Księga VII
(1741) Po dwóch latach milczenia i cierpliwości, mimo postanowień, podejmuję na nowo pióro. Czytelniku, wstrzymaj sąd o przyczynach, które zmuszają mnie do tego: będziesz mógł sądzić, dopiero przeczytawszy.
Widzieliście moją młodość, jak płynęła spokojnie, wśród życia równego, dość miłego, bez wielkich nieszczęść i pomyślności. Mierność ta była w znacznej części dziełem mej natury, żarliwej, lecz słabej, mało przedsiębiorczej a łatwej do zniechęcenia, wychodzącej z trybów pod wpływem doraźnej podniety, ale wracającej do bezwładu, tak przez znużenie, jak z upodobania. Natura ta, daleka od wielkich cnót, a jeszcze dalsza od wielkich występków, sprowadzając mnie zawsze do życia bezczynnego, spokojnego, do jakiego byłem zrodzony, nie pozwoliła mi nigdy dojść do niczego wielkiego, bądź w złym, bądź w dobrym.
Jakiż odmienny obraz trzeba mi będzie niebawem roztoczyć! Los, który w ciągu trzydziestu lat sprzyjał mym upodobaniom, stawał im w poprzek przez trzydzieści następnych; a z tej ustawnej403 sprzeczności między moim położeniem a skłonnościami zrodziły się, jak się to okaże, olbrzymie błędy, niesłychane niedole i — wyjąwszy siłę — wszystkie cnoty zdolne zaszczyt przynosić nieszczęściu.
Pierwszą część wspomnień spisałem zupełnie z pamięci, musiałem przeto popełnić w niej wiele omyłek. Zmuszony kreślić część drugą również z pamięci, popełnię ich zapewne o wiele więcej jeszcze. Słodkie wspomnienia moich pięknych lat, spędzonych równie spokojnie, jak niewinnie, zostawiły mi mnóstwo uroczych wrażeń, które lubię bez ustanku przywodzić na pamięć. Okaże się niebawem, jak odmienne są wrażenia reszty mego życia. Przywoływać je znaczy pomnażać ich ciężar. Daleki od chęci przydawania goryczy memu położeniu za pomocą tych smutnych wspominków, oddalam je, ile mogę; często udaje mi się to do tego stopnia, iż nie sposób mi odnaleźć je w potrzebie. Ta zdolność zapominania zła jest pociechą zesłaną przez niebo wśród niedoli, jakie los miał kiedyś na mnie skupić. Pamięć moja, odtwarzająca wyłącznie lube przedmioty, jest szczęśliwą przeciwwagą obolałej wyobraźni, która każe mi przewidywać jedynie okrutną przyszłość.
Wszystkie papiery, które zgromadziłem, aby dopomóc pamięci i wspomagać się nimi w tym przedsięwzięciu, przeszły w inne ręce i nigdy nie wrócą do mnie.
Mam tylko jednego wiernego przewodnika, na którego mogę liczyć: to łańcuch uczuć, które znaczyły kolejność mej istoty, a przez nie łańcuch wypadków, które były ich przyczyną lub następstwem. Łatwo zapominam swoich nieszczęść, ale nie mogę zapomnieć błędów, a jeszcze trudniej dobrych uczuć. Wspomnienie ich jest mi zbyt drogie, aby się mogło kiedy zatrzeć w sercu. Mogę popełnić omyłki w faktach, nieścisłości, błędy w datach; ale nie mogę się mylić co do tego, co czułem ani co moje uczucia kazały mi czynić; a o to przede wszystkim chodzi. Właściwy przedmiot tych wyznań to dać wiernie poznać me wnętrze we wszystkich okolicznościach życia. Przyrzekłem historię mej duszy: aby ją nakreślić wiernie, nie trzeba mi innych zapisków; wystarczy mi, jak czyniłem dotąd, wejść w samego siebie.
Istnieje wszelako, i bardzo szczęśliwie, przeciąg kilku lat, co do których posiadam niezawodne wiadomości w zbiorze przepisanym z listów, znajdujących się, w oryginale, w rękach pana du Peyrou404. Zbiór ten, urywający się w 1760, obejmuje cały czas mego pobytu w Pustelni i wielkiej zwady z mymi rzekomymi przyjaciółmi — pamiętny okres życia, który stał się źródłem wszystkich innych nieszczęść. Co się tyczy oryginalnych listów świeższej daty, które mógłbym posiadać — a jest ich bardzo niewiele — to zamiast przepisywać je na końcu zbiorku, zbyt obszernego, abym go mógł umknąć czujności moich Argusów405, przepiszę je w samym tekście, o ile będzie mi się zdawało, iż przynoszą jakieś światło, bądź to na moją korzyść, bądź na me potępienie. Nie obawiam się, aby czytelnik mógł kiedy zapomnieć, iż piszę tu swoje wyznania, a nie apologię406; ale nie powinien się również spodziewać, że zmilczę prawdę, kiedy przemawia na mą korzyść.
Poza tym, ta druga część ma za całą wspólność z pierwszą tylko tę samą prawdę, a za całą przewagę nad nią jedynie doniosłość wypadków. Poza tym może być jedynie niższą od niej we wszystkim. Pierwszą część pisałem z rozkoszą, z upodobaniem, swobodnie w Wooton407 lub też w zamku Trye; wspomnienia, które przychodziło mi odnawiać w pamięci, stawały się źródłem świeżych rozkoszy. Wracałem do nich wciąż z nową przyjemnością; mogłem do woli opracowywać swoje opisy, pókim nie był z nich zadowolony. Dziś pamięć moja i głowa, osłabione, czynią mnie prawie niezdolnym do wszelkiej pracy; biorę pióro do ręki jedynie z przymusem i z sercem ściśnionym od rozpaczy. Pamięć ta przywodzi mi jeno nieszczęścia, zdrady, niegodziwości, jeno smutne i rozdzierające wspomnienia. Chciałbym, za wszystko w świecie, zagrzebać w nocy czasu to, co mam do powiedzenia; a zmuszony wbrew woli zabierać głos, jestem w dodatku zniewolony kryć się, kluczyć, starać się zmylić trop, poniżać się do rzeczy, do których najmniej byłem stworzony. Sklepienia, wznoszące się nad mą głową, mają oczy; mury, które mnie otaczają, mają uszy. Osaczony czujnymi i nieżyczliwymi szpiegami i dozorcami, niespokojny, pozbawiony skupienia, rzucam pośpiesznie na papier po kilka luźnych słów, które zaledwie mam czas odczytać, a jeszcze mniej poprawić. Wiem, że mimo olbrzymich zapór, które pewne osoby gromadzą dokoła mnie, obawiają się one ciągle, aby prawda nie wymknęła się jakąś szczeliną. Jak wziąć się do dzieła, aby dać się jej przebić? Pokuszę się o to, mimo iż z małą nadzieją. Osądźcie, czy pod ciężarem tego brzemienia mogę mieć swobodę, aby malować lube obrazy i troszczyć się o ich powabny koloryt! Ostrzegam tedy tych, którzy zechcą rozpocząć tę lekturę, iż jeżeli co w ciągu tej drogi zdoła ich uchronić od nudy, to chyba tylko pragnienie poznania do końca danego człowieka i szczera miłość sprawiedliwości i prawdy.
Rozstałem się, z końcem pierwszej części, z czytelnikiem w chwili, gdy zostawiając serce w Charmettes, puściłem się z żalem do Paryża, wznosząc na tej podróży ostatni zamek na lodzie. Roiłem sobie, iż kiedyś przyniosę do stóp mamusi, wyswobodzonej z obcych wpływów, skarby, które tam zdobędę, licząc na mój system muzyczny jako na pewną fortunę.
Zatrzymałem się jakiś czas w Lyonie, aby odwiedzić znajomych, postarać się o polecenia do Paryża i sprzedać książki matematyczne, które zabrałem z sobą. Przyjęto mnie nader serdecznie. Państwo de Mably okazali radość z mego przybycia i zaprosili mnie kilkakrotnie na obiad. Poznałem u nich księdza de Mably408, jak wprzódy już księdza de Condillac409: obaj przybyli odwiedzić brata410. Ksiądz de Mably dał mi listy do Paryża, między innymi do pana de Fontenelle411 i do hrabiego de Caylus412. Z oboma nawiązałem stosunki nader miłe; zwłaszcza z pierwszym. Pan de Fontenelle do śmierci nie przestał mi okazywać przyjaźni i nieraz w poufnych rozmowach dawał mi rady, z których powinienem był lepiej korzystać.
Odszukałem pana Bordes413, którego znałem już z dawniejszych czasów i który często oddawał mi usługi ze szczerego serca i z wyraźną przyjemnością. I teraz doznałem jego uczynności. Ułatwił mi sprzedaż książek i wystarał się o kilka dobrych poleceń do Paryża. Spotkałem też pana intendenta, z którym znajomość zawdzięczałem panu Bordes, a dzięki któremu znów poznałem księcia de Richelieu414, przejeżdżającego w tym czasie przez Lyon. Książę przyjął mnie łaskawie i wspomniał, bym go odwiedził w Paryżu; com też nieraz uczynił. Poza tym ta dostojna znajomość, o której w przyszłości często będę miał sposobność mówić, nie zdała mi się nigdy na nic.
Odwiedziłem też muzyka Dawida, który pomógł mi w opałach w czasie jednej z poprzednich podróży. Pożyczył mi czy darował czapkę i pończochy, których mu nigdy nie oddałem i których zwrotu nie żądał, mimo że nieraz spotkaliśmy się od tego czasu. Zamiast tego uczyniłem mu wszelako podarek mniej więcej równowartościowy; powiedziałbym cenniejszy, gdyby chodziło o to, com był powinien; ale chodzi o to, co zrobiłem, a na nieszczęście to nie jest to samo.
Ujrzałem znów szlachetnego i zacnego Perrichona, przy czym nie obyło się bez tego, bym nie doświadczył oznak zwykłej jego hojności: pokrył mianowicie koszt mego miejsca w dyliżansie. Odwiedziłem chirurga Parisot, najlepszego i najdobroczynniejszego z ludzi; zastałem jego drogą Godfrydę, z którą żył wspólnie od dziesięciu lat. Słodycz, charakter i dobroć serca stanowiły niemal całą wartość tej osoby; mimo to nie podobna było oglądać jej bez zainteresowania ani pożegnać bez rozrzewnienia; znajdowała się w ostatnim stadium suchot, których ofiarą padła też niedługo. Nic tak nie objawia prawdziwych skłonności człowieka, jak rodzaj jego przywiązań415. Kiedy się widziało słodką Godfrydę, znało się dobrego Parisota.
Miałem zobowiązania wobec wszystkich tych godnych ludzi. Z czasem zaniedbałem ich wszystkich; z pewnością nie przez niewdzięczność, ale przez to niezwyciężone lenistwo, które często dawało mi pozór niewdzięcznika. Nigdy świadomość ich usług nie wygasła w mym sercu; ale mniej byłoby mnie kosztowało dowieść mej wdzięczności, niż objawiać ją nieustannie. Regularna korespondencja zawsze była ponad moje siły; skoro raz zdarzy mi się zaniedbać, wstyd i zakłopotanie wynikłe z potrzeby naprawienia błędu sprawiają, iż grzęznę coraz bardziej i przestaję pisać zupełnie. Zamilkłem tedy, dając wszelki powód do przypuszczeń, iż zapomniałem o dawnych znajomych. Parisot i Perrichon nie zwrócili nawet na to uwagi i zawsze byli dla mnie jednacy; ale co do pana Bordes, pokaże się w dwadzieścia lat później, dokąd może się posunąć zemsta ambitnego pisarka, kiedy sądzi, iż go zlekceważono.
Nim rozstanę się z Lyonem, nie godzi mi się przepomnieć416 miłej osoby, którą ujrzałem tam znowu z większą niż kiedykolwiek przyjemnością i która zostawiła w mym sercu bardzo tkliwe wspomnienia; mam na myśli pannę Serre, o której mówiłem w pierwszej części, a z którą odnowiłem znajomość podczas pobytu u państwa de Mably. Tym razem, mając więcej swobody, widywałem ją częściej; serce moje zajęło się i to bardzo żywo. Miałem niejakie przyczyny mniemać, iż i jej serce nie było mi nierade; ale odnosiła się do mnie z ufnością, która odjęła mi pokusę nadużycia jej. Nie miała nic, ja również; położenie nasze było zbyt podobne, abyśmy się mogli połączyć; zresztą, cały zaprzątnięty nadziejami, bardzo byłem daleki od myśli o małżeństwie. Panna Serre zwierzyła mi, że młody kupiec, nazwiskiem Geneve, zdaje się żywić zamiary względem jej osoby. Spotkałem go raz czy dwa; wydał mi się godnym człowiekiem, za jakiego też uchodził. Przekonany, iż byłaby z nim szczęśliwa, pragnąłem, by ją zaślubił, co się też stało z czasem; aby zaś nie mącić ich niewinnej skłonności, przyspieszyłem wyjazd, życząc z całego serca szczęścia tej uroczej osobie. Życzenia te ziściły się tu na ziemi; niestety, na czas bardzo krótki. Dowiedziałem się, iż zmarła po dwóch czy trzech latach małżeństwa. Pochłonięty w ciągu całej drogi tkliwymi żalami, uczułem wówczas, jak i często później, iż jeżeli ofiary na rzecz obowiązku i cnoty nie przychodzą bez trudu, wypłacają się w zamian sowicie przez słodkie wspomnienia, które zostawiają na dnie serca.
O ile w czasie poprzedniej podróży oglądałem Paryż z niekorzystnej strony, o tyle tym razem ujrzałem go ze strony świetnej. Bądź co bądź, nie odnosi się to do mego pomieszczenia; trzymając się bowiem adresu udzielonego mi przez pana Bordes, ulokowałem się w hotelu Saint-Quentin, przy ulicy des Cordies, blisko Sorbony, na szpetnej ulicy, w szpetnym hotelu, szpetnym pokoju, gdzie wszelako mieszkiwali ludzie nie lada jacy, jak Gresset417, Bordes, ksiądz de Mably, de Condillac i wielu innych, z których, na nieszczęście, nie zastałem już żadnego. Zastałem natomiast pana de Bonnefond, szlagona418 kuternogę, pieniacza, bawiącego się w purystę, któremu zawdzięczam znajomość z panem Roguin, obecnie nestorem mych przyjaciół, a przez tego znów znajomość z filozofem Diderot419, o którym wiele będę miał do mówienia w dalszym ciągu.
Przybyłem do Paryża w jesieni 1741, z piętnastoma ludwikami gotówki, komedią Narcyz i projektem muzycznym za wszystkie zasoby: tym samym, nie wiele miałem czasu do stracenia. Pilno mi było spożytkować rekomendacje. Młody człowiek, który przybywa do Paryża z jaką taką powierzchownością i zapowiadający się jakimiś talentami, może być zawsze pewny dobrego przyjęcia. Znalazłem je i ja; dostarczyło mi to paru przyjemnych chwil, nie prowadząc do wielkich korzyści. Ze wszystkich osób, do których miałem polecenia, trzy jedynie okazały mi się użyteczne: pan Damesin, szlachcic sabaudzki, wówczas koniuszy, i jak sądzę, faworyt księżnej de Carignan; pan de Boze, sekretarz Akademii Napisów i kustosz królewskiego gabinetu medalów; wreszcie ojciec Castel420, jezuita, twórca ocznego klawikordu. Wszystkie te rekomendacje, z wyjątkiem pana Damesin, zawdzięczałem księdzu de Mably.
Pan Damesin zaradził moim najpilniejszym potrzebom, nastręczając mi dwie znajomości: jedną, z panem de Gasc, prezydentem trybunału w Bordeaux, grającym bardzo dobrze na skrzypcach; drugą z księdzem de Léon, mieszkającym wówczas w Sorbonie, młodym panem bardzo lubym w obcowaniu, który umarł w kwiecie wieku, zasłynąwszy na jakiś czas w świecie pod nazwiskiem kawalera de Rohan. Jeden i drugi objawili ochotę pobierania nauki kompozycji. Udzielałem im przez kilka miesięcy lekcji, które skrzepiły nieco mą wychudłą sakiewkę. Ksiądz de Léon powziął do mnie sympatię i chciał mnie zatrzymać jako sekretarza; ale nie był bogaty i mógł mi ofiarować wszystkiego osiemset franków. Odmówiłem z żalem, ale suma ta nie mogła mi starczyć na mieszkanie, życie i inne wydatki.
Pan de Boze przyjął mnie bardzo dobrze. Lubił wiedzę, sam posiadał jej niemało, ale był nieco pedant. Pani de Boze mogłaby być jego córką; była to świetna i strojna modnisia. Proszono mnie tam niekiedy na obiad. Niepodobna zachować się bardziej głupio i niezręcznie niż ja w stosunku do pani de Boze. Swoboda jej onieśmielała mnie i tym bardziej uwydatniała moje niezdarstwo. Kiedy mi podsuwała talerz, wysuwałem widelec, aby dziobnąć skromnie odrobinę potrawy, którą mnie częstowano; tak iż gospodyni domu oddawała lokajowi talerz przeznaczony dla mnie, odwracając się, abym nie widział, jak się śmieje. Nie przypuszczała ani na chwilę, że w głowie tego prostaczka mogło się gnieździć mimo wszystko nieco dowcipu. Pan de Boze przedstawił mnie panu de Réaumur421, swemu przyjacielowi, który obiadował u niego co piątek, w dnie posiedzeń Akademii Nauk. Wspomniał mu o moim projekcie i chęci przedłożenia go sądowi Akademii. Pan de Réamur podjął się wnieść propozycję, którą przyjęto. W oznaczony dzień pan de Réaumur wprowadził mnie i przedstawił; tegoż samego dnia, 22 sierpnia 1742, miałem zaszczyt odczytać w Akademii przygotowany memoriał. Mimo że to dostojne zgromadzenie było niewątpliwie bardzo imponujące, czułem się mniej onieśmielony niż wobec pani de Boze i wywiązałem się wcale znośnie z czytania i z odpowiedzi. Memoriał podobał się i zyskał powinszowania, które zarówno zdziwiły mnie, jak mi pochlebiły: trudno mi było pojąć, aby w mniemaniu jakiejś Akademii ktoś, kto nie należy do niej, mógł mieć cośkolwiek oleju w głowie. W komisji, którą mi wyznaczono, zasiadali panowie Mairan, Hellot i de Fouchy, wszyscy trzej z pewnością godni ludzie, ale z których żaden nie rozumiał się na muzyce, na tyle przynajmniej, aby móc sądzić o moim projekcie.
(1742) Podczas konferencji z tymi panami przekonałem się, z równą pewnością jak zdziwieniem, że jeżeli niekiedy uczeni mają mniej przesądów niż inni ludzie, to w zamian tych, które mają, trzymają się o wiele silniej. Mimo że zarzuty były przeważnie nader słabe i fałszywe, mimo że odpowiadałem na nie lękliwie, przyznaję, i niezręcznie, ale za pomocą niezbitych argumentów, ni razu nie zdołałem osiągnąć tego, aby mnie zrozumiano i abym zdołał zadowolić tych panów. Zdumiony byłem łatwością, z jaką za pomocą kilku dźwięcznych frazesów odpierali mnie, nie zrozumiawszy. Wygrzebali, nie wiem gdzie, iż pewien mnich mianem ojciec Souhaitti422 wpadł niegdyś na pomysł znaczenia gamy cyframi; to wystarczyło, aby twierdzić, iż system mój nie jest nowy. Mniejsza zresztą o to; mimo iż nigdy w życiu nie słyszałem o ojcu Souhaitti i mimo że jego sposób znaczenia siedmiu nut śpiewu, bez myśli nawet o oktawach, niewart był w żadnej mierze wchodzić w porównanie z moim prostym i dogodnym wynalazkiem, pozwalającym z łatwością notować cyframi wszelką możliwą melodię, klucze, pauzy, oktawy, takty, tempo i wartość nut — rzeczy, o których Souhaittiemu nawet się nie śniło — było wszelako niewątpliwą prawdą, iż co się tyczy elementarnego wyrażania siedmiu nut, był on pierwszym wynalazcą. Ale pomijając, iż nadali temu pierwotnemu pomysłowi więcej wagi, niż jej posiadał, nie ograniczyli się na tym; skoro zaś tylko zapuścili się w roztrząsanie samej istoty systemu, gadali już same głupstwa. Największą korzyścią mojej metody było to, iż usuwała transpozycje423 i klucze, tak iż ten sam utwór można było do woli notować i transponować, w jakiej bądź tonacji, za pomocą prostej zmiany początkowej litery na czele melodii. Ci panowie słyszeli od dławidudów424 paryskich, że metoda wykonywania w transpozycji nie jest nic warta; otóż, wzięli to za punkt wyjścia, aby obrócić w niezwalczony zarzut przeciw memu systemowi jego najwybitniejszą przewagę. Rozstrzygnęli, iż moja metoda dobra jest dla partii wokalnych, a zła dla instrumentalnych; zamiast orzec, jak byli powinni, że dobra jest dla wokalnych, a jeszcze lepsza dla instrumentalnych. W następstwie ich sprawozdania Akademia wystawiła mi certyfikat pełen bardzo pięknych komplementów, poprzez które można było odgadnąć, iż w gruncie nie uważa mego systemu ani za nowy, ani za użyteczny. Nie uznałem za właściwe ozdobić podobnym aktem dzieła zatytułowanego Rozprawa o nowoczesnej muzyce, za pomocą którego apelowałem do publiczności od wyroku uczonego ciała.
Miałem możność zauważyć przy tej sposobności, jak bardzo, nawet przy ograniczonym umyśle, znajomość wyłączna, ale głęboka danej rzeczy lepsza jest dla sądzenia o niej od wszelkich horyzontów, które daje wykształcenie, o ile nie łączy się z nim poszczególne znawstwo gałęzi, o którą chodzi. Jedyny słuszny zarzut, który można było uczynić memu systemowi, uczynił Rameau425. Ledwie mu rzecz przedstawiłem, natychmiast ujrzał słabą stronę. „Pańskie znaki — rzekł — są bardzo dobre w tym, iż określają prosto i jasno wartości, jako też ściśle oznaczają interwały, czego wszystkiego nie dają zwykłe znaki nutowe; ale mają tę wadę, iż wymagają pracy umysłu, która nie zawsze może nadążyć szybkości wykonania. Zwyczajne nuty — dodał — ustosunkowaniem swym narzucają się oku jako obraz, bez pomocy tej pracy. Jeżeli dwie nuty, jedna bardzo wysoka, druga bardzo niska, połączone są szeregiem nut pośrednich, widzę od pierwszego rzutu oka postęp od jednej do drugiej, stopień po stopniu; u pana zaś, chcąc upewnić się o tym postępie, trzeba nieodzownie sylabizować wszystkie cyfry; rzut oka nie może dopomóc tu w niczym”. Zarzut zdawał mi się nieodparty, co też natychmiast przyznałem. Mimo że jest prosty i uderzający, jedynie wielkie obycie z tą sztuką mogło go nasunąć; nic też dziwnego, że nie przyszedł na myśl żadnemu z panów akademików; dziwne natomiast jest, iż wszyscy ci wielcy uczeni, którzy wiedzą tyle rzeczy, tak mało wiedzą o tym, iż każdy powinien by sądzić tylko o swoim rzemiośle.
Częste wizyty u moich sędziów oraz u innych panów akademików, pozwoliły mi wejść w styczność z najwybitniejszymi osobistościami literackiego Paryża; dzięki temu, kiedy później nagle znalazłem się w tym cechu, miałem już poniekąd wyrobione stosunki. Na razie, skupiony w swoim systemie muzycznym, upierałem się na tej drodze dokonać rewolucji i dojść do sławy, która w zakresie sztuk pięknych zawsze się łączy w Paryżu z majątkiem. Zamknąłem się w pokoju i przez parę miesięcy z zapałem nie do opisania pracowałem nad tym, aby w dziele przeznaczonym dla publiczności przetworzyć na nowo memoriał przedstawiony w Akademii. Trudność była w tym, aby znaleźć księgarza, który by się podjął wydrukowania mego rękopisu. Trzeba było ponieść pewne wydatki na nowe czcionki; przy tym księgarze nie rwą się do obsypywania złotem początkujących autorów, mnie zaś wydawało się bardzo sprawiedliwe, aby moje dzieło wróciło mi chleb, jaki zjadłem, pracując nad nim.
Bonnefond wyszukał mi starego Quillau, który zawarł ze mną układ na połowę zysku, nie licząc kosztów przywileju426, które poniosłem sam. Tyle zdziałał ów pan Quillau, iż zostałem się ze swoim przywilejem i nigdy nie uzyskałem ani szeląga z tego wydawnictwa. Prawdopodobnie zresztą miało ono popyt dość mierny, mimo że ksiądz Desfontaines427 obiecał mi je popierać, inni zaś dziennikarze wyrazili się o nim dość pochlebnie.
Największą przeszkodą do wypróbowania mego systemu była obawa, aby — w razie gdyby się nie przyjął — nie stracić czasu, który trzeba by wyłożyć na jego naukę. Odpowiadałem na to, że zapoznanie się z moim sposobem notowania daje taką jasność poglądu, iż nawet dla nauki muzyki zwyczajnymi nutami jeszcze zyskałoby się na czasie, zaczynając od moich. Aby dać tego doświadczalny dowód, podjąłem się uczyć bezpłatnie pewną młodą Amerykankę, pannę des Roulins, z którą znajomość zawdzięczałem panu Roguin. W ciągu trzech miesięcy umiała odcyfrować na moich nutach jakąkolwiek melodię, a nawet śpiewać prima vista lepiej ode mnie samego, o ile utwór nie był najeżony szczególnymi trudnościami. Sukces był uderzający, ale mało komu znany. Kto inny napełniłby nim dzienniki; ale ja przy pewnym talencie znajdywania rzeczy pożytecznych nigdy nie miałem talentu ciągnięcia z nich korzyści.
Oto jak moja bania Herona jeszcze raz się stłukła: ale tym razem miałem trzydzieści lat i znalazłem się na bruku Paryża, gdzie nie da się żyć o niczym. Postanowienie, jakie powziąłem w tej ostateczności, zdziwi jedynie tych, którzy nie czytali dobrze pierwszej części tych Pamiętników. Naszamotałem się gorączkowo, a bez skutku; trzeba mi było nabrać tchu. Miast oddać się rozpaczy, oddałem się spokojnie swemu lenistwu i staraniom Opatrzności; aby zaś dać jej czas na spełnienie dzieła, zacząłem przejadać, bez pośpiechu, tych kilka ludwików, które mi jeszcze zostawały. Ograniczyłem wydatki swoich niefrasobliwych wywczasów, nie zwijając ich wszelako zupełnie, uczęszczając do kawiarni jedynie co drugi dzień, do teatru zaś tylko dwa razy tygodniowo. Co się tyczy wydatków na dziewczęta, nie miałem czego reformować, nie wyłożyłem bowiem w życiu ani szeląga na ten użytek, wyjąwszy jednego razu, o którym wspomnę niebawem.
Spokój, rozkosz, ufność, z jaką oddałem się temu leniwemu i samotniczemu życiu, którego nie miałem czym opędzić ani przez trzy miesiące, stanowią jedną z osobliwości mego życia i dziwactw charakteru. To, iż gwałtownie było mi trzeba, aby ktoś pomyślał o mnie, to właśnie odejmowało mi odwagę pokazywania się ludziom. Konieczność składania wizyt uczyniła mi obowiązek ten tak nieznośnym, iż przestałem odwiedzać nawet akademików i innych ludzi pióra, z którymi już zbliżyłem się nieco. Marivaux428, ksiadz de Mably, Fontenelle byli prawie jedyni, u których pojawiałem się niekiedy. Pierwszemu pokazałem nawet moją komedię Narcyz. Spodobała mu się i był na tyle łaskaw, aby ją nieco poprawić. Diderot, młodszy od nich, był niemal w moim wieku. Lubił muzykę i posiadał pewne wykształcenie w tej sztuce; rozmawialiśmy o niej często; mówił mi też o planach swoich dzieł. To stworzyło niebawem ściślejsze stosunki, które trwały piętnaście lat i trwałyby prawdopodobnie jeszcze, gdybym, nieszczęściem, i to z jego winy, nie zaciągnął się w szeregi uprawiających jego własne rzemiosło.
Nikt by sobie nie wyobraził, na czym trawiłem ów krótki i szacowny przeciąg czasu, który mnie dzielił jeszcze od konieczności żebrania na chleb: na obkuwaniu na pamięć poetów, których uczyłem się po sto razy i tyleż razy zapominałem. Co rano, około dziesiątej, szedłem na przechadzkę do Luxemburgu429, z Wergilim lub Russem430 w kieszeni; tam aż do obiadu wbijałem sobie w pamięć to jakąś wzniosłą odę, to bukolikę, nie zrażając się tym, iż powtarzając dzisiejszą, nieodmiennie zapominałem tej, której wyuczyłem się wczoraj. Przypomniałem sobie, iż po klęsce Nikiasza431 pod Syrakuzami jeńcy ateńscy zarabiali na życie wygłaszaniem poematów Homera. Korzyścią, jaką wydobyłem z tego dążenia do erudycji, mającej mnie ubezpieczyć przeciw nędzy, było to, iż wyćwiczyłem swą żałosną pamięć tak dalece, aż wreszcie zdołała sobie przyswoić wszystkich poetów.
Inny sposób zabijania czasu, nie mniej praktyczny, miałem w szachach. Poświęcałem im regularnie, u Maugisa, popołudnia tych dni, w które nie szedłem do teatru. Zapoznałem się z panem de Légal, z niejakim Husson, z Filidorem, ze wszystkimi wielkimi graczami owego czasu, bez większej zresztą korzyści. Nie wątpiłem wszelako, iż w końcu zapędzę w kozi róg ich wszystkich i że to wystarczy, jak mniemałem, aby mi zapewnić środki do życia. Ilekroć brnąłem w jakieś szaleństwo, bez względu na to jakie, zawsze rozumowałem w jednaki sposób. Powiadałem sobie: „Ktokolwiek celuje w jakiejś rzeczy, może być zawsze pewny, iż znajdzie sobie miejsce na świecie. Celujmy tedy, mniejsza w czym; zwrócę na siebie uwagę, sposobności się nastręczą, moje zaś przymioty dokonają reszty”. Dzieciństwo432 to nie było sofizmatem rozumu, ale indolencji433. Przerażony wielkimi i gwałtownymi wysiłkami, jakie trzeba było robić, aby wydobyć coś z siebie, starałem się schlebiać lenistwu i zasłaniałem przed sobą wstyd swego położenia godnymi jego argumentami.
Czekałem tedy spokojnie końca pieniędzy; sądzę, że byłbym doszedł do ostatniego szeląga, nie wzruszając się zbytnio, gdyby ojciec Castel, którego spotykałem niekiedy w kawiarni, nie wyrwał mnie z letargu. Ojciec Castel był trochę wariat, ale zresztą434 dobry człowiek: żal mu było patrzeć, jak się zużywam w tej bezczynności. „Skoro muzycy — rzekł — ani też uczeni nie chcą śpiewać z panem unisono435, spróbuj z innego tonu: chwyć się kobiet. Być może powiedzie ci się lepiej na tej drodze. Wspominałem o tobie pani de Beuzenval436; idź ją odwiedzić, powołaj się na mnie. To dobra kobieta; z przyjemnością ujrzy krajana swego syna i męża. Spotkasz u niej panią de Broglie437, jej córkę, osobę nader światłą. Pani Dupin również wspominałem o panu; zanieś jej swoje dzieło; ma ochotę poznać pana, z pewnością przyjmie cię dobrze. W Paryżu wszystko dzieje się tylko przez kobiety: są to jak gdyby krzywizny, których mędrcy są asymptotami; zbliżają się do nich bez ustanku, nigdy nie dotykając zupełnie”.
Odwlekając z dnia na dzień te straszliwe próby, zdobyłem się wreszcie na odwagę i wybrałem się do pani de Beuzenval. Przyjęła mnie nader łaskawie. Niebawem weszła do pokoju pani de Broglie; matka rzekła: „Oto, córko, pan Rousseau, o którym wspominał ojciec Castel”. Pani de Broglie powinszowała mi mego dzieła i prowadząc mnie do klawikordu, pokazała, że właśnie jest nim zajęta. Widząc na zegarze, iż jest blisko pierwszej, chciałem odejść. Pani de Beuzenval rzekła: „Jest pan daleko od swojej dzielnicy, zostań na obiedzie”. Nie dałem się prosić. W kwadrans później zrozumiałem z kilku wyrzeczonych słów, że zaproszono mnie na obiad, ale w kredensie438, ze służbą. Pani de Beuzenval była to osoba bardzo dobra, ale ograniczona i nazbyt przepełniona znamienitością swego polskiego szlachectwa: mało miała pojęcia o względach dłużnych talentowi. W tym wypadku osądziła mnie nawet raczej z mego wzięcia niż ze stroju, który mimo że bardzo skromny, był nader schludny i nie zwiastował bynajmniej człowieka godnego, aby go sadzano w kredensie. Zapomniałem doń drogi od zbyt dawna, aby chcieć na nią wracać. Nie zdradzając urazy, oświadczyłem pani de Beuzenval, iż drobna sprawa, którą sobie przypomniałem, wzywa mnie do domu; to mówiąc, zacząłem się żegnać. Pani de Broglie zbliżyła się do matki i rzekła z cicha kilka słów, które wywarły skutek. Pani de Beuzenval podniosła się, aby mnie zatrzymać i rzekła: „Mam nadzieję, że uczyni nam pan ten zaszczyt i zostanie z nami na obiedzie”. Sądziłem, że bawić się jeszcze w dumę, byłoby z mej strony głupotą; zostałem. Zresztą, dobroć pani de Broglie wzruszyła mnie i obudziła we mnie sympatię. Rad byłem, iż mam obiadować z nią razem, i spodziewałem się, iż skoro pozna mnie bliżej, nie będzie miała powodu żałować wstawiennictwa, którego ten zaszczyt był owocem.
Prezydent de Lamoignon, wielki przyjaciel domu, również był tego dnia na obiedzie. Zarówno on, jak pani de Broglie, posługiwali się w rozmowie ową ulotną gwarą Paryża, całą w półsłówkach, w lekkich, dowcipnych aluzjach. Nie było tam okazji do błyszczenia dla biednego Jana Jakuba. Miałem na tyle rozsądku, iż nie chciałem gwałtem bawić się w salonowca, i milczałem. Ach, gdybymż zawsze zachował ten rozsądek! Nie byłbym oto w otchłani, w której się dziś znajduję.
Byłem zrozpaczony swym niezdarstwem, oraz tym że nie mogę usprawiedliwić w oczach pani de Broglie łaski, którą mi wyświadczyła. Po obiedzie uciekłem się do swego zwykłego ratunku. Miałem w kieszeni epistołę wierszem, pisaną do Parisota w czasie pobytu w Lyonie. Utwór ten nie był pozbawiony ciepła; spotęgowałem je jeszcze sposobem wygłoszenia i rozrzewniłem wszystkich troje do łez. Czy to wpływ mej próżności, czy też w istocie tak było, ale zdawało mi się, że spojrzenia pani de Broglie mówią do matki: „I cóż, mamo, nie miałam słuszności, że ten człowiek bardziej jest na miejscu tu, przy stole z nami, niż w garderobie?” Aż do tej chwili było mi nieco markotno, ale zemściwszy się w ten sposób, uczułem się zadowolony. Pani de Broglie, posuwając nieco zbyt daleko pochlebny sąd o mnie, orzekła, iż zrobię wrażenie w Paryżu i że stanę się faworytem kobiet. Aby wesprzeć moje niedoświadczenie, dała mi Wyznania Hrabiego de ***439. „Ta książka — rzekła — to mentor, którego będziesz pan potrzebował w świecie; dobrze uczynisz, zasięgając czasem jego rady”. Przechowałem więcej niż dwadzieścia lat ten egzemplarz, przez wdzięczność dla ręki, której go zawdzięczałem, ale śmiejąc się często z opinii, jaką ta pani zdawała się żywić o mych zaletach jako galanta. Od pierwszej chwili, gdy przeczytałem to dzieło, zapragnąłem pozyskać przyjaźń autora. Pociąg mój wiódł mnie bardzo dobrze: to jedyny prawdziwy przyjaciel, jakiego miałem pośród ludzi pióra440.
Od tego czasu ośmieliłem się liczyć na to, iż baronowa de Beuzenval i margrabina de Broglie, zainteresowawszy się mną, nie zostawią mnie długo bez środków. Nie omyliłem się. Pomówmy teraz o mym wejściu w dom pani Dupin, które miało trwalsze następstwa.
Pani Dupin była, jak wiadomo, córką Samuela Bernard i pani Fontaine. Było ich trzy siostry, którym można było dać miano trzech Gracji. Pani de La Touche, głośna swoją eskapadą do Anglii z księciem de Kingston; pani d’Arty, kochanka i co więcej, przyjaciółka, jedyna i szczera przyjaciółka księcia Conti, kobieta urocza zarówno słodyczą, dobrocią przemiłego charakteru, jak powabami umysłu i niezmąconą wesołością; wreszcie pani Dupin, najładniejsza z trzech i jedyna, której nie można było nic zarzucić pod względem obyczajów. Stała się ona nagrodą gościnności pana Dupin: matka oddała mu ją, wraz z miejscem generalnego dzierżawcy i olbrzymią fortuną, przez wdzięczność za dobre przyjęcie, jakiego użyczył jej w swojej prowincji. Wówczas kiedy ujrzałem ją po raz pierwszy, była to jeszcze jedna z najpiękniejszych kobiet w Paryżu. Przyjęła mnie w gotowalni441. Miała nagie ramiona, rozsypane włosy, niedbale zapiętą narzutkę. Tego rodzaju przyjęcie było dla mnie czymś zupełnie nowym; biedna moja głowa nie zdołała go wytrzymać; zmieszałem się, zgłupiałem; i oto, na gładkiej drodze, zadurzyłem się w pani Dupin.
Zdaje się, iż pomieszanie moje nie zaszkodziło mi w jej oczach: nie dała niczym poznać, aby je spostrzegła. Przyjęła życzliwie książkę i autora, wdała się w rozmowę o mym projekcie jak osoba wykształcona, zaczęła śpiewać, towarzysząc sobie sama na klawikordzie, zatrzymała mnie na obiedzie, wskazała miejsce obok siebie. Wszystko to wystarczyło najzupełniej, aby mnie doprowadzić do szaleństwa. Pozwoliła mi odwiedzać się: korzystałem z pozwolenia, nadużywałem go. Bywałem tam prawie codziennie, obiadowałem parę razy na tydzień. Umierałem z ochoty wyznania swych uczuć; nie mogłem się ośmielić. Wiele racji wzmagało mą wrodzoną nieśmiałość. Wstęp do możnego domu — były to otwarte drzwi do fortuny; nie chciałem, w moim położeniu, narażać się na ich zamknięcie. Pani Dupin, mimo swej uprzejmości, była poważna i chłodna; w obejściu jej nie znajdowałem żadnej wyraźnej zachęty, która by mi dodała odwagi. Dom jej, wówczas jeden z najświetniejszych w Paryżu, gromadził towarzystwo, które, gdyby tylko było mniej liczne, mogłoby się stać elitą we wszelakim względzie. Pani Dupin lubiła się otaczać ludźmi, którzy promieniowali jakimś blaskiem: pełno tam było możnych panów, pisarzy, pięknych kobiet. Widywało się samych jeno książąt, ambasadorów, dygnitarzy. Księżna de Rohan, hrabina de Forcalquier, pani de Mirepoix, pani de Brignolé, mylady Hervey mogły uchodzić za jej przyjaciółki. Pan de Fontenelle, ksiądz de Saint-Pierre442, ksiądz Sallier, pan de Fourmont, pan de Bernis443, pan de Buffon444, pan de Voltaire należeli do jej salonu i obiadów. O ile wstrzemięźliwe zachowanie się pani domu nie ściągało zbyt wiele młodzieży, w zamian za to towarzystwo, tym staranniej dobrane, o tyleż bardziej było imponujące; toteż biedny Jan Jakub nie mógł sobie pochlebiać, aby mógł bardzo błyszczeć w tym gronie. Nie śmiałem tedy przemówić, ale nie mogąc zmilczeć, ośmieliłem się napisać. Pani Dupin zachowała dwa dni mój list, nie wspominając o nim. Trzeciego dnia oddała mi go, udzielając ustnie paru słów upomnienia, których zimny ton mnie zmroził. Chciałem mówić, słowa zamarły mi na ustach: nagła namiętność zgasła wraz z nadzieją; i po tych formalnych oświadczynach, bywałem w domu pani Dupin jak wprzódy, nie siląc się już na żadne wyznania, nawet oczami.
Sądziłem, że głupstwo moje poszło w niepamięć; myliłem się. Pan de Francueil, syn pana Dupin a pasierb pani, był mniej więcej w jej i moim wieku. Był to człowiek rozumny, przystojny, mógł mieć pretensje do powodzenia; powiadano, że miał je wobec macochy, jedynie może na tej podstawie, iż dała mu za żonę osobę bardzo brzydką, bardzo łagodną i że żyła bardzo dobrze z obojgiem. Pan de Francueil lubił i pielęgnował sztuki. Muzyka, na której znał się bardzo dobrze, posłużyła za łącznik między nami. Odwiedzałem go często i przywiązałem się doń. Nagle dał mi do zrozumienia, że wizyty moje wydają się pani Dupin zbyt częste i że prosi, abym ich zaniechał. Taka prośba mogła być na miejscu wówczas, kiedy zwracała mi list, ale w osiem lub dziesięć dni później, bez żadnej nowej przyczyny, wydała mi się nieuzasadniona. To stwarzało pozycję tym osobliwszą, iż państwo de Francueil nadal przyjmowali mnie życzliwie. Uczęszczałem tam wszelako rzadziej i byłbym zupełnie zaprzestał odwiedzin, gdyby, nowym nieprzewidzianym kaprysem, pani Dupin nie poprosiła mnie, abym na osiem lub dziesięć dni zaopiekował się jej synem, który zmieniając nauczyciela, zostawał sam na ten przeciąg czasu. Spędziłem ten tydzień wśród męczarni, którą jedynie przyjemność, iż jestem posłuszny pani Dupin, mogła uczynić znośną; biedny bowiem chłopiec zdradzał już wówczas ów niemożliwy charakter, który omal nie okrył hańbą całej rodziny i który przyprawił go o śmierć na wyspie Bourbon. Przez czas mej opieki zdołałem zapobiec, aby nie zrobił nic złego sobie ani drugim, oto wszystko; a i to nie był trud bynajmniej mały i nie byłbym się go podjął na dalszy tydzień, gdyby nawet pani Dupin ofiarowała mi samą siebie jako nagrodę.
Pan de Francueil nabierał do mnie coraz więcej przyjaźni, pracowaliśmy razem: zaczęliśmy wspólnie kurs chemii u Rouelle’a445. Aby być bliżej, opuściłem swój hotelik i umieściłem się przy ulicy Verdelet, wychodzącej na ulicę Plâtrière, gdzie mieszkał pan Dupin. Tam, w następstwie zaniedbanego przeziębienia, nabawiłem się zapalenia płuc, z którego omal nie umarłem. Często miewałem w młodości takie choroby zapalne, pleurezje, a zwłaszcza anginy, którym byłem bardzo podległy; w czasie tych chorób spojrzałem w oczy śmierci dość blisko, aby oswoić się z jej obrazem. W ciągu rekonwalescencji miałem czas zastanowić się nad mym stanem i ubolewać nad nieśmiałością, słabością, niedołęstwem, które mimo ognia trawiącego mnie wewnątrz, kazały mi gnuśnieć w bezczynności ducha i wciąż u wrót nędzy. W wilię446 dnia, w którym zasłabłem, byłem w teatrze na operze Royera447, którą dawano wówczas: tytułu zapomniałem. Mimo mego uprzedzenia na korzyść cudzych talentów, które zawsze budziło we mnie nieufność do własnych, muzyka ta wydała mi się słaba, bez zapału, bez inwencji. Ośmielałem się niekiedy mówić sobie: „Zdaje mi się, że umiałbym zrobić coś lepszego”. Ale straszliwe pojęcie, jakie miałem o napisaniu opery, oraz waga, jaką słyszałem, iż ludzie fachowi przykładają do tego przedsięwzięcia, odstręczały mnie w tej samej chwili i kazały rumienić się, iż śmiałem o tym pomyśleć. Zresztą, gdzie znaleźć kogoś, kto by mi dostarczył libretta i zadał sobie trud przykrojenia go wedle mej potrzeby? Te myśli o muzyce i o operze opadły mnie znowu w czasie choroby: w gorączce tworzyłem melodie, duety, chóry. Jestem pewien, że ułożyłem jakieś parę ustępów di prima intenzione448, godnych może podziwu mistrzów, gdyby mogli je usłyszeć. O, gdyby można notować marzenia gorączkującego, jakież wielkie i wspaniałe rzeczy wyłoniłyby się niekiedy z jego majaczeń!
To opętanie muzyką i operą zaprzątało mnie jeszcze podczas rekonwalescencji, ale spokojniej. Wreszcie, siłą wmyślenia się w przedmiot, prawie mimo woli, zapragnąłem mieć wobec siebie czyste sumienie i postanowiłem sam jeden skomponować operę: słowa i muzykę. Nie była to ze wszystkim moja pierwsza próba. Jeszcze w Chambéry ułożyłem był opero-tragedię, zatytułowaną Iphis i Anaxareta, byłem jednak na tyle rozsądny, iż rzuciłem ją w ogień. W Lyonie napisałem znowuż operę, zatytułowaną Odkrycie nowego świata; odczytawszy ją panu Bordes, księdzu de Mably, księdzu Trublet i innym, zrobiłem z niej w końcu taki sam użytek, mimo że miałem już muzykę do prologu i pierwszego aktu i że Dawid, słysząc tę muzykę, powiedział mi, iż są tam ustępy godne Buononciniego449.
Tym razem, nim wziąłem się do pracy, zostawiłem sobie czas na gruntowne przemyślenie planu. Projektowałem, w ramach heroicznego baletu, trzy odrębne tematy w trzech oderwanych aktach, każdy w odmiennym charakterze; biorąc za przedmiot każdego aktu miłość jakiegoś poety, zatytułowałem tę operę Tkliwe Muzy450. Pierwszy akt, w tonie poważnej muzyki, miał za przedmiot Tassa451; drugi, w rodzaju lirycznym, Owidiusza452; trzeci, zatytułowany Anakreon453, miał oddychać wesołością dytyrambu454. Wziąłem się najpierw do pierwszego aktu; oddałem się mu z zapałem, który pierwszy raz dał mi odczuć rozkosze gorączki tworzenia. Jednego wieczora, wchodząc już niemal do Opery, uczułem się nagle opętany, ogarnięty swymi pomysłami. Wkładam z powrotem pieniądze do kieszeni, spieszę zamknąć się w domu, kładę się do łóżka, zasunąwszy szczelnie firanki, aby światło dziennie nie dochodziło; i tam, oddając się cały dziełu poetyckiemu i muzycznemu zarazem, ułożyłem szybko, w siedem czy osiem godzin, najlepszą część aktu. Mogę powiedzieć, iż miłość moja dla księżnej Ferrary455 (na tę chwilę bowiem byłem Tassem) oraz szlachetne i dumne uczucia wobec jej niesprawiedliwego brata dały mi noc sto razy rozkoszniejszą, niż gdybym ją spędził w istocie w ramionach samej księżniczki. Rano została mi w głowie jedynie drobna cząstka tego, co stworzyłem; ale i ta resztka, niemal zatarta znużeniem i snem, zdradzała jeszcze siłę utworu, którego stanowiła szczątki.
Na ten raz niedaleko posunąłem tę pracę, jako iż oderwały mnie od niej niebawem inne sprawy. Podczas gdy ja zasiadywałem się w domu państwa Dupin, pani de Beuzenval i pani de Broglie, którą odwiedzałem niekiedy, nie zapomniały o mnie. Hrabiego de Montaigu, kapitana gwardii, zamianowano świeżo ambasadorem w Wenecji. Był to ambasador z ramienia Barjaca456, któremu nadskakiwał bardzo pilnie. Brat jego, kawaler de Montaigu, szatny jego wysokości następcy tronu, żył dość blisko z tymi paniami, jak również z księdzem Alary457, członkiem Akademii, którego też spotykałem niekiedy. Pani de Broglie, wiedząc, że ambasador szuka sekretarza, podsunęła mnie. Weszliśmy w pertraktacje. Żądałem pięćdziesiąt ludwików pensji, co jest bardzo niewiele na stanowisku wymagającym reprezentacji. On chciał mi dać tylko sto pistolów, żądając jeszcze, abym podróż odbył swoim kosztem. Propozycja była wprost śmieszna. Nie mogliśmy dojść do porozumienia. Pan de Francueil, który robił, co mógł, aby mnie zatrzymać, przeważył szalę. Zostałem; pan de Montaigu odjechał, zabierając innego sekretarza nazwiskiem Follau, którego mu polecono w ministerstwie spraw zagranicznych. Ledwie znaleźli się w Wenecji, pokłócili się. Follau, widząc, że ma do czynienia z pomyleńcem, opuścił go; za czym pan de Montaigu, mając przy sobie jedynie młodego księżyka nazwiskiem de Binis, piszącego za dyktandem sekretarza, ale niezdolnego zająć jego miejsca, zwrócił się znowuż do mnie. Brat jego kawaler, bystry człowiek, zażył mnie tak skutecznie, dając do zrozumienia, iż z miejscem sekretarza wiążą się niejakie uboczne dochody, iż skłonił mnie do przyjęcia tysiąca franków. Otrzymałem dwadzieścia ludwików na podróż i wyjechałem.
(1743–1744). Ruszając z Lyonu, chciałem skierować się przez Mont-Cenis, aby odwiedzić w przejeździe biedną mamusię; ale ostatecznie puściłem się Rodanem i wsiadłem na statek w Tulonie, tak z powodu wojny458 i z przyczyn oszczędności, jak dlatego, aby wziąść paszport od pana de Mirepoix, rządzącego wówczas w Prowancji, do którego miałem polecenie. Pan de Montaigu, nie mogąc się obejść beze mnie, słał list za listem, aby przyspieszyć podróż. Pewien wypadek opóźnił ją.
Był to czas zarazy w Messynie. Flota angielska wylądowała tam i zrewidowała statek, na którym się znajdowałem. To sprowadziło na nas, skorośmy po długiej i uciążliwej przeprawie przybyli do Genui, trzytygodniową kwarantannę. Zostawiono do wyboru podróżnym, czy chcą ją odbyć na statku, czy w lazarecie459; uprzedzono nas, iż znajdziemy tam tylko cztery gołe ściany, ponieważ nie było jeszcze czasu na umeblowanie. Wszyscy wybrali statek. Nieznośne gorąco, ciasność przestrzeni, brak ruchu, robactwo, wszystko to sprawiło, że na wszelkie ryzyko wybrałem lazaret. Zaprowadzono mnie do wielkiego dwupiętrowego budynku, zupełnie pustego; nie znalazłem tam ani okna, ani stołu, ani łóżka, ani krzesła, ani nawet zydla, aby usiąść, ani wiązki słomy, aby się położyć. Przyniesiono mi płaszcz, worek podróżny, dwie walizki; zamknięto za mną duże drzwi o potężnych zamkach. Zostałem sam, ze swobodą przechadzania się z pokoju do pokoju i z piętra na piętro, wszędzie zastając tę samą samotność i to samo ogołocenie.
Mimo to nie żałowałem, iż wybrałem raczej lazaret niż statek; jak nowy Robinson zacząłem się urządzać na swoje trzy tygodnie niby na całe życie. Najpierw miałem rozrywkę polowania na pchły, których nabawiłem się na statku. Kiedy dzięki gruntownej zmianie bielizny i odzieży zdołałem się wreszcie oczyścić, wziąłem się do meblowania pokoju, który obrałem za kwaterę. Sporządziłem wygodny materac z kubraków i koszul, prześcieradło z kilku serwet, które zeszyłem razem, kołdrę ze szlafroka, poduszkę ze zwiniętego płaszcza. Zrobiłem siedzisko z walizki ułożonej na płask, stół z drugiej, ustawionej na wysokość. Wydobyłem papier, przybory do pisania, ułożyłem w formie biblioteki kilkanaście książek, które miałem ze sobą. Słowem, urządziłem się tak dobrze, że poza brakiem firanek i okien, było mi w tym zupełnie nagim lazarecie niemal tak wygodnie jak w mieszkaniu przy ulicy Verdelet. Posiłek podawano mi z wielkim ceremoniałem; dwóch grenadierów z najeżonymi bagnetami eskortowało go za każdym razem; schody były mą jadalnią, podłoga służyła za stół, stopień poniżej za siedzenie. Kiedy przyniesiono obiad, wzywano mnie dzwonkiem, bym zasiadał do stołu. Między posiłkami, kiedy nie czytałem ani nie pisałem lub też nie pracowałem koło umeblowania, przechadzałem się po cmentarzu protestanckim, który mi służył za dziedziniec, lub też wchodziłem na latarnię wznoszącą się nad portem, skąd mogłem widzieć wpływające i odpływające statki. Przebyłem w ten sposób dwa tygodnie i byłbym przebył całe trzy, nie nudząc się ani chwili, gdyby pan de Jonville, poseł francuski, któremu przesłałem list obmyty w occie, okadzony i wpół spalony, nie skrócił o tydzień mego pobytu. Spędziłem ten tydzień u niego i wyznaję, łóżko w jego domu lepiej mi smakowało niż legowisko w lazarecie. Przyjął mnie bardzo serdecznie. Dupont, sekretarz jego, bardzo poczciwy chłopiec, wprowadził mnie, tak w Genui jak w okolicy, do kilku domów, gdzie można się było rozerwać; nawiązałem z nim znajomość i korespondencję, którą podtrzymywaliśmy bardzo długo. Ciągnąłem dalej przyjemnie mą drogę przez równinę Lombardii. Ujrzałem Mediolan, Weronę, Brescję, Padwę i dotarłem w końcu do Wenecji, niecierpliwie oczekiwany przez pana ambasadora.
Zastałem stertę depesz, tak ze dworu, jak z innych ambasad; pan de Montaigu nie umiał ich odczytać, o ile były szyfrowane, mimo iż posiadał kompletny klucz po temu. Nie pracowałem nigdy w żadnej kancelarii ani też nie widziałem nigdy szyfrowanej depeszy; lękałem się zrazu, że napotkam trudności; ale przekonałem się, iż nie ma nic prostszego pod słońcem: w niespełna tydzień odcyfrowałem wszystko. Rzecz zaiste nie była warta i tego trudu, pominąwszy bowiem, iż ambasada wenecka zazwyczaj jest dość bezczynna, z pewnością nie takiemu człowiekowi powierzono by bodaj najmniejszą negocjację. Aż do mego przybycia ambasador był w wielkim kłopocie, nie umiejąc ani dyktować, ani pisać czytelnie. Byłem mu bardzo użyteczny; czuł to i obchodził się ze mną nader względnie. Inna jeszcze pobudka skłaniała go do tego. Od czasu pana de Froulay, jego poprzednika, który uległ pomieszaniu zmysłów, konsul francuski nazwiskiem Blond objął agendy ambasady i po przybyciu pana Montaigu prowadził je dalej, póki ambasador nie obznajmi się z ich tokiem. Pan de Montaigu, zazdrosny o to, iż kto inny pełni jego funkcje, mimo iż sam był do nich niezdolny, powziął ansę460 do konsula; jakoż natychmiast po mym przybyciu odjął mu funkcje sekretarza ambasady, aby poruczyć je mnie. Były one nieodłączne od tytułu; polecił mi go używać. Jak długo byłem w ambasadzie, zawsze posyłał jedynie mnie w tym charakterze do senatu i do referentów. W gruncie rzeczy było rzeczą bardzo naturalną, iż woli mieć za sekretarza ambasady człowieka ze swego ramienia niż konsula albo też urzędnika ministerstwa z ramienia dworu.
Okoliczność ta uczyniła mą pozycję dość przyjemną i nie pozwoliła dworzanom ambasadora, wyłącznie Włochom, jak również paziom i reszcie domowników zaprzeczać mi pierwszych praw w domu. Posłużyłem się z powodzeniem powagą, jaka była do nich przywiązana, aby podtrzymać przywilej „listy”, to znaczy niepodległość kwatery ambasadora, wbrew usiłowaniom, jakie czyniono nieraz, aby prawo to naruszyć, przeciw czemu weneccy funkcjonariusze ambasady nie umieli walczyć. Ale nie ścierpiałem też nigdy, aby kwatera ta służyła za schronienie bandytom, mimo że mogły stąd spłynąć na mnie korzyści, których cząstką jego ekscelencja nie byłby z pewnością pogardził.
Ambasador ośmielił się nawet domagać udziału w dochodach sekretariatu, tzw. „kancelaryjnym”. Był to czas wojny; mimo to ekspediowało się sporo paszportów. Od każdego paszportu opłacało się cekina461 sekretarzowi, który ekspediował je i podpisywał. Wszyscy moi poprzednicy kazali sobie płacić tego cekina bez różnicy, tak Francuzom jak cudzoziemcom. Zwyczaj ten wydał mi się niesłuszny; toteż mimo że nie byłem Francuzem, poniechałem go na korzyść Francuzów; ale strzegłem tak ściśle swoich praw we wszystkich innych okolicznościach, iż, kiedy margrabia de Scotti, brat faworyta królowej Hiszpanii, zażądał paszportu, nie posławszy cekina, upomniałem się o należność; mściwy Włoch nie zapomniał mi nigdy tej śmiałości. Z chwilą gdy rozeszła się wieść o reformie, jaką uczyniłem w opłacie paszportowej, zaczęła się po nie zgłaszać ciżba samych rzekomych Francuzów, którzy, w ohydnych żargonach, głosili się jeden Prowansalczykiem, drugi mieszkańcem Pikardii, inny Burgundii. Ponieważ ucho mam dosyć bystre, nie dałem się omamić i wątpię, aby bodaj jeden Włoch uszczknął mego cekina, a bodaj jeden Francuz go zapłacił. Byłem na tyle niemądry, że powiedziałem panu de Montaigu, który nie wiedział o niczym, o mym zarządzeniu. To słowo „cekin” sprawiło, że otworzył uszy; nie wyrażając swego zdania co do skasowania cekina Francuzów, zażądał, abym się z nim porozumiał co do podziału opłat, które ściągałem, przyrzekając ze swej strony równoznaczne korzyści. Więcej oburzony podłością ambasadora niż zamachem na me dochody, odrzuciłem wręcz propozycję. Ambasador nalegał, wzburzyłem się: „Nie, panie hrabio — odparłem — niech Wasza Ekscelencja zachowa to, co jest jej, a zostawi mnie, co moje; nie ustąpię ani szeląga”. Widząc, że nie zyska nic na tej drodze, obrał inną: nie wstydził się oświadczyć mi, iż skoro czerpię zyski z kancelarii, słuszne jest, abym ponosił jej koszta. Nie chciałem wszczynać sprzeczki na tym punkcie; od tego czasu dostarczałem z moich pieniędzy inkaustu462, papieru, wosku, świec, pieczęci nawet, którą kazałem przerobić, nie otrzymawszy nigdy ani grosza zwrotu. Nie przeszkodziło mi to dopuścić do mego udziału w dochodach z paszportów księdza de Binis, dobrego chłopaka; ani mu w głowie było spodziewać się podobnej gratki. O ile on był mi życzliwy, ja, nawzajem, wychodziłem z nim nie mniej przyzwoicie i zawsze żyliśmy z sobą jak najlepiej.
Zapoznawszy się z robotą, znalazłem463 ją mniej uciążliwą niż obawiałem się, że będzie dla człowieka bez doświadczenia, przy boku ambasadora, który nie miał go również i którego ignorancja i upór pętały na domiar, jakby z umysłu464, wszystko, co zdrowy rozsądek i nieco wiedzy kazały mi podjąć dla służby jego i króla. Najrozsądniejszym, co uczynił, było, iż zbliżył się z margrabią de Mari, ambasadorem hiszpańskim, zręcznym i bystrym człowiekiem, który byłby go poprowadził za nos, gdyby chciał, ale który, zważywszy wspólność interesów obu rządów, radził mu zazwyczaj dość dobrze. Niestety pan de Montaigu unicestwiał jego rady, wkładając zawsze coś własnego w wykonanie. Jedyną rzeczą, która była ich wspólnym zadaniem, było zachęcić Wenecjan do zachowania neutralności. Ci nie szczędzili zapewnień wiary, dostarczając równocześnie publicznie wojskom austriackim zapasów, a nawet rekruta pod pozorem dezercji. Pan de Montaigu, który, jak sądzę, pragnął sobie pozyskać łaski Republiki465, nakazywał mi również, mimo mych przedstawień, zapewniać we wszystkich depeszach rząd francuski, że Wenecja nigdy nie naruszy neutralności. Upór i tępota biednego człowieka sprawiały, iż przychodziło mi co chwilę pisać i robić szaleństwa, których zmuszony byłem być narzędziem, skoro przełożony tego żądał, ale które czyniły mi nieraz stanowisko moje nieznośnym, a nawet niewykonalnym. Żądał na przykład, aby przeważna466 część depesz do króla i do ministra była szyfrowana, mimo że nie zawierały bezwarunkowo nic, co by wymagało tej ostrożności. Przedstawiałem, że od piątku, dnia, w którym przybywały depesze ze dworu, do soboty, w którą odchodziły nasze, nie było dość czasu, aby wyszyfrować tyle materiału, wobec rozleglej korespondencji, którą musiałem oddać temuż kurierowi. Ambasador znalazł znakomitą radę: a mianowicie, aby już od czwartku gotować odpowiedź na depesze, które miały przyjść nazajutrz, w piątek. Myśl ta wydała mu się nawet tak szczęśliwa, mimo że wszelkimi sposobami starałem się wykazać niemożliwość, niedorzeczność jej wykonania, iż trzeba mi było się poddać. Przez cały czas, który pozostawałem w służbie pana de Montaigu, na podstawie zanotowanych kilku słów, jakie mi rzucał mimochodem w ciągu tygodnia i kilku pospolitych nowin zebranych tu i ówdzie, uzbrojony wyłącznie w te materiały, musiałem stale we czwartek rano przynosić mu brulion depesz, które miały odejść w sobotę. Czyniłem jedynie parę dodatków i poprawek wedle depesz, które przychodziły w piątek, a którym nasze miały służyć za odpowiedź. Ambasador miał jeszcze jeden narów467 bardzo pocieszny, który czynił jego korespondencję śmieszną nad wszelki wyraz: mianowicie odsyłał każdą nowinę do jej źródła, zamiast puszczać ją w obieg w odpowiednim kierunku. Udzielał panu Amelot468 nowin ze dworu, panu de Maurepas469 z Paryża, panu d’Havrincourt ze Szwecji, panu de La Chetardie z Petersburga, niekiedy wręcz każdemu tych samych, które otrzymał od niego, przystrojonych przeze mnie w nieco odmienne zwroty. Ponieważ z aktów, które przynosiłem do podpisu, przeglądał jedynie depesze do dworu, inne zaś podpisywał bez czytania, dawało mi to możność redagowania tych innych wedle mego pojęcia, przy czym starałem się bodaj wymieniać wiadomości. Niepodobna mi było natomiast nadać jakiś dorzeczniejszy charakter depeszom głównym. Szczęście jeszcze, kiedy ekscelencji nie przyszła ochota naszpikować je na poczekaniu dodatkami swego chowu; wówczas zmuszony byłem przepisywać na gwałt depeszę ozdobioną nowym bzdurstwem, które na wyraźne żądanie ambasadora musiało być bezwarunkowo zamieszczone w szyfrach, inaczej nie chciałby podpisać. Po dwadzieścia razy dla dobra jego reputacji miałem pokusę wyszyfrować co innego, niż mi polecił; ale czując, że nic nie może usprawiedliwić podobnej niewierności, pozwalałem mu bredzić na swoje ryzyko, zadowalając się tym, iż wyrażałem szczerze moje zdanie o tym i wypełniałem jak mogłem najlepiej resztę obowiązków.
Czyniłem to zawsze z uczciwością, zapałem i odwagą, które zasługiwały na inną nagrodę niż ta, którą otrzymałem w końcu. Był czas, abym raz stał się tym, czym uczyniły mnie: niebo, obdarzywszy mnie szczęśliwymi darami natury, wychowanie otrzymane od najlepszej z kobiet, jak również to, które zdobyłem własnym wysiłkiem. Tak się też stało. Zdany samemu sobie, bez przyjaciela, bez rady, bez doświadczenia, w obcym kraju, w służbach obcego narodu, wśród zgrai łotrzyków, którzy dla własnej korzyści i chcąc usunąć niebezpieczeństwo dobrego przykładu, zachęcali mnie, bym ich naśladował, daleki od dania im ucha, służyłem dobrze, o ile było w mej mocy, Francji, której nie byłem powinien nic, i lepiej jeszcze ambasadorowi, jak było mym obowiązkiem. Wytrwawszy nieskazitelnie na dość odpowiedzialnym posterunku, zasłużyłem i zdobyłem sobie szacunek Rzeczypospolitej, wszystkich ambasadorów, z którymi byliśmy w styczności, i sympatię Francuzów zamieszkałych w Wenecji, nie wyjmując samego nawet konsula, którego z żalem wyrugowałem z funkcji należnych jemu z prawa, a mnie przynoszących więcej kłopotu niż przyjemności.
Pan de Montaigu, oddany bez zastrzeżeń margrabiemu de Mari, który nie wchodził w szczegóły jego obowiązków, zaniedbywał się do tego stopnia, iż gdyby nie ja, zamieszkali w Wenecji Francuzi nie spostrzegliby, że istnieje tam w ogóle jakiś ich ambasador. Zawsze wystrychnięci na dudków, nie wysłuchani nawet jak należy, ilekroć potrzebowali poparcia ambasady, zrazili się; nie widywało się nikogo ani w orszaku ambasadora, ni przy jego stole, do którego nie zapraszał nigdy. Często z własnej inicjatywy czyniłem to, co on powinien był czynić; oddawałem Francuzom, którzy zwrócili się do ambasadora lub do mnie, wszelkie usługi, jakie były w mej mocy. W każdym innym kraju byłbym robił więcej, ale tu, nie mogąc widywać żadnych wpływowych figur z przyczyny mego stanowiska, zniewolony byłem uciekać się często do konsula; konsul zaś, zżyty z tym krajem, z którego pochodziła jego rodzina, musiał przestrzegać wielu względów, broniących mu czynić to, co by pragnął. Niekiedy wszelako, widząc, że konsul mięknie i nie śmie wystąpić, ważyłem się na ryzykowne kroki, które nieraz mi się powiodły. Przypominam sobie jedną przygodę, której wspomnienie pobudza mnie jeszcze do śmiechu. Nikt by nie przypuszczał, że mnie to miłośnicy teatru w Paryżu mieli do zawdzięczenia Koralinę i siostrę jej Kamillę470; jest to wszelako najszczersza prawda. Veronese, ich ojciec, zgodził się wraz z córkami do trupy włoskiej; otrzymawszy dwa tysiące franków na podróż, zamiast odjechać wstąpił najspokojniej w Wenecji do teatru św. Łukasza, gdzie Koralina, mimo że jeszcze prawie dziecko, ściągała liczną publiczność. Książę de Gesvres jako pierwszy ochmistrz dworu napisał do ambasady, domagając się ojca i córki. Pan de Montaigu, oddając mi list, rzekł za całą wskazówkę: „Rozpatrz pan to”. Udałem się do pana Le Blond, prosząc, aby pomówił z przedsiębiorcą i właścicielem teatru św. Łukasza (zwał się, o ile się nie mylę, Zustiniani) i zażądał odesłania Veronese, który zgodził się w służby króla. Le Blond, któremu ta sprawa nie bardzo przypadła do smaku, załatwił ją niedbale. Zustiniani zaczął kręcić i ostatecznie nie odesłał Veronese. To mnie oburzyło. Był to czas karnawału; wziąwszy domino471 i maskę, kazałem się zaprowadzić do pałacu Zustinianich. Obecni, widząc zajeżdżającą gondolę o barwach ambasadora, zdumieli się472; Wenecja nie oglądała jeszcze podobnej rzeczy. Wchodzę, każę się oznajmić pod mianem una siora maschera473. Skoro mnie wprowadzono, natychmiast zdejmuję maskę i mówię, kim jestem. Senator zbladł i stał jak wryty. „Panie — rzekłem w narzeczu weneckim — z przykrością przychodzi mi niepokoić Waszą Ekscelencję swoją wizytą, ale posiadasz pan w teatrze człowieka imieniem Veronese, zgodzonego w służby mego króla; dotąd na próżno domagano się jego wydania. Otóż przychodzę go żądać w imieniu Jego Królewskiej Mości”. Moje krótkie przemówienie wywarło skutek. Ledwie wyszedłem, senator pobiegł opowiedzieć całą przygodę inkwizytorom stanu474, którzy zmyli mu głowę. Veronese zwolniono tego samego dnia. Poleciłem mu powiedzieć, iż jeżeli nie wyjedzie do tygodnia, każę go uwięzić, jakoż pojechał.
W innych okolicznościach wybawiłem z kłopotu kapitana kupieckiego okrętu, sam z siebie i prawie bez niczyjej pomocy. Nazywał się Olivet, był z Marsylii; zapomniałem nazwy statku. Załoga jego weszła w zatarg ze Sklawończykami475 będącymi w służbach Republiki: doszło do czynnych gwałtów i okręt wzięto w areszt tak surowy, iż nikt z wyjątkiem samego kapitana nie mógł wstępować na statek ani wysiadać zeń bez pozwolenia. Kapitan odwołał się do ambasadora, który zbył go niczym; do konsula, który odpowiedział, że to nie jest sprawa handlowa i że nie może się mieszać. Nie wiedząc już, co począć, kapitan zwrócił się do mnie. Przedstawiłem panu de Montaigu, że powinien zezwolić, bym przedłożył senatowi memoriał w tej sprawie. Nie pamiętam już, czy się zgodził i czy przedłożyłem memoriał, ale przypominam sobie dobrze, że kroki moje nie doprowadziły do niczego i że wobec ciągle trwającego aresztu zdobyłem się na postanowienie uwieńczone pomyślnym skutkiem. Zamieściłem sprawozdanie z tego wydarzenia w depeszy do pana de Maurepas; miałem nawet dość trudu z tym, aby pan de Montaigu zgodził się przepuścić ten ustęp. Wiedziałem, iż depesze nasze, mimo że nie były warte tego trudu, otwierano w Wenecji. Miałem dowód tego w artykułach, które dosłownie powtarzały ich treść w gazecie; usiłowałem nawet na próżno skłonić ambasadora do wniesienia skargi o to nadużycie. Wspominając w depeszy o całym zajściu, miałem na celu wyzyskać tę ciekawość władz weneckich, aby im napędzić strachu i skłonić je do uwolnienia statku; gdyby bowiem trzeba było czekać odpowiedzi dworu, kapitan byłby zrujnowany, zanimby nadeszła. Uczyniłem więcej: udałem się na statek, aby przesłuchać załogę. Wziąłem ze sobą księdza Patizel, sekretarza konsulatu, który przybył bardzo niechętnie; tak wszyscy ci nieboracy obawiali się narazić senatowi. Nie mogąc wstąpić na pokład z przyczyny zakazu, zostałem w gondoli i spisałem tam protokół, wypytując głośno, po kolei, całą załogę i kierując pytania w taki sposób, aby wydobyć możliwie najkorzystniejsze odpowiedzi. Chciałem skłonić Patizela, aby sam prowadził śledztwo i spisał protokół, co w istocie bardziej należało do jego kompetencji niż do mojej. Nie chciał bezwarunkowo się zgodzić, nie odezwał się ani słowa i ledwie zechciał podpisać protokół po mnie. Ten krok, nieco zuchwały, miał wszelako szczęśliwy wynik: okręt uwolniono na długo przed odpowiedzią ministra. Kapitan chciał mi się odwdzięczyć podarkiem. Nie obrażając się, odpowiedziałem, klepiąc go po ramieniu: „Kapitanie Olivet, czy sądzisz, że ten, który nie pobiera od Francuzów należności za paszport, mimo iż zastał ten obyczaj, byłby zdolny sprzedawać im opiekę Króla?”. Prosił, aby mógł przynajmniej wydać dla mnie na pokładzie obiad; przyjąłem, i przyprowadziłem z sobą sekretarza hiszpańskiej ambasady nazwiskiem Carrio, człowieka bystrego dowcipu i bardzo miłego towarzysza; był później sekretarzem ambasady w Paryżu. Za przykładem naszych ambasadorów żyliśmy z sobą bardzo blisko.
Szczęśliwy byłbym, gdybym czyniąc najzupełniej bezinteresownie tyle dobrego, ile mogłem, umiał równocześnie baczyć tak pilnie na wszystkie drobiazgi, aby nie stać się nieraz ofiarą swej nieuwagi i nie służyć innym swoim kosztem! Ale na stanowisku, które zajmowałem, gdzie najmniejszy błąd nie jest bez znaczenia, wysilałem całą uwagę na to, aby w niczym nie zgrzeszyć przeciw służbowym przepisom. Wytrwałem aż do końca w największym porządku i dokładności we wszystkim, co tyczyło mych zasadniczych obowiązków. Pominąwszy parę omyłek, jakie wskutek nadmiernego pośpiechu popełniłem w szyfrowaniu depesz, na co uskarżyli się raz urzędnicy pana Amelot, ani ambasador, ani nikt nie mógł mi zarzucić najlżejszego zaniedbania: okoliczność godna uwagi dla człowieka tak niedbałego i roztrzepanego jak ja. Natomiast grzeszyłem często brakiem pamięci i starania w prywatnych sprawach, których się podejmowałem; miłość zaś sprawiedliwości kazała mi zawsze brać na siebie szkodę własnego zaniedbania, nim ktokolwiek zdążył się na nie użalić. Przytoczę tylko jeden rys, będący w związku z moim wyjazdem z Wenecji, a którego skutki odczułem następnie w Paryżu.
Kucharz nasz, nazwiskiem Rousselot, przywiózł z Francji stary oblig476 na dwieście franków, który to oblig przyjaciel jego, z zawodu perukarz, otrzymał od szlachcica weneckiego, Zanetto Nani, jako pokrycie należności za dostawę peruk. Rousselot przyniósł mi ten papier, prosząc, abym starał się coś uzyskać w drodze ugody. Wiedziałem, i on wiedział także, że stałym zwyczajem szlachty weneckiej jest nie płacić nigdy, za powrotem do ojczyzny, długów, które zaciągnęli w cudzoziemskim kraju; jeśli kto chce zmusić ich do tego, póty nękają nieszczęśliwego wierzyciela zwłoką i kosztami, aż wreszcie zniechęci się i da wszystkiemu pokój lub ugodzi się niemal darmo. Prosiłem pana Le Blond, aby pomówił z Zanettem. Uznał oblig, ale nie objawił chęci zapłacenia. Po długiej walce przyrzekł wreszcie trzy cekiny. Kiedy Le Blond przyniósł mu oblig, trzech cekinów nie było pod ręką; trzeba było czekać. Podczas tej odwłoki zaszła moja sprzeczka i rozstanie z ambasadorem. Zostawiłem papiery w ambasadzie w największym porządku, ale obligu Rousselota nie było. Pan Le Blond upewniał, że mi go oddał. Nadto znałem jego uczciwość, aby wątpić o tym; ale niepodobna mi było przypomnieć sobie, co się stało z tym papierem. Ponieważ Zanetto uznał dług, prosiłem pana Le Blond, aby starał się zeń wydobyć trzy cekiny za pokwitowaniem lub też skłonił go do wystawienia duplikatu. Zanetto, wiedząc, iż oblig zaginął, nie chciał słyszeć o niczym. Ofiarowałem Rousselotowi trzy cekiny z własnej sakiewki jako umorzenie obligu. Odmówił i rzekł, iż trzeba mi się ułożyć w Paryżu z wierzycielem, którego podał mi adres. Perukarz, dowiedziawszy się, co się stało, żądał obligu lub całkowitej sumy. Czegóż nie byłbym dał w mym oburzeniu, aby znaleźć nieszczęsny papier! Zapłaciłem dwieście franków, i to w czasie największej nędzy. Oto w jaki sposób zagubienie obligu przyniosło wierzycielowi pokrycie całej sumy, podczas gdy o ile by nieszczęściem dla niego ów papier się odnalazł, z trudnością wydobyłby dziesięć talarów, przyrzeczonych przez jego ekscelencję Zanetto Nani.
Czując w sobie talent do sprawowania mego urzędu, wypełniałem go z przyjemnością; poza towarzystwem mego przyjaciela Carrio oraz zacnego Altuny, o którym pomówię niebawem, poza chwilami bardzo niewinnej rozrywki na placu św. Marka, w teatrze, i paru wizyt, które prawie zawsze składaliśmy razem, jedyną mą przyjemnością były moje obowiązki. Mimo iż praca nie była zbyt mozolna, zwłaszcza przy pomocy księdza de Binis, był to czas wojenny, korespondencja była nader rozległa i zajmowała sporo czasu. Pracowałem co dzień dobrą część ranka, a w dnie kurierów nieraz aż do północy. Resztę czasu poświęcałem studiom nad zawodem, który rozpoczynałem i w którym, na podstawie tak pomyślnych początków, spodziewałem się znaleźć korzystniejsze widoki w przyszłości. W istocie, był co do mej osoby jeden tylko głos, począwszy od ambasadora, który głośno wychwalał moje zasługi, nie żalił się na nie nigdy i którego cała późniejsza wściekłość wynikła jedynie z tego, iż nie otrzymawszy zadośćuczynienia na mą skargę, zażądałem wreszcie zwolnienia z obowiązków. Ambasadorowie i ministrowie, z którymi byliśmy w korespondencji, winszowali panu de Montaigu jego sekretarza w sposób, który powinien mu był pochlebiać, a który w tej pomylonej głowie wywarł wręcz przeciwny skutek. Objawiło się to zwłaszcza w pewnej zasadniczej okoliczności, której mi nigdy nie przebaczył. Okoliczność ta zasługuje, aby ją przytoczyć.
Pan de Montaigu tak mało zdolny był nakładać sobie jakieś więzy, iż nawet w sobotę, w dzień głównej ekspedycji kurierów, nie umiał doczekać z opuszczeniem kancelarii, aż praca będzie ukończona. Nękając mnie ciągle, abym co rychlej wyprawiał depesze do króla i ministrów, podpisywał je w pośpiechu, po czym biegł nie wiem gdzie, zostawiając większość innych listów bez podpisu. O ile chodziło jedynie o nowiny, mogłem ostatecznie przesyłać je w formie biuletynu, ale kiedy chodziło o sprawy tyczące urzędu, trzebaż było, aby ktoś podpisał, podpisywałem tedy. Tak uczyniłem z pewnym ważnym ostrzeżeniem, jakie otrzymaliśmy świeżo od pana Vincent, pełnomocnika królewskiego w Wiedniu. Było to w czasie, kiedy książę Lobkowitz ciągnął na Neapol, hrabia zaś de Gages dokonał owego pamiętnego odwrotu477, który był najpiękniejszym manewrem wojennym całego wieku, a któremu Europa zbyt mało poświęciła uwagi. Wiadomość opiewała, iż pewien człowiek, którego pan Vincent przesyłał nam rysopis, opuścił Wiedeń i miał przejeżdżać przez Wenecję, spiesząc tajemnie do Abruzzów, aby za zbliżeniem się Austriaków wywołać tam powstanie. W nieobecności hrabiego de Montaigu, który nie interesował się niczym, przesłałem margrabiemu de l’Hôpital ostrzeżenie to tak w porę, iż może temu zohydzonemu Janowi Jakubowi zawdzięcza dom Burbonów zachowanie królestwa Neapolu.
Margrabia de l’Hôpital, dziękując jak należało swemu koledze, wspomniał o sekretarzu i o usłudze, jaką ten wyświadczył sprawie publicznej. Hrabia de Montaigu, który miał sobie do wyrzucenia zaniedbanie w tej mierze, dopatrzył się w tym powinszowaniu przytyku i dał mi to odczuć wyraźnym niezadowoleniem. Niedługo później zmuszony byłem postąpić wobec hrabiego de Castellane, ambasadora w Konstantynopolu, tak samo jak wobec pana de l’Hôpital, mimo iż w sprawie mniej ważnej. Ponieważ nie było do Konstantynopola innej poczty jak tylko kurierzy, których senat wysyłał od czasu do czasu do swego pełnomocnika, uwiadamiano o odjeździe tych kurierów ambasadora Francji, aby mógł napisać tą drogą do swego kolegi, o ile uważał za potrzebne. Uwiadomienie to przychodziło zazwyczaj dzień albo dwa wprzódy; ale tak mało liczono się z panem de Montaigu, iż zadowalano się posłaniem doń, dla formy, na godzinę lub dwie przed odejściem kuriera; co zmusiło mnie kilka razy do sporządzenia depeszy w nieobecności ambasadora. Pan de Castellane, odpowiadając, wspomniał o mnie w pochlebnych wyrazach; toż samo pan de Jonville w Genui; stąd nowe pretensje.
Wyznaję, iż nie uchylałem się, gdy nastręczyła się sposobność, aby dać się poznać, ale nie szukałem jej również zbyt skwapliwie. Zdawało mi się bardzo słuszne, abym służąc dobrze, dążył do naturalnej nagrody dobrej służby, to znaczy szacunku tych, którzy mogą ją ocenić i odpłacić. Nie wydaję sądu, czy moja gorliwość w wypełnianiu obowiązków była ze strony ambasadora usprawiedliwionym powodem do skargi, ale mogę śmiało powiedzieć, iż był to powód jedyny, jaki sformułował aż do dnia naszego rozstania.
Dom jego, którego nigdy nie umiał postawić na przyzwoitej stopie, napełniał się szumowinami. Dla Francuzów nie było tam miejsca. Włosi wodzili rej; a nawet spomiędzy nich dobrzy słudzy, przywiązani od dawna do ambasady, spotkali się wszyscy z niegodną odprawą; w ich liczbie pierwszy szambelan ambasady, który piastował tę godność jeszcze przy hrabi de Froulay, a zwał się, o ile pamiętam, hr. Peati lub podobnie. Drugim szambelanem, z wyboru pana de Montaigu, był bandyta z Mantui, Dominico Vitali, któremu ambasador powierzył pieczę o dom. Ten, za pomocą pochlebstwa i brudnego skąpstwa, uzyskał jego zaufanie i stał się faworytem, z wielką ujmą dla niewielu uczciwych ludzi pozostałych jeszcze w domu oraz sekretarza będącego na ich czele. Nieskazitelne oko uczciwego człowieka zawsze jest niepokojące dla hultajów. Była to wystarczająca racja, aby ten człowiek powziął do mnie nienawiść; ale nienawiść ta miała jeszcze inną przyczynę, która uczyniła go tym zajadlejszym. Godzi mi się zdradzić tę przyczynę, iżby mnie potępiono, jeśli zawiniłem.
Ambasador miał wedle zwyczaju lożę w każdym z pięciu teatrów. Codzienne przy obiedzie wymieniał teatr, do którego zamierza się udać; ja wybierałem po nim, szambelani zaś rozrządzali resztą lóż. Wychodząc, brałem klucz od loży, którą wybrałem. Jednego dnia (Vitali był wówczas nieobecny), poleciłem lokajowi przydanemu do mej usługi, aby przyniósł klucz do znajomego domu, dokąd wybierałem się w odwiedziny. Vitali zamiast posłać klucz kazał powiedzieć po prostu, że nim rozporządził. Byłem tym bardziej oburzony, iż lokaj zdał sprawę ze zlecenia w obecności wszystkich. Wieczorem Vitali chciał mnie zbyć paru słowami usprawiedliwienia, którego nie przyjąłem: „Jutro — rzekłem — przyjdzie mi je pan przedłożyć o tej a o tej godzinie w domu, gdzie spotkał mnie afront, i wobec ludzi, którzy byli jego świadkami; lub też pojutrze, jak bądź się rzecz obróci, oświadczam, iż jeden z nas opuści ambasadę”. Ten stanowczy ton zaimponował mu. Stawił się w oznaczonym czasie i miejscu, aby mnie publicznie przeprosić, z uniżonością godną siebie; ale poprzysiągł mi w duchu zemstę i składając mi niskie pokłony, pracował włoskim systemem tak skutecznie, iż, nie mogąc skłonić ambasadora do udzielenia mi dymisji, postawił mnie w konieczności zażądania jej samemu.
Nędznik tego pokroju nie należał z pewnością do ludzi zdolnych mnie poznać; ale znał mnie tyle, ile było trzeba dla jego zamysłów. Wiedział, że jestem dobry i do przesady łagodny w znoszeniu mimowolnej przewiny, dumny zaś i mało cierpliwy na obrazę wyrządzoną z rozmysłu. Wiedział, że lubię przyzwoitość i godność w rzeczach tyczących formy i że jestem nie mniej wymagający co do względów, które mi się należą, jak uważny w oddawaniu tych, które jestem winien innym. Postanowił mnie tedy zażyć z tej strony i w istocie zdołał mnie wyprowadzić z cierpliwości. Wprowadził w dom bezład nie do opisania; zniweczył wszelką regułę, subordynację, schludność, porządek, który siliłem się utrzymać. Dom bez kobiety wymaga dość surowej dyscypliny, jeśli się chce, aby w nim panowała skromność nieodłączna od godności. Vitali uczynił niebawem z ambasady miejsce swywoli i wyuzdania, schronienie dla opryszków i rozpustników. Jako drugiego szambelana, w miejsce tego, którego wysadził z posady, nastręczył jego ekscelencji rufiana478 jak on sam, utrzymującego dom publiczny w Croix de Malte. Ci dwaj hultaje, zgadzający się doskonale z sobą, wnieśli w dom wyuzdanie równe ich bezczelności. Poza jedynym pokojem ambasadora (też dalekim od nieskazitelności), nie było w całym domu ani jednego kąta, w którym by pobyt znośny był dla przyzwoitego człowieka.
Ponieważ jego ekscelencja nie jadał wieczerzy w domu, urzędnicy ambasady wraz ze mną posiadali osobny stół, gdzie jadał również ksiądz de Binis i paziowie. W ostatniej garkuchni jest się przyzwoiciej, czyściej obsłużonym, na mniej brudnej bieliźnie479, i lepiej dostaje się jeść. Dawano jedną jedyną świeczkę łojową, talerze cynowe, widelce żelazne. Mniejsza jeszcze o to, co się działo poufnie; ale odjęto mi gondolę; jedyny ze wszystkich sekretarzy ambasad musiałem najmować ją lub iść piechotą; również nie dawano mi asystencji o barwach ambasadora, kiedy udawałem się do senatu. Zresztą, nic z tego, co się działo wewnątrz, nie było tajemnicą dla miasta. Wszyscy urzędnicy ambasady podnosili głośny krzyk. Dominik, prawdziwa przyczyna tego wszystkiego, krzyczał najgłośniej, wiedząc dobrze, że obrzydliwy sposób, w jaki nas traktowano, jest mi dotkliwszy niżeli wszystkim innym. Jedyny z całego domu nie rozpowiadałem nic na zewnątrz, ale gorzko użalałem się ambasadorowi i na wszystko inne, i na niego samego, który sekretnie podjudzany przez swego złego ducha każdego dnia czynił mi jakiś nowy afront. Zmuszony wiele wydawać, aby żyć na równej stopie z kolegami i przyzwoicie podtrzymywać swoje stanowisko, nie mogłem wydrzeć ani szeląga z mych zasług; kiedy wspomniałem o pieniądzach, ambasador upewniał mnie o szacunku i zaufaniu, jak gdyby one mogły napełnić mą sakiewkę i starczyć za wszystko.
Dwaj bandyci opętali w końcu zupełnie głowę swego pana, z natury już nie nazbyt tęgą, i zrujnowali go w ustawicznych szacherkach, w których odgrywał rolę dudka, mniemając, iż to on wywodzi w pole innych. Kazali mu wynająć na Brenta pałac, za cenę dwa razy wyższą od wartości, sami dzieląc się nadwyżką z właścicielem. Apartamenty były inkrustowane mozaiką i ozdobione kolumnami i pilastrami z bardzo pięknego marmuru wedle tamecznej mody. Pan de Montaigu kazał wspaniale pokryć to wszystko obramieniem z sosnowego drzewa, dla tej jedynej racji, iż w Paryżu apartamenty bywają zazwyczaj wykładane drzewem. Dla podobnej przyczyny, sam jeden ze wszystkich ambasadorów w Wenecji, odebrał szpady paziom, a laski lokajom. Oto jakim był człowiek, który, ciągle snadź z tych samych pobudek, powziął do mnie niechęć, jedynie dla tego, iż służyłem mu sumiennie. Znosiłem cierpliwie wzgardę, brutalność, złe obchodzenie, póki widziałem w tym kaprys a nie zdecydowaną nienawiść; ale z chwilą kiedym ujrzał wyraźny zamiar pozbawienia mnie względów, na jakie zasłużyłem moją dobrą służbą, postanowiłem wyrzec się wszystkiego.
Pierwsza oznaka złej woli ambasadora ujawniła się z okazji obiadu, jaki miał wydać dla księcia Modeny i jego rodziny, bawiących w Wenecji. Dano mi do zrozumienia, iż nie będzie dla mnie miejsca przy stole. Odparłem, dotknięty, bez gniewu wszelako, iż mam zaszczyt zasiadać u stołu codziennie; otóż, jeśli książę Modeny żąda, abym się nie pojawił w czasie jego obecności, jest rzeczą godności jego ekscelencji i mego obowiązku nie zgodzić się na to. „Jak to! — rzekł porywczo. — Mój sekretarz, który nawet nie jest szlachcicem, ma pretensję siadać do stołu z osobą panującą, podczas gdy szambelanowie ambasady wyłączeni są od tego?” — „Tak, panie — odparłem. — Stanowisko, jakim zaszczyciła mnie Jego Ekscelencja, wznosi mnie tak wysoko, iż póki je zajmuję, mam pierwszy krok nawet nad jego przyboczną szlachtą, prawdziwą lub rzekomą, i mam prawo być tam, gdzie oni tego prawa nie mają. Wiadomo Waszej Ekscelencji, iż w dniu, gdy ambasador występuje publicznie w charakterze urzędowym, powołany jestem przez etykietę i obyczaj sięgający niepamiętnych czasów, aby iść za nim w uroczystym stroju i obiadować wraz z nim w pałacu św. Marka. Otóż nie widzę, dlaczego człowiek, który może i powinien siadać publicznie do stołu z dożą i senatem weneckim, nie mógłby zasiąść prywatnie z księciem Modeny”. Mimo że argument był nieodparty, ambasador nie poddał się; nie mieliśmy zresztą sposobności wznowienia dyskusji, ponieważ książę Modeny odwołał przybycie.
Od tego czasu pan de Montaigu nie ustawał w dokuczliwościach, szykanach, wysilaniu się, aby mi odjąć drobne przywileje związane z mym stanowiskiem i oddać je ukochanemu Vitali; jestem pewien, iż gdyby śmiał posłać go do senatu w moje miejsce, byłby to uczynił. Zazwyczaj listy prywatne dyktował w swoim gabinecie księdzu de Binis; otóż, użył jego ręki, aby zdać panu de Maurepas sprawę z zajścia z kapitanem Olivet. W relacji tej, nie czyniąc najmniejszej wzmianki o mnie, który jedyny się tą sprawą zająłem, odjął mi nawet zasługę sporządzenia protokółu i przypisał ją Patizelowi, mimo iż ten nie odezwał się ani słowa. Chciał mnie upokorzyć i sprawić przyjemność swemu faworytowi, ale nie miał zamiaru pozbywać się mnie. Czuł, że nie byłoby mu już tak łatwo znaleźć następcę dla mnie, jak dla pana Follau, który wyrobił mu już opinię. Trzeba mu było bezwarunkowo sekretarza, który by umiał po włosku, dla korespondencji z senatem; który by załatwiał wszystkie depesze, wszystkie sprawy, nie zaprzątając go niczym; który by z przymiotami dobrego urzędnika łączył tę nikczemność, aby się płaszczyć przed jego przybocznymi opryszkami. Chciał mnie tedy zatrzymać, a zarazem unicestwić mnie, trzymając z daleka od kraju, bez środków do powrotu. Byłoby mu się to może udało, gdyby się wziął do rzeczy umiarkowanie. Ale Vitali, który miał inne widoki, chciał mnie przywieść do ostateczności i osiągnął to. Z chwilą gdy spostrzegłem, że wszystkie moje trudy są stracone; że ambasador krzywo patrzy na moje usługi, zamiast wdzięczny być za nie; że nie mogę się już przy nim spodziewać niczego, oprócz przykrości w domu, niesprawiedliwości na zewnątrz, i że wobec jego fatalnej reputacji nieżyczliwość jego może mi szkodzić, życzliwość zaś nic mi nie pomoże, zdobyłem się na krok stanowczy. Zażądałem zwolnienia, zostawiając ambasadorowi czas na postaranie się o sekretarza. Nie mówiąc ani tak, ani nie, pan de Montaigu dalej trwał w swoim odnoszeniu się do mnie. Widząc, że nic się nie zmienia na lepsze i że ambasador nie troszczy się o szukanie następcy, napisałem do jego brata. Wyszczególniając pobudki, prosiłem, aby mi uzyskał u jego ekscelencji zwolnienie, dodając, iż tak czy owak, niepodobieństwem jest mi pozostać. Nie doczekałem się odpowiedzi. Położenie zaczynało być nader kłopotliwe; wreszcie ambasador otrzymał list od brata. Musiał być bardzo ostry; mimo bowiem, iż nieraz podlegał nader gwałtownym uniesieniom, nigdy nie widziałem go w takim stanie. Wylawszy potoki ohydnych obelg, nie wiedząc, co wymyślić, oskarżył mnie, iż sprzedałem jego szyfrowany klucz. Zacząłem się śmiać i spytałem drwiącym tonem, czy sądzi, iż znalazłby się w Wenecji człowiek dość głupi, aby zapłacić za to bodaj talara. Ta odpowiedź przepełniła miarę jego wściekłości. Zrobił gest, jakby chciał wołać na ludzi, aby mnie, jak powiadał, wyrzucić przez okno. Aż dotąd byłem bardzo spokojny, ale po tej groźbie gniew i oburzenie przejęły mnie z kolei. Rzuciłem się ku drzwiom i zasunąwszy rygiel zamykający je od wewnątrz: „Nie, panie hrabio — rzekłem, idąc ku niemu poważnym krokiem — nie będziemy służby mieszali w tę sprawę. Pozwól pan, że ją załatwimy między nami”. Głos mój, postawa, uspokoiły go w tejże chwili: zachowanie jego zdradzało zdziwienie i niepokój. Skoro ujrzałem, iż się opamiętał, pożegnałem go w krótkich słowach; następnie, nie czekając odpowiedzi, odryglowałem drzwi i wyszedłem. Minąłem spokojnie przedpokój, wśród ludzi ambasadora, którzy wstali na mój widok jak zwykle i którzy, jak sądzę, raczej udzieliliby mnie czynnej pomocy przeciw niemu niż jemu przeciw mnie. Nie wracając do siebie, zeszedłem natychmiast i opuściłem bezzwłocznie pałac, aby już doń nie wrócić.
Udałem się prosto do pana Le Blond, aby mu opowiedzieć zdarzenie. Nie był zbyt zdziwiony; znał człowieka. Zatrzymał mnie na obiedzie. Obiad, mimo że improwizowany, wypadł świetnie: wszyscy wybitniejsi Francuzi bawiący w Wenecji stawili się; u ambasadora nie było i psa. Konsul opowiedział całemu towarzystwu mą przygodę. Opowiadanie to wywołało jeden krzyk, a nie był on z pewnością na korzyść jego ekscelencji. Ambasador nie uregulował mego rachunku, nie dał mi ani szeląga; posiadając jako cały zasób parę ludwików, które miałem przy sobie, byłem w kłopocie o środki na powrót do Francji. Wszyscy ofiarowali mi z gotowością swoje sakiewki. Wziąłem dwadzieścia cekinów od pana Le Blond, tyleż od pana de Saint-Cyr, z którym po konsulu byłem najbliżej. Podziękowałem wszystkim innym i w oczekiwaniu wyjazdu zamieszkałem tymczasem u sekretarza konsula, aby dowieść publiczności, że naród francuski nie ma nic wspólnego z niesprawiedliwością ambasadora. Ten, wściekły, iż mnie spotykają owacje w mym nieszczęściu, podczas gdy jego, mimo wszystkich splendorów ambasadorskich, wszyscy opuścili, stracił zupełnie głowę i poczynał sobie jak szaleniec. Zapomniał się do tego stopnia, iż przedłożył senatowi memoriał z żądaniem uwięzienia mnie. Dowiedziawszy się o tym za pośrednictwem księdza de Benis, postanowiłem zamiast odjechać nazajutrz, jak miałem zamiar, zostać jeszcze dwa tygodnie. Widziano i pochwalono moje postępowanie; cieszyłem się powszechnym szacunkiem. Senat nie raczył nawet odpowiedzieć na niedorzeczny memoriał ambasadora i kazał mi oznajmić przez konsula, że mogę zostać w Wenecji jak długo mi się spodoba, nie troszcząc się o postępki szaleńca. Odwiedzałem nadal przyjaciół, poszedłem się pożegnać z ambasadorem hiszpańskim, który przyjął mnie bardzo łaskawie, jak również z hrabią Finochiettim, ministrem Neapolu, którego nie zastawszy, napisałem doń, i który odpisał mi najuprzejmiej w świecie. Wyjechałem wreszcie, nie zostawiając mimo mych kłopotów innych długów jak tylko pożyczki, o których wspomniałem, i jakieś pięćdziesiąt talarów u kupca nazwiskiem Morandi. Carrio podjął się zapłacić tę sumę, której nie zwróciłem mu nigdy, mimo iż często widzieliśmy się od tego czasu; ale co do dwóch pożyczek, o których mówiłem, wypłaciłem się z nich bardzo ściśle przy pierwszej możności.
Nie godzi mi się rozstać z Wenecją nie rzekłszy słowa o słynnych zabawach tego miasta lub przynajmniej o bardzo skromnym udziale, jaki w nich brałem podczas swego pobytu. Czytelnik mógł widzieć w epoce mej młodości, jak mało uganiałem się za uciechami lub przynajmniej tym, co nosi ich nazwę. Nie zmieniłem usposobienia w Wenecji; ale zatrudnienia moje, które zresztą nie pozwalały na żadne wybryki, dodawały zaprawy skromnym rozrywkom, na jakie sobie pozwalałem. Pierwszą i najmilszą było towarzystwo godnych ludzi; stanowili je panowie Le Blond, de Saint-Cyr, Carrio, Altuna i pewien szlachcic friulski480, którego nazwiska niestety zapomniałem, a którego nie mogę wspomnieć bez miłego wzruszenia. Ze wszystkich ludzi, jakich spotkałem w życiu, było to serce najbardziej podobne do mego. Żyliśmy również blisko z paroma Anglikami, pełnymi dowcipu i wiadomości, zapalonymi do muzyki podobnie jak my. Wszyscy ci panowie mieli żony albo przyjaciółki czy kochanki: wśród tych ostatnich prawie wszystko dziewczęta pełne talentów, tak iż raz w raz wyprawialiśmy u nich koncerty lub bale. Grywało się także w karty, ale bardzo mało: żywość upodobań, talenty, widowiska czyniły nam tę zabawę nazbyt mdłą. Gra jest jedynie ucieczką ludzi znudzonych. Przywiozłem z Paryża panujące w owym kraju uprzedzenie do muzyki włoskiej; ale zarazem otrzymałem od natury wrażliwość, wobec której przesądy nie zdołają się ostać. Powziąłem niebawem do tej muzyki namiętność, jaką budzi ona w ludziach zdolnych ją ocenić. Słuchając barkaroli481, zrozumiałem, że dotąd nie słyszałem śpiewu, a niebawem tak się zapaliłem do opery, iż, zniecierpliwiony zwyczajem paplania, jedzenia i grania w lożach, gdy ja chciałbym tylko słuchać, wymykałem się często towarzystwu, szukając miejsca w innej stronie teatru. Tam, sam jeden, zamknięty w loży, poddawałem się mimo długości widowiska rozkoszy sycenia się nim swobodnie i aż do końca. Jednego dnia, w teatrze św. Chryzostoma, usnąłem, i to o wiele głębiej, niż gdybym był we własnym łóżku. Hałaśliwe i świetne arie nie obudziły mnie; ale kto zdołałby wyrazić rozkoszne wrażenie zrodzone pod wpływem słodkiej harmonii i anielskiego śpiewu? Co za przebudzenie, co za czar, co za ekstaza, kiedy w tejże samej chwili otworzyłem i oczy, i uszy! Pierwszą mą myślą było, że jestem w raju! Ten czarujący ustęp, który przypominam sobie jeszcze i którego nie zapomnę póki życia, zaczynał się tak:
Conservami la bella
Che si m’accende il cor...482
Chciałem dostać ten ustęp; dostałem i zachowałem go długo, ale nie był on na papierze tym samym, czym był w mej pamięci. Nuty te same, ale rzecz nie ta sama. Tę boską melodię zdolny jestem odtworzyć jedynie w głowie, tak jak ją słyszałem w dniu, w którym mnie przebudziła.
Muzyką wedle mego smaku o wiele wyższą niż operowa i niemającą równej sobie we Włoszech ani nigdzie — to scuole. Scuole to są zakłady dobroczynne, przeznaczone na to, aby dać wychowanie dziewczętom bez majątku, które Republika wyposaża potem, bądź do małżeństwa, bądź do klasztoru. W rzędzie talentów, które hoduje się w tych młodych dziewczętach, muzyka zajmuje pierwsze miejsce. Co niedzielę w kościele jednej z tych czterech scuole słyszy się podczas nieszporów motety483 na wielki chór i orkiestrę, ułożone i prowadzone przez największych mistrzów włoskich, wykonane na zakratowanych trybunach wyłącznie przez dziewczęta, z których najstarsza nie ma dwudziestu lat. Nie mogę sobie wyobrazić nic bardziej rozkosznego, wzruszającego niż ta muzyka: wysoki artyzm, wyborny smak melodii, piękność głosów, doskonałość wykonania, wszystko składa się w tych uroczych koncertach na wrażenie, które z pewnością nie rodzi się wyłącznie z religijnych uczuć, ale któremu wątpię, aby jakie serce zdołało się obronić. Nigdy Carrio ani ja nie chybiliśmy484 tych nieszporów w Mendicanti485, i nie tylko my jedni. Kościół był zawsze pełen amatorów, nawet aktorzy z Opery przychodzili, aby wyrobić sobie prawdziwy smak w śpiewie wedle tych wybornych wzorów. Co mnie przyprawiało o rozpacz, to przeklęte kraty, które pozwalały przenikać jedynie dźwiękom, zakrywały zaś moim oczom anioły piękności, godne z pewnością tej muzyki. Byłem tak pod wrażeniem, że mówiłem tylko o tym. Jednego dnia, kiedy wyraziłem się w tym duchu u pana Le Blond, ów rzekł: „Jeśliś pan ciekawy widzieć te dziewczątka, łatwo mogę pana zaspokoić. Jestem jednym z przełożonych tego domu; wyprawię dla pana podwieczorek z ich udziałem”. Wchodząc do salonu, który zgromadził te upragnione piękności, uczułem dreszcz miłosny, jakiego nigdy nie doświadczyłem. Pan Le Blond przedstawił mi, jedną po drugiej, owe słynne śpiewaczki, których znałem dotąd jedynie głos i imiona. „Chodź, Zosiu...” Była ohydna. „Chodź, Kasiu...” Ślepa na jedno oko. „Chodź, Bettinko...” Zeszpecona przez ospę. Niemal ani jedna nie była wolna od jakiejś dotkliwej skazy. Mój kat śmiał się z okrutnego rozczarowania. Parę ledwie było znośnych: te śpiewały jedynie w chórach! Byłem w rozpaczy. Przy podwieczorku Le Blond zaczął się przekomarzać z dziewczętami; rozbawiły się. Brzydota nie wyklucza wdzięku; zyskały go w mych oczach. Powiadałem sobie: „Nie śpiewa się tak bez duszy; muszą ją mieć”. Stopniowo mój sposób patrzenia zmienił się tak dalece, iż wyszedłem niemal rozkochany w tych brzydulach. Z prawdziwym lękiem oczekiwałem nieszporów. Uspokoiłem się niebawem: w dalszym ciągu śpiew wydał mi się rozkoszny; dźwięk głosów barwił tak dobrze twarze dziewczątek, że póki śpiewały, upierałem się, na przekór oczom, wierzyć w ich urodę.
Muzyka jest we Włoszech tak tania, że nie ma przyczyny pozbawiać się jej, skoro ktoś czuje zamiłowanie w tej mierze. Nająłem klawikord i za niecałego talara ściągałem do siebie kilku symfonistów; w ten sposób ćwiczyłem się raz na tydzień, wykonując ustępy, które mi się najbardziej spodobały w operze. Przepróbowałem także z nimi kilka symfonii z moich Tkliwych Muz. Czy spodobały się w istocie, czy chcieli mi zrobić przyjemność, dość iż baletmistrz św. Jana Chryzostoma poprosił mnie o dwa ustępy. Niezmierną przyjemność sprawiło mi słyszeć je w wykonaniu tej cudownej orkiestry, tańczone przez małą Bettinę, ładną a zwłaszcza milutką dzieweczkę. Utrzymywał ją pewien Hiszpan, z grona naszych przyjaciół, nazwiskiem Fagoaga; często też zdarzało nam się spędzić u niej wieczór.
Ale gdy mowa o dziewczętach, wiadomo, iż Wenecja nie odznacza się zbytnią surowością obyczajów; czy nie masz nic, mógłby mi kto powiedzieć, do zwierzenia w tym przedmiocie? Owszem, w istocie, mam coś do opowiedzenia i przystąpię do tego wyznania z tą samą szczerością, jaką włożyłem we wszystko inne.
Żywiłem zawsze odrazę do dziewcząt publicznych, nie miałem zaś w Wenecji nic innego do rozporządzenia, ile że wstęp do większości miejscowych domów był mi zamknięty z przyczyny mego oficjalnego stanowiska. Córki pana Le Blond były bardzo powabne, ale dość nieprzystępne; zresztą, zanadto szanowałem ojca ich i matkę, aby nawet pomyśleć o nich z nieczystą intencją.
Raczej byłbym czuł skłonność dla młodej osoby nazwiskiem de Cataneo, córki pełnomocnika króla pruskiego; ale Carrio był w niej zakochany, była nawet mowa o małżeństwie. Był to człowiek zasobny, ja nie miałem nic; miał sto ludwików rocznej płacy, ja tylko sto pistoli; poza tym, że nie chciałem wchodzić w drogę przyjacielowi, wiedziałem, iż wszędzie, a zwłaszcza w Wenecji, z licho zaopatrzoną sakiewką nie ma co bawić się w galanta. Nie straciłem nieszczęsnego nałogu zaspokajania na innej drodze swych popędów; zresztą, będąc zbyt zajęty, aby odczuwać bardzo żywo działanie podniecającego klimatu, żyłem w Wenecji blisko rok równie cnotliwie, jak przedtem w Paryżu, i opuściłem ją po osiemnastu miesiącach, zbliżywszy się do płci odmiennej zaledwie dwa razy, i to w osobliwszych okolicznościach, które przytoczę.
Pierwszej dostarczył mi godny szlachcic pan Vitali, w pewien czas po przeprosinach, jakich na moje żądanie musiał dopełnić najformalniej w świecie. Rozmowa przy stole zeszła na rozrywki w Wenecji. Stołownicy zarzucali mi obojętność dla najponętniejszej z uciech tego miasta, wychwalali wdzięki weneckich kurtyzan, mówiąc, iż równych im nie ma na świecie. Dominik wymienił zwłaszcza jedną, rzekomo najmilszą ze wszystkich; ofiarował się zaprowadzić mnie i upewniał, że będę zadowolony. Zacząłem się śmiać z tej ofiarności; hrabia Peati zaś, człowiek już stary i czcigodny, rzekł ze szczerością większą, niżbym się jej spodziewał po Włochu, że uważa mnie za nadto rozsądnego, abym się pozwolił prowadzić do dziewcząt swemu wrogowi. Nie miałem w istocie ani zamiaru, ani pokusy po temu; mimo to, pod wpływem jednej z tych niekonsekwencji, które zaledwie sam mogę zrozumieć, dałem się w końcu pociągnąć, wbrew upodobaniu, wbrew sercu, rozsądkowi, woli nawet, jedynie przez słabość, przez wstyd okazania nieufności i jak powiadają w tym kraju, per non parer troppo coglione486. Padoana487, do którejśmy się udali, była to dziewczyna przystojna, piękna nawet, ale nie w typie, który by do mnie przemawiał. Dominik zostawił mnie u niej. Posłałem po sorbety, kazałem jej śpiewać i po pół godzinie chciałem odejść, zostawiając na stole dukata. Objawiła osobliwy skrupuł: nie chciała mianowicie przyjąć zapłaty, o ile nie zarobi na nią; ja zaś okazałem osobliwą głupotę w tym, iż uległem jej skrupułom. Wróciłem do pałacu, tak pewny, że jestem „urządzony”, iż pierwszą rzeczą, jaką uczyniłem za powrotem, było posłać po chirurga i poprosić go o ziółka. Nic nie może opisać przykrego stanu, w jakim zostawałem przez trzy tygodnie, bez najmniejszego rzeczywistego dolegania, bez żadnego objawu, który by mógł usprawiedliwić obawę. Nie mogłem pojąć, aby można było wyjść bezkarnie z objęć Padoany. Sam chirurg napocił się niemało nad tym, aby mnie upewnić. Zdołał to osiągnąć dopiero w ten sposób, iż wytłumaczył mi, jako jestem ukształtowany w osobliwy sposób, nie łatwo dopuszczający zarażenia. Mimo że mniej może niż ktokolwiek wystawiałem się na ten eksperyment, fakt, iż zdrowie moje nigdy nie ucierpiało w tej mierze, stanowi dla mnie dowód, że chirurg miał słuszność. Przekonanie to nie uczyniło mnie wszelako lekkomyślnym; jeśli w istocie posiadam od natury ten przywilej, mogę powiedzieć, iż go nie nadużyłem.
Druga przygoda, mimo iż również z dziewczyną, była zgoła odmiennego rodzaju, i co do źródła, i co do następstw. Wspomniałem, iż kapitan Olivet wydał dla mnie obiad na pokładzie, na który to obiad przyprowadziłem z sobą sekretarza hiszpańskiej ambasady. Spodziewałem się uczczenia wystrzałem z armat. Załoga przyjęła nas ustawiona w szpaler, ale bez śladu wystrzału, co mnie bardzo dotknęło z przyczyny Carria, który, jak uważałem, był nieco markotny. Faktem jest, iż na kupieckich statkach czczono nieraz salwami z armat osoby z pewnością nie więcej warte od nas; a przy tym sądziłem, iż zasłużyłem sobie na pewne względy u kapitana. Nie mogłem ukryć swych uczuć, ponieważ jest mi to zawsze niepodobieństwem; mimo że obiad był smaczny, Olivet zaś bardzo dwornie czynił honory statku, zaczynałem być w złym humorze, jedząc mało i mówiąc jeszcze mniej.
Przy pierwszym zdrowiu przynajmniej oczekiwałem salwy: nic! Carrio, który czytał w mej duszy, śmiał się, widząc, iż dąsam się jak dziecko. W połowie obiadu ujrzałem zbliżającą się gondolę. „Na honor, drogi panie — rzekł kapitan — miej się pan na baczności, oto nieprzyjaciel”. Pytam, co chce przez to powiedzieć; odpowiada żarcikami. Gondola przybija; wychodzi z niej młoda osoba olśniewającej piękności, zalotnie odziana i bardzo żwawa; w trzech skokach znalazła się w pokoju: ujrzałem ją siedzącą tuż przy mnie, nim spostrzegłem, iż położono jej nakrycie. Była równie urocza, jak żywa, brunetka co najwyżej dwudziestoletnia. Mówiła tylko po włosku; sam akcent wystarczyłby, aby mi zawrócić w głowie. Tak jedząc, rozmawiając, patrzy na mnie, przygląda się przez chwilę, po czym z okrzykiem: „Panno najświętsza! Och, drogi Brémondzie, jakże dawno już cię nie widziałam!” rzuca mi się w ramiona, tuli usta do moich i dusi mnie w uściskach. Jej wielkie, czarne oczy o wschodnim połysku rzucały w moje serce ogniste pociski; mimo iż zdumienie wprowadziło na chwilę zamęt w me uczucia, rozkoszna żądza udzieliła mi się bardzo szybko, tak dalece, iż mimo obecności widzów, piękna dziewczyna musiała wreszcie sama mnie wstrzymywać, byłem bowiem jak pijany, lub raczej jak oszalały. Skoro ujrzała, iż dopięła zamierzonego celu, okazała więcej umiarkowania w pieszczotach, co jednak w niczym nie ostudziło wrodzonej jej żywości. Wreszcie raczyła nam wytłumaczyć prawdziwą lub fałszywą przyczynę tych uniesień. Rzekła, iż jestem do złudzenia podobny do pana de Brémond, naczelnika ceł w Toskanii; że szalała swego czasu za tym Brémondem, szaleje za nim dziś jeszcze, a rzuciła go, ponieważ była głupia. Oświadczyła, iż bierze mnie na jego miejsce; chce mnie kochać, ponieważ taką ma ochotę; nakazuje mi kochać ją, póki ona zechce; skoro mnie zaś puści w trąbę, wówczas winienem to znieść równie cierpliwie, jak niegdyś drogi jej Brémond. Jak rzekła, tak się stało. Objęła mnie w posiadanie jak swoją własność, dała do pilnowania rękawiczki, wachlarz, cinda488, stroik na głowę, kazała mi iść tu, tam, robić to, tamto; usłuchałem. Powiedziała, abym odprawił jej gondolę, ponieważ chce wracać moją: tak się stało; kazała mi ustąpić miejsca i poprosić Carria, aby je zajął, ponieważ ma z nim do pomówienia; ustąpiłem. Rozmawiali bardzo długo, po cichu; nie przeszkadzałem im. Zawołała mnie, przyszedłem. „Słuchaj, Zanetto — rzekła — ja nie chcę, żebyś mnie kochał na sposób francuski, a nawet to by nie było bezpiecznie: za pierwszym momentem nudy, idź precz. Ale póki jesteś ze mną, to cały, ostrzegam cię”. Pojechaliśmy po obiedzie odwiedzić fabryki szkła w Murano. Kupiła mnóstwo breloczków, za które kazała nam zapłacić bez ceremonii; ale dawała wszędzie napiwki o wiele większe niż to, co myśmy wydali. Z obojętności, z jaką sama wyrzucała pieniądze i nam kazała je wyrzucać, widać było, że nie mają dla niej żadnej wartości. Kiedy kazała się opłacać, sądzę, że czyniła to bardziej przez próżność niż przez chciwość: pokładała dumę w cenie, jaką szacowano jej łaski.
Wieczorem odwieźliśmy ją do domu. Wśród rozmowy ujrzałem na stole dwa pistolety. „Ha, ha! — rzekłem, biorąc jeden do ręki. — Oto mi cacka nowego systemu. Wolno wiedzieć, jakie ich przeznaczenie? Ej, moja śliczna, toć umiesz strzelać oczkami o wiele celniej i pewniej”. Po paru żarcikach z tego samego tonu rzekła z naiwną dumą, która czyniła ją jeszcze bardziej uroczą: „Kiedy obdarzam względami kogoś, kogo nie kocham, każę sobie opłacać przykrość, jaką mi to sprawia; nic sprawiedliwszego; ale cierpiąc pieszczoty, nie mam zamiaru cierpieć zniewag i nie chybię pierwszego, który mi uchybi”.
Żegnając ją, umówiłem się na jutro. Nie dałem na siebie czekać. Zastałem ją in vestito di confidenza489, w negliżu więcej niż swobodnym, jaki znają jedynie kraje południowe i którego opisem nie będę się zabawiał, mimo że pamiętam go aż nazbyt dobrze. Powiem jedynie, że mankietki i szalik na szyi były obdziergane jedwabną nitką, przybraną różowymi pomponikami. Taki strój bardzo korzystnie uwydatnia piękność cery. Zauważyłem później, że to jest moda w Wenecji; jest tak urocza, że dziwię się, że ta moda nie przeszła nigdy do Francji. Nie miałem pojęcia o rozkoszach, jakie mnie czekały. Mówiłem o pani de Larnage, pod wpływem uniesień, w jakie wspomnienie jej wprawia mnie jeszcze niekiedy; ale jakże była ona stara, brzydka i zimna wobec Zulietty! Nie próbujcie sobie wyobrazić powabów i uroków tej czarodziejskiej dziewczyny, zostalibyście daleko w tyle za rzeczywistością; młode dziewice w klasztorze mniej są świeże, piękności seraju490 mniej żywe, hurysy491 rajskie mniej kuszące. Nigdy równie słodka rozkosz nie zastawiła stołu sercu i zmysłom śmiertelnika. Ach! Gdybym bodaj przez chwilę umiał kosztować jej w całej pełni i doskonałości! Kosztowałem, ale bez uroku; ścierałem wszystkie jej słodycze; zabijałem je jak gdyby z umysłu. Nie, natura nie stworzyła mnie do używania. Wszczepiła w mą nieszczęsną głowę truciznę, zabójczynię tego niewymownego szczęścia, którego pragnienie wraziła w moje serce.
Jeżeli jaka okoliczność w mym życiu dobrze maluje mą naturę, to ta, którą tu opowiem. Siła, z jaką ogarniam w tej chwili pamięcią przedmiot mej książki, każe mi wzgardzić względami fałszywej przystojności, które przeszkodziłyby mi dopełnić zadania. Kto bądź jesteście, jeśli chcecie poznać człowieka, odważcie się przeczytać parę następnych stronic — poznacie w całej pełni Jana Jakuba Rousseau.
Wszedłem do alkowy kurtyzany jak do sanktuarium miłości i wdzięku, zdawało mi się, że ich bóstwo widzę w jej osobie. Nigdy nie byłbym uwierzył, iż bez szacunku i czci można doznawać czegoś podobnego jak to, co ona budziła we mnie. Ledwie w momencie pierwszych zbliżeń poznałem siłę jej uroków i pieszczot, natychmiast, z obawy, iż zawczasu stracę ich owoc, chciałem najspieszniej je uszczknąć. Nagle w miejsce płomieni, które mnie pożerały, uczułem śmiertelny chłód w żyłach; nogi ugięły się pode mną i bliski omdlenia siadłem, tonąc we łzach jak dziecko.
Kto mógłby odgadnąć przyczynę łez i myśli, które przebiegały mi przez głowę w tej chwili? Mówiłem sobie: „Ta istota, którą mam w swej mocy, jest arcydziełem natury i miłości; duch, ciało, wszystko jest doskonałe; jest równie dobra i szlachetna, jak powabna i miła; magnaci, książęta warci są być jej niewolnikami; berła powinny by chylić się do jej stóp. I oto jako nędzna ulicznica wydana jest na żer pospólstwu; kapitan kupieckiego okrętu rozporządza nią do woli; rzuca mi się na szyję, mnie, o którym wie, że nie mam nic, mnie, którego wartość, niedostępna jej ocenie, musi być w jej oczach żadna. Jest w tym coś niepojętego. Albo serce mnie zwodzi, oszałamia me zmysły i czyni mnie łatwowierną ofiarą niegodnej ladacznicy, albo też jakaś nieznana mi tajemna wada musi niweczyć działanie jej powabów i czynić ją odrażającą tym, którzy powinni by walczyć o jej łaski”. Zacząłem szukać tej ułomności z niezwykłym napięciem uwagi: nie postało mi nawet w myśli, iż złowieszcza choroba mogłaby w tym mieć udział. Świeżość jej ciała, śliczna cera, białość zębów, słodycz oddechu, pozór czystości rozlany w całej osobie oddalały ode mnie tę myśl tak zupełnie, iż niepewny jeszcze swego stanu od czasu Padoany, ja sam czyniłem sobie raczej skrupuł, iż nie jestem dosyć zdrów dla niej. Jestem najzupełniej pewny, iż pod tym względem zaufanie nie myliło mnie.
Te tak w porę nawiedzające mnie refleksje wzruszały mnie aż do łez. Zulietta, dla której to wszystko było widowiskiem, w danych okolicznościach wcale nowym, stała jakiś czas zdumiona; ale okrążywszy dokoła pokój i przeszedłszy koło zwierciadła, zrozumiała — a oczy moje potwierdziły to — iż odraza nie gra w tym roli. Nie trudno przyszło jej wyleczyć mnie z mego stanu i zatrzeć tę lekką porażkę: ale w chwili, gdy już, już, miałem się oddać ekstazie na piersi, która zdawała się pierwszy raz cierpieć dotknięcie ust i dłoni mężczyzny, spostrzegłem, iż jedna pierś nie miała brodawki. Przyglądam się, zastanawiam, zdaje mi się, że ta pierś ma inny kształt niż druga. I oto zaczynam sobie łamać głowę, jakim cudem można mieć pierś bez brodawki; stopniowo dochodzę do przekonania, iż musi to mieć związek z jakąś znaczną przyrodzoną ułomnością. Tak długo obracam i wałkuję tę myśl, iż widzę jasno jak słońce, że w miejsce najbardziej uroczej osoby, jaką mógłbym wymarzyć, trzymam w objęciach jakieś monstrum, zakałę natury, płci i miłości. Posunąłem niezgrabstwo tak daleko, iż zwróciłem jej uwagę na ten brak brodawki. Wzięła zrazu rzecz na wesoło i w swojej pustocie zaczęła mówić i robić rzeczy zdolne przywieść do szaleństwa. Ale widząc, iż zachowuję w głębi niepokój, którego nie umiałem ukryć, zaczerwieniła się widocznie, okryła się staranniej, wyprostowała i nie mówiąc słowa, siadła przy oknie. Chciałem się zbliżyć; usunęła się i przysiadła na sofie. W chwilę później wstała i przechadzając się po pokoju i wachlując, rzekła zimno i wzgardliwie: „Zanetto, lascia le donne, e studia la matematica”492.
Nim ją opuściłem, poprosiłem na drugi dzień o nową schadzkę. Odłożyła ją na pozajutrze, dodając z ironicznym uśmiechem, iż muszę potrzebować spokoju. Spędziłem ten czas nierad ze siebie, z sercem pełnym jej uroków i powabów, czując własną niedorzeczność, wyrzucając ją sobie, żałując chwil tak źle spędzonych, podczas gdy ode mnie jeno zależało, aby je uczynić najsłodszymi w mym życiu. Z najżywszą niecierpliwością oczekiwałem sposobności wynagrodzenia tej straty, mimo wszystko trawiony równocześnie niepokojem i niemożnością pogodzenia doskonałości tej czarodziejskiej dziewczyny z nikczemnością jej stanu. Pobiegłem, pomknąłem do niej o oznaczonej godzinie. Nie wiem, czy jej gorący temperament bardziej byłby zadowolony z tej wizyty; ale przynajmniej duma jej miałaby prawo tryumfować. Z nieporównaną rozkoszą układałem sobie zawczasu, jak na wszystkie sposoby okażę jej, do jakiego stopnia zdolny jestem naprawić me winy. Oszczędziła mi tej próby. Gondolier, którego posłałem z oznajmieniem, wrócił z wiadomością, iż poprzedniego dnia wyjechała do Florencji. Jeśli nie zdawałem sobie sprawy z całej mej miłości w chwili, gdym miał Zuliettę w mej mocy, uczułem ją bardzo okrutnie po stracie. Szalony żal długo mnie nie opuścił. Mimo wszystkich uroków i powabów, jakie miała w mych oczach, byłbym mógł pocieszyć się, że ją tracę; ale po czym, wyznaję, nie mogłem się pocieszyć, to iż uniosła po mnie wspomnienie jedynie pełne wzgardy.
Oto moje dwie przygody. Osiemnaście miesięcy, które spędziłem w Wenecji, nie dostarczyły mi poza tym nic do opowiedzenia, chyba że wspomnę jedynie prosty zamiar. Carrio był wielki kobieciarz. Zniecierpliwiony tym, iż ciągle kręcił się w kole dziewcząt żyjących z innymi, zapałał chęcią posiadania własnej kochanki; że zaś stanowiliśmy nierozłączną parę, poddał mi układ, nierzadki w Wenecji, aby wziąć sobie dziewczynę na współkę493. Zgodziłem się. Chodziło o to, aby znaleźć pewną. Szukał póty, aż znalazł dziewczynkę jedenasto- lub dwunastoletnią, którą niegodna matka starała się sprzedać. Poszliśmy obejrzeć ją razem. Serce mi się ścisnęło, gdym ujrzał to dziecko. Była to blondynka, łagodna jak jagniątko: nikt by nie przypuścił, że to Włoszka. W Wenecji życie jest bardzo tanie. Daliśmy nieco pieniędzy matce i podjęliśmy się utrzymywać córkę. Miała głos; chcąc jej dać w rękę talent, który by jej był pomocą, najęliśmy szpinet494 i zgodzili nauczyciela śpiewu. Wszystko to kosztowało nas zaledwie po dwa cekiny na miesiąc, a oszczędzało znacznie więcej na innych wydatkach; ale ponieważ trzeba było czekać aż dziewczynka podrośnie, znaczyło to siać na daleką przyszłość. Mimo to, radzi, iż mamy gdzie spędzać wieczory, że możemy rozmawiać i żartować niewinnie z tym dzieckiem, bawiliśmy się przyjemniej może, niż gdybyśmy ją posiadali. Faktem jest niewątpliwym, iż głównym smakiem towarzystwa kobiet jest nie rozpusta, ale ów szczególny urok życia w ich pobliżu! Nieznacznie serce moje przywiązało się do małej Anzolety, ale przywiązaniem ojcowskim, w którym zmysły miały tak mały udział, iż w miarę jak sympatia rosła, tym trudniej byłoby mi skierować ją na drogę pospolitego stosunku. Czułem, iż zbliżyć się do tej dziewczyny, z chwilą gdy stanie się dojrzałą, budziłoby we mnie grozę niby ohydne kazirodztwo. Widziałem, iż uczucia poczciwego Carria przybierają bezwiednie ten sam charakter. Zabezpieczaliśmy sobie, nie myśląc o tym, rozkosze nie mniej słodkie, ale bardzo odmienne od tych, które mieliśmy zrazu na myśli; jestem pewien, że choćby to dziecko osiągnęło w przyszłości najświetniejszą urodę, nie tylko nie skalalibyśmy nigdy jej niewinności, ale bylibyśmy dla niej tkliwymi opiekunami. Katastrofa moja, która wypadła niedługo później, nie zostawiła mi możności wzięcia udziału w tym dobrym dziele; w całej tej sprawie mogę się tylko poszczycić popędem serca. Wróćmy do mej podróży.
Pierwszym mym zamiarem po opuszczeniu pana de Montaigu było schronić się do Genewy, w oczekiwaniu aż lepszy los, usunąwszy przeszkody, połączy mnie z dobrą mamusią. Ale rozgłos, jakiego nabrało nasze nieporozumienie, oraz głupota ambasadora, który napisał o nim do dworu, zrodziły we mnie zamiar, aby samemu udać się do Francji, zdać sprawę ze swego postępowania i użalić się na wybryki niepoczytalnego człowieka. Objawiłem z Wenecji swoje postanowienie panu du Theil, piastującemu tymczasowo tekę spraw zagranicznych po śmierci pana Amelot. Wyruszyłem, równocześnie z listem, przez Bergamo, Como i Domo d’Ossola; przebyłem Simplon. W Sion pan de Chaigono, reprezentant Francji, przyjął mnie wielce serdecznie; w Genewie pan de la Closure toż samo. Odnowiłem znajomość z panem de Gauffecourt, u którego miałem do podjęcia jakieś pieniądze. Przebyłem Nyon, nie zatrzymując się dla zobaczenia z ojcem. Uczyniłem to nie bez przykrości, ale nie mogłem przemóc na sobie, aby się pokazać macosze po mym niepowodzeniu, pewny, iż potępiłaby mnie bez wysłuchania. Księgarz Duvillard, dawny przyjaciel ojca, wyrzucał mi żywo ten błąd. Wyjawiłem mu przyczynę; aby zaś naprawić moje zaniedbanie, nie narażając się na spotkanie macochy, nająłem pojazd i zajechaliśmy obaj w Nyon do gospody. Duvillard uprzedził ojca, który pędem przybiegł, aby mnie uściskać. Zjedliśmy razem wieczerzę, po czym, spędziwszy wieczór bardzo luby dla mego serca, wróciłem nazajutrz rano do Genewy, wraz z Duvillardem, dla którego zachowałem zawsze szczerą wdzięczność za życzliwość okazaną mi w tej sprawie.
Najkrótsza droga nie wiodła przez Lyon, ale chciałem wstąpić do tego miasta, aby sprawdzić pewną bardzo niskiego rodzaju podłostkę pana de Montaigu. Zamówiłem swego czasu z Paryża szkatułkę zawierającą kubrak wyszywany złotem, kilka par mankietów i sześć par białych jedwabnych pończoch; nic więcej. Na propozycję, jaką mi sam uczynił, dołączyłem tę skrzynkę, lub raczej szkatułkę, do jego pakunków. W rachunku, wysolonym iście po aptekarsku, jaki wystawił mi w miejsce należnych zasług (rachunku spisanym jego własną ręką), pomieścił tę szkatułkę, którą nazwał skrzynią, jako ważącą jedenaście kwintalów495, i policzył mi przewóz po niesłychanej cenie. Za staraniem pana Boy de La Tour, do którego miałem polecenie od wuja jego, pana Roguin, sprawdzono w rejestrach celnych Lyonu i Marsylii, iż rzeczona skrzynia ważyła jeno czterdzieści pięć funtów496 i opłaciła przewóz w stosunku do tego ciężaru. Dołączyłem ten autentyczny wyciąg do rachunku pana de Montaigu; po czym, zbrojny w ten dokument i kilka innych równie przekonywujących, udałem się do Paryża, pragnąc co rychlej zrobić z nich użytek. Miałem w ciągu tej długiej drogi drobne przygody w Como i gdzie indziej. Widziałem wiele rzeczy, między innymi Wyspy Boromejskie497, które zasługiwałyby, aby je opisać. Ale czas ucieka, otaczają mnie szpiegowie, trzeba mi spełnić w pośpiechu i byle jak pracę, która wymagałaby swobody i spokoju, dla mnie niedostępnych. Jeżeli kiedy Opatrzność, wejrzawszy na mnie, ześle mi spokojniejsze dni, przeznaczam je na przetworzenie, jeśli zdołam, tego dzieła lub też sporządzenie bodaj uzupełnienia, którego pono bardzo potrzebuje498.
Rozgłos mej przygody wyprzedził mnie. Przybywszy do Paryża, przekonałem się, iż w ministerium oraz wśród publiczności wszyscy zgorszeni są szaleństwami ambasadora. Mimo to, mimo publicznego krzyku w Wenecji, mimo nieodpartych dowodów, jakie przedkładałem, nie mogłem uzyskać sprawiedliwości. Nie tylko nie otrzymałem zadośćuczynienia ani odszkodowania, ale nawet zostawiono dobrej woli ambasadora sprawę zaległej płacy, a to dla tej jedynej przyczyny, iż nie będąc Francuzem, nie mam prawa do opieki państwa i że to jest zatarg prywatny. Wszyscy zgodzili się, iż spotkała mnie krzywda, obraza, nieszczęście, że ambasador był okrutnym i niesprawiedliwym szaleńcem i że całe to zajście okrywa go hańbą na zawsze. Ale cóż! Był ambasadorem; ja jedynie sekretarzem. Porządek społeczny, lub to, co się tak nazywa, wymagał, abym nie uzyskał sprawiedliwości, jakoż nie uzyskałem jej. Wyobrażałem sobie, iż skoro będę krzyczeć i traktować publicznie tego szaleńca tak, jak na to zasługuje, każą mi w końcu zmilczeć, i na to też czekałem, zdecydowany nie usłuchać, aż po rozsądzeniu sprawy. Ale nie było wówczas ministra spraw zagranicznych. Pozwolono mi gardłować, zagrzewano mnie nawet, wtórowano; ale na tym się skończyło. Wreszcie, zmęczony tym, iż ciągle przyznawano mi słuszność, a nigdy sprawiedliwości, straciłem energię i poniechałem wszystkiego.
Jedyną osobą, która mnie przyjęła źle, a po której najmniej bym się spodziewał tej niesprawiedliwości, była pani de Beuzenval. Cała przesiąknięta przesądami rangi i szlachectwa, nie mogła sobie wyobrazić, aby ambasador mógł nie mieć racji wobec sekretarza. Sposób, w jaki mnie przyjęła, zgodny był z tym przesądem. Czułem się tak urażony, iż opuściwszy jej dom, skreśliłem jeden może z najsilniejszych i najżywszych listów, jakie kiedykolwiek napisałem w życiu; nigdy też noga moja tam nie postała. Ojciec Castel przyjął mnie lepiej; ale poprzez słodkie jezuickie słówka przekonałem się, iż trzymał się dość wiernie jednej z wielkich zasad zakonu, to jest, aby zawsze poświęcać słabszego potężniejszemu. Żywe poczucie słuszności i wrodzona duma nie pozwoliły mi cierpliwie znosić tej stronniczości. Przestałem bywać u ojca Castel, a tym samym u jezuitów, gdzie znałem tylko jego jednego. Zresztą, tyrański i intrygancki duch jego współbraci, jakże różny od dobroduszności zacnego ojca Hemeta, tak bardzo odstręczał mnie od ich towarzystwa, że od tego czasu nie zetknąłem się z nimi nigdy, wyjąwszy z jednym ojcem Bertier, którego spotkałem parę razy u pani Dupin: pracowali żarliwie razem nad odparciem Monteskiusza499.
Skończmy, aby już wyczerpać przedmiot, to, co mi zostało do powiedzenia o panu de Montaigu. Oświadczyłem mu raz, w czasie jakiejś sprzeczki, że jemu trzeba nie sekretarza, ale dependenta500. Posłuchał tej rady i przyjął w istocie jako mego następcę jakiegoś kauzyperdę, który w niespełna rok okradł go blisko na trzydzieści tysięcy funtów. Wygnał go, kazał uwięzić, rozpędził cały dwór z wielkim rozgłosem i skandalem; narobił sobie wszędzie nieprzyjaciół, zniósł afronty, których służący by nie ścierpiał, i wreszcie, szaleństwami swymi doprowadził do tego, iż go odwołano i posłano na zieloną paszę. Widocznie wśród „nosów”, jakich udzielono mu na dworze, nie zapomniano i zajścia jego ze mną: tyle wiem, iż w niedługi czas po powrocie przysłał mi swego marszałka, który uregulował rachunek i wręczył mi pieniądze. Bardzo ich potrzebowałem w tej chwili; moje długi weneckie, honorowe w całym tego słowa znaczeniu, leżały mi na sercu. Skorzystałem z tej niespodzianki, aby je wyrównać, jak również ów oblig Zanetta Nani. Przyjąłem, co mi dawano; zapłaciłem wszystkie długi i zostałem bez grosza jak przedtem, ale i wolny od ciężaru, który mi był nie do zniesienia. Od tego czasu nie słyszałem już o panu de Montaigu, aż z okazji jego śmierci, o której dowiedziałem się z publicznego głosu. Niech Bóg odpuści nieborakowi! Był tak zdatny na ambasadora jak ja na linoskoczka. Mimo to od niego tylko zależało trzymać się zaszczytnie na stanowisku dzięki moim służbom, oraz posuwać mnie szybko naprzód w karierze, do której hrabia de Gouvon przeznaczył mnie był za młodu i do której sam z siebie stałem się zdatny w dojrzalszym wieku.
Słuszność i bezskuteczność mych skarg zostawiły mi w duszy ziarno oburzenia na nasze głupie urządzenia społeczne, w których prawdziwe dobro publiczne i istotna sprawiedliwość zawsze są poddane licho wie jakiemu zewnętrznemu porządkowi, zgubnemu w istocie dla wszelkiego porządku i dającemu jedynie sankcję publicznej powagi uciskowi słabego i niesprawiedliwości silnych. Dwie rzeczy nie pozwoliły temu ziarnu rozrosnąć tak, jak się to stało później. Jedna, iż w sprawie tej chodziło o mnie. Interes prywatny, który nigdy nie wydał nic wielkiego i szlachetnego, nie umiałby wydobyć z mego serca owych boskich rzutów, które stworzyć zdolne jest jedynie najczystsze umiłowanie sprawiedliwości i piękna. Drugą był urok przyjaźni, który łagodził i uspokajał mój gniew harmonią bardziej lubego uczucia. Zawarłem w Wenecji znajomość z pewnym Biskajczykiem, przyjacielem mego druha Carria, a godnym przyjaźni wszelkiego zacnego człowieka. Ten miły młodzieniec, zrodzony dla wszystkich talentów i cnót, objeżdżał całe Włochy, aby nabrać smaku do sztuk pięknych; przyswoiwszy sobie wszystko, co można zdobyć w tej mierze, miał zamiar wracać prosto do ojczyzny. Wykazałem mu, że sztuka jest jedynie wytchnieniem dla umysłu tej miary co jego, stworzonego do pielęgnowania nauk; dla zasmakowania w nich, poradziłem mu półroczny pobyt w Paryżu. Usłuchał mnie i udał się do Paryża. Był już tam i oczekiwał mnie, kiedy przybyłem. Mieszkanie, które zajmował, było mu zbyt obszerne; ofiarował mi połowę; przyjąłem. Zastałem go utopionego z zapałem w wysokiej nauce. Nic nie było zbyt trudnym dla jego objęcia501; pochłaniał i trawił wszystko ze zdumiewającą szybkością. Jakże mi dziękował, iż dostarczyłem tego pokarmu jego umysłowi nękanemu potrzebą wiedzy nawet bez świadomości! Jakież skarby światła i cnoty znajdowałem w tej silnej duszy! Czułem, iż to jest przyjaciel, jakiego mi trzeba; staliśmy się prawie nierozłączni. Upodobania nasze nie były jednakie; spieraliśmy się często. Ponieważ obaj byliśmy uparci, nie godziliśmy się w niczym. Mimo to nie mogliśmy się obejść bez siebie; sprzeciwiając się sobie bez przerwy, nie życzylibyśmy za nic, aby który z nas miał być inny.
Ignatio Emanuel de Altuna był z liczby tych rzadkich ludzi, których wydaje jedna Hiszpania i których wydaje zbyt mało dla swej chluby. Wolny był od owej gwałtownej zaciekłości narodowej, tak pospolitej w jego kraju; myśl zemsty nie była zdolna zagościć w jego umyśle, tak samo jak w sercu. Był zbyt dumny, aby być mściwy; często powiadał z głębokim spokojem, iż śmiertelna istota nie może obrazić jego duszy. Był miłośnikiem kobiet, nie będąc z natury czułym. Bawił się z kobietami niby z ładnymi dziećmi. Chętnie przebywał z kochankami przyjaciół, ale nie widziałem, aby on sam wdawał się w miłostki lub też objawiał jaką chęć w tej mierze. Płomienie cnoty pożerające jego serce nie pozwoliły nigdy rozpalić się ogniom zmysłów.
Po latach podróży ożenił się; umarł młodo, zostawiając dzieci. Jestem przekonany, jak o tym, że istnieję, że żona była pierwszą i jedyną kobietą, która dała mu zakosztować rozkoszy miłości. Na zewnątrz był dewotem jak każdy Hiszpan, ale pod tym pozorem kryła się pobożność anioła. Prócz mnie samego był to jedyny człowiek o prawdziwej tolerancji, jakiego znałem w życiu. Obojętne mu było, czy jego przyjaciel jest żydem, protestantem, Turkiem, bigotem, ateuszem, byle był uczciwym człowiekiem. Uparty, zajadły nawet w kwestiach obojętnych, z chwilą gdy chodziło o religię, nawet o moralność, skupiał się w sobie, milkł lub powiadał po prostu: „Jestem odpowiedzialny jedynie za siebie”. Niepojęte jest, aby taką podniosłość duszy można było łączyć z poczuciem szczegółów, doprowadzonym aż do drobiazgowości. Dzielił i ustanawiał z góry użytek dnia na godziny, kwadranse i minuty i trzymał się tego tak skrupulatnie, że gdyby godzina wybiła, podczas gdy czytał jakieś zdanie, zamknąłby książkę, nie dokończywszy. Dzień, podzielony w ten sposób, obracał kolejno na różnorodne studia; był czas na rozmyślanie, rozmowę, nabożeństwo, na Locke’a502, na różaniec, wizyty, muzykę, malarstwo. Nie było rozrywki, pokusy ani uprzejmości, które by mogły zburzyć ten porządek; jedynie jakiś obowiązek zdołałby tego dokonać. Kiedy mi przedkładał swój podział czasu, iżbym się doń zastosował, zaczynałem się śmiać, a w końcu płakałem z podziwu. Nigdy nie krępował nikogo i nie znosił skrępowania; szorstki był względem ludzi, którzy przez grzeczność tamowali jego swobodę. Był porywczy, nie będąc obraźliwy. Często widziałem go rozgniewanym, nigdy urażonym. Nic nie da się porównać z wesołością jego usposobienia; rozumiał się na żartach i lubił żartować; celował w tym nawet i posiadał szczególny dar epigramu503. Kiedy go kto podrażnił, stawał się hałaśliwy i krzykliwy w słowach, słyszało się go z daleka; ale wśród owej burzy widać było, jak się uśmiecha, i poprzez całe uniesienie wyrywało mu się jakieś ucieszne słówko, które wszystkich pobudzało do śmiechu. Cera jego nie była hiszpańska, tak samo jak żywość. Miał skórę białą, rumiane policzki, włosy kasztanowate, niemal blond. Był słuszny i dobrze zbudowany; ciało godne było mieścić taką duszę.
Ten człowiek, mędrzec tak sercem, jak i głową, znał się na ludziach i był moim przyjacielem. To cała moja odpowiedź tym, którzy nimi nie są. Związaliśmy się tak, że powzięliśmy zamiar spędzenia życia razem. Ułożyliśmy, iż za kilka lat udam się do Ascoytia504, aby osiąść z nim w jego majątku. W wilię wyjazdu Altuny omówiliśmy wraz wszystkie szczegóły planu. Udaremniły go losy, które stają ludziom w poprzek w najlepiej ukartowanych zamysłach. Późniejsze wypadki, moje niedole, jego małżeństwo, śmierć wreszcie rozdzieliły nas na zawsze. Można by rzec, że jedynie ciemne knowania niegodziwców uwieńczone są na tym świecie powodzeniem; niewinne projekty dobrych ludzi prawie nigdy się nie spełniają.
Poczuwszy przykre strony zależności, przyrzekłem sobie nigdy się na nią nie narażać. Ujrzałem, jak w samym zaczątku upadły ambitne zamiary, które zrodziły się we mnie z przypadku. Nie mając chęci wracania do kariery, którą zacząłem tak dobrze, a z której mimo to mnie wygnano, postanowiłem nie wiązać się z nikim, ale trzymać się nadal swej niezależności, fruktyfikując505 talenty, których miarę zaczynałem wreszcie pojmować, a o których aż dotąd sądziłem nazbyt skromnie. Podjąłem pracę nad operą, przerwaną wyjazdem do Wenecji; aby się zaś oddać temu z większym spokojem, wróciłem po wyjeździe Altuny do dawnego hoteliku Saint-Quentin, który, położony w ustronnej dzielnicy, niedaleko Luxemburgu, sposobniejszy był dla swobodnej pracy niż hałaśliwa ulica św. Honoriusza. Tam czekała mnie jedyna prawdziwa pociecha, jakiej niebo pozwoliło mi zakosztować w mej nędzy i która jedna czyni mi tę nędzę znośną. Tym razem nie chodzi o znajomość przelotną; trzeba mi tedy wejść nieco bliżej w okoliczności, w jakich ją zawarłem.
Hotelik nasz objęła nowa gospodyni, rodem z Orleanu. Przyjęła do białego szycia dziewczynę ze swoich stron, dwudziestodwu- lub trzechletnią, która jadała z nami, zarówno jak gospodyni. Dziewczyna ta, nazwiskiem Teresa Le Vasseur, pochodziła z dobrej rodziny; ojciec był urzędnikiem mennicy w Orleanie, matka prowadziła sklep. Mieli dużo dzieci. Skoro moneta orleańska straciła prawo obiegu, ojciec znalazł się na bruku; matka, poniósłszy straty w handlu, musiała zwinąć interes, poniechała tego przemysłu i przybyła do Paryża z mężem oraz córką, która żywiła wszystkich troje swą pracą.
Pierwszy raz kiedy ujrzałem przy stole tę dziewczynę, uderzył mnie jej skromny wygląd, a jeszcze bardziej spojrzenie jej, żywe a łagodne, takie, jakiego w życiu nie spotkałem. Stół nasz składał się, prócz pana de Bonnefond, z kilku klechów irlandzkich, gaskońskich i innych ludzi tego pokroju. Sama gospodyni była osobą wątpliwych obyczajów; w ogóle z całego stołu ja jeden odzywałem się tam i zachowywałem przyzwoicie. Zaczęto zaczepiać małą; wziąłem ją w obronę. Natychmiast docinki posypały się na mnie. Gdybym nawet z natury nie miał żadnej sympatii do tej biednej dziewczyny, współczucie, prześladowania byłyby ją obudziły we mnie. Zawsze lubiłem przystojność w obejściu i w mowie, zwłaszcza wobec kobiet. Głośno wystąpiłem jako jej obrońca. Spostrzegłem, iż życzliwość moja ujęła ją za serce; spojrzenia jej, ożywione wdzięcznością, której usta nie śmiały wyrazić, stały się tym wymowniejsze.
Teresa była bardzo nieśmiała, ja również. Mimo iż, zdawałoby się, ten obopólny charakter utrudniał porozumienie, nawiązało się ono wszelako bardzo szybko. Gospodyni, która rychło odgadła, co się święci, wpadła we wściekłość; brutalność jej przyspieszyła jeszcze decyzję młodej dziewczyny, która, mając we mnie jedyne oparcie w całym domu, z przykrością patrzała na chwilę, w której się oddalam i wzdychała do powrotu swego protektora. Zbliżenie serc, wzajemność naszych skłonności spowodowały niebawem zwyczajne skutki. Teresa czuła, iż trafiła we mnie na uczciwego człowieka; nie omyliła się. Ja widziałem w niej dziewczynę tkliwą, prostą i wolną od zalotności; nie omyliłem się również. Oświadczyłem jej z góry, iż nie opuszczę jej ani nie zaślubię jej nigdy. Miłość, szacunek, naiwna prostota stały się rzecznikami mego tryumfu; i dlatego właśnie, iż serce jej było uczciwe i czułe, skłoniłem ją ku sobie, nie występując w roli zdobywcy.
Obawa Teresy, iż zrażę się, nie znajdując w niej tego, czego mniemała, że szukam, opóźniła, więcej niż cokolwiek innego, moje szczęście. Nim się poddała, długo wzdragała się w niepewności i pomieszaniu: chciała, abym ją zrozumiał, a nie śmiała się wypowiedzieć. Co do mnie, tłumaczyłem sobie przyczyny jej zakłopotania zupełnie odmiennie: wyobraziłem sobie powód fałszywy i nader obrażający dla jej obyczajów. Mniemając, iż Teresa wzdraganiem swoim ostrzega mnie, że zdrowiu memu groziłoby niebezpieczeństwo, popadłem w zamęt, który nie wstrzymał mnie, ale który przez kilka dni zatruwał moje szczęście. Ponieważ nie mogliśmy znaleźć drogi do porozumienia, rozmowy nasze w tym przedmiocie aż do śmieszności najeżone były zagadkami i omówieniami. Teresa mogła mnie w istocie uważać za zupełnego szaleńca; ja nie wiedziałem wręcz, co mam myśleć o niej. Wreszcie lody pękły; wyznała mi z płaczem jedyny błąd, jaki popełniła zaledwie wyszedłszy z dzieciństwa, owoc jej nieświadomości i zręczności uwodziciela. Ledwie zrozumiałem ją, wydałem okrzyk radości: „Dziewictwo — wykrzyknąłem — Ba! właśnie to w Paryżu, i w dwudziestym roku, szuka się tego skarbu! Ach, moja Tereso, zbyt szczęśliwy jestem, iż mam cię oto poczciwą i zdrową i że nie znajduję tego, czego zgoła nie szukałem”.
Zrazu chodziło mi jedynie o rozrywkę; ujrzałem niebawem, iż znalazłem więcej i że zyskałem towarzyszkę. Nieco zżycia się z tą nieocenioną dziewczyną, nieco zastanowienia nad mym położeniem dało mi uczuć, iż myśląc jedynie o zaspokojeniu zmysłów, uczyniłem cenny nabytek dla mego szczęścia. Trzeba mi było, w miejsce wygasłej ambicji, żywego uczucia, które by wypełniło me serce. Trzeba było, mówiąc po prostu, następczyni dla mamusi. Skoro nie miałem już żyć z nią, trzeba mi było kogoś, kto by żył z jej wychowankiem; w kim bym znalazł prostotę, powolność serca, jakie mamusia znalazła we mnie. Trzeba mi było, aby słodycze domowego i osobistego życia wynagrodziły stratę świetnego losu, którego się wyrzekłem. Kiedy byłem zupełnie sam, w sercu moim była próżnia; ale wystarczyło jednego serca, aby je wypełnić. Los odstrychnął ode mnie, przynajmniej w części, to, które natura dla mnie stworzyła. Od tego czasu byłem sam; nie istniała bowiem dla mnie nigdy pośrednia skala pomiędzy wszystkim a niczym. Znalazłem w Teresie dopełnienie, którego potrzebowałem; dzięki niej żyłem szczęśliwy, o ile mogłem nim być w danych okolicznościach.
Chciałem zrazu kształtować umysł swej towarzyszki — daremna praca. Dusza jej jest tym, czym uczyniła ją natura; hodowla i starania nie imają się jej. Nie wstydzę się wyznać, że nigdy nie nauczyła się dobrze czytać, mimo że pisze dość znośnie. Kiedy zamieszkałem przy ulicy Neuve-des-Petits-Champs, naprzeciw moich okien, w pałacu Pontchartrain, znajdował się zegar. Przez więcej niż miesiąc siliłem się nauczyć Teresę odczytywać godziny. Zaledwie zna je teraz. Nigdy nie mogła zapamiętać porządku dwunastu miesięcy w roku; nie zna ani jednej cyfry, mimo całego mozołu, z jakim starałem się ją z nimi zapoznać. Nie umie ani liczyć pieniędzy, ani nie zna ceny jakiejkolwiek rzeczy. W rozmowie używa często słów wręcz przeciwnych temu, co chce wyrazić. Swojego czasu, aby zabawić księżnę de Luxembourg, ułożyłem mały słowniczek jej powiedzeń: jej qui pro quo506 stały się sławne. Ale ta osoba tak ograniczona, lub jeśli kto chce, tak głupia, potrafi być doskonałym doradcą w trudnych sytuacjach. Często w Szwajcarii, w Anglii, we Francji, w katastrofach, w jakich się znalazłem, ona spostrzegała to, czego ja sam nie umiałem spostrzec; dawała mi najzbawienniejsze rady; wyciągała mnie z niebezpieczeństw, w które rzucałem się ślepo; wobec najświetniejszych dam, wobec magnatów i książąt — uczucia jej, zdrowy rozsądek, odpowiedzi, postępowanie zjednały jej powszechny szacunek, mnie zaś powinszowania, co do których czułem, że są szczere.
W pobliżu osób, które się kocha, uczucie karmi umysł, zarówno jak serce; nie doświadczamy zbytniej potrzeby, aby gdzie indziej czerpać myśli. Żyłem ze swoją Teresą równie miło, co gdybym żył z najświetniejszym geniuszem świata. Matka jej, dumna, iż niegdyś chowała się z margrabiną de Monpipeau, stroiła się w piórka dowcipu i poloru, chciała kierować Teresą i przez swą przemądrzałość psuła prostotę naszego życia. To uprzykrzone towarzystwo sprawiło, iż zwyciężyłem nieco głupi skrupuł nie pokazywania się z Teresą publicznie; urządzaliśmy sobie we dwójkę wyprawy na wieś i podwieczorki wprost rozkoszne. Widziałem, że ona kocha mnie szczerze, i to zdwajało mą czułość. Ta słodka zażyłość zastępowała mi miejsce wszystkiego; przyszłość nie obchodziła mnie lub raczej obchodziła jako przedłużenie teraźniejszości: nie pragnąłem niczego, jak tylko upewnić jej trwanie.
Przywiązanie to uczyniło mi wszelką inną rozrywkę zbyteczną i mdłą. Wychodziłem z domu jedynie po to, aby udać się do Teresy; jej dom był niemal moim. To odludne życie stało się tak zbawienne dla mej pracy, iż w niespełna trzy miesiące opera była gotowa: słowa i muzyka. Zostawało jedynie uzupełnić akompaniament i wykończyć niektóre łączniki. Ta rzemieślnicza robota była mi nad wyraz nudna. Prosiłem Philidora, aby się jej podjął, dając mu udział w korzyściach. Przyszedł dwa razy i wypełnił kilka scen w akcie Owidiusza, ale nie mógł się nałamać do tej wytężonej pracy dla oddalonego i zgoła niepewnego zysku. Nie wrócił więcej, musiałem dokończyć roboty sam.
Skoro opera była gotowa, trzeba mi było coś z nią zrobić: nowe, o wiele trudniejsze przedsięwzięcie. Nie ma sposobu uzyskać czegoś w Paryżu, jeśli się żyje z daleka od ludzi. Przyszło mi na myśl utorować sobie drogę przez pana de la Poplinière507, do którego wprowadził mnie Gauffecourt po powrocie z Genewy. Pan de la Poplinière był mecenasem muzyka Rameau: pani de la Poplinière jego bardzo powolną uczennicą. Rameau, jak to powiadają, był w tym domu wyrocznią. Sądząc, że miło mu będzie poprzeć dzieło swego ucznia, zapragnąłem pokazać mu utwór. Odmówił, powiadając, że nie może czytać partycji, że go to zanadto męczy. La Poplinière rzekł na to, iż można mu ją przegrać; ofiarował się zebrać grajków dla wykonania niektórych ustępów. Można zrozumieć, jak bardzo zamiar ten był mi po myśli! Rameau zgodził się, mamrocząc i powtarzając bez ustanku, że ładna to musi być rzecz utwór człowieka niefachowego i samouka. Czym prędzej rozpisałem partie kilku wybranych ustępów. Dano mi z jakich dziesięciu grajków, jako śpiewaków zaś Alberta, Bérarda i pannę Bourbonnais. Od samej uwertury Rameau przesadnymi swymi pochwałami zaczął dawać do zrozumienia, iż utwór nie może być mój. Raz po razu okazywał wyraźne zniecierpliwienie; ale kiedy przyszła aria na contralto508, o męskiej i dźwięcznej melodii i nader świetnym akompaniamencie, nie mógł się już wstrzymać; napadł na mnie z brutalnością, która zgorszyła całe towarzystwo, iż to, co słyszał przed chwilą, jest dziełem skończonego mistrza, reszta zaś płodem nieuka, który nawet nie ma pojęcia o muzyce. I prawdą jest, iż praca moja, nierówna i bez reguł, była na przemian to wzniosła, to bardzo płaska, jak musi być praca każdego, kto wzbija się jedynie wzlotami natchnienia, nie podtrzymywany znajomością sztuki. Rameau upierał się widzieć we mnie mizernego rabusia bez talentu i smaku. Inni słuchacze, zwłaszcza pan domu, byli odmiennego zdania. Pan de Richelieu, który w owym czasie żył blisko z bratem królewskim, a także, jak wszystkim wiadomo, z panią de la Poplinière, posłyszał o mym dziele i zapragnął usłyszeć je w całości, z zamiarem przedstawienia go na dworze, jeśli uzna, że jest tego warte. Wykonano je na wielki chór i orkiestrę, na koszt króla, u pana de Bonneval, intendenta uciech królewskich. Francoeur kierował wykonaniem. Skutek był zadziwiający; książę nie przestawał wykrzykiwać i klaskać w ręce; z końcem zaś jednego chóru w akcie Tassa wstał, podszedł do mnie i ścisnął mi rękę: „Panie Rousseau — rzekł — oto melodia wprost porywająca, nie słyszałem w życiu nic piękniejszego: każę wystawić to dzieło w Wersalu”. Pani de la Poplinière, obecna przy tej scenie, nie rzekła ni słowa. Rameau, mimo iż zaproszony, nie przyszedł. Nazajutrz pani de la Poplinière przyjęła mnie przy toalecie bardzo cierpko. Starała się obniżyć mój utwór i rzekła, iż mimo że hałas i błyskotliwość oszołomiły na chwilę pana de Richelieu, oprzytomniał już znacznie; co do niej, nie radzi mi liczyć na moją operę. W chwilę potem przybył książę: odniósł się do mnie zupełnie inaczej; oświadczył wiele pochlebnych rzeczy co do mych talentów i zdawał się ciągle trwać w zamiarze wystawienia sztuki wobec króla. Jedynie (rzekł) akt z Tassem nie może ujść na dworze: trzeba napisać inny. Na to oświadczenie poszedłem zamknąć się w domu. Za trzy miesiące sporządziłem w miejsce Tassa inny akt, którego przedmiot stanowił Hezjod509 natchniony przez muzę. Znalazłem sposób, aby w tym akcie zamknąć coś z historii mego talentu oraz zazdrości, jaką Rameau raczył go zaszczycać. Ten nowy akt był podniosły, ale mniej gigantyczny i lepiej przeprowadzony niż Tasso; muzyka równie szlachetna, a o wiele lepiej napisana. Gdyby dwa następne akty stały na tej wysokości, sztuka byłaby chlubnie wytrzymała przedstawienie. Ale podczas gdy pracowałem nad ostatecznym wykończeniem, odciągnęło mnie znowuż inne przedsięwzięcie.
(1745–1747). W ciągu zimy, która nastąpiła po bitwie pod Fontenoi510, było wiele zabaw w Wersalu, między innymi wystawiano kilka oper. W ich liczbie był dramat Woltera511 pod tytułem Księżniczka Nawarry; Rameau dorobił doń muzykę, całość zaś zmieniono i przerobiono pod godłem Festynów Ramiry. Ten nowy przedmiot wymagał wielu zmian w dawnym scenariuszu, tak w wierszach, jak w muzyce. Chodziło o znalezienie kogoś, kto by mógł wypełnić to podwójne zadanie. Ponieważ Wolter, wówczas bawiący w Lotaryngii, i Rameau, obydwaj zajęci na tę chwilę operą pt. Świątynia Chwały, nie mogli poświęcić swego czasu tej pracy, książę de Richelieu pomyślał o mnie i zapytał, czybym się tego nie podjął. Abym się lepiej rozpatrzył w zadaniu, które mnie czekało, posłał mi oddzielnie poemat i muzykę. Pierwszym mym krokiem było oświadczyć, iż nie chcę tykać słów inaczej jak za zezwoleniem autora; jakoż napisałem doń w tej materii list nader uprzejmy, a nawet pełen szacunku, jak się godziło. Oto odpowiedź, której oryginał mieści się w pliku A, nr 1.
15 grudnia 1745
Łączy pan, drogi Panie, dwa talenty, które dotąd chadzały oddzielnymi drogami. Oto już dostateczne dwie przyczyny, aby obudzić we mnie szacunek i sympatię dla Jego osoby. Przykro mi za Pana, iż masz użyć tych dwóch talentów dla dzieła, które niezbyt jest ich godne. Kilka miesięcy temu książę Richelieu kazał mi, bez apelacji, sporządzić w mgnieniu oka krótki i byle jaki szkic z kilku mdłych i okrojonych scen, które to sceny miały być dostosowane do podkładu muzycznego, nie robionego umyślnie dla nich. Usłuchałem z największą ścisłością: napisałem bardzo prędko i bardzo licho. Posłałem tę nędzną ramotę księciu w nadziei, iż nie zrobi z niej użytku lub że ją przedtem będę mógł poprawić. Na szczęście szkic ów jest w Pańskich rękach; jesteś jego absolutnym panem; co do mnie, cała ta błahostka wyszła mi zupełnie z pamięci. Nie wątpię, iż poprawi Pan z pewnością wszystkie błędy, jakie musiały się nieodzownie wymknąć w pospiesznym kreśleniu prostego zarysu, i że uzupełnisz w pożądany sposób wszystkie braki.
Przypominam sobie, między innymi niezdarstwami, iż w partiach łączących sceny baletowe nie jest powiedziane, w jaki sposób księżniczka Grenadyny dostaje się nagle z więzienia do ogrodu czy pałacu. Ponieważ to nie czarodziej wyprawia festyn, ale wielki pan hiszpański, zdaje mi się, że nic nie powinno się dziać za pomocą czarnoksięstwa. Proszę Pana bardzo, abyś zechciał przepatrzeć ten ustęp, o którym mam jedynie mgliste pojęcie. Zbadaj, czy potrzebne jest, aby otwarto więzienie i przeprowadzono księżniczkę z tego więzienia do pięknego złoconego i lśniącego pałacu przygotowanego dla niej. Wiem dobrze, że to wszystko to wielkie głupstwo i że przywiązywać jakąś wagę do tych błahostek jest rzeczą poniżej godności myślącej istoty; ale ostatecznie, ponieważ chodzi o to, aby widowisko robiło najmniej nieudałe512 wrażenie, trzeba nawet w głupim balecie starać się sklecić rzecz z możliwym sensem.
Zdaję się ze wszystkim na Pana i na pana Ballod i mam nadzieję, iż niebawem będę miał zaszczyt podziękować Panu osobiście oraz zapewnić, do jakiego stopnia jestem, etc.
Niechaj czytelnika nie dziwi nadzwyczajna uprzejmość tego listu w porównaniu do innych, wpółlekceważących, jakie ten sam człowiek pisywał do mnie później. Myślał, iż jestem w łaskach u księcia Richelieu; otóż, znana dworacka giętkość pana de Voltaire kazała mu zachować wszystkie względy dla nowego przybysza, póki nie pozna lepiej miary jego faworów.
Upoważniony przez pana de Voltaire, a wolny od wszystkich względów wobec Rameau, który starał mi się tylko szkodzić, zabrałem się do dzieła i w dwa miesiące uporałem się z robotą. Co się tyczy wierszy, niewiele zadałem sobie trudu. Starałem się jedynie o to, aby nie było czuć różnicy stylów; i jestem na tyle zarozumiały, iż sądzę, że mi się powiodło. Co się tyczy muzyki, praca była dłuższa i mozolniejsza. Poza tym, iż musiałem dopisać wiele wstawek, między innymi uwerturę, cały recytatyw513, którego się podjąłem, okazał się nadzwyczaj trudny. Trzeba było łączyć, często w niewielu wierszach i w bardzo szybkich modulacjach, symfonie i chóry o bardzo oddalonych tonacjach; nie chcąc bowiem, aby Rameau mógł mnie winić, że przekształciłem jego melodie, nie chciałem nic zmieniać ani transportować. Recytatyw ten udał mi się. Był dobry w akcentach, pełen energii, zwłaszcza wybornie modulowany. Myśl o dwóch niepospolitych ludziach, którym raczono przydać mnie za współpracownika, dodała mi skrzydeł; mogę powiedzieć, że w pracy tej, niewdzięcznej i bezsławnej, o której publiczność nie miała nawet wiedzieć, dotrzymywałem prawie zawsze kroku swym modelom.
Sztukę, w tej postaci, jaką jej nadałem, przepróbowano w wielkim teatrze Opery. Z trzech autorów, ja jeden byłem obecny. Woltera nie było, Rameau nie przyszedł albo też został w ukryciu.
Słowa pierwszego monologu były nader posępne. Oto początek:
O śmierci, przyjdź położyć kres mojej niedoli!
Trzebaż było i muzykę dobrać odpowiednią. Mimo to pani de la Poplinière oparła na tym punkcie swą krytykę, obwiniając mnie nader cierpko, że zrobiłem muzykę pogrzebową. Pan de Richelieu zaczął, bardzo słusznie, od pytania, czyjego pióra są wiersze monologu. Przedłożyłem rękopis, świadcząc się nim, iż wiersze są Woltera. „W takim razie — rzekł — jedynie Wolter zawinił”. Podczas próby wszystko, co było mojej roboty, ściągnęło na siebie konsekwentną przyganę pani de la Poplinière, a obronę pana de Richelieu. Ale, ostatecznie, miałem do czynienia z nazbyt możnym przeciwnikiem; oznajmiono mi, iż trzeba w mojej pracy przerobić wiele rzeczy, co do których należy się poradzić pana Rameau. Zgnębiony podobną konkluzją w miejsce pochwał, których się spodziewałem i które z pewnością mi się należały, wróciłem do domu śmiertelnie zgnębiony. Wyczerpany znużeniem, żarty zgryzotą, rozchorowałem się i przez sześć tygodni nie mogłem się ruszyć z domu.
Rameau, któremu polecono dokonanie zmian poleconych przez panią de la Poplinière, posłał do mnie z prośbą o uwerturę mojej wielkiej opery, w miejsce tej, którą ułożyłem umyślnie dla niego. Na szczęście spostrzegłem pułapkę i odmówiłem. Ponieważ przedstawienie miało się odbyć za kilka dni, nie miał już czasu napisać sam nowej i trzeba mu było zostawić moją. Była zrobiona na sposób włoski, w stylu bardzo nowym wówczas we Francji. Mimo to spodobała się; dowiedziałem się przez pana de Valmalette, marszałka dworu królewskiego, a zięcia pana Musard, mego krewnego i przyjaciela, iż miłośnicy byli bardzo radzi z mej pracy i że publiczność nie odróżniła jej od dzieła Rameau. Ale ten, w porozumieniu z panią de la Poplinière, poczynił starania, aby nie wiedziano nawet o mym współpracownictwie. Na książeczkach z tekstem, które rozdaje się widzom i gdzie zawsze wymienieni są autorowie, figurowało jedynie nazwisko Woltera; Rameau wolał, aby usunięto jego nazwisko, niż aby miało być połączone z moim.
Ledwie wstawszy z łóżka, próbowałem udać się do pana de Richelieu. Trafiłem za późno: wyjechał właśnie do Dunkierki, gdzie miał kierować odjazdem floty przeznaczonej do Szkocji514. Skoro wrócił, powiedziałem sobie, dla usprawiedliwienia swego lenistwa, że już za późno. Od tego czasu nie spotkałem księcia; straciłem tedy chwałę, jaką przynosiło mi moje dzieło, i honorarium, które miałem zań osiągnąć; czas, praca, zgryzota, choroba i pieniądze, jakie wyłożyłem, wszystko poszło na marne, nie przyniósłszy mi ani szeląga zysku, lub raczej odszkodowania. Zdawało mi się wszelako zawsze, iż pan de Bichelieu miał pierwotnie sympatię dla mnie i dobre wyobrażenie o mych talentach; ale nieszczęśliwa moja gwiazda oraz pani de la Poplinière udaremnili jego dobrą wolę.
Nie mogłem zrozumieć uprzedzenia tej kobiety, której zawsze siliłem się podobać i której dość regularnie przedkładałem swoje służby. Gauffecourt wytłumaczył mi przyczyny. „Przede wszystkim — rzekł — przyjaźń jej dla Rameau, którego jest niejako urzędową protektorką, a który nie może ścierpieć współzawodnika; po wtóre, grzech pierworodny, który gubi pana w jej oczach i którego nie przebaczy ci nigdy, mianowicie, że jesteś genewczykiem”. Za czym wytłumaczył mi, że ksiądz Hubert, który pochodził z Genewy, a zarazem był szczerym przyjacielem pana de la Poplinière, dołożył wszelkich starań, aby go wstrzymać od zaślubienia tej kobiety, którą znał dobrze; gdy małżeństwo doszło do skutku, przysięgła nieubłaganą nienawiść jemu, a wraz z nim wszystkim genewczykom. „Mimo że la Poplinière — dodał — z pewnością jest panu życzliwy, nie licz na jego poparcie. Jest zakochany w żonie: nie uzyskasz nic w tym domu”. Zastosowałem się do przestrogi.
Tenże Gauffecourt oddał mi mniej więcej w tym samym czasie przysługę, której bardzo mi było trzeba. Straciłem mego zacnego ojca, w wieku blisko sześćdziesięciu lat. Stratę tę odczułem mniej, niżbym ją odczuł w innej epoce, kiedy kłopoty własnej sytuacji mniej mnie zaprzątały. Nie chciałem za jego życia upominać się o majątek, który mi został po matce i z którego niewielki dochód ojciec obracał na własne potrzeby. Po jego śmierci skrupuł ten przestał istnieć. Ale brak prawnego dowodu śmierci brata nastręczał trudności, które Gauffecourt podjął się usunąć i które usunął rzeczywiście przy pomocy adwokata Lolme. Ponieważ niezmiernie było mi trzeba tego małego zasiłku, wynik zaś był wątpliwy, oczekiwałem z najżywszym wzruszeniem ostatecznej wiadomości. Jednego wieczora, wracając do domu, zastałem list, który miał zawierać tę wiadomość; wziąłem go w ręce z drżeniem, którego zawstydziłem się przed samym sobą. „Jak to! — rzekłem w duchu ze wzgardą. — Jan Jakub miałby się do tego stopnia poddać wyrachowaniu i ciekawości?” Rzuciłem natychmiast list z powrotem na kominek; rozebrałem się, położyłem spokojnie, spałem lepiej niż zazwyczaj i wstałem nazajutrz dość późno, nie myśląc już o liście. Ubierając się, spostrzegłem go; otworzyłem bez pośpiechu; znalazłem przekaz bankowy. Doświadczyłem w tej chwili wielu przyjemności naraz, ale mogę przysiąc, iż najżywszą było to, że potrafiłem się zwyciężyć. Mógłbym przytoczyć dwadzieścia podobnych rysów z mego życia, ale zbyt mi spieszno, abym zdołał wszystko powiedzieć. Cząstkę pieniędzy przesłałem biednej mamusi, żałując ze łzami szczęśliwego czasu, w którym byłbym wszystko złożył u jej stóp. Listy jej świadczyły o rozpaczliwym położeniu. Posyłała mi stosy recept i sekretów, mających, jak twierdziła, zapewnić fortunę jej i mnie. Poczucie własnej nędzy ściskało jej serce i zacieśniało umysł. I ten drobiazg, który jej posłałem, stał się pastwą oblegających ją hultajów; nie przyszło jej z tego nic. To zniechęciło mnie na przyszłość, bym miał dzielić moje skromne mienie z tymi nędznikami, zwłaszcza po bezużytecznej próbie, jaką podjąłem, aby biedaczkę wyrwać z ich rąk, jak to opowiem w dalszym ciągu.
Czas uciekał, pieniądze wraz z nim. Było nas dwoje, nawet czworo, lub, aby lepiej rzec, siedmioro lub ośmioro. Jakkolwiek bowiem Teresa odznaczała się niemal bezprzykładną bezinteresownością, matka jej nie była bynajmniej w tym do niej podobna. Skoro tylko skrzepiła się trochę dzięki mej pomocy, sprowadziła całą rodzinę, iżby dzieliła z nią dobrobyt. Siostry, synowie, córki, wnuczki, wszystko, z wyjątkiem starszej córki, będącej za poczmistrzem515 w Angers, ściągnęło do Paryża. Wszystko, com czynił dla Teresy, matka odciągała na korzyść tych głodomorów. Ponieważ nie miałem do czynienia z osobą chciwą i nie byłem opanowany szaloną namiętnością, nie robiłem szaleństw. Zadowolony, iż mogę uczciwie, lecz bez zbytku zabezpieczyć Teresie najpilniejsze potrzeby, godziłem się, aby to, co zarabia własną pracą, szło w całości na rzecz matki i nawet nie ograniczałem się do tego; ale przez jakąś fatalność, która mnie ścigała, tak samo jak mamusia była pastwą obieżyświatów, tak Teresa była znów łupem swej rodziny. Tak więc w żadnej mierze nie byłem w możności uczynić nic, co by wyszło na korzyść tej, dla której było przeznaczone. Osobliwe było, iż najmłodsza z córek pani Le Vasseur, jedyna, która nie otrzymała posagu, była zarazem jedyną, która żywiła ojca i matkę. Długo prześladowana, bita nawet przez braci, siostry, nawet siostrzenice, biedna dziewczyna wystawiona była obecnie na pastwę ich chciwości, tak samo nie umiejąc się obronić ich łupiestwu jak ich razom. Jedna jedyna z jej siostrzenic nazwiskiem Goton Leduc była dość sympatyczna i dość ujmującego charakteru, mimo iż zepsuta przykładem i naukami innych. Ponieważ widywałem je często razem, dawałem im imiona, które one same sobie dawały: mówiłem do siostrzenicy „siostrzeniczko”, do ciotki zaś „ciociu”. Obie nazywały mnie wujaszkiem. Stąd miano „ciotki”, jakim i nadal nazywałem Teresę i które przyjaciele moi powtarzali niekiedy żartobliwie.
Jasne jest, iż w podobnym położeniu nie miałem ani chwili do stracenia. Sądząc, iż pan de Richelieu zapomniał o mnie i nie spodziewając się niczego ze strony dworu, uczyniłem niejakie starania o wystawienie mej opery w Paryżu. Trafiłem na trudności, których zwyciężenie wymagało czasu, potrzeby zaś z każdym dniem były bardziej naglące. Spróbowałem przedłożyć komedyjkę Narcyz aktorom włoskiej trupy. Przyjęto ją, ofiarowano wstęp do teatru, co dostarczyło mi wielu przyjemnych chwil; ale to i wszystko. Nie mogłem nigdy doprosić się, aby wreszcie wystawiono sztukę; zmierziwszy sobie te nadskakiwania aktorom, dałem wszystkiemu pokój. Wróciłem wreszcie do ostatniego środka, jaki pozostawał i od którego powinienem był zacząć. Uczęszczając do pana de la Poplinière, oddaliłem się od państwa Dupin. Obie panie, mimo iż krewne, nieszczególnie żyły z sobą i nie bywały u siebie. Między domami ich nie było żadnej styczności, jedyny Thieriot bywał u obu. Polecono mu, aby się postarał ściągnąć mnie z powrotem do państwa Dupin. Pan de Francueil zajmował się wówczas historią naturalną i chemią, tworzył gabinet przyrodniczy. Sądzę, iż miał widoki na Akademię; w tym celu zamierzał napisać książkę i mniemał, że mógłbym mu być w tym użyteczny. Pani Dupin, która ze swej strony planowała inną książkę, miała na mnie niemal podobne zamiary. Byliby chcieli posiadać mnie wspólnie jako sekretarza i w tym też duchu zaczął wpływać na mnie Thieriot. Zażądałem przede wszystkim, aby pan de Francueil wspólnie ze śpiewakiem Jélyotte516 użyli swego wpływu i uzyskali dla mego utworu próbę w Operze. W istocie, przepróbowano Tkliwe Muzy, najpierw kilka razy przy zamkniętych drzwiach, później w pełnej sali. Było mnóstwo ludzi na pełnej próbie i wiele ustępów spotkało się z żywym poklaskiem. Mimo to czułem sam podczas wykonania (bardzo źle prowadzonego przez Rebela), że sztuka nie przejdzie, a nawet nie nadaje się do wystawienia bez wielkich poprawek. Toteż wycofałem ją, nie mówiąc ani słowa i nie narażając się na odmowę; ale widziałem jasno z wielu oznak, iż gdyby nawet dzieło było doskonałe, nie byłoby przeszło. Pan de Francueil przyrzekł, że uzyska próbę, ale nie przyjęcie. Dotrzymał wiernie słowa. Zawsze zdawało mi się, w tej okoliczności i w wielu innych, iż ani on, ani pani Dupin nie mieli zbytniej ochoty, abym doszedł do pewnego uważania w świecie, z obawy aby skoro pojawią się ich dzieła, nie przypuszczano, iż wspomagali się moją głową. Mimo to, ponieważ pani Dupin rozumiała zawsze bardzo niewiele o moich talentach i używała mnie jedynie do pisania pod dyktandem lub też do robót czysto erudycyjnych, posądzenie to, zwłaszcza co się jej tyczy, byłoby bardzo niesprawiedliwe.
(1747–1749). Ten ostatni zawód zniechęcił mnie do reszty. Poniechałem wszelkich zamiarów wybicia się i zdobycia sławy; nie myśląc już o prawdziwych lub urojonych talentach, które przynosiły mi tak niewiele, obróciłem czas i starania na zdobywanie środków egzystencji dla siebie i Teresy w sposób, jaki spodoba się tym, którzy podejmą się opatrzyć moje potrzeby. Poświęciłem się tedy zupełnie pani Dupin i panu de Francueil. Nie przyniosło mi to wielkich dostatków; z ośmioma- lub dziewięciomaset franków rocznie, jakie miałem przez pierwsze dwa lata, ledwie że miałem czym nastarczyć pierwszym potrzebom, zmuszony mieszkać w ich pobliżu, w umeblowanym pokoju, w dzielnicy dość drogiej i płacąc drugie mieszkanie na krańcu Paryża, na samym końcu ulicy św. Jakuba, dokąd, bez względu na pogodę, udawałem się na wieczerzę niemal co dzień. Niebawem włożyłem się do nowych zajęć, a nawet zasmakowałem w nich. Zapaliłem się do chemii; przeszedłem kurs wraz z panem de Francueil u pana Rouelle; i oto zabraliśmy się do psucia papieru rozprawami o tej wiedzy, której ledwie posiadaliśmy pierwsze zasady. W r. 1747 wybraliśmy się spędzić zimę w Turenii, w zamku Chenonceaux zbudowanym przez Henryka II dla Diany de Poitiers, której monogramy widzi się tam jeszcze, obecnie w posiadaniu pana Dupin, generalnego dzierżawcy króla imci. Bawiono się w tej uroczej miejscowości doskonale; karmiono też niezgorzej, upasłem się tam na kształt mnicha. Uprawiano wiele muzyki. Ułożyłem kilka tercetów517 odznaczających się nader pełną harmonią; pomówię o nich jeszcze w uzupełnieniu tej książki, jeżeli kiedy zdobędę się na nie. Grywano teatr. Napisałem w ciągu dwóch tygodni sztuczkę w trzech aktach pod tytułem Lekkomyślne zobowiązanie518, która znajduje się w moich papierach; poza szczerą wesołością nie ma ona innych zalet. Ułożyłem też parę innych utworów, między innymi sztukę wierszem pod tytułem Aleja Sylwii, od alei parku okolonego rzeką Cher. Wszystko to bez uszczerbku w pracach nad chemią i służbach przy pani Dupin.
Podczas gdy ja tyłem w Chenonceaux, biedna Teresa tyła w Paryżu w inny sposób; kiedym wrócił, zastałem robotę wziętą przeze mnie na warsztat posuniętą dalej, niżbym przypuszczał. Zważywszy mą sytuację, byłoby mnie to wtrąciło w niezmierny kłopot, gdyby towarzysze stołu nie podsunęli mi jedynego środka zaradczego, który mnie mógł zeń wydobyć. Jest to jedna z tych zasadniczych kwestii, co do których trzeba mi w opowiadaniu ograniczyć się do najprostszego przytoczenia faktów, ponieważ komentując je, trzeba by mi albo usprawiedliwiać się, albo obciążać; nie jest zaś moim zadaniem czynić tu jedno lub drugie.
Podczas pobytu Altuny w Paryżu, zamiast jadać w traktierni519, jadaliśmy obaj zwyczajnie w sąsiedztwie, prawie naprzeciw ślepej uliczki Opery, u niejakiej pani La Selle, żony krawca. Dama ta dawała jeść dość licho, mimo to stół jej był bardzo poszukiwany z przyczyny dobrego i pewnego towarzystwa, które gromadził. Nie przyjmowano tam nikogo nieznajomego; nowego przybysza musiał wprowadzić ktoś ze stałych gości. Komandor de Graville, stary hulaka, pełen dworności i dowcipu, ale zaprawionego wyuzdaniem, mieszkał tam i ściągał lekką i świetną młodzież, przeważnie oficerów gwardii i muszkieterów. Komandor de Nonant, rycerz wszystkich dziewcząt z Opery, przynosił co dzień nowiny z tego zamtuza520. Pan du Plessis, pensjonowany podpułkownik, dobry i zacny starzec, i Ancelet521, oficer muszkieterów, utrzymywali niejaki statek wśród młodych biesiadników. Przychodzili także kupcy, finansiści, dostawcy, ale wyłącznie ludzie grzeczni, przyzwoici, zaszczytnie wyróżniający się w swoim zawodzie: de Besse, de Forcade i inni, których nazwisk zapomniałem. Słowem, spotykało się przyzwoitych ludzi wszystkich stanów, z wyjątkiem klechów i urzędników, których nie widziałem tam nigdy; istniała jak gdyby cicha umowa, aby ich nie wprowadzać. Stół ten, dość liczny, był bardzo wesoły bez hałaśliwości; lubiono pożartować sobie, lecz bez grubiaństwa. Stary komandor, ze swymi opowiastkami, tłustymi z treści, nie wyzbywał się nigdy dworności dawnego światowca: ilekroć jakieś plugawe słowo wyszło z jego ust, to zawsze zaprawione tak uciesznym smakiem, iż nawet kobiety byłyby mu je przebaczyły. Ton jego służył za prawidło całemu stołowi; młodzi ludzie opowiadali swoje miłostki z równą swobodą jak wdziękiem. Na temacie nie zbywało, zwłaszcza że magazyn był wprost naprzeciwko. Korytarz prowadzący do pani La Selle wiódł również do sklepu jejmości Duchapt, słynnej modniarki; miała ona podówczas bardzo ładne dziewczęta, do których nasi panicze zachodzili na słówko przed obiadem albo po obiedzie. Byłbym i ja dzielił te zabawy, gdyby nie moja nieśmiałość. Trzeba było po prostu wejść jak oni; nigdy nie mogłem się na to zdobyć. Co do pani La Selle, po wyjeździe Altuny zachodziłem tam nadal często na obiad. Nasłuchałem się mnóstwa anegdotek, bardzo zabawnych, i przejąłem się pomału nie, Bogu dzięki, obyczajami, ale zasadami, jakie tam panowały. Uczciwe osoby wyprowadzone w pole, oszukani mężowie, uwiedzione żony, tajemne porody — to była zwyczajna treść tych rozmów; ten, kto najhojniej zaopatrywał dom podrzutków, był najbardziej oklaskiwanym bohaterem. To mi się udzieliło; ukształtowałem swój sposób myślenia wedle tego, jaki widziałem u ludzi bardzo miłych i w gruncie bardzo zacnych; rzekłem sobie: „Taki jest obyczaj tego kraju, można się go trzymać skoro nam tu żyć wypadło. Oto ratunek, którego szukałem”. Zdecydowałem się nań śmiało, bez cienia skrupułu; jedyną przeszkodą do zwyciężenia był skrupuł Teresy. Miałem największe w świecie trudności, aby nakłonić ją do tego jedynego środka zdolnego ocalić mój honor. Matka jej, która lękała się kłopotu z nowym przychówkiem, przyszła mi z pomocą: wreszcie, zdołaliśmy ją namówić. Wybrano doświadczoną i pewną położną, niejaką pannę Gouin, zamieszkałą na końcu ul. św. Eustachego, aby jej powierzyć ten ciężar; za czym kiedy czas nadszedł, matka zaprowadziła Teresę do jejmości Gouin na odbycie połogu. Odwiedziłem ją tam kilka razy i zaniosłem znak, który kazałem wykonać podwójnie, na dwóch kartach: jedną z nich przyczepiono do powijaków dziecka, po czym położna złożyła je w kancelarii domu podrzutków, wedle zwyczajnej formy. Następnego roku ten sam kłopot i ten sam ratunek, z wyjątkiem znaku, którego poniechano. Ten sam brak skrupułu z mojej strony, ta sama niechęć ze strony matki: usłuchała z ciężkim sercem. Czytelnik ujrzy w dalszym ciągu smutne następstwa, jakie to nieszczęsne postępowanie spowodowało w moim sposobie myślenia, jak również w moich losach. Na razie zostańmy przy tej pierwszej epoce. Następstwa jej, równie okrutne jak nieprzewidziane, aż nadto często każą mi do niej wracać.
Znaczę tu okres pierwszego poznania z panią d’Epinay522, której imię często pojawi się w tych pamiętnikach. Była to z domu panna d’Esclavelles; zaślubiła niedawno pana d’Epinay, syna pana de Lalive de Bellegarde, generalnego dzierżawcy. Mąż jej przepadał za muzyką, podobnie jak Francueil. Ona również była zapaloną muzyczką; zamiłowanie do tej sztuki spowodowało wielką zażyłość między nimi trojgiem. Francueil wprowadził mnie do pani d’Epinay; zachodziłem tam z nim czasem na wieczerzę. Była to osoba miła, utalentowana; pod każdym względem znajomość niewątpliwie cenna. Ale miała przyjaciółkę, niejaką pannę d’Ette; ta uchodziła za osobę złą, a żyła z kawalerem Valory, który również miał nie najlepszą opinię. Sądzę, iż obcowanie z dwojgiem tych osób nie wyszło na dobre pani d’Epinay, której natura dała wraz z bardzo wymagającym temperamentem znakomite przymioty ku miarkowaniu lub też okupieniu jego porywów. Przyjaźń pana de Francueil dla mnie udzieliła się do pewnego stopnia i jego przyjaciółce. Francueil zwierzył mi się z łączących ich stosunków, o których, dla tej przyczyny, nie mówiłbym tutaj, gdyby nie to, że stały się tak publiczne, iż nie ukrywano ich nawet przed panem d’Epinay. Uczynił mi nawet co do tej damy bardzo osobliwe zwierzenia523, których ona sama nie udzieliła mi nigdy i nie sądziła nigdy, abym je posiadał; nie pisnąłem bowiem ani nie pisnę o tym słowa, ani przed nią, ani przed kimkolwiek. Całe to zaufanie jednej i drugiej strony czyniło moje położenie dość kłopotliwym, zwłaszcza wobec pani de Francueil, która znała mnie na tyle, aby mieć do mnie pełne zaufanie, mimo stosunków moich z jej rywalką. Pocieszałem, jak umiałem tę biedną kobietę, której mąż ani w cząstce nie odpłacał miłości, jaką żywiła dla niego. Przyjmowałem oddzielnie zwierzenia tych trojga osób; strzegłem ich tajemnic z największą sumiennością, tak iż żadna z nich nie zdołała mi wydrzeć tajemnicy innych; nie ukrywałem zarazem przed żadną z pań sympatii dla jej rywalki. Pani de Francueil, która chciała się mną posłużyć w niejednym wypadku, spotkała się z formalną odmową; panią zaś d’Epinay, gdy raz próbowała mnie obarczyć listem do Francueila, potraktowałem tak samo, z dodatkiem bardzo stanowczego oświadczenia, iż jeżeli chce mnie wypędzić na zawsze, wystarczy, aby mi uczyniła drugi raz podobną propozycję. Trzeba oddać sprawiedliwość pani d’Epinay: nie tylko nie czuła się urażona moim postępkiem, ale opowiedziała o nim Francueilowi z niejakim uznaniem i przyjmowała mnie nadal równie życzliwie jak wprzódy. W ten więc sposób w burzliwych stosunkach między trojgiem osób, z którymi musiałem się liczyć, zależny od nich do pewnego stopnia i szczerze do nich przywiązany, zachowałem aż do końca ich przyjaźń, szacunek, zaufanie, postępując ze słodyczą i uprzejmością, ale zawsze po prostu i stanowczo. Mimo mej niezdarności i braku obycia pani d’Epinay zechciała mnie wciągnąć do zabaw w Chevrette, zamku blisko Saint-Denis, należącego do pana de Bellegarde. Był tam teatr, na którym często grywano komedie. Powierzono mi rolę, nad którą pracowałem pół roku bez przerwy i którą w rezultacie trzeba mi było suflować na przedstawieniu od początku do końca. Po tej próbie nie ofiarowano mi już roli.
Równocześnie z panią d’Epinay poznałem również bratową jej, pannę de Bellegarde524, która została niebawem hrabiną d’Houdetot. Pierwszy raz kiedy ją ujrzałem, rozmawiała ze mną długo, z tą uroczą poufałością stanowiącą cechę jej charakteru. Wydała mi się bardzo miła; ale daleki byłem od przewidywania, iż ta młoda osoba stanie się kiedyś losem mego życia i wciągnie mnie, mimo iż bardzo niewinnie, w przepaść, w której znajduję się dzisiaj.
Jakkolwiek od czasu powrotu z Wenecji nie wspominałem o Diderocie, tak samo jak o panu Roguin, nie zaniedbałem wszelako ani jednego, ani drugiego; z pierwszym zwłaszcza węzły zacieśniały się z każdym dniem. Miał on swoją Nanetę, jak ja Teresę: było to jedno powinowactwo więcej. Ale różnica w tym, iż moja Teresa, co najmniej równa urodą Nanecie, posiadała zgodne usposobienie i miły charakter, zdolny przywiązać godnego człowieka; podczas gdy jego dama, wyszczekana sklepikarka, nie jawiła oczom bezstronnych świadków żadnych przymiotów, które by mogły okupić jej brak wychowania. Ożenił się z nią wszelako. Uczynił dobrze, jeżeli to przyrzekł. Co do mnie, który nie przyrzekałem nic podobnego, nie kwapiłem się iść za jego przykładem.
Żyłem też blisko z księdzem de Condillac, który, równie jak ja wówczas, nie był w literaturze niczym, ale miał wszelkie dane, aby stać się tym, czym jest dzisiaj. Jestem może pierwszym, który ocenił jego talenty i osądził go wedle wartości. On zdawał się również smakować w moim towarzystwie i podczas gdy ja, zamknięty w pokoiku przy ulicy Jean-Saint-Denis, w pobliżu Opery, pracowałem nad moim Hezjodem, on zachodził często do mnie niespodzianie, przynosząc zapasy do improwizowanego wspólnym przemysłem obiadu. Pracował wówczas nad Zarysem początku ludzkich wiadomości, swoim pierwszym dziełem. Skoro je ukończył, miał wielki kłopot ze znalezieniem wydawcy. Księgarze paryscy są wyniośli i twardzi dla każdego, kto stawia pierwsze kroki; metafizyka zaś, wówczas bardzo niepopularna, nie przedstawiała zbyt wabnego525 przedmiotu. Mówiłem Diderotowi o Condillacu i jego dziele; zapoznałem ich. Byli to ludzie stworzeni, aby się z sobą zrozumieć i zbliżyć. Diderot namówił księgarza Duranda, aby wziął rękopis księdza; w ten sposób ten wielki metafizyk otrzymał za swą pierwszą książkę, prawie z łaski, sto talarów, których nie byłby uzyskał beze mnie. Ponieważ mieszkaliśmy wszyscy w bardzo od siebie odległych dzielnicach, zbieraliśmy się raz na tydzień w Palais-Royal i szliśmy razem na obiad do jednej z traktierni. Musiały widać te tygodniowe obiady bardzo przypaść do smaku Diderotowi, skoro on, który chybiał526 zazwyczaj wszystkich spotkań, tu nie chybił ani razu. Poddałem tam projekt periodycznego pisemka pod tytułem „Kpiarz”, które Diderot i ja mieliśmy wypełniać kolejno. Naszkicowałem pierwszy numer; to dało mi sposobność do znajomości z d’Alembertem527, któremu Diderot wspomniał o tym pomyśle. Niespodziane wydarzenia stanęły mi w drodze i projekt nie przyszedł do skutku.
Ci dwaj pisarze podjęli właśnie wydawnictwo Słownika encyklopedycznego528, który zrazu miał być tylko rodzajem przekładu z Chambersa529, podobnego mniej więcej do Słownika medycznego Jamesa, który Diderot właśnie ukończył530. Diderot chciał mnie wciągnąć w pewnej mierze do tego drugiego przedsięwzięcia i zaproponował część muzyczną, którą przyjąłem i z której wywiązałem się bardzo pospiesznie i licho w ciągu trzech miesięcy, jakie mi naznaczył, podobnie jak wszystkim autorom mającym pracować w tym przedsięwzięciu. W zamian byłem jedynym, który zdążył na przepisany termin. Oddałem rękopis, kazawszy go przepisać na czysto służącemu pana de Francueil, niejakiemu Dupont, który pisał bardzo pięknie. Zapłaciłem mu za to z własnej kieszeni dziesięć talarów, których mi nigdy nie zwrócono. Diderot przyrzekł, ze strony księgarzy, odszkodowanie, o którym nigdy mi później nie wspomniał ani ja jemu.
To przedsięwzięcie Encyklopedii uległo przerwie, wskutek uwięzienia Diderota. Myśli filozoficzne ściągnęły nań nieco przykrości531, zresztą bez poważniejszych następstw. Inaczej stało się z jego Listem o ślepcach, który nie zawierał nic nagannego532, prócz paru rysów osobistych, którymi pani Dupré de Saint-Maur i pan de Réaumur uczuli się dotknięci i za które wtrącono autora do turmy533 w Vincennes. Nic nie zdoła odmalować wzruszenia, w jakie wprawiło mnie nieszczęście przyjaciela. Moja opłakana wyobraźnia, która zawsze widzi wszystko w najczarniejszych barwach, zaczęła szaleć. Myślałem, że wtrącono go tam już na resztę życia. Omal głowy nie straciłem. Napisałem do pani de Pompadour534, zaklinając, by go kazała wypuścić, lub też uzyskała, by mnie zamknięto z nim razem. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi na mój list: nadto był nierozsądny, aby mógł być skuteczny; nie pochlebiam też sobie, iżby mógł się przyczynić do ulg, jakie wprowadzono później w więzienie biednego Diderota. Ale gdyby potrwało ono jakiś czas jeszcze w pierwotnej surowości, sądzę, iż umarłbym z rozpaczy u stóp tej nieszczęsnej turmy. Zresztą, jeżeli list mój mało osiągnął skutku, nie starałem się też czerpać zeń zbytniej chluby; mało komu wspomniałem o nim, a nigdy samemu Diderotowi.