Rozdział V

Za oknem dziadków stał ogrodzony żelaznymi sztachetami kościół bernardynów. Był to czerwony budynek o długich, ciemnych oknach i wysokich, szpiczastych drzwiach. Wokół wysokich murów kościoła rosły szeroko rozgałęzione drzewa kasztanowe, które swą chłodnawą ciszą chroniły ciemne oblicze Świętej Madonny z Dzieciątkiem.

Teraz, zimą, gałęzie kasztanów obsypane były śniegiem, niby rozkruszoną solą. Mury odsłonięte, zimne. Ciemna twarz Matki Boskiej pochylona była ku półobnażonej piersi, jakby ze wstydu przed otaczającą pustką.

Pewnego wieczoru siedziałem sobie przy oknie i patrzyłem na to, co dzieje się na zewnątrz. Słońce zachodziło za drugą stronę krzyża. Było to zachodzące słońce duże, nawet bardzo duże.

Wyglądało jak płaski złoty talerz. Nad dachem i krzyżem błyszczało drżące, jasne, ogniste światło, które odbijało się w szybach stojących po przeciwnej stronie domów.

W moim pokoju lampa jeszcze nie była zapalona. Widocznie pod wpływem ciszy babcia zapadła w drzemkę na swoim kuferku.

Dziadek poszedł do bóżnicy odmówić Kadisz15. Patrzyłem więc na płonący krzyż i myślałem o tym, że już jutro będę musiał znów pójść do chederu. I na myśl o tym zrobiło mi się ciężko na duszy. Przed oczyma stanęła mi niska, zapuszczona izba chederu Szyme-Josefa.

Izba ta była nawet dość duża, ale sufit jej leżał prawie na naszych ramionach. Ściany ciemnozielone, stare, opstrzone plamami po przestawianych kredensach i zdjętych zegarach. Przy ścianach długie, wytłuszczone, chwiejące się ławki, które opierały się na podstawionych nóżkach. Ja, wespół z moimi kolegami, wykrzykujemy tam przez cały dzień przerabiane teksty, smarkamy w dłonie, które potem wycieramy o klapy naszych kapotek.

Szyme-Josef chce uchodzić w oczach ludzi za łagodnego mełameda i niezbyt surowego rebego. Nie krzyczy i nie bije. Kiedy jednak nie wytrzymuje i zaczyna krzyczeć, od razu krztusi się i kaszle. Usta wypełniają mu się flegmą. Jeśli zaś postanawia kogoś zbić, przeszkadza mu w tym ogromny tyłek ciągnący go w dół. Nie pozwala mu unieść rąk tak wysoko, by bić chłopców po głowie. Ale skoro jest już mełamedem, to leżą u niego na stole: czerwona chusta, tabakierka i owłosiona owcza nóżka, z której jakby wyrastają skórzane, okrągłe, mięsiste rzemyki, świadczące o tym, że mogą z nich posypać się na głowy i na gołe tyłki chłopców dotkliwe razy.

Taka kara nie zdarza się jednak często. Szyme-Josef ma inny nawyk. Lubi wciągać w nos sporą porcję tabaki, wywołać ot tak sobie jakiegoś chłopca z kąta i uszczypnąć go solidnie w tyłek. Otwiera przy tym usta, rozszerza nozdrza i głęboko oddycha. Słychać wtedy jego przeciągłe: aaaaaaaaaaa.

I oto już jutro muszę iść do jego chederu. Mełamedowa, wysoka, długa Szyme-Josefowa z pewnością będzie siedziała jak zwykle przy drzwiach tam, gdzie stoi wiadro z pomyjami i wyliniała miotła. Prawdopodobnie będzie trzymała między nogami wyszczerbioną blaszaną miskę, do której wrzucać będzie obierane kartofle i wołać:

— Szyme-Josef! Szyme-Josef!

Zadrży wtedy rebe, szybko sięgnie po czerwoną chustę i zapyta:

— Aha, powiedziałaś coś?

— Powiedziałam, żebyś już zasnął na wieki, ty mój Szyme-Josef najdroższy.

Kiedy przestąpię próg chederu, opuści obierany kartofel na podłogę i swoim ostrym, piskliwym głosem zawoła:

— Popatrzcie, zjawił się wreszcie nasz gagatek.

Już ona nie pozwoli mi zdjąć paletka i nie da rozwiązać baszłyka. Tak jak stoję, będę musiał wziąć wiadra i iść po wodę do pompy.

To wszystko, o czym mówię, zdarzy się dopiero jutro. Do jutra pozostało jeszcze sporo godzin. Gdyby tak policzyć, to będzie ich mnóstwo. Można powiedzieć, że bez liku.

Tymczasem siedzę sobie przy oknie w pokoju dziadków. Kościół ciemnieje coraz głębiej i coraz błękitniej. Nad krzyżem niebo nadal jest czerwone. Nic tylko smażą w tym miejscu grzeszników. I gdy tak siedzę, wydaje mi się, że słyszę głos dziadka. Taki niewyraźny, przytłumiony. Jakby dochodził z tamtej strony drzwi. Po chwili drzwi się otwierają i do pokoju wpada głos. Obcy, nietutejszy:

— Dlaczego tak ciemno?

Odrywam się od okna. Przysiągłbym, że to głos mojej matki.

— Naprawdę przyjechałaś? — słyszę w ciemnościach głos dziadka.

Wydaje mi się, że ten głos również w tej chwili ściemniał.

— Przed chwilą właśnie wysiadłam z omnibusu. A dlaczego tu tak ciemno?

Babcia ocknęła się ze snu.

— Zdaje się, że Frumet przyjechała? Co?

W głosie babci wyczuwa się ciepło snu.

— Tak, właśnie przyjechała — odpowiada dziadek. — Ale zapal światło. Można sobie oko wykoleć16.

— A gdzie jest mój Mendel? — pyta matka.

— Tu jestem, mamusiu!

Zeskakuję z warsztaciku dziadka i biegnę do drzwi, w których rysuje się ciemna postać mamy.

Z płaszcza mamy bije zapach mrozu.

— Mendełe? — Zimna ręka głaszcze moją twarz. — Pokaż no się.

Przysuwam do niej twarz jeszcze bliżej. Ona pochyla swoją głowę ku mojej. Między nami stoi ciemność. Babcia krząta się przy lampie, która nie chce się zapalić. Mimo ciemności mama widzi moją twarz.

— Biedne moje dziecko! Zmizerniałeś i wychudłeś! Biada mi!

— Dziękuj Bogu i za to! — odzywa się babcia.

— Dlaczego nie napisałaś mi, że biedaczysko jest tak chory.

— Po pierwsze właśnie, że napisałam — powiada babcia z wyrzutem.

— Napisałaś, że lekko niedomaga.

— A co chciałaś, żebym napisała?

— Przyjechałabym natychmiast.

— Uzdrowiłabyś go? Babcia też, dzięki Bogu, wiedziała, co robi, nie Mendel?

Po pokoju rozchodzi się ciepłe, czerwonawe światło zapalonej lampy. Dziadek zawiesza na drzwiach swój zimowy płaszcz z dwoma guzikami na bokach. Babcia nazywa ten płaszcz „chłopskim kożuchem”. Wyraźnie go nie lubi. Dziadek jednak przesuwa rękę po żółtawej, starej owczej skórze tak, jakby głaskał główkę ukochanego wnuka i z dumą powiada:

— To nie chłopski strój, tylko żupan.

— Żupan, żupan — kpi babcia. — Jak to wygląda, żeby Żyd chciał chodzić w gojskich szatach!

Mama zachowuje się tak, jakby była obcą w domu. Wróciła z Warszawy w długim czarnym płaszczu z czarnym futrzanym kołnierzem. Długość płaszcza albo jego czerń czyni matkę wyższą, niż była przed wyjazdem.

Zdążyła już wycałować mnie z wszystkich stron. Teraz mnie obejmuje.

— Biedne moje dziecko! Tak ciężko chorowałeś!

— Ciężko, nie ciężko... — odzywa się dziadek, który już zasiada do warsztatu. — Zdejm płaszcz, rozbierz się. Czego tak stoisz?

Mama zdejmuje wełniany szal z głowy, ściąga długi czarny płaszcz i rzuca go na łóżko. Babcia bierze płaszcz i zawiesza na drzwiach, koło gojskiego żupana dziadka.

— Sprawiłaś sobie nowy płaszcz?

Mówiąc to babcia delikatnie głaszcze kołnierz płaszcza.

— Gitl-Hudl podarowała mi go.

— Aha! A jak się oni mają?

— Dobrze. Obyśmy się, bez ich szkody, tak mieli.

— A co porabia Hersz-Wolf?

— Tak jak to on.

— Co z jego ręką? Już nią rusza?

— Tak, dzięki Bogu.

Teraz dopiero przyglądam się mamie dokładnie. Bez płaszcza wygląda tak, jak przed wyjazdem. Na głowie ma jednak inną perukę. Bardzo czarną, błyszczącą, splecioną z przodu w gruby węzeł, podobny do ptaka. Być może, że z powodu tej peruki twarz matki wydaje mi się pełniejsza, gładsza, młodsza.

— A jak się mają dzieci Gitl-Hudl, oby zdrowe były?

— Jak najlepiej, Piniek pracuje już w aptece.

— A Pola?

— Ona już ukończyła...

— A Szlemke?

— Wkrótce ma się żenić.

Zdaję sobie sprawę, że mama opowiada o swojej siostrze a mojej ciotce z Warszawy, Gitl-Hadasie, która ma obszerne, wieloizbowe mieszkanie z licznymi balkonami. Jej dzieci nazywają się nie Mendel, ale Piniek i Pola. Powinna tam być również Edzia i mały chłopczyk, który nie posiada w ogóle imienia, bo wszyscy wołają na niego Mały. Nigdy tych dzieci nie widziałem. Wiem tylko, że od czasu do czasu noszę krótkie spodenki z mosiężnymi guzikami na bokach, które pochodzą od tego właśnie Małego.

— A co porabia Mały? — zapytałem ja z kolei.

— On — uśmiechnęła się matka — nie jest już mały. Wyrósł, na psa urok. Uczęszcza do gimnazjum.

Dziadek, który siedział pochylony nad warsztatem, odwrócił się i zapytał:

— Co? Co powiadasz?

— Już jest w trzeciej klasie.

— Gimnazjalnej?

— Tak. Trzeciej gimnazjalnej.

— Nosi już mundurek?

— Oczywiście. Taki sam jak ty szyjesz.

— Coś takiego!

Dziadek nie mógł się nadziwić.

— Szkoda, że nie przywiozłaś jakiegoś starego jego mundurka.

— Do czego ci potrzebny?

— Tak sobie. Żeby tylko popatrzeć, jak szyją mundurki w Warszawie.

— Nie lepiej od ciebie, tato.

— Również granatowe ze srebrnymi guzikami?

— Tak. Takie same, jak ten tu.

— Hmmmm... wszędzie ten sam świat.

Dziadkowi sprawiało przyjemność, że w Warszawie szyją takie same mundurki. Przerwał pracę ciekawy dalszych nowin z Warszawy.

— A kto szyje mu mundurki?

— Kto ma szyć? Krawiec.

— To znaczy, że w Warszawie jest również taki Dawid Frojke?

— On myśli, że jest jedynym mężczyzną w Moskwie... — wtrąciła się babcia.

— Przestań już, kobieto. Przecież rozmawiamy poważnie.

Stałem oparty o kolano mamy. Nie przestawała mnie głaskać po głowie, obejmować moją twarz i cicho wzdychać.

— I co jeszcze słychać? — przerwała babcia ciszę. — Odbyły się zaręczyny Cypele?

— Tak, mamo. Należą mi się gratulacje.

— Oby szczęście dopisało. Jakiś porządny człowiek z tego narzeczonego?

— Szczotkarz.

— Szczotkarz? — Dziadek zmarszczył czoło. — Dlaczego właśnie szczotkarz, a nie krawiec?

— W czym lepszy krawiec od szczotkarza?

— Krawiec to człowiek, zaś szczotkarz to tylko szczotkarz.

— Nie przystoi ci? — babcia gniewnie nastroszyła swoje druciane okulary.

— Pewnie, że nie przystoi.

— Posłuchajcie, Dawidowi-Frojce nie odpowiada spowinowacenie się ze szczotkarzem!

— Wziął ją bez grosza posagu — wtrąciła mama.

— Łaskę mi uczynił? Jeszcze pieniądze mu dać!

— Nie słuchaj, co ten głupiec wygaduje — oświadczyła gniewnie babcia. — Gdzie odbyły się zaręczyny?

— U Abrahama-Ajzyka.

— Dlaczego nie u Gitl-Hadasy?

— Nie wiem, jak to jest. Bogacze... widocznie jej nie pasowało.

— Ma się rozumieć. Jak można wpuścić do domu szczotkarza! — odciął się dziadek.

Babcia powoli spuściła głowę, a dziadek zaczął szybko manipulować igłą.

— Abraham-Ajzyk nadal ma parnose17?

— Boryka się. Zadłużył się.

— A Sime-Lea?

— Piękna jak złoto.

— Dlaczego nie wydają jej za mąż?

— Nie trafia się okazja.

Babcia głęboko odetchnęła. W pokoju zapadła cisza. Jakby wszyscy drzemali.

Z wujkiem Abramem-Ajzykiem jest wesoło. To rodzony brat mojej mamy, cioci Miriam i bogatej cioci Gitl-Hadasy z Warszawy. Znam go dobrze. Przed rokiem, w święto Rosz Haszana18 był u nas w domu. Miał rzadką jasnoblond brodę i okulary. Na głowie ośmiokątną czapkę. Takiej nikt przed nim, a pewnie i nikt po nim nigdy nie nosił. Głos miał donośny i wymowę śpiewną. Toteż w święto Jom Kipur19 przewodził modlitwie musaf20 w naszej krawieckiej bóżniczce.

Mówiono, że śpiewał znakomicie. Że każde jego słowo zasługiwało na pochwałę. Jak to się stało, że biedak nie ma parnose, a jego córka, piękna Sime-Lea powinna już wyjść za mąż, ale syn z Londynu, który miał wysłać pieniądze na jej posag, jakoś się z tym nie spieszy?

Nic dziwnego, że w domu wujka Abrama-Ajzyka nie jest wesoło.

To wszystko opowiedziała mama przy rozpakowywaniu paczki, którą dała jej ciocia Gitl-Hadasa. Wypadły z niej: para butów ze sznurowadłami, marynarka z przydługimi rękawami, czapka z gojskim daszkiem, spodnie, kamizelka, słowem cały skarb.

Wszystko to jednak tym razem nie uradowało mnie. Szczególnie nie spodobała mi się ośmiokątna czapka.

— Nie włożę jej! — oświadczyłem energicznie.

— Dlaczego? To przecież piękna czapka.

— U nas w chederze nikt takich nie nosi.

— A ty ją będziesz nosił.

— Nie. Nie będę.

Zegar zaczął bić. Naliczyłem dziesięć uderzeń. Wskazówki zegara wskazywały jednak godzinę dziewiątą.

— Widziałaś się już z Lejzorem? — nagle odezwał się dziadek.

— Nie — odpowiedziała mama niechętnie.

— Dziwiłem się właśnie, dlaczego nie zajechałaś prosto do domu.

— Już nigdy tam nie zajadę.

Dwie nieme zatroskane twarze jednocześnie skierowały się ku mamie. Ja również tego nie zrozumiałem.

— Do swego domu nie zajedziesz?

— Nie. Już dosyć mam swego zaprzęgu.

Obie twarze wyglądają teraz jak głuche.

— Co tobie znowu jest, Frumet?

— Co ma być? Tylko jego straszne przekleństwa, które miota na mnie, oby spadły na...

— Sza. Cicho. Nie bluźnij — zawołała babcia, zrywając się z kuferka.

— Wstydziłby się Żyd. Żaden goj by tak nie klął na swoją żonę.

— Kiedy to on miał czas przeklinać ciebie? Przecież ciebie tu nie było.

— W liście mnie sklął. Co z tego, że wyjechałam? Mam jedyną córkę. Miałam nie być na zaręczynach?

— Trzeba było powiedzieć, że się jedzie — wtrącił się dziadek.

— A komu miałam powiedzieć? Czy on kiedyś przebywa w domu?

— A co chciałabyś? Żeby sterczał w domu i cackał się z tobą?

— Kto mówi o cackaniu? Nie może mi przecież zabronić wyjazdu na zaręczyny.

— Ale nikt nie wiedział, gdzie jesteś. Jak można nie mieć w sobie krzty żydowskiej troski, żeby zostawić męża i dzieciaki na pastwę losu?

— Co się stało? Nie miał mu kto ugotować jedzenia?

— A co byś chciała? Żeby sam sobie gotował?

— Wszystko mi jedno, czy sobie ugotuje, czy sobie nie ugotuje. Mam tego dosyć!

— Masz już drugiego na jego miejscu? Co ty sobie myślisz — zawołał dziadek, mrugając okiem — że jesteś młodą kobietą?

— Przestań już, stary głupcze! — wtrąciła się babcia. — A ty Frumet nie rób głupstwa i idź do domu.

— Wyrzucasz mnie, mamo?

— Nie wyrzucam. Uchowaj Bóg, ale żona powinna iść do męża.

— Nie chcę go więcej znać! Co ja u niego miałam? Najlepsze moje młode lata straciłam. Przed ślubem opowiadał mi, że jest dziedzicem, że ma folwark. Pożal się Boże, co to za folwark!

Oczy matki poczerwieniały i jakby się zmniejszyły. Stały się nieładne. Nos jej również poczerwieniał i zaostrzył się.

— No. Wystarczy. — Babcia chciała jakoś załagodzić grzechy mego ojca. — Myślisz, że nie dopytywał się o ciebie?

— Łaskę mi sprawił!

— Kilka razy dziennie przychodził na nasze podwórze.

— Na podwórze... a wstąpić do domu nie wypadało mu?

— Wiesz przecież — powiedziała babcia, jakby mamie na ucho — że my oboje nie bardzo jesteśmy w zgodzie.

— A z kim jest w zgodzie?

— No, dobrze. Jeszcze nie należy do najgorszych... Teraz jest rzeczywiście późno, ale jutro, jak Bóg da, wrócisz do domu.

— Nie, mamo. Żebym miała podłogi myć, nie będę z nim razem mieszkała.

— Co się z tobą stało w Warszawie? — zawołał dziadek, który nie mógł już usiedzieć na miejscu.

— W Warszawie ludzie żyją jak należy. Gitl-Hadasa jest prawdziwą panią, pełną gębą światową damą! U pierwszego mego męża, Berła, mieszkałam w pokojach. Na drzwiach były mosiężne klamki.

— No, cóż. Berła! Nie zawsze przecież — powiedziała babcia — jest tak, jak sobie człowiek wymarzy.

I tak wykłócali się do późna w nocy. O mnie zupełnie zapomnieli. Pilnie słuchałem wszystkich i wszystkiego i w żaden sposób nie mogłem zrozumieć, dlaczego mama wróciła z Warszawy rozgniewana na ojca. Ja raczej uważałem, że to ojciec powinien gniewać się na mamę. Przecież to ona, nie mówiąc nikomu, wyjechała.

Prawdę mówiąc, ja nie gniewałem się na mamę. Bolało mnie tylko to, że wspominała swego pierwszego męża, u którego miała „pokoje” i mosiężne klamki na drzwiach. Co to za porównanie? Jej pierwszy mąż był felczerem w Końskiej Woli, a mój ojciec handlował sianem. Co tu mają do rzeczy „pokoje” i mosiężne klamki?