielką pociechą w czas upałów. Tam spędzaliśmy jaką godzinkę, oglądając jarzyny, kwiaty, rozmawiając o rzeczach tyczących naszego życia i w ten sposób jeszcze lepiej karmiąc się jego słodyczą. Miałem drugą małą rodzinkę w końcu ogrodu, mianowicie pszczoły. Nie omieszkałem nigdy — a często mamusia ze mną — złożyć im wizyty; interesowałem się ich pracą; bawiłem się niezmiernie, widząc jak wracają z wyprawy, przy czym małe udka miały niekiedy tak obładowane, że ledwie mogły się posuwać. Przez pierwsze dni, ciekawość moja posunęła się aż do niedyskrecji, jakoż ukłuły mnie raz i drugi; ale później zawarliśmy tak ścisłą znajomość, że mogłem podchodzić choćby najdalej zupełnie bezkarnie, żadna mnie nie ukłuła. Wszystkie zwierzęta mają nieufność do człowieka, i słusznie; ale gdy raz obudzi w nich pewność, iż nie chce im szkodzić, nabierają takiego zaufania, że trzeba by być więcej niż barbarzyńcą, aby go nadużyć.
Wracałem do książek, ale owe popołudniowe zatrudnienia nie tyle już zasługują na nazwę pracy i nauki, ile raczej zabawy i wytchnienia. Nigdy nie znosiłem ślęczenia w pokoju po obiedzie, w ogóle wszelki wysiłek w upał jest mi uciążliwy. Oddawałem się tedy, bez przymusu i prawie bez reguły, lekturze. Umiejętnością, w którą zapuszczałem się najgłębiej, była historia i geografia; że zaś nie wymagały wytężenia umysłu, zrobiłem w nich postępy, o ile pozwalał mi mój brak pamięci. Chciałem przerobić ojca Petau369 i zapuściłem się w odmęt chronologii, ale zniechęciłem się bezładną i płytką częścią krytyczną i chętniej zajmowałem się studiowaniem dokładnych miar czasu i biegiem ciał niebieskich. Byłbym nabrał zamiłowania do astronomii, gdybym miał instrumenty; ale trzeba mi było zadowolić się podstawowymi wiadomościami z książek i paroma prymitywnymi obserwacjami, dokonanymi za pomocą lichej lunety jedynie dla rozeznania się w ogólnej sytuacji nieba, ile że krótki wzrok nie pozwala mi gołym okiem rozróżniać gwiazd. Przypominam tu sobie przygodę, której wspomnienie nieraz wprawiło mnie w wesołość. Kupiłem planisferę370 niebieską, aby studiować konstelacje. Umocowałem tę planisferę na ramie; kiedy niebo było pogodne, szedłem w nocy do ogrodu, umieszczałem ramę na czterech kijach mniej więcej mego wzrostu, obracając planisferę ku dołowi. Aby ją móc oświetlić mimo wiatru, wstawiłem świecę w gliniany garnek ustawiony między słupkami, następnie zaś, patrząc na planisferę gołymi oczyma, a na niebo przez lunetę, ćwiczyłem się w poznawaniu gwiazd i rozróżnianiu konstelacji. Wspomniałem, zdaje mi się, że ogród pana Noiret opuszczał się terasowato, za czym371 widać było z drogi, co się w nim dzieje. Jednego wieczora chłopi, przechodząc dość późno, ujrzeli mnie, w dziwnym stroju, oddanego memu zatrudnieniu. Blask padający na planisferę (źródła światła nie widzieli, zakrywały je ich oczom ściany garnka), cztery słupki, papier pokreślony figurami, rama, luneta, która to wysuwała się, to kurczyła — wszystko to przestraszyło ich. Strój mój również nie mógł się przyczynić do ich uspokojenia: kapelusz z wielkim rondem, nasadzony na szlafmycę, watowany kaftanik mamusi (nałożyła mi go przemocą), wszystko to dawało mi postać prawdziwego czarownika; że zaś było blisko północy, nie wątpili, że to początek sabatu. Nieciekawi dalszego ciągu, uciekli w popłochu, pobudzili sąsiadów, aby im opowiedzieć swoje zwidzenie, i historia poszła z ust do ust tak szybko, iż nazajutrz każdy w sąsiedztwie wiedział, że w ogrodzie pana Noiret odbywają się sabaty. Nie wiem, co by wynikło z tych pogłosek, gdyby nie to, że jeden z chłopów, świadek moich czarnoksięskich misteriów, pobiegł tego samego dnia na skargę do dwóch jezuitów, którzy nas odwiedzali niekiedy i którzy nie wiedząc, o co chodzi, z góry rozproszyli ich obawy. Opowiedzieli nam całą historię, wyjaśniłem przyczynę i uśmialiśmy się szczerze. Ale z obawy przed powtórzeniem się takiego wypadku uchwalono, że na przyszłość będę badał niebo bez światła, do planisfery zaś będę zaglądał w domu.
Taki był mój tryb życia w Charmettes, kiedy nie byłem zajęty pracą w polu; do tej miałem szczególne zamiłowanie. W zakresie, który nie przechodził moich sił, pracowałem jak prosty wieśniak. Co prawda, byłem wówczas tak osłabiony, iż mogłem dawać jedynie dobre chęci. Przy tym chciałem naraz spełniać dwie roboty, dlatego żadnej nie spełniałem dobrze. Ułożyłem sobie, iż choćby gwałtem, muszę wyrobić pamięć; upierałem się jak najwięcej uczyć się pamięciowo. W tym celu miałem zawsze przy sobie jakąś książkę, z której z okropnym trudem czytałem i powtarzałem głośno całe ustępy, wciąż przy tym zajęty pracą ręczną. Dziwię się sam, iż uporczywość owych czczych wysiłków nie doprowadziła mnie do ogłupienia. Eklog Wirgiliusza, z których nie umiem ani słowa, uczyłem się, zapominając i na nowo ucząc się, chyba ze dwadzieścia razy. Pogubiłem i zbrakowałem mnóstwo książek, nabrawszy zwyczaju noszenia ich wszędzie z sobą, do gołębnika, do ogrodu, do sadu, do winnicy. Zajęty czym innym, kładłem książkę pod drzewem albo na żywopłocie; zapominałem jej i często po dwóch tygodniach znajdowałem ją zgniłą albo zjedzoną przez mrówki i ślimaki. Ten szał kształcenia się stał się manią, która doprowadzała mnie wręcz do ogłupienia: bez przerwy mamrotałem coś przez zęby.
Ponieważ najczęstszą mą kulturę stanowiły pisma Port-Royal i Oratorium, stałem się przez nie wpółjansenistą. Mimo mej pogody ducha, ta twarda teologia przerażała mnie niekiedy372. Groza piekła, którego dotąd obawiałem się bardzo niewiele, mąciła mój spokój. Gdyby mamusia nie wpływała uspakajająco, ta przerażająca nauka byłaby mnie do cna opętała. Spowiednik mój, który był i jej spowiednikiem, dokładał starań, aby mi wrócić równowagę. Był to ojciec Hemet, jezuita, dobry i mądry staruszek, którego pamięć zawsze mi będzie szacowną. Mimo iż jezuita, miał on prostotę dziecka373, a moralność jego, nie tyle wolnomyślna, ile nacechowana łagodnością, stanowiła dla mnie najlepszą przeciwwagę jansenizmu. Ten poczciwiec i towarzysz jego, ojciec Copier, zachodzili często do Charmettes, mimo iż droga była ciężka i jak na ich wiek dość daleka. Odwiedziny ich były mi bardzo zbawienne. Niech Bóg odpłaci ich duszom! Zbyt bowiem sędziwi byli wówczas, abym mógł przypuszczać, że jeszcze żyją. Zachodziłem także do nich w Chambéry; oswajałem się po trosze w klasztorze; biblioteka ich stała mi otworem. Wspomnienie tych szczęśliwych chwil łączy się z jezuitami tak blisko, iż każe mi ich kochać dla tego wspomnienia; i mimo że ich nauka wydawała mi się zawsze bardzo niebezpieczną, nie mogłem się nigdy zdobyć na to, aby ich szczerze nienawidzić.
Chciałbym wiedzieć, czy przez dusze innych ludzi przemykają niekiedy dzieciństwa374 podobne moim. Wśród ciągłych studiów i życia tak niewinnego, jak tylko być może, mimo wszystkich zapewnień i perswazji, obawa piekła dręczyła mnie ciągle. Często stawiałem sobie pytanie: w jakim stanie znajduję się w tej chwili? Gdybym umarł teraz nagle, czy byłbym potępiony? Wedle jansenistów rzecz nie ulegała wątpliwości, ale wedle mego sumienia zdawało mi się, że nie. Wciąż niespokojny i miotany okrutną niepewnością, szukając ratunku, uciekałem się do najpocieszniejszych środków, za które, gdybym te objawy widział u kogoś drugiego, byłbym skłonny zamknąć człowieka do wariatów. Jednego dnia, dumając nad tym smutnym przedmiotem, ćwiczyłem się machinalnie w ciskaniu kamieniami o pnie i to z mą zwykłą zręcznością, to znaczy chybiając prawie za każdym razem. W pełni tego ćwiczenia, przychodzi mi nagle myśl, aby uczynić zeń prognostyk375 dla uśmierzenia obaw. Powiadam sobie: „Rzucę kamieniem o to drzewo; jeśli trafię — to znak, iż będę zbawiony; jeśli chybię — potępiony”. Tak sobie mówiąc, rzucam kamień drżącą ręką i ze straszliwym biciem serca, ale tak szczęśliwie, że ugodził w sam środek pnia. Po prawdzie, nie było to trudno, ponieważ byłem na tyle ostrożny, aby wybrać pień gruby i bardzo blisko. Od tego czasu nie wątpiłem już o mym zbawieniu. Przypominając sobie ten czyn, nie wiem czy śmiać się, czy ubolewać nad tobą. Wy, wielcy ludzie, którzy z pewnością śmiejecie się, możecie być dumni ze swej wyższości; ale nie urągajcie mej głupocie: przysięgam, że sam czuję ją dostatecznie.
Zresztą, te niepokoje, te strachy, nieodłączne może od pobożności, nie były stanem ciągłym. Zwykle byłem dość spokojny. Wrażenie, jakie myśl o bliskiej śmierci czyniła na mej duszy, było nie tyle smutkiem, ile jakąś spokojną omdlałością, nie wolną nawet od słodyczy. Odnalazłem niedawno między starymi papierami rodzaj nauki, jaką aplikowałem sobie samemu: chwaliłem w niej sobie, że umieram w wieku, w którym ma się dość odwagi, aby patrzeć w oczy śmierci, i że schodzę ze świata, nie doświadczywszy w mym życiu żadnych większych mąk ciała i ducha. Jakże miałem słuszność! Przeczucie jakieś kazało mi się obawiać życia i jego cierpień. Zdawałoby się, iż przewidywałem los, który mnie czekał na stare lata. Nigdy nie byłem tak blisko mądrości, jak w tej szczęśliwej epoce. Bez wielkich wyrzutów z powodu przeszłości, wolny od trosk na przyszłość, trwałem w dominującym w mej duszy uczuciu cieszenia się teraźniejszością. Dewoci mają zazwyczaj coś z drobnej, ale bardzo żywej zmysłowości, dającej im z lubością wysysać niewinne a dozwolone rozkosze. Ludzie światowi czynią im z tego zbrodnię, nie wiem czemu, albo raczej wiem: dlatego, że zazdroszczą drugim słodyczy czerpanej w prostych przyjemnościach, których smak sami zatracili. Ja miałem ten smak i znajdowałem wielki urok w zaspakajaniu go z czystym sumieniem. Serce moje, jeszcze świeże, oddawało się wszystkiemu ze szczęściem dziecka albo jeśli śmiem się tak wyrazić, z rozkoszą anioła, w istocie bowiem te spokojne słodycze podobne są z niewinności swojej rajskim. Obiady na trawie, wieczerze w altance, zrywanie owoców, żniwa, winobranie, darcie konopi wespół z naszymi ludźmi — wszystko to było jednym szeregiem zabaw, w których mamusia znajdowała tyleż radości, co ja. Samotne przechadzki miały jeszcze większy urok, gdyż serce wywnętrzało się z większą swobodą. Między innymi zrobiliśmy jeden spacer stanowiący epokę w mych wspomnieniach; było to w dzień świętego Ludwika376, którego imię nosiła mamusia. Wybraliśmy się rano, sami, wczesnym rankiem, po mszy, którą karmelita odprawił o świcie w kaplicy koło domu. Poddałem myśl, aby się puścić na przeciwległe zbocze, którego nie zwiedziliśmy jeszcze. Wysłaliśmy naprzód prowianty, bo wycieczka miała trwać cały dzień.
Mamusia, choć nieco okrągła i tłuściutka, była niezłą piechurką. Wędrowaliśmy z pagórka na pagórek, z lasku do lasku, czasem słońcem, często cieniem, odpoczywając po trosze i zapamiętując się na całe godziny; rozmawiając o sobie, o naszym związku, o słodyczach naszej doli, wyrażając życzenia, aby mogła trwać całe życie, życzenia, które niestety nie zostały wysłuchane! Wszystko składało się na to, aby ten dzień upłynął jak najszczęśliwiej. Niedawno padał deszcz, nie było pyłu, strumienie toczyły obficie wodę, chłodny wietrzyk poruszał liśćmi, powietrze było czyste, widnokrąg bez chmur, pogoda panowała na niebie jak w naszych sercach. Obiad sporządziliśmy w chałupie jakiegoś kmiotka i podzieliliśmy go z jego rodziną, błogosławiącą nas z całego serca. Ci poczciwi Sabaudczycy to tacy dobrzy ludzie! Po obiedzie schroniliśmy się w cień, pod wielkie drzewa. Gdy ja gromadziłem chrust, aby przyrządzić kawę, mamusia zbierała zioła po zaroślach. Po drodze nazrywałem mamusi cały pęk kwiatów. Pokazywała mi w ich budowie wiele ciekawych rzeczy, które mnie bawiły i które powinny były obudzić we mnie zamiłowanie do botaniki. Ale pora jeszcze nie nadeszła, byłem zbyt pochłonięty tyloma innymi studiami! W tej chwili przyszła mi myśl, która mnie oderwała od ziół i kwiatów. Stan duszy, w którym się znajdowałem, wszystko, cośmy mówili i robili tego dnia, przedmioty, które zwróciły moją uwagę, wszystko to przypomniało mi rodzaj snu, jaki marzyłem na jawie w Annecy przed siedmiu czy ośmiu laty, a o którym wspominałem w swoim miejscu. Związek był tak uderzający, że myśląc o tym, wzruszyłem się do łez. W wybuchu czułości uściskałem drogą przyjaciółkę: „Mamusiu, mamusiu — rzekłem z uniesieniem — ten dzień był mi przyrzeczony od dawna. Oto ziściło się wszystko, o czym mogłem marzyć. Szczęście moje, dzięki tobie, jest u szczytu. Oby nigdy nie doczekało się zachodu! Oby trwało tak długo, jak długo mi będzie drogim, nie skończyłoby się aż z mym życiem”.
Tak płynęły mi szczęśliwe dni, tym szczęśliwsze, że nie widząc nic, co by je mogło zmącić, w istocie koniec ich widziałem jedynie z końcem życia. To nie znaczy, aby źródło trosk zupełnie wyschło, ale skierowało się w odmienne koryto i starałem się zwrócić je, o ile mogłem, w stronę rzeczy użytecznych, tak aby przyniosło z sobą i lekarstwo. Mamusia z natury lubiła wieś, a moje towarzystwo mogło ją tylko w tym utrwalić. Stopniowo nabrała zamiłowania do gospodarstwa; lubiła wydobywać z ziemi ile się da, znała się na tym i zajęcie to robiło jej przyjemność. Nie wystarczał jej nawet kawałek gruntu przy domu; dzierżawiła, najmowała to pólko jakieś, to kawałek łąki. Słowem, przenosząc swą przedsiębiorczość w sferę rolnictwa, zamiast próżnować i wypoczywać, krzątała się tak, jakby miała zostać niebawem obywatelką ziemską. Nie podobał mi się zbytni jej zapał; powściągałem ją, ile mogłem, pewien, iż zawsze w końcu padnie ofiarą złudzeń i że usposobienie jej, szerokie i hojne, zawsze podniesie sumę wydatków ponad wysokość dochodu. Bądź co bądź, pocieszałem się tym, że przynajmniej dochód ten nie będzie zupełnie znikomy i pomoże jej do życia. Ze wszystkich przedsięwzięć, jakie mamusia mogła podjąć, to wydało mi się najmniej rujnujące; nie dopatrując się w nim zysków, widziałem wszelako nieustanne zatrudnienie, zdolne ocalić ją od awanturniczych pomysłów i wyzysku hultajów. W tej myśli pragnąłem gorąco odzyskać tyle sił i zdrowia, ile było trzeba, aby czuwać nad jej interesami, być dozorcą robotników, rodzajem plenipotenta377. Siłą rzeczy zajęcia, do których się wkładałem w tym celu, odrywając mnie od książek i każąc mi zapominać o moim stanie zdrowia, wpływały na nie tym samym korzystnie.
(1737–1741). Następnej zimy Barillot, wracając z Włoch, przywiózł mi kilka książek, między innymi Bontempiego378 i Cartella per musica ojca Banchieri379, które obudziły we mnie ciekawość do historii muzyki i do teoretycznych badań nad tą piękną sztuką. Barillot zabawił jakiś czas z nami; że zaś byłem od kilku miesięcy pełnoletni, postanowiliśmy, że najbliższej wiosny udam się do Genewy upomnieć się o mająteczek po matce, a przynajmniej o część, która na mnie przypada w oczekiwaniu wiadomości o losie brata. Stało się, jakeśmy postanowili. Udałem się do Genewy, ojciec stawił się tam również. Od dłuższego czasu bywał w tym mieście bez przeszkód, mimo że sprawy jego nie umorzono; ale ponieważ ceniono jego odwagę i szanowano charakter, patrzano przez palce na te dawne dzieje; przy tym władze, zajęte wielkim projektem, który wystrzelił niedługo później, nie chciały przed czasem drażnić mieszczaństwa, przypominając im nie w porę dawną stronniczość.
Lękałem się, aby mi nie czyniono trudności z powodu zmiany religii; nie doświadczyłem żadnych. Ustawy w Genewie są pod tym względem mniej surowe niż w Bernie, gdzie ktokolwiek zmieni wyznanie, traci nie tylko prawa obywatelskie, ale i majątek. Nie kwestionowano tedy mej należności, ale okazało się, nie wiem, jakim sposobem, iż stopniała ona do nieznacznej kwoty. Mimo iż było prawie pewne, że brat nie żyje, nie było prawnego dowodu. Nie posiadając wystarczających tytułów, aby się domagać jego części, zostawiłem ją bez żalu ojcu; jakoż korzystał z niej, póki żył. Skoro tylko załatwiono formalności i dostałem do rąk pieniądze, obróciłem część na książki, a resztę pospieszyłem zanieść do stóp mamusi. Serce biło mi w drodze z radości, a chwila, w której złożyłem te pieniądze w jej ręce, była mi tysiąc razy słodsza niż ta, w której dostały się one do moich. Przyjęła je z całą prostotą szlachetnych dusz, które spełniając co dzień te rzeczy bez wysiłku, patrzą na nie bez podziwu. Pieniądze obróciła prawie całkowicie na moje potrzeby i to z tą samą prostotą. Na ten sam użytek byłyby poszły, gdyby były spadły skądinąd.
Mimo to zdrowie moje nie polepszało się, przeciwnie, gasłem w oczach. Byłem blady i chudy jak szkielet, pulsowanie tętnic nękało mnie straszliwie, palpitacje były coraz częstsze, czułem nieustanny ucisk, a osłabienie doszło w końcu do tego, iż z trudnością zdołałem się poruszać. Nie mogłem przyspieszyć kroku, by zaraz nie dostać duszności; nie mogłem się schylić bez zawrotu głowy; nie mogłem podnieść najmniejszego ciężaru, byłem skazany na bezczynność, jakże nieznośną dla tak ruchliwego człowieka! To pewna, że w tym wszystkim było dużo waporów380. Wapory są chorobą ludzi szczęśliwych, i mnie tedy nie oszczędziły. Łzy wylewane bez przyczyny, napady przestrachu za szelestem liścia albo ptaszka, zmienność humoru wśród najmilszego życia, wszystko to zwiastowało jakby przesycenie słodyczą, objawiające się ową zbyt wybujałą wrażliwością. Jesteśmy tak niestworzeni, aby tu na ziemi kosztować szczęścia, że trzeba koniecznie, aby dusza lub ciało, o ile nie oba razem, spłaciły okup cierpieniu, a pomyślny stan jednego oddziaływa prawie zawsze ujemnie na drugie. Kiedy byłbym mógł cieszyć się rozkoszą życia, organizm mój, wyniszczony i osłabły, nie dopuszczał tego, a co najgorsza, niepodobna było odnaleźć siedziby choroby. W późniejszym życiu, mimo lat i mimo bardzo prawdziwych i poważnych cierpień, ciało moje jak gdyby odzyskało siły, aby lepiej odczuwać me niedole. Teraz, kiedy piszę te słowa, chory, blisko sześćdziesięcioletni, przygnieciony wszelkimi nieszczęściami, czuję w sobie więcej siły do dźwigania cierpień, niż ich miałem w kwiecie wieku dla słodyczy najprawdziwszego szczęścia.
Na dobitkę, liznąwszy w swoich lekturach nieco fizjologii, zabrałem się do anatomii. Otóż, uświadamiając sobie mnogość różnorodnych i złożonych części organizmu, dwadzieścia razy na dzień doznawałem uczucia, że to wszystko się we mnie rozprzęga. Mniej dziwiłem się temu, iż czuję się umierającym, niż temu, że jeszcze żyć mogę. Nie zdarzyło mi się przeczytać opisu choroby, abym natychmiast nie doszukał się jej w sobie. Jestem pewny, że gdybym nawet nie był chory, rozchorowałbym się wskutek tej nieszczęsnej nauki. Znajdując w każdej chorobie własne symptomaty, gromadziłem je w sobie wszystkie. Ponadto przybyła mi nowa, niebezpieczniejsza jeszcze, z której zdawało się, że już się wyzwoliłem, a mianowicie zapał do leczenia się. Jest to choroba nieunikniona prawie dla kogoś, kto zabrnie w dzieła lekarskie. Po długich dociekaniach, namysłach, porównaniach uroiłem sobie, że podstawą mego cierpienia jest polip w sercu; sam Salomon zdawał się uderzony tą ideą. Biorąc rzecz racjonalnie, powinno to było tylko utwierdzić mnie w dawniejszej determinacji. Stało się przeciwnie. Wytężyłem wszystkie siły na dociekanie, jak można by uleczyć polipa w sercu, z mocnym postanowieniem podjęcia tej cudownej kuracji. W czasie podróży, jaką Anet odbył niegdyś do Montpellier, aby poznać tamtejszy ogród botaniczny, powiedziano mu, że doktor Fizes381 uleczył kogoś z takiego polipa. To wystarczyło, aby mnie natchnąć żądzą szukania porady u doktora Fizes. Nadzieja wyleczenia dodała mi sił i energii do podróży. Pieniądze przywiezione z Genewy dostarczyły środków. Mamusia nie tylko nie odradzała mi, ale utwierdzała mnie w zamiarze. Puściłem się tedy do Montpellier.
Nie potrzebowałem wędrować tak daleko, aby znaleźć lekarza, jakiego mi było trzeba. Zbyt utrudzony podróżą konną, nająłem w Grenoble wehikuł. W Moirans spotkałem kilka innych, które nadjechały sznurkiem tuż za moim. Gwar, zamęt. Większość tych pojazdów należała do orszaku świeżo zamężnej damy nazwiskiem du Colombier382. Między innymi gośćmi towarzyszyła pannie młodej niejaka pani de Larnage383, nie tak młoda i piękna jak pani du Colombier, ale nie mniej urocza. Tamta zatrzymywała się w Romans, ta zaś miała jechać dalej, do Saint-Andiol, niedaleko Pont-Saint-Esprit. Może sobie czytelnik wyobrazić, że przy mym znanym niezdarstwie niełatwo przyszło do znajomości z tak świetnymi damami i otaczającą je świtą. Ale wreszcie, jadąc tą samą drogą, stając w tych samych oberżach i zmuszony, o ile nie chciałem uchodzić za dzikusa, siadać u tego samego stołu, nie mogłem uniknąć prezentacji. Przyszło zatem do tego, i to wcześniej, niżbym pragnął, cały bowiem ten zamęt nie bardzo odpowiedni był dla chorego z moim usposobieniem. Ale ciekawość tak przypiekła te szelmy kobietki, że aby doprowadzić do znajomości z mężczyzną, zaczynają od tego, iż zawracają mu głowę. Tak stało się ze mną. Pani du Colombier, otoczona zgrają fircyków, nie miała czasu na kokietowanie mnie; ale pani de Larnage, mniej oblegana i troskliwsza o zapewnienie sobie rozrywki w drodze, zabrała się do mnie z miejsca. Bywaj zdrów, biedny Janie Jakubie, a raczej bywajcie zdrowe febro, wapory, polipy. Wszystko gdzieś podziało się przy niej, z wyjątkiem pewnych palpitacji, które mi zostały i z których nie chciała mnie uleczyć.
Smutny stan mego zdrowia był pierwszą kanwą znajomości. Widziano, że jestem chory, wiedziano, że udaję się do Montpellier; widocznie z miny i z obejścia nie wyglądałem na rozpustnika, z dalszego ciągu bowiem okazało się jasno, iż nie czyniono co do mnie żadnych hańbiących przypuszczeń. Mimo że na ogół choroba nie jest dla mężczyzny zbyt dobrą rekomendacją u dam, w tym wypadku uczyniła mnie interesującym. Rano przysyłały dowiadywać się o moje zdrowie i zapraszały na czekoladę, wypytując się jak spędziłem noc. Jednego dnia, zgodnie z chwalebnym zwyczajem odpowiadania bez myśli, odrzekłem, że nie wiem. Sądziły, że mam źle w głowie; zaczęły mi się bliżej przyglądać i przegląd nie wypadł na moją niekorzyść. Usłyszałem raz, jak pani du Colombier mówiła do przyjaciółki: „Nieobyty jest trochę, ale miły”. To słówko dodało mi odwagi, uczyniło mnie miłym naprawdę.
W miarę jak postępowała zażyłość, trzeba było mówić coś o sobie: kto zacz, skąd jedzie, dokąd śpieszy. To wprawiało mnie w zakłopotanie, czułem dobrze, że w tym świetnym towarzystwie, wobec wykwintnych dam, epitet „nowo nawrócony” będzie dla mnie zabójczy. Nie wiem, jak mi ten koncept wpadł do głowy, dość że, ni stąd ni zowąd, postanowiłem udawać Anglika, nazwiskiem Dudding384; co osobliwsze, uwierzono w to.
Był w towarzystwie niejaki markiz de Torignan, chory jak i ja, do tego stary i dość zrzędny. Otóż, ten przeklęty nudziarz uparł się zawiązać rozmowę z panem Dudding. Zagaił o królu Jakubie, o pretendencie, o dawnym dworze w Saint-Germain385. Siedziałem jak na szpilkach; wiedziałem o tym ledwie tyle, co przeczytałem w Hamiltonie386 i w gazetach; mimo to spożytkowałem te wiadomości tak dobrze, że wykręciłem się ze sprawy; szczęściem, nikomu nie przyszło na myśl brać mnie na egzamin z języka angielskiego, którego nie znałem ani słowa.
Cała kompania dobrze czuła się z sobą i z żalem patrzyła na zbliżające się rozstanie. Wlekliśmy się ślimaczym krokiem. Pewnej niedzieli znaleźliśmy się w Saint-Marcellin. Pani de Larnage chciała iść na mszę; towarzyszyłem jej, co omal nie popsuło mej sprawy. W kościele zachowywałem się tak, jak było moim zwyczajem. Z postawy mej, poważnej i skupionej, mniemała, iż ma do czynienia z bigotem, i powzięła o mnie najgorszą opinię, jak mi to wyznała w dwa dni potem. Trzeba mi było później dużo galanterii, aby zatrzeć to złe wrażenie; lub raczej pani de Larnage, jako kobieta doświadczona i niełatwo dająca się zrazić, zechciała zaryzykować pewne awanse, aby się przekonać, jak się wywiążę ze sprawy. Istotnie, nie szczędziła mi ich, i to takich, iż ja, o sto mil od męskiej próżności, myślałem, że sobie żartuje ze mnie. Pod wpływem tego dzieciństwa, sadziłem głupstwo na głupstwo, gorzej niż margrabia w Zapisie387. Pani de Larnage nie dawała za wygraną, zachowywała się tak wyzywająco i mówiła mi rzeczy tak czułe, że człowiekowi o wiele mniej niewinnemu trudno by było wszystko wziąć za dobrą monetę. Im dalej się posuwała, tym bardziej utwierdzała mnie w mojej idei, co mnie dręczyło tym więcej, ile że tymczasem sam zawróciłem sobie porządnie głowę. Mówiłem w duchu i jej powtarzałam, wzdychając: „Ach, czemuż to wszystko nie jest prawda! Byłbym najszczęśliwszy z ludzi!”. Sądzę, iż naiwność nowicjusza podrażniła tylko jej kaprys; to fakt, iż zdecydowana była nie dać za wygraną.
Zostawiliśmy w Romans panią du Colombier z jej orszakiem. Ciągnęliśmy dalej naszą drogę najwolniej i najrozkoszniej w świecie: pani de Larnage, margrabia de Torignan i ja. Margrabia, mimo iż chory i zrzędny, był w gruncie niezły człowiek, ale niezbyt lubiący rolę biernego świadka cudzych przyjemności. Pani de Larnage tak mało ukrywała skłonność do mojej osoby, iż margrabia spostrzegł się na tym wcześniej ode mnie. Jeśli nie co innego, to same jego sarkazmy powinny były wlać we mnie ową pewność siebie, której nie śmiałem nabrać z przymilności mej damy. Ba, cóż, kiedy wpadłem na koncept, do jakiego jedynie ja byłem zdolny, że oni się porozumieli, aby mnie brać na fundusz. Ten głupi pomysł do reszty zmącił mi w głowie i kazał mi odgrywać najgłupszą w świecie rolę w sytuacji, w której serce moje, szczerze rozkochane, umiałoby podyktować mi o wiele wdzięczniejszą. Nie pojmuję, w jaki sposób pani de Larnage nie zraziła się mymi komediami i nie odpędziła mnie ze wzgardą. Ale to była wytrawna osoba, która rozumiała się na ludziach i widziała, że źródłem mego umiarkowania jest bardziej głupota niż co innego.
Doprowadziła wreszcie do tego, żeśmy się porozumieli; ale nie przyszło to jej bez trudu. Przybyliśmy do Valence, aby tam spożyć obiad, i wedle naszego chwalebnego zwyczaju zostaliśmy tam już resztę dnia. Mieszkaliśmy w oberży za miastem; nigdy nie wyjdzie mi z pamięci ta oberża i pokój, który pani de Larnage w niej zajmowała. Po obiedzie zapragnęła przejść się nieco. Wiedziała, że z margrabiego niewielki piechur; był to sposób zapewnienia nam dwojgu sam na sam, którego postanowiła sobie nie zmarnować; zważywszy bliski kres podróży, niewiele mieliśmy zaiste czasu do stracenia. Przechadzaliśmy się koło miasta wzdłuż wałów. Tam rozpocząłem na nowo swoje wzdychania, na które, przyciskając od czasu do czasu do piersi me ramię, odpowiadała tak tkliwie, że trzeba było iście mojej głupoty, aby nie spróbować doświadczalnie sprawdzić szczerości jej słów. Najlepsze jest, iż ja sam byłem przy tym w najwyższym stopniu wzruszony. Powiedziałem, że pani de Larnage była powabna: miłość uczyniła ją czarującą; dzięki niej odzyskała cały blask młodości i rozwijała swą zalotność z takim kunsztem, że byłaby uwiodła najwytrawniejszego gracza. Czułem się tedy bardzo nieswój i wciąż o krok od ostatecznych granic; ale obawa obrażenia jej lub zrażenia, jeszcze większy strach, że może mnie wyszydzić, wydrwić, wystrychnąć na dudka, ba, uczynić przedmiotem zabawy przy stole i ściągnąć na mnie drwiny nielitościwego margrabiego, wszystko to paraliżowało mnie do tego stopnia, iż sam byłem wściekły na mą niewczesną wstydliwość, ale nie umiałem jej pokonać. Byłem na torturach; zaniechałem westchnień Celadona388, których śmieszność w podobnej sytuacji, na ustronnej dróżce leśnej, sam rozumiałem; nie wiedząc już, jak się zachować ani co rzec, milczałem; byłem chmurny, nadąsany; słowem, robiłem, co w mej mocy, aby ściągnąć na siebie niełaskę, której się tak obawiałem. Szczęściem, pani de Larnage powzięła bardziej ludzkie postanowienie. Przerwała nagle to milczenie, oplatając mi rękę koło szyi, a zarazem usta jej przemówiły do moich zbyt wymownie, abym mógł dłużej trwać w błędzie. Przesilenie to nie mogło wypaść bardziej w porę. W mgnieniu oka przeszedłem do właściwej roli, a był czas. Obudziła we mnie to zaufanie, którego brak niemal zawsze przeszkadzał mi być sobą. Nigdy oczy moje, zmysły, serce i usta nie były tak wymowne; nigdy tak wspaniale nie okupiłem swych błędów. Jeśli to małe zwycięstwo kosztowało panią de Larnage nieco trudów, mogę sobie pochlebić, że nie miała powodu ich żałować.
Choćbym żył sto lat, zawsze wspomnienie tej uroczej kobiety będzie mi szczerą rozkoszą. Powiadam „uroczej”, mimo że nie była ani młoda, ani ładna; bądź co bądź, nie była stara i brzydka, i nie było w jej postaci nic, co by przeszkadzało błyszczeć w całej pełni reszcie jej zalet. W przeciwieństwie do innych kobiet twarz jej, zniszczona, jak sądzę, od różu, była najmniej świeżym jej szczegółem. Pani de Larnage miała przyczyny, aby być łatwą: w ten jedynie sposób mogła dać poznać to, co w niej było najbardziej urocze. Można ją było ujrzeć, a nie pokochać, ale nie można było posiadać jej, a nie ubóstwiać; co dowodzi, o ile mi się zdaje, że nie zawsze była tak hojna swymi łaskami jak ze mną. Kaprys, który ją pchnął w moje ramiona, był zbyt nagły i żywy, aby go można było usprawiedliwić, ale serce miało w nim co najmniej tyleż udziału co zmysły. Przez ten krótki i rozkoszny czas, który przy niej spędziłem, mam prawo przypuszczać — a to ze starań, jakich dokładała, aby mnie oszczędzać — iż mimo że zmysłowa i łakoma rozkoszy, wyżej jeszcze stawiała względy mego zdrowia niż swoją przyjemność.
Nasze porozumienie nie ukryło się przed margrabią. Mimo to nie zaprzestał docinków; przeciwnie, bardziej niż wprzódy prześladował mnie jako biednego wzdychacza, męczennika kobiecej srogości. Nigdy nie wymknęło mu się najmniejsze słowo, uśmiech, spojrzenie, które by pozwoliło się domyślać, że nas odgadł. Byłbym mniemał, żeśmy go wywiedli w pole, gdyby pani de Larnage, bystrzejsza ode mnie, nie powiedziała mi, że tak nie jest, tylko że margrabia jest człowiek rycerski; w istocie, nie można by się zachowywać dworniej ani roztaczać więcej uprzejmości, nawet dla mnie (pomijając niewinne przycinki), zwłaszcza od czasu mego tryumfu. Może przypasywał mi jego zasługę i uważał mnie za mniejszego dudka, niż na to wyglądałem. Mylił się, jak wiadomo czytelnikom; ale mniejsza, omyłka jego wychodziła mi na dobre. Pewien, że aplauz słuchaczy będzie po mojej stronie, dość wdzięcznie i chętnie znosiłem jego przycinki, odgryzając się niekiedy wcale szczęśliwie. Dumny byłem, iż mogę w obecności pani de Larnage popisywać się dowcipem, który ona we mnie tchnęła. Stałem się innym człowiekiem.
Byliśmy w okolicy sławnej z dobrej kuchni, zwłaszcza o tej porze; wszędzie też biesiadowaliśmy znakomicie dzięki umiejętnym staraniom margrabiego. Byłbym go w zamian chętnie uwolnił od troskliwości o wybór pokojów, ale posyłał zawsze naprzód lokaja dla zatrzymania kwatery: ten hultaj, czy to z własnego konceptu, czy na rozkaz pana, umieszczał zawsze margrabiego obok pani de Larnage, a mnie pchał na drugi koniec gospody. Ale to nie kłopotało nas wcale i schadzki miały przez to tym więcej pieprzyku. To rozkoszne życie trwało cztery czy pięć dni, podczas których pływałem w najsłodszych upojeniach. Piłem tę chwilę czystej i żywej słodyczy, bez żadnej domieszki zgryzot. Były to pierwsze i jedyne chwile, których kosztowałem w ten sposób i mogę rzec, iż pani de Larnage zawdzięczam, że nie umrę, nie poznawszy rozkoszy.
Jeżeli to, co czułem dla niej, nie było, ściśle biorąc, miłością było to w każdym razie tak czułe odbicie miłości, którą ona mi okazywała, upojenie zmysłów tak palące w swej rozkoszy i poufałość tak słodka, że posiadała urok namiętności, będąc zarazem wolna od jej szału, który mąci głowę i nie dość pozwala cieszyć się użyciem. Raz tylko w życiu czułem prawdziwą miłość i nie ona była jej przedmiotem. Nie kochałem jej również tak, jak pokochałem i kochałem jeszcze panią de Warens, ale dlatego właśnie posiadałem ją sto razy lepiej. W ramionach mamusi rozkosz moją mąciło zawsze uczucie smutku, jakieś tajemne ściśnienie serca, które nie bez trudności przychodziło mi zwyciężyć: miast cieszyć się, że ją posiadam, wyrzucałem sobie, że ją kalam. Przy pani de Larnage, przeciwnie, dumny z własnej męskości i szczęścia, oddawałem się porywom zmysłów z radością, z ufnością w siebie; podzielałem upojenia, które dawałem mej kochance; miałem dość świadomości, aby spoglądać z dumą i rozkoszą na swój tryumf i czerpać w nim siły do mnożenia jego symbolów.
Nie przypominam sobie, w jakiej miejscowości opuścił nas margrabia, którego dobra leżały w tych stronach. To wiem, iż znaleźliśmy się sami, nim dotarliśmy do Montélimart; z tą chwilą, pani de Larnage przeniosła pannę służącą do mego wehikułu, a mnie zabrała do swego. Mogę zapewnić, że droga odbywana w ten sposób nie wydała się nam nudną; trudno by mi było zdać sprawę z wyglądu okolic, któreśmy przebiegali. W Montélimart towarzyszka moja miała jakieś sprawy, które zatrzymały ją trzy dni. Przez cały ten czas wszelako opuściła mnie ledwie na kwadrans, dla jakiejś wizyty, która ściągnęła na nią nudne towarzyskie konsekwencje i zaproszenia, zresztą daremne. Zasłoniła się niedomaganiem; co nam nie przeszkodziło przechadzać się codziennie sam na sam w najcudniejszej okolicy i pod najcudniejszym niebem w świecie. Och, te trzy dni! Nieraz przyszło mi ich żałować; nigdy odtąd nie przeżyłem podobnych!
Miłostki podróżne kończą się tak, jak się zaczęły. Trzeba się było rozstać, a wyznaję, że był czas. Nie, iżbym był przesycony lub bliski przesytu, owszem, przywiązywałem się z każdym dniem więcej; ale mimo całej oględności mej damy, już niewiele mogłem dożyć u jej stóp poza dobrą wolą. Staraliśmy się rozproszyć żale projektami spotkania. Zapadło postanowienie, że skoro ta kuracja idzie mi na zdrowie, mam się jej jeszcze poddać i że przyjadę spędzić zimę w Saint-Andiol pod opieką pani de Larnage. Miałem pobyć w Montpellier pięć lub sześć tygodni, aby jej zostawić czas przygotowania tego spotkania w sposób zapobiegający plotkom. Dała mi obszerne informacje co do wszystkiego, co powinienem był wiedzieć, co mówić, w jaki sposób się zachować. Tymczasem mieliśmy do siebie pisywać. Zachęcała mnie obszernie i poważnie do pielęgnowania zdrowia; upominała, abym się udał do najlepszych lekarzy i troskliwie wypełniał wszystko, co mi zalecą. Zobowiązała się przypilnować mnie, kiedy będę bawił u niej, abym wypełniał ich przepisy, choćby najsurowsze. Sądzę, że mówiła szczerze, kochała mnie w istocie; dała mi tego tysiąc dowodów bardziej przekonywających niż sam dar jej osoby. Osądziła z mego wyekwipowania, że nie muszę opływać w zbytki; mimo iż sama nie bogata, chciała mnie przy rozstaniu zmusić, abym z nią podzielił zawartość jej sakiewki, wcale dobrze zaopatrzonej na drogę; z wielkim trudem przyszło mi się obronić. Wreszcie rozstałem się z nią, z sercem pełnym mej towarzyszki, i zostawiając w niej, o ile mi się zdaje, szczere przywiązanie.
Wlokłem się dalej mą drogą, przeżywając ją na nowo we wspomnieniu, na razie bardzo rad, iż spoczywam w wygodnym wehikule, aby tym swobodniej dumać o rozkoszach, jakich zakosztowałem, i tych, które mi przyrzeczono. Rozmyślałem wciąż o zamku w Saint-Andiol i o uroczym życiu, które mnie tam czeka; widziałem jedynie panią de Larnage i jej otoczenie: reszta świata była niczym dla mnie; o mamusi nawet zapomniałem. Zabawiałem się kombinowaniem wszystkich szczegółów natrąconych przez panią de Larnage, starając się z góry stworzyć sobie pojęcie o jej mieszkaniu, sąsiedztwie, towarzystwie, o całym sposobie życia. Miała córkę, o której mówiła często z bałwochwalstwem matki. Ta córka miała skończonych piętnaście lat, miała być śliczna, żywa i miła. Pani upewniała mnie, że będę u niej w łaskach; nie zapomniałem tej obietnicy i z wielką ciekawością roiłem sobie, w jaki sposób panna de Larnage zachowa się wobec beniaminka389 swej mamy. Taką była treść moich marzeń od Pont-Saint-Esprit aż do Remoulin.
Polecono mi, abym zwiedził most gardyjski390; nie omieszkałem uczynić tego. Było to pierwsze dzieło Rzymian, jakie oglądałem. Spodziewałem się ujrzeć pomnik godny rąk, które go wzniosły. Tym razem przedmiot przeszedł moje oczekiwania; było to jedyny raz w życiu. Tylko Rzymianom dane było sprawić ten skutek. Widok tej prostej i szlachetnej budowli uderzył mnie tym więcej, ile że położona jest w pustkowiu, gdzie milczenie i samotność czynią sam przedmiot bardziej uderzającym, a podziw tym żywszym, ów rzekomy most był w istocie tylko wodociągiem. Zadawałem sobie pytanie, jaka siła przeniosła kamienie tak olbrzymie z tak daleka od wszelkiego łomu i zgromadziła ręce tylu tysięcy ludzi w miejscu zupełnie bezludnym? Przebiegłem trzy piętra tej wspaniałej budowli, którą przez szacunek ledwie śmiałem deptać nogami. Odgłos moich kroków pod tymi olbrzymimi sklepieniami budził we mnie wrażenie, iż słyszę silny głos tych, którzy je wznieśli. Gubiłem się jak robak w tym ogromie. Czułem, czyniąc się tak małym, coś nieokreślonego, co mi wzbierało w duszy; mówiłem sobie, wzdychając: „Czemuż nie urodziłem się Rzymianinem!”. Trwałem tam kilka godzin w zachwyceniu. Wróciłem roztargniony i zadumany, a zaduma ta nie była korzystna dla pani de Larnage. Pamiętała o tym, aby mnie ubezpieczyć przeciw dziewczętom w Montpellier, ale nie przeciw gardyjskiemu mostowi. Niepodobna pamiętać o wszystkim.
W Nimes poszedłem zobaczyć arenę: jest to dzieło o wiele wspanialsze niż most gardyjski, ale uczyniło na mnie o wiele mniejsze wrażenie, czy że podziw mój wyczerpał się na pierwszym przedmiocie, czy że położenie areny w środku miasta mniej było sposobne, aby go obudzić. Ta rozległa a wspaniała arena otoczona jest małymi domkami; inne domki, jeszcze mniejsze i szpetniejsze, zapełniają ją, tak iż całość sprawia niejednolite i zmącone wrażenie, w którym żal i oburzenie dławią przyjemność i podziw. Widziałem, od tego czasu, arenę w Weronie, nieskończenie mniejszą i mniej piękną niż w Nimes, ale utrzymaną i zachowaną z możliwą schludnością i przystojnością, i która przez to samo sprawiła na mnie silniejsze i milsze wrażenie. Francuzi nie dbają o nic i nie szanują żadnego pomnika. Są pełni zapału, gdy chodzi o podjęcie czego, ale nie umieją niczego skończyć ani zachować.
Zmieniłem się do tego stopnia i zmysłowość moja, raz obudzona, rozwinęła się tak pięknie, iż zatrzymałem się jednego dnia w „Pont de Lunel”, aby dać folgę memu apetytowi w gospodzie. Gospoda ta, najwyżej szacowna ze wszystkich w Europie, zasługiwała na to wyróżnienie. Gospodarze umieli skorzystać z jej szczęśliwego położenia, aby prowadzić kuchnię zaopatrzoną obficie i doborowo. Było to, w istocie, ciekawe, znaleźć w samotnym domostwie we wsi stół zaopatrzony w rybę morską i rzeczną, w doskonałą dziczyznę, przednie wina, obsłużony z owym wyszukaniem i pamięcią, jakie znajduje się jedynie u możnych i bogaczy, a wszystko za marnych trzydzieści pięć su. Ale „Pont de Lunel” niedługo wytrwało na tej stopie, i tak długo żyło swą reputacją, aż straciło ją w końcu zupełnie.
Zapomniałem w ciągu drogi, że jestem chory; przypomniałem sobie o tym, przybywając do Montpellier. Wapory opuściły mnie, ale wszystkie inne cierpienia zostały; i chociaż przyzwyczajenie stępiło mą wrażliwość, było tego dosyć, aby przyprawić o śmierć z samego przestrachu kogoś, na kogo tyle chorób spadłoby od razu. W rzeczywistości były one mniej bolesne niż niepokojące i więcej dręczyły umysł niż ciało, któremu zdawały się grozić zniszczeniem. Stąd pochodziło, że, ogarnięty żywą namiętnością, przestałem myśleć o mym stanie; ale ponieważ nie był on urojony, odczułem go natychmiast, skoro nieco ochłonąłem. Myślałem tedy poważnie nad radami pani de Larnage i nad celem mej podróży.
Udałem się szukać porady u najznamienitszych praktyków, a zwłaszcza u doktora Fizes. Na domiar ostrożności umieściłem się u lekarza. Był to Irlandczyk nazwiskiem Fitz-Moris391. Stołował u siebie wielu studentów medycyny; dla chorego przedstawiało to tę dogodność, że pan Fitz-Moris zadowalał się przyzwoitą pensyjką za życie, a nic nie żądał już od chorych za opiekę lekarską. Podjął się wykonania przepisów pana Fizes i czuwania nad mym zdrowiem. Wywiązał się z tego bardzo dobrze, przynajmniej co się tyczy diety; nie było na jego pensji obawy o przeładowanie żołądka. Mimo że nie jestem zbyt wrażliwy na takie braki, porównanie z niedawną przeszłością było tak rażące, że nieraz nie mogłem się wstrzymać w duchu od uwagi, że pan de Torignan był lepszym prowiantmistrzem od pana Fitz-Moris. Mimo to, ponieważ ostatecznie nie cierpiało się głodu, a cała ta młoda kompania była wesoła, życie, jakie tam pędziłem, bardzo mi w istocie posłużyło i nie dało mi popaść w dawne omdlenia. Ranek trawiłem na zażywaniu lekarstw, a zwłaszcza jakichś wód, zdaje mi się Vals, i na pisaniu do pani de Larnage; korespondencja bowiem szła swoim trybem, a pan Rousseau podejmował trud odbierania listów dla swego przyjaciela Duddinga. W południe spacer z którymś z młodych stołowników, poczciwych i chętnych chłopców. Następnie obiadowało się wesoło. Po obiedzie zaprzątaliśmy się do wieczora bardzo ważną sprawą; mianowicie, udawaliśmy się za miasto, gdzie po kilku partiach krykieta czekał nas podwieczorek. Ja nie grywałem; nie miałem do tego dość siły ani zręczności, ale zakładałem się i przejęty swoim zakładem, uganiając za graczami, zażywałem miłego i zbawiennego ruchu, który na mnie znakomicie oddziaływał. Podwieczorek spożywało się w karczemce za miastem. Nie potrzebuję nadmieniać, że podwieczorki te były wesołe; ale dodam, iż były niewinne, mimo że dziewczęta w karczmie były wcale niczego. Pan Fitz-Moris, wielki amator krykieta, był naszym przewodniczącym. Na przekór reputacji, jakiej zażywają studenci, mogę powiedzieć, iż wśród całej tej młodzieży znalazłem więcej obyczajności i przyzwoitości, niżby można było znaleźć w równie licznej kompanii dorosłych. Byli więcej hałaśliwi niż wyuzdani, bardziej weseli niż rozpustni. Co do mnie, tak łatwo dostrajam się do każdego trybu, o ile jest oparty na swobodzie, że nic bym nie miał przeciw temu, aby ten pobyt trwał wiecznie. Było pomiędzy tymi studentami paru Irlandczyków, od których starałem się nauczyć kilku słów po angielsku, przez wzgląd na pobyt w Saint-Andiol, zbliżał się bowiem czas, że miałem się tam udać. Pani de Larnage nalegała w każdym liście; nie postało mi w myśli być nieposłusznym. Jasnym jest, iż lekarze, którzy nic nie rozumieli z mej choroby, patrzyli na mnie jako na chorego z urojenia i odpowiednio do tego traktowali mnie swoją chininą, wodami i serwatką. Wręcz przeciwnie do teologów, lekarze i filozofowie przyjmują za prawdziwe tylko to, co mogą wytłumaczyć, a własną zdolność rozumienia czynią miarą możebności. Ci panowie nic nie pojmowali z mojej choroby; ergo392 nie byłem chory, bo jak przypuścić, aby doktorzy nie wiedzieli wszystkiego? Spostrzegałem, iż starają się jeno zabawić mnie i uwolnić od ciężaru zbytniej ilości ludwików; sądząc tedy, że ich zastępca w Saint-Andiol wywiąże się z tego równie dobrze jak oni, a o wiele przyjemniej, postanowiłem dać mu pierwszeństwo i opuściłem Montpellier z tym roztropnym postanowieniem.
Wyjechałem z końcem listopada, po sześciu lub ośmiu tygodniach pobytu w tym mieście, gdzie zostawiłem ze dwanaście ludwików bez żadnego pożytku dla zdrowia ani dla nauki, chyba że jako taki policzę kurs anatomii, który zacząłem pod kierunkiem pana Fitz-Moris i który musiałem przerwać z przyczyny ohydnego zaduchu trupów, dla mnie nie do zniesienia.
Nie będąc w zupełnej zgodzie z samym sobą co do powziętego postanowienia, biłem się z myślami, posuwając się wciąż ku Pont-Saint-Esprit, które leżało po drodze zarówno do Saint-Andiol, jak do Chambéry. Wspomnienia mamusi i listy jej, mimo że mniej częste niż listy pani de Larnage, obudziły na nowo w mym sercu wyrzuty, które stłumiłem w czasie mej podróży. W tej powrotnej drodze stały się one tak żywe, że przeważając instynkt rozkoszy, pozwoliły mi dać ucho głosowi rozsądku. Przede wszystkim, rola awanturnika, na którą się puszczałem, mogła obecnie powieść się mniej szczęśliwie niż za pierwszym razem. Wystarczało, by w całym Saint-Andiol znalazła się jedna osoba, która była w Anglii, znała Anglików lub umiała po angielsku, aby mnie zdemaskowano. Rodzina pani de Larnage mogłaby patrzeć na mnie krzywym okiem i czynić mi afronty. Córka, o której mimo woli myślałem więcej niżby należało, również była dla mnie przedmiotem niepokoju: drżałem, że mogę się w niej zakochać, a sama ta obawa popychała mnie już ku niebezpieczeństwu. Miałżem tedy, w nagrodę względów matki, uwodzić jej córkę, wchodzić w najbardziej naganne i występne stosunki, wprowadzać waśń, niesławę, zgorszenie i piekło do domu! Ta myśl przejęła mnie grozą; powziąłem niezłomne postanowienie zwyciężenia się i zduszenia tej nieszczęsnej miłości, w razie gdyby się miała obudzić. Ale po co narażać się na taką walkę! Cóż za nędzne istnienie: żyć z matką, którą byłbym przesycony, a pałać uczuciem do córki, nie śmiejąc go jej okazać! Po cóż gonić za tym szaleństwem, po co się wystawiać na nieszczęścia, afronty, wyrzuty, dla rozkoszy, których największy urok wyczerpałem z góry? To pewna bowiem, iż skłonność moja nie zachowała już pierwszej żywości; chętka rozkoszy przetrwała jeszcze, ale namiętność uleciała. Do tego mieszały się refleksje przypominające mi moje położenie, obowiązki, mamusię, tak dobrą, tak bezinteresowną, która mimo iż przygnieciona długami, rujnowała się jeszcze dla mych wydatków, krwi sobie utaczała dla mnie, a ja ją zdradzałem tak niegodnie! Wyrzut ten stał się tak żywy, iż wreszcie odniósł zwycięstwo. Zbliżając się do Saint-Esprit, postanowiłem minąć Saint-Andiol i ruszyć prosto. Wypełniłem to mężnie, nie bez paru westchnień, przyznaję, ale zarazem z tym wewnętrznym zadowoleniem, odczuwanym po raz pierwszy w życiu, iż mogłem sobie powiedzieć: zasłużyłem na własny szacunek, umiałem obowiązkowi dać pierwszeństwo przed rozkoszą. Oto pierwsza prawdziwa zdobycz, którą zawdzięczam nauce: ona to nauczyła mnie zastanawiać się, porównywać. W obliczu zasad tak czystych, które przyswoiłem sobie świeżo, w obliczu prawideł roztropności i cnoty, które sobie postawiłem i z których czułem się tak dumny, wstyd zdradzenia samego siebie, sprzeniewierzenia się tak jaskrawo własnym zasadom przeważył pokusę. Może ambicja odgrywała w mym postanowieniu takąż rolę co cnota; ale jeśli ta ambicja nie jest samą cnotą, skutki jej są tak podobne, że omyłka jest do wybaczenia.
Jedną z korzyści dobrych uczynków jest to, iż podnoszą one duszę i zachęcają ją do wspinania się na szczeble dalszej doskonałości. Tak wielką jest słabość ludzka, iż samo wstrzymanie się od złego mamy prawo liczyć do dobrych uczynków. Skoro tylko powziąłem owo zbawienne postanowienie, stałem się innym człowiekiem albo raczej stałem się znowu tym, którym byłem wprzódy, a który zatracił się przez chwilę odurzenia. Pełen dobrych uczuć i postanowień, wędrowałem dalej mą drogą w najlepszych intencjach okupienia błędu, pragnąc odtąd budować życie jedynie na cnocie, poświęcić się bez zastrzeżeń w służbach najlepszej z matek, zachować jej tyleż wierności, ile miałem dla niej przywiązania i głuchym być na głos miłości innej niż miłość obowiązku. Niestety! Ten tak szczery powrót do dobrego zdawał się znaczyć mi inną dolę: ale snadź była ona zapisana już i rozpoczęta; i kiedy serce moje, pełne uczucia dla rzeczy dobrych i zacnych, chciało widzieć w życiu samą jeno niewinność i szczęście, właśnie zbliżałem się do złowrogiego momentu, którego następstwem miał być długi łańcuch mych niedoli.
Chęć rychłego przybycia na miejsce sprawiła, iż wędrowałem większymi etapami, niż zrazu myślałem. Z Valence oznajmiłem mamusi dzień i godzinę. Zyskawszy pół dnia na mym rachunku, przeczekałem ten czas w Chaparillan, aby przybyć ściśle tak, jak zapowiedziałem. Chciałem skosztować w całej słodyczy uroku powitania. Wolałem raczej opóźnić tę chwilę, aby w zamian spotęgować jej rozkosz świadomością, iż jestem oczekiwany. Zwykle wychodziło mi to tylko na korzyść. Zawsze dotąd każdy mój powrót był prawdziwym świętem: i tym razem spodziewałem się tego; a wylewy radości drogiej mamusi, na które byłem tak czuły, warte były, aby na nie trochę poczekać.
Przybyłem tedy dokładnie w oznaczonej godzinie. Z daleka wyglądałem, czy nie ujrzę jej na drodze; serce biło mi coraz mocniej, w miarę jak się zbliżałem. Przybiegam zdyszany, pojazd bowiem zostawiłem w mieście; nie widzę nikogo na dziedzińcu, w bramie, w oknie; zaczynam się mieszać, lękam się jakiegoś wypadku. Wchodzę, wszędzie spokój: czeladź siedzi przy podwieczorku w kuchni; zresztą393 żadnych przygotowań. Służąca wydaje się zdziwiona moim widokiem; nie wiedziała, że mam wrócić. Wchodzę na górę, widzę wreszcie tę drogą mamusię, tak czule, tak żywo, tak czysto ukochaną; przybiegam, rzucam się do jej stóp. „Ach, jesteś, mały — rzekła, ściskając mnie. — Dobrą miałeś drogę? Jak się miewasz?” To przyjęcie zmieszało mnie trochę. Spytałem, czy otrzymała list. Odpowiedziała twierdząco. „Byłbym mniemał, że nie” — odparłem; i na tym kończyły się wyjaśnienia. W pokoju jej znajdował się młody człowiek. Znałem go, przed wyjazdem widywałem go czasem w domu; ale tym razem wydawał się zakwaterowany na dobre; jakoż i tak było. Krótko mówiąc, zastałem miejsce zajęte.
Ten młody człowiek pochodził z Vaud, ojciec jego, nazwiskiem Vintzenried, był odźwiernym lub jak się sam nazywał, kapitanem zamku Chillon. Syn pana kapitana był czeladnikiem fryzjerskim i w tym charakterze wędrował po świecie, gdy się przedstawił pani de Warens, która przyjęła go życzliwie jak wszystkich podróżnych, zwłaszcza z jej stron. Był to rosły blondyn o mdłej powierzchowności, dość dobrze zbudowany, o płaskiej twarzy i równie płaskiej duszy. Wysławiał się pretensjonalnie, mieszając w rozmowie wszystkie tony, wszystkie nawyczki swego rzemiosła z długiem wyliczaniem sercowych podbojów. Z chwalebną dyskrecją wymieniał jedynie połowę margrabin, z którymi dzielił łóżko, twierdząc wszelako, iż nie zdarzyło mu się trefić głowy pięknej kobiecie, aby nie utrefił również i głowy męża parą rogów; słowem próżny, głupi, ignorant, bezczelnik; „poza tym najlepszy chłopak w świecie!”394 Taki był zastępca, którego znaleziono w czasie mej nieobecności, a współpracownik, jakiego mi ofiarowano za powrotem.
Och! Jeśli dusze uwolnione od ziemskiej powłoki widzą jeszcze z łona wiekuistej światłości, to co się dzieje wśród nas śmiertelnych, przebacz mi, drogi i czcigodny cieniu, że nie więcej oszczędzam twoje błędy niż swoje własne; że zarówno jedne, jak i drugie odsłaniam oczom czytelnika. Powinienem, chcę być szczerym za ciebie, jak za siebie samego: stracisz na tym z pewnością o wiele mniej ode mnie. Ach, ileż razy twój miły i słodki charakter, niewyczerpana dobroć serca, twoja szczerość i wszystkie twe wyborne cnoty, ileż razy okupują one twe słabości, jeśli można tak nazwać zbłąkania płynące wyłącznie z omyłki rozumu! Byłaś podległa błędom, ale nie przywarom; postępowanie twoje było naganne, ale serce zostało zawsze czyste.
Nowy przybysz okazał się gorliwy, pilny, dokładny w drobnych zleceniach, których było zawsze mnóstwo; stał się energicznym naganiaczem czeladzi. Był równie hałaśliwy, jak ja byłem cichy; widać go było, a zwłaszcza słychać wszędzie naraz: przy orce, przy sianie, w lesie, w stajni, na dziedzińcu. Ogród jedynie zaniedbywał, była to praca zbyt spokojna i nie dawała sposobności do hałasu. Jego największa przyjemność to było orać, ładować, piłować lub rąbać drzewo; wciąż się go widziało z siekierą lub motyką w dłoni. Słychać go było, jak biega, rąbie, krzyczy na całe gardło. Nie wiem, za ilu ludzi odwalał robotę, ale wrzasku robił za dziesięciu. Cały ten rozgardiasz imponował biednej mamusi; zdawało się jej, że ten młokos będzie opatrznością dla interesów. Chcąc go przywiązać do domu, użyła wszelkich środków, które się jej wydały sposobne, i nie pominęła tego, na który zawsze liczyła najbardziej.
Sądzę, iż czytelnik poznał moje serce, jego najstalsze, najszczersze uczucia, te zwłaszcza, które mnie w tej chwili sprowadzały do niej. Cóż za nagły i zupełny przewrót w całej mej istocie! Trzeba się postawić na mym miejscu, aby to ocenić. W jednej chwili, uczułem, jak na zawsze rozwiewa się szczęśliwa przyszłość, którą roiłem. Słodkie myśli, które pieściłem tak tkliwie, pierzchły. Ja, który od dzieciństwa nie byłem zdolny wyobrazić sobie egzystencji inaczej jak tylko z nią, ujrzałem się sam po raz pierwszy w życiu. Ta chwila była straszna; te, które nastąpiły, jeszcze posępniejsze. Byłem jeszcze latami młody, ale te słodkie uczucia radości i nadziei, które ożywiają młodość, na zawsze mnie opuściły. Od tej chwili istota czująca na wpół obumarła we mnie. Widziałem przed sobą jedynie smutne resztki życia bez wartości i celu; jeśli niekiedy jeszcze obraz szczęścia poigrał z mymi pragnieniami, szczęście to nie było tym, które dla mnie było stworzone; czułem, iż, zdobywszy je nawet, nie byłbym naprawdę szczęśliwy.
Byłem tak głupi i pełen ufności, że mimo bezceremonialnego tonu przybysza (ton ten uważałem jedynie za wynik swobody mamusi, która całe swe otoczenie stawiała na bliskiej stopie), nie przyszłoby mi na myśl domyślać się prawdziwych tego podstaw, gdyby ona sama nie objaśniła mnie w tej mierze. Uczyniła to bardzo skwapliwie, ze szczerością zdolną, zaiste, podsycić mą wściekłość, gdyby me uczucia zwróciły się w tym kierunku. Co do niej, przedstawiła to jako rzecz całkiem prostą, wyrzucając mi niedbanie o dom i wymawiając częste wyjazdy, jak gdyby temperament jej w istocie zdolny był odczuć te zaniedbania!
„Ach! mamusiu — rzekłem z sercem ściśniętym boleścią — jakiejż wiadomości ważysz się mi udzielić! Cóż za nagroda mego przywiązania! Czyż po to tyle razy ocaliłaś mi życie, aby mi odjąć wszystko, co mi je czyniło drogim? Umrę z tego, ale będziesz mnie żałować”. Odpowiedziała tonem, którego spokój mógł mnie doprowadzić do szaleństwa, że jestem dziecko, że nie umiera się z takich rzeczy; że nic na tym nie tracę; że mimo wszystko pozostaniemy tak samo dobrymi przyjaciółmi i tak samo blisko w każdym rozumieniu; że jej tkliwość dla mnie nie może się zmniejszyć ani skończyć, chyba z nią samą. Słowem, dała mi do zrozumienia, że wszystkie me prawa zostaną te same, i że, jakkolwiek dzieląc je z drugim, nie będę w nich pokrzywdzony.
Nigdy czystość, szczerość, siła mych uczuć dla niej, nigdy prostota, uczciwość mej duszy nie objawiły mi się lepiej niż w tej chwili. Rzuciłem się jej do stóp, obejmowałem kolana, wylewając potoki łez. „Nie, mamusiu — rzekłem z uniesieniem — nadto cię kocham, aby cię pokalać. Posiadanie ciebie jest mi zbyt drogie, bym się mógł nim dzielić. Zbyt wiele wycierpiałem wówczas, gdy je zdobyłem, a drażliwość moja wzrosła wraz z miłością; nie, nie chcę, nie mogę zachować tego szczęścia za tę samą cenę. Zawsze będziesz przedmiotem mego ubóstwienia; zostań go zawsze godną; bardziej jeszcze potrzebuję czcić ciebie niż posiadać. Tobie samej, mamusiu, ustępuję cię; dla związku naszych serc poświęcam wszystkie rozkosze. Obym raczej zginął tysiąc razy, niżbym miał ich kosztować, poniżając tę, którą kocham!”
Dotrzymałem tego postanowienia ze stałością godną, śmiem powiedzieć, uczucia, które je natchnęło. Od tej chwili miałem dla ukochanej mamusi jedynie oczy prawdziwego syna. Pośpieszam dodać, że mimo iż moje postanowienie nie zyskało jej uznania, jak się o tym aż nadto przekonałem, nigdy dla odwrócenia mnie od niego nie uciekła się ani do zalotnych słówek, ani pieszczot, ani do żadnej z owych sztuczek, które kobiety, bez narażania swej godności, zawsze mają na zawołanie i które rzadko chybiają celu. Zmuszony szukać doli niezależnej od niej, a nie mogąc jej sobie nawet wyobrazić, popadłem niebawem w przeciwną ostateczność i szukałem wszystkiego w niej! Szukałem tak doskonale, że niemal zupełnie zapomniałem siebie. Gorące pragnienie oglądania jej szczęśliwą za jaką bądź cenę, pochłaniało wszystkie me uczucia: próżno odłączyła swoje szczęście od mego, ja na przekór jej uważałem jej szczęście za własne.
Tak zaczęły kiełkować, wraz z nieszczęściami, cnoty, których siew spoczywał z dawna w mej duszy, które nauka wyhodowała i które, aby zakwitnąć, czekały jedynie zaczynu przeciwności.
Pierwszym owocem tego tak bezinteresownego zwycięstwa nad sobą było usunięcie z serca wszelkiej nienawiści i zazdrości względem intruza. Chciałem przeciwnie i szczerze chciałem pokochać tego młodzieńca, kształcić go, pracować nad jego wychowaniem, dać mu zrozumieć jego szczęście, sprawić, jeśli możebna, aby się go stał godnym: słowem, stać się dlań tym, czym był Anet dla mnie w podobnych okolicznościach. Ale po obu stronach natury były zbyt różne. Posiadając więcej łagodności i wykształcenia, nie miałem powagi i stanowczości Aneta ani tej siły charakteru, która imponowała i która byłaby tu potrzebna. Jeszcze więcej brakło temu młodemu człowiekowi przymiotów, które Anet znalazł we mnie: posłuszeństwa, przywiązania, wdzięczności, a zwłaszcza dobrej woli i gorącej chęci, aby te starania wyszły na pożytek. Wszystkiego tego nie stało tutaj. Ten, którego chciałem kształcić, widział we mnie jedynie natrętnego nudziarza, a w słowach mych puste brzęczenie. Przeciwnie, przejęty podziwem dla samego siebie, miał się za ważną figurę w domu i mierząc swe rzekome usługi hałasem, jaki przy nich robił, uważał swe motyki i łopaty jako coś nieskończenie użyteczniejszego od moich szpargałów. Pod pewnym względem mógł mieć słuszność; ale wychodząc z tego założenia, przybierał tony takie, że można było umrzeć ze śmiechu. Wobec chłopów odgrywał rolę pana, niebawem zaczął toż samo ze mną, w końcu z mamusią. Ponieważ nazwisko Vintzenried wydawało mu się nie dość szlachetne, porzucił je, przybierając miano „pana de Courtilles”; pod tym nazwiskiem znany był później w Chambéry i w Maurienne, gdzie się ożenił.
Wreszcie tyle dokazała ta znamienita osoba, że on stał się w domu wszystkim, a ja niczym. Co gorsze, kiedy miałem nieszczęście w czymś mu nie przypaść do smaku, nie mnie łajał, ale mamusię. Z obawy tedy narażenia jej na tę brutalność byłem powolny wszystkiemu, czego żądał. Za każdym razem, kiedy rąbał drzewo — czynność, którą spełniał z nieopisaną dumą — musiałem znajdować się przy tym jako bezczynny widz i admirator395 jego dzielności. Nie był to zresztą zły chłopak: był przywiązany do mamusi, bo niepodobna było nie przywiązać się do niej; i do mnie nie miał niechęci. Kiedy pauza w przejawach jego żywotności pozwoliła doń mówić, słuchał nas niekiedy dość potulnie, przyznając szczerze, że jest tylko cymbałem; co mu nie przeszkadzało popadać wnet w nowe ekstrawagancje. Zresztą inteligencja jego była tak ograniczona, a skłonności tak poziome396, że trudno było przemówić mu do rozsądku, a prawie niepodobna znajdować przyjemność w jego towarzystwie. Do posiadania kobiety pełnej uroku dodał jako zaprawę miłostki ze starą, rudą i bezzębną służącą, której wstrętne usługi mamusia znosiła nadal cierpliwie, mimo że ją to przyprawiało o mdłości. Spostrzegłem ten nowy wybryk i nie posiadałem się z oburzenia; ale spostrzegłem i inną rzecz, równie nieoczekiwaną, która przejęła mnie o wiele żywiej i wtrąciła w daleko większe zniechęcenie niż wszystko: mianowicie ochłodzenie mamusi dla mnie.
Wyrzeczenie, które sobie nakazałem i które, zdawać by się mogło, zyskało jej uznanie, jest jedną z rzeczy, których kobiety w głębi serca nie przebaczają nigdy; nie tyle dla własnego uszczerbku, ile stąd, że widzą w tym obojętność na ich wdzięki. Weźcie kobietę najrozsądniejszą, najbardziej zdolną do filozoficznego myślenia, najmniej zmysłową z natury; otóż, najtrudniejszą do odpuszczenia zbrodnią, jakiej mężczyzna, choćby najobojętniejszy, może się względem niej dopuścić, jest móc ją posiąść, a nie skorzystać z tego. Musi widocznie to prawo nie dopuszczać wyjątków, skoro tak naturalna i mocna sympatia mogła osłabnąć wskutek powściągliwości, czerpiącej pobudki w cnocie, przywiązaniu i szacunku. Odtąd przestałem znajdować w mamusi owe lube powinowactwo, które stanowiło zawsze najsłodszą radość mego serca. Wynurzała się przede mną jedynie wtedy, kiedy chciała się użalić na nowego kochanka; gdy byli dobrze z sobą, niewiele zostawało dla mnie miejsca. Słowem, przybrała stopniowo tryb życia, w którym ja nie miałem udziału. Obecność moja robiła jej jeszcze przyjemność, ale nie była potrzebna; mógłbym nie pokazywać się dnie całe, ledwie by to zauważyła.
Nieznacznie uczułem się odosobniony i samotny w tym domu, którego wprzód byłem duszą i w którym żyłem niejako zdwojonym życiem. Przyzwyczaiłem się powoli oddzielać od wszystkiego, co się tam działo, od tych nawet, którzy go zamieszkiwali. Aby sobie oszczędzić ciągłego bólu, zamykałem się z książkami albo szedłem swobodnie wzdychać i płakać w leśnym ustroniu. Życie to stało mi się niebawem nie do zniesienia. Uczułem, iż obecność realna a oddalenie uczuciowe kobiety, która mi była tak drogą, zbyt drażni mą boleść i że straciwszy ją z oczu, mniej będę czuł okrucieństwo rozdziału. Postanowiłem opuścić dom. Zwierzyłem się z tym mamusi; nie tylko się nie sprzeciwiła, ale pochwaliła zamiar. Miała w Grenoble przyjaciółkę, panią Deybens, której mąż był przyjacielem pana de Mably, wielkiego profosa397 Lyonu. Pan Deybens zaproponował mi zajęcie się wychowaniem dzieci pana de Mably; przyjąłem i pojechałem do Lyonu, nie zostawiając za sobą, ani prawie nie odczuwając najmniejszego żalu z powodu rozłąki, o której wprzódy sama myśl byłaby dla nas śmiertelną męczarnią.
Posiadałem w przybliżeniu wiadomości potrzebne do funkcji preceptora398, a sądziłem, że mam i talent po temu. W ciągu roku, który przebyłem u pana de Mably, miałem czas pozbyć się złudzeń. Łagodność mego charakteru dobrze godziłaby się z tym zawodem, gdyby nie przerywały jej burzliwe wybuchy. Póki wszystko szło dobrze i póki widziałem owoce starań i trudów, których wówczas nie szczędziłem, byłem aniołem; ale stawałem się diabłem, skoro rzeczy szły na opak. Kiedy uczniowie nie pojmowali mnie, szalałem; kiedy płatali mi figle, byłbym ich zabił — nie był to sposób napojenia ich umysłów rozsądkiem i wiedzą. Uczniów miałem dwóch, a usposobienia ich były bardzo różne. Jeden, ośmio- czy dziesięcioletni, nazwiskiem Sainte-Marie, był to ładny chłopiec, dość bystry, żywy, roztrzepany, psotny, złośliwy, ale złośliwością wesołą. Młodszy, Condillac399, zdawał się prawie tępy, roztargniony, uparty jak muł i niezdolny cośkolwiek pojąć. Można sobie wyobrazić, że przy takich dwóch uczniach życie nie było łatwe. Przy cierpliwości i zimnej krwi, byłbym może sobie dał radę; ale, nie posiadając tych cnót, nie umiałem dojść do niczego i postępy mych uczniów przedstawiały się bardzo smutno. Nie brakło mi cierpliwości, ale brakło równowagi, a zwłaszcza taktu. Pedagogia moja zażywała jedynie trzech instrumentów, zawsze nieużytecznych, a często zgubnych wobec dzieci: uczucia, rozumowania i gniewu. To roztkliwiałem się ze starszym aż do łez, pragnąc i jego rozczulić, tak jakby dziecko było zdolne do prawdziwego wzruszenia, to siliłem się przemówić mu do rozsądku, tak jakby mnie mógł zrozumieć; a ponieważ nieraz przeciwstawiał mi argumenty bardzo subtelne, brałem tę zdolność rezonowania za objaw rozumu. Drugi malec sprawiał mi jeszcze więcej kłopotu, ponieważ, nic nie rozumiejąc, nie odpowiadając, nie przejmując się niczym i okazując bezgraniczny upór, święcił nade mną prawdziwe tryumfy, skoro mu się udało doprowadzić mnie do wściekłości; wówczas on był rozumną istotą, a ja dzieckiem. Widziałem swoje błędy, czułem je; studiowałem charakter mych uczniów, przejrzałem go bardzo dobrze i sądzę, że nigdy nie dałem się oszukać ich sztuczkom. Ale na co mi się zdało widzieć złe, skorom nie umiał znaleźć lekarstwa? Przenikając wszystko, nie zapobiegałem niczemu, nie dochodziłem do niczego i postępowałem właśnie tak, jak nie było trzeba.
Równie licho jak osobami uczniów pokierowałem i własną osobą. Pani Deybens poleciła mnie osobliwie względom pani de Mably. Prosiła ją, aby się zechciała zająć ukształtowaniem mych manier i nadaniem mi światowego poloru. Pani de Mably próbowała mnie nieco w tym kierunku i chciała, bym się nauczył robić honory domu; ale zabrałem się do tego tak niezręcznie, byłem tak nieśmiały, tak niezdarny, że zraziła się i przestała się mną zajmować. To nie przeszkodziło mi, moim zwyczajem, zakochać się w niej. Robiłem, co mogłem, aby to spostrzegła, ale nie chciałem się puścić na jawne wyznanie. Nie okazała żadnej ochoty dopomożenia mi; musiałem się ograniczyć do zerkań i westchnień, które sprzykrzyłem sobie zresztą rychło, widząc, że do niczego nie prowadzą.
Straciłem zupełnie u mamusi dawny nawyk do łasowania; ponieważ wszystko było moje, nie potrzebowałem niczego ściągać. Zresztą, podniosłe zasady, jakie sobie wyrobiłem, winny były mnie odtąd uczynić wyższym nad takie podłostki. W istocie, zazwyczaj tak bywało: ale nie tyle dlatego, bym się nauczył zwyciężać pokusy, jeno że podciąłem w sobie ich korzeń; i bardzo bym się lękał, czybym nie zaczął znów kraść jak w młodości, gdybym podlegał tym samym pragnieniom. Miałem tego dowód u pana de Mably. Otoczony mnóstwem rzeczy „ściągalnych”, na które nawet nie zwracałem uwagi, zapałałem skłonnością do pewnego gatunku białego wina, nader smakowitego, którego parę kieliszków, pokosztowanych przy stole, obudziły we mnie wielką ochotę dalszej z nim znajomości. Było trochę mętne; miałem ambicję, że umiem dobrze klarować wino: pochwaliłem się mą sztuką i powierzono mi to zadanie. Sposobność skusiła mnie, iż od czasu do czasu zatajałem parę buteleczek, aby je rozkosznie sączyć w spokojnym zaciszu. Na nieszczęście nigdy nie umiałem pić bez jedzenia. Skąd tu wydostać chleba? Niepodobna było postarać się o to w domu. Kupować przez lokaja to znaczyło zdradzić się i niemal wyrządzić zniewagę gospodarzom. Kupić samemu nie odważyłbym się nigdy. Czyż można sobie wyobrazić, aby piękny pan, ze szpadą przy boku, wchodził do piekarza po kawałek chleba? Wreszcie przypomniałem sobie sposób pewnej księżniczki, która usłyszawszy skargi, iż chłopi nie mają chleba, odpowiedziała: „Czemuż nie jedzą biszkoptów?”400. A i ta zdobycz ileż kosztowała mnie trudu! Wybierałem się sam z domu, przebiegałem całe miasto, mijałem trzydziestu cukierników, nim wstąpiłem wreszcie do jednego. Jedynie wówczas, gdy sprawdziłem, iż w sklepie znajduje się nie więcej niż jedna osoba, i to o fizjonomii budzącej szczególne zaufanie, odważałem się przestąpić próg. Ale za to kiedy już miałem szacowne biszkopty i kiedy, zamknąwszy się w pokoju, wydobyłem butelkę ukrytą w szafie, z jakąż rozkoszą popijałem w samotności, czytając przy tym parę stronic jakiego romansu! Czytać przy jedzeniu to była zawsze moja namiętność w braku miłego sam na sam: to surogat towarzystwa, którego mi brakuje. Pochłaniam kolejno stronicę i kąsek: to tak, jak gdyby książka dzieliła ze mną posiłek.
Nigdy nie byłem rozpustnikiem ani opojem, nie upiłem się ani razu w życiu; dlatego kradzieże moje nie dochodziły znaczniejszych rozmiarów. Mimo to wyszły na jaw; butelki zdradziły mnie. Nie okazano mi tego, ale pod jakimś pozorem odebrano mi opiekę nad piwnicą. W całej tej sprawie pan de Mably postąpił sobie bardzo rozumnie i taktownie. Był to bardzo godny człowiek, który pod wyglądem równie twardym jak jego urząd posiadał prawdziwą słodycz charakteru i rzadką dobroć serca. Był sprawiedliwy, wyrozumiały, czego by się nie oczekiwało po urzędniku żandarmerii, nawet wyjątkowo ludzkim. Odczuwając jego pobłażliwość, przywiązałem się doń tym więcej i to sprawiło, że przeciągnąłem pobyt w jego domu dłużej, niżbym to zdołał uczynić w innym wypadku. Ale w końcu, zmierżony zawodem, w którym czułem się nie na swoim miejscu, oraz sytuacją bardzo dla mnie kłopotliwą i nieprzyjemną, po roku próby, w ciągu której nie oszczędzałem bynajmniej starań, postanowiłem rzucić swych uczniów, przekonany, iż nigdy nie potrafiłbym dobrze ich wychować. Sam pan de Mably widział to równie dobrze jak ja. Mimo to sądzę, iż nigdy nie zdobyłby się na to, aby mnie odprawić, gdybym mu nie oszczędził tej przykrości: słabość posunięta, mym zdaniem, w tym wypadku o wiele za daleko.
Sytuację moją czyniło tym przykrzejszą nieustanne porównywanie jej z życiem, które porzuciłem niedawno: wspomnienie drogich Charmettes, mego ogrodu, moich drzew, źródła, sadu, a zwłaszcza tej, dla której byłem zrodzony, która ożywiała duszą to wszystko! Ilekroć wspomniałem o niej, o naszych uciechach, o naszym niewinnym życiu, uczuwałem ściskanie serca, duszność, która odejmowała mi siły do pracy. Sto razy doznawałem pokusy, aby rzucić wszystko i natychmiast, bodaj pieszo, pobiec do niej. Byle ją ujrzeć jeszcze raz, zgodziłbym się z radością umrzeć w tej chwili. W końcu nie mogłem się oprzeć tkliwym wspomnieniom, które wołały mnie do niej wbrew wszystkiemu. Mówiłem sobie, że nie byłem dość cierpliwy, dość miły, serdeczny, że dokładając więcej starań, mogłem jeszcze żyć szczęśliwie przy niej w słodyczach przyjaźni. Słowem, układam sobie najpiękniejsze projekty, płonę niecierpliwością, aby je wykonać. Rzucam wszystko, zrzekam się wszystkiego, jadę, pędzę, przybywam w pełni wskrzeszonych uniesień młodości i znajduję się u jej stóp. Ach! Byłbym umarł z radości, gdybym w jej przyjęciu, pieszczotach, słowem, w jej sercu, odnalazł bodaj ćwierć tego, co znajdowałem dawniej i co sam przynosiłem jeszcze!
Straszliwe złudzenia rzeczy ludzkich! Przyjęła mnie zawsze ze swoim złotym sercem, które mogło umrzeć aż z nią razem; ale ja przybiegłem szukać przeszłości, której już nie było i która nie mogła wskrzesnąć. Ledwie pobyłem z mamusią pół godziny, uczułem, że dawne szczęście umarło na zawsze. Znalazłem się w tej samej opłakanej sytuacji, przed którą trzeba mi było uciekać, i to bez możności przypisania komukolwiek winy; w gruncie bowiem Courtilles był niezły chłopak i zdawał się raczej ucieszony niż zmartwiony mym przybyciem. Ale jak znieść uczucie, że jestem czymś nadliczbowym u tej, dla której byłem wszystkim i na którą nie umiałem patrzeć inaczej niż na moje wszystko? Jak żyć jako obcy w tym domu, którego byłem dzieckiem? Widok przedmiotów będących świadkami minionego szczęścia czynił mi porównanie tym okrutniejszym. Byłbym mniej cierpiał w innym mieszkaniu. Ale musieć sobie nieustannie przywodzić na pamięć tyle wspomnień — znaczyło wciąż na nowo jątrzyć poczucie straty. Trawiony próżnym żalem, wydany najczarniejszej melancholii, znów jak wprzódy pędziłem dni w samotności, poza godzinami posiłku. Zamknięty z mymi książkami, szukałem w nich użytecznej rozrywki; czując bliżej niebezpieczeństwo, którego tyle się dawniej obawiałem, dokładałem wysiłków, aby w sobie znaleźć środki zaradzenia mu, wówczas gdy mamusi ich już zbraknie. Postawiłem tryb domu na tej stopie, iż mógł iść tą koleją ze względnym bezpieczeństwem; ale od tego czasu wszystko się zmieniło. Nowy rządca był to człowiek bardzo nierządny401. Chciał przede wszystkim błyszczeć; dobry konik, wykwintne ubranko — to były dla niego rzeczy główne; lubił olśniewać sąsiadów; wciąż rzucał się w nowe przedsiębiorstwa, w zakresie, o którym nie miał pojęcia. Pensję zjadało się z góry; parę kwartałów było zastawionych, czynsz nieopłacony, a długi rosły. Przewidywałem, iż pensję prędzej czy później mogą zająć, a nawet skasować. Słowem, widziałem samą ruinę i klęski, a chwila zdawała mi się tak bliska, że odczuwałem już naprzód wszystkie jej okropności.
Mój drogi gabinet był mi jedyną pociechą. Dotąd szukałem w nim lekarstwa na zamęt duszy, obecnie postanowiłem go szukać na nieszczęścia, które przewidywałem. I oto, wracając do dawnych pomysłów, zacząłem budować zamki na lodzie, aby wydobyć biedną mamusię z okrutnych nieszczęść, których widziałem ją tak bliską. Nie czułem się dość uczony i nie przypisywałem sobie dość talentu, aby zabłysnąć w rzeczpospolitej literatury i zrobić karierę na tej drodze. Ale przyszła mi nowa myśl i natchnęła mnie tą ufnością w siebie, której średnia miara mych talentów nie mogła we mnie obudzić. Mimo iż zaprzestałem uczyć muzyki, nie zaniedbałem jej sam; przeciwnie, posunąłem się w nauce teorii dość daleko, aby się móc uważać za majstra w tym dziale. Odczuwając nieraz dotkliwie mozół, z jakim mi przychodziło czytać nuty i jaki sprawia mi jeszcze dziś czytanie ich a vista, wpadłem na myśl, że trudności te mogą wynikać nie tylko z mej niezdatności, ale i z samego przedmiotu; zwłaszcza, że wiedziałem, iż nauka teorii muzyki nikomu nie przychodzi z łatwością. Zastanawiając się nad rodzajami znaków, nieraz znajdowałem, iż są źle skombinowane. Od dawna już nosiłem się z zamiarem notowania skali nutowej za pomocą cyfr, a to aby sobie oszczędzić kreślenia linii i taktów dla zanotowania lada melodii. Natrafiałem w tym na trudności wynikające z oktaw, jak również z miary i wartości. Ta dawna idea odżyła mi w mózgu. Zagłębiwszy się w tym na nowo, doszedłem, że trudności są do przezwyciężenia. Zacząłem sobie łamać głowę, i z dobrym skutkiem; doszedłem do tego, iż za pomocą swoich znaków mogłem zanotować z łatwością każdą melodię. Od tej chwili uwierzyłem święcie, że fortuna moja jest pewna, i w niecierpliwości podzielenia jej z tą, której winien byłem wszystko, myślałem tylko o tym, aby jechać do Paryża. Nie wątpiłem, iż przedłożywszy Akademii402 mój projekt, uczynię tam rewolucję. Przywiozłem z Lyonu nieco pieniędzy, sprzedałem książki. W dwa tygodnie powziąłem i wykonałem postanowienie. Wreszcie, pełen wspaniałych pomysłów, zawsze taki sam we wszystkich czasach i okolicznościach, wyruszyłem z Sabaudii ze swoim systemem muzycznym, jak niegdyś z Turynu z ową sławną fontanną Herona.
Takie były błędy i przewiny mej młodości. Opowiedziałem ich dzieje z wiernością dającą pełne zadowolenie memu sercu. Jeśli, w dalszym ciągu, wiek mój dojrzały błysnął niejakimi cnotami, zamiarem moim było skreślić je równie szczerze. Ale trzeba mi zatrzymać się tutaj. Czas może zdjąć wiele zasłon. Jeśli pamięć moja przejdzie do potomności, może potomność dowie się kiedyś tego, co miałem do powiedzenia. Wówczas stanie się zrozumiałe, czemu milczę.