Rozdział VI
Nazajutrz z rana szykowałem się do pójścia do chederu. Wstałem wcześniej, umyłem się, włożyłem spodnie, które mama przywiozła z Warszawy i wziąłem do ręki dwa obwarzanki nasmarowane przez babcię masłem.
Nie chciało mi się opuszczać ciepłego mieszkania, rozstawać z piosenkami dziadka i dopiero przybyłą matką.
Mama to widocznie wyczuła, bo kiedy wciągałem na siebie paletko, zawołała z łóżka:
— Niech jeszcze dzisiaj nie idzie. Tora21 mu nie ucieknie.
Innymi oczyma spojrzałem przez okno.
Było niebiesko i jasno. Dziadek widocznie zdążył już pokrzepić się łykiem okowity. Chodził teraz po pokoju raźnym krokiem, wyśpiewując swoje powszednie i świąteczne piosenki.
Babcia w czerwonym czepku nocnym, mała i pochylona jak przewrócony krzak, cicho poczłapała do kuchni, żeby rozpalić ogień i ugotować śniadanie.
Mama wstała później od wszystkich. Przy niebiesko-białym świetle wpadającym przez szyby okna twarz matki była jaśniejsza i młodsza. Zdaje się, że aż do dzisiejszego poranka nie zauważyłem, żeby mama miała taki ciepły podbródek i takie czystoniebieskie oczy.
Chodziła po pokoju w czarnej, cienkiej, jedwabnej spódnicy.
— Kupiłaś ją? — zapytała babcia obmacując spódnicę.
— Skąd ja do takich drogich rzeczy? Gitl-Hadasa mi podarowała — oświadczyła mama z goryczą nie przystającą do jej czystej, klarownej twarzy.
— To jedwab?
— A co? Barchan?
Babcia dwoma palcami wytarła kąciki ust. Dziadek spojrzał z boku i z głupia frant zapytał:
— Ile na przykład taka spódnica jest warta?
Nikt mu nie odpowiedział.
Matka odwróciła się plecami do nas i zaczęła palcami rozczesywać perukę.
Nie wiem dlaczego, ale mnie ta czarna spódnica warszawskiej ciotki nie przypadła do gustu. Mnie się zdawało, że mama w tej spódnicy jest jakaś inna. Nie ta, która kiedyś rano wpadła do pokoju z rozpaczliwym okrzykiem:
— Mojsze umarł!
U nas w domu nigdy nie widziałem mamy w takiej spódnicy.
Nigdy też nie miała obnażonych ramion. Nigdy nie używała pachnącego mydła. Nie stawała przed lustrem i nie stroiła się tak, jak to teraz czyni.
— Dlaczego to tak długo trwa? — zapytała babcia. — Śniadanie jest już na stole.
— Nie szkodzi — odpowiedziała mama głaszcząc perukę. — W Warszawie tak się ludzie prowadzą.
— Ale tu nie jest Warszawa.
Upłynęło jednak sporo czasu, zanim mama uporała się z toaletą i podeszła do stołu. Podchodziła zaś sztywna i napuszona jak paw.
Przy stole już wszyscy siedzieli. Mama usiadła naprzeciw mnie. Jej ciepły, mały podbródek lekko się kołysał. Dopiero teraz zauważyłem, że mama przywiozła z Warszawy dwa czarujące dołeczki na policzkach. Zrobiła sobie małe kanapeczki i powoli małymi łyczkami piła kawę. Nagle powiedziała do mnie:
— Mendelku, jak ty jesz?
— A jak ma jeść? — wtrącił się dziadek.
— W Warszawie je się inaczej.
— Daj mu już spokój z tą twoją Warszawą! Przeżyłem sześćdziesiąt dwa lata i nie miałem pojęcia, że nieładnie jem. Coś takiego! A jak się ładnie je?
— Nie je się szybko i łapczywie. Je się małymi kęsami.
— Ważna mi nauka.
Mama nie odpowiedziała. Ja starałem się jeść powoli, małymi kęsami, ale zaciskało mi się gardło i oczy zaczęły łzawić. I nagle babcia z hukiem odstawiła kubek kawy i donośnym głosem zawołała:
— Mendel, ty płaczesz?
Mama również postawiła swój kubek kawy. Jej podbródek nieco się wykrzywił.
— Sza, Mendelku, nie płacz.
I mówiąc to, nie przestawała mnie głaskać po głowie.
— Nie płacz. Powiedziałam to dla żartu. Przestań płakać... zupełnie ładnie jesz.
Dziadek gniewnie mruczał.
— Warszawa! Też mi coś!
Matka w końcu dała za wygraną. Ale mnie nadal było ciężko na sercu.
— Taki piękny dzień na dworze — zawołał pochylony nad warsztatem dziadek. — Może by Mendel wyszedł na spacer? Niech się przyzwyczai do powietrza.
— Słusznie, ale jeszcze się o niego boję — wahała się mama.
— Nie ma obawy. Niech się przejdzie trochę — wtrąciła babcia — dopóki słońce świeci.
Opatulono mnie jak trzeba. Wyszedłem na ulicę. Wyglądałem jak człowiek, który wydostał się spod wody.
— Uważaj na sanki — zawołała za mną babcia. — I długo nie chodź. Słyszysz?
— Słyszę, babciu, słyszę.
Na dworze było tak jasno i cicho, że na dłuższą chwilę musiałem zamknąć oczy. Wydawało mi się, że znalazłem się w obcym mieście. Wszyscy wyglądają tu na głuchych i stawiają jakby przytłumione kroki.
Śnieg leży między żelaznymi kratami ogrodzenia kościoła, na jego gzymsach i oknach. Śnieg pośrodku ulicy jest głęboki, miękki. Oto sanki dzwoniąc przemykają z dumą po jego powierzchni. Z gimnazjum wracają uczniowie. Obrzucają się śnieżnymi kulkami. Biegają. Krzyczą.
Jakże się to miasto zmieniło od czasu, gdy zachorowałem i leżałem w łóżku. Na ulicy Lubelskiej wznoszą się wysokie zaśnieżone słupy, podparte małymi słupkami w kształcie rozstawionych nóg. Sama ulica biegnie w górę. Jest długa i wydaje się, że została poszerzona. Przed budką celną nie stoi już polski strażnik z sinym nosem.
Na ulicy Warszawskiej, tam gdzie żona Motla-Sztroj ma sklep, nie widać wystawionych przedtem słomianych koszy... Jest tam teraz biało i głucho. Na ulicy Spacerowej mój wzrok zatrzymał się na krzyżu niemieckiego zboru. Przypomniałem sobie, że tędy przechodziłem, kiedy szukałem mamy u ciotki Miriam. Teraz panuje tu cisza. Nie widać żywej duszy. Ale nagle wyrasta przede mną Żyd w wysokiej pluszowej czapce.
— Mendel, dokąd ty idziesz? — jego ciepły głos wydaje mi się znajomy.
— Tato! — w pierwszej chwili przestraszyłem się i poczułem coś dławiącego w gardle.
— Dokąd idziesz? Jesteś już zdrowy, co?
— Tak, tato, już jestem zdrów.
Żyd w wysokiej pluszowej czapce jest więc moim ojcem. Osiwiał. Patrzy na mnie trochę sennym i łagodnym wzrokiem.
— Byłem dzisiaj u twojego mełameda, żeby zapytać o ciebie.
— Miałem już dzisiaj iść do chederu.
— Dlaczego więc nie poszedłeś?
— Mama przyjechała.
— Tak? — tato marszczy twarz i mruży oczy. — Powiadasz, że mama wróciła?
— Tak. Wróciła.
— Kiedy?
— Wczoraj w nocy.
— Jeszcze wczoraj? Dlaczego więc nie widzimy jej?
— Jest na górze, u babci...
— Tak, u babci...
Na chwilę zapada między nami milczenie. Ojciec otwiera szerzej półsenne oczy. Są teraz znacznie większe niż były. Wąsy przybrały kolor zielono-żółty.
— Nie wszedłem na górę — powiada raczej do niemieckiego zboru niż do mnie — bo nie kocham tej twojej babci. Nie myśl jednak... wiedziałem o tobie wszystko. Kto, myślisz, posłał po doktora Pompera?
Jego głos staje się z minuty na minutę coraz cichszy.
— Więc wróciła — przypomina mu się na nowo i ojciec wzdycha — zajechała do nich... a jak wygląda twoja matka?
— Dobrze. Bardzo dobrze.
Milkniemy. Jest cicho. Idziemy razem. Naprzeciw nas idzie żołnierz z karabinem. Pilnuje więźnia.
— Jadłeś już coś? — przerywa ojciec ciszę.
— Tak. Zjadłem śniadanie.
— Czy nie jest ci zimno? Może byśmy wstąpili do garkuchni Mordechaja? Ogrzejesz się trochę.
— Nie, tato. Tu jest całkiem dobrze.
— Co tu robisz, na ulicy?
— Wyszedłem trochę na powietrze.
— No to bardzo dobrze. Odprowadzę cię.
Bierze mnie pod rękę. Nigdy dotychczas nie chodziłem tak z ojcem. Nie wiem, czy mam się wstydzić, czy cieszyć.
Jedno tylko wiem, że jest mi teraz dobrze.
— Byłem dziś u twego mełameda — powtarza ojciec — a ten mi powiada...
Nie kończy zdania. Zamyśla się i wpatruje w siną dal. Jego duży mięsisty nos wydaje się być oddzielony od twarzy. Powoli zaczyna odpinać swój zimowy płaszcz, wsadza rękę do głębokiej kieszeni i wyciąga sfatygowany skórzany portfel, po czym wkłada mi coś do ręki.
— Na — powiada — masz pieniądze. Kup sobie coś.
Pierwszy raz tato daje mi pieniądze. Na co mi one potrzebne? Co można za nie kupić?
— Kup coś dla mamy — powiada do mnie po cichu i podprowadza mnie do samych drzwi domu dziadków.
— Idź już, jeszcze się przeziębisz, nie daj Bóg.
Chcę pocałować tatusia w rękę. Zdaje mi się, również po raz pierwszy w życiu. On jednak szybko wyrywa rękę i mruczy:
— No, już... nie trzeba... idź, idź.
Oddala się, ale zaraz odwraca się i przywołuje mnie z powrotem.
— Mendel, co to ja chciałem ci powiedzieć? Tak, już wiem. Nie mów im tam, że... Nie lubię tej twojej babci. Nie lubię.
W ten sam wieczór Władek, ten trochę stuknięty chłop, przyszedł wcześniej niż zwykle. Był czerwony jak burak. Jego ruda broda była skołtuniona i zmoczona.
— Czego się dzisiaj pospieszyłeś, Władku?
Ten, żując coś w gębie, powiada niby do swojej brody:
— A niech ją cholera trafi, tę Magdę. Żeby jeszcze tej nocy zdechła. Przeklęta dziewka!
— Kto to jest Magda? Dlaczego ją tak przeklinasz?
— Dlaczego nie miałbym jej przeklinać? Przecież uderzyła mnie w twarz rybą.
Dziadek wybucha gromkim śmiechem. Babcia odwraca okulary od swoich czepków.
— A niech cię szlag trafi! — woła babcia kołysząc głową. — Kto ci każe zaczepiać dziewczyny? Kto?
— A czy ja ją zaczepiłem? Żeby ją piorun trzasł!
— Wiadomo. Dobrze wiadomo. — Babcia aż się zachłystuje słowami. Dziadek pokłada się ze śmiechu.
— Rybą, powiadasz? Pękam ze śmiechu... opowiedz, jak to było!
— Nie trzeba. Dziękuję — wtrąca się babcia — za nowinę, której on chce wysłuchać.
Władek wygląda na człowieka, który się złości. Żuje coś z zamkniętymi ustami. Moja matka nie wtrąca się do rozmowy. Siedzi przy warsztacie dziadka ze złotymi okularami na nosie i czyta książkę.
Władek siada na swoim stałym miejscu przy kuchni. Ściąga, wzdychając, buty. Rozwija onuce i z torby, w której trzyma wałówkę zaczyna wydobywać garście słomy.
W mieszkaniu jest teraz cicho. Wszyscy są czymś zajęci. Lampka, która płonie na warsztacie dziadka oświetla kącik, w którym dziadek pracuje i miejsce, w którym mama czyta książkę. Reszta izby tonie w cieniu.
Dziadek spieszy się z wykończeniem jakiejś części mundurka. Od czasu do czasu rusza ramionami, jakby ciarki przez nie przeszły. Nikt nie zwraca uwagi na to, co Władek robi w kuchni. Wszyscy wiedzą, że żuje kawałki chleba, które dostał we wszystkich odwiedzonych domach.
W istocie jednak Władek wcale tym się dziś nie zajmuje. Ułożył przy swoich nogach dużą kupę słomy. I oto zaczyna grzebać w kieszeniach. Grzebie i grzebie, aż wydobył pudełko zapałek. Przyglądam się temu i jestem pewien, że chce zapalić fajkę. Ale nie. Władek nie zapala fajki. Zapala natomiast zapałkę i przystawia ją do kupki słomy przy nogach.
Zaczyna się unosić mały dymek. Władek wyciąga nogi do dymku. Wygląda na to, że chłop chce się spalić.
Nie mogę spokojnie przyglądać się temu i głośno wołam:
— Babciu, popatrz, co robi Władek!
Wszyscy odrywają się od zajęć. Dziadek odwraca się tylko jednym ramieniem. Mruży oczy. Mama szybko odwraca oczy od książki. Babcia pierwsza zrywa się z krzykiem:
— Biada mi! Coś ty zrobił, zwariowany chłopie!
Tymczasem słoma bucha płomieniem.
— Dawidzie, pójdziemy z dymem — wymachuje rękami babcia — zobacz, co tam się dzieje! Gwałtu! Rety!
Dziadek rzuca robotę. Okulary zsunęły mu się z nosa. Daszek pokręconej czapki opiera się o ucho. Stara się wbić igłę w klapę, ale nie może trafić. Ze złością rzuca ją na stół i skacze na palącą się słomę. Skoczył i zaczyna na niej tańczyć. Nic innego tylko zwariował. Babcia również, bo nagle chwyta poduszkę i rzuca ją pod nogi tańczącego dziadka.
— Wariatko, co robisz! — krzyczy dziadek i jednym kopnięciem odrzuca poduszkę.
Matka szybko chwyta wełniany szal babci i biegnie do drzwi. Tylko Władek nie rusza się z miejsca. Siedzi ze swoimi czerwonymi zmarzniętymi piętami. Żuje coś w ustach i kiwa się.
— Zakuta pało! Coś ty zrobił? — pyta dziadek nie przestając tańczyć na słomie.
— Co zrobiłem? — mruczy przez nos Władek. — A dlaczego pan krawiec tak krzyczy? Przecież jest zima! Chciałem sobie ogrzać nogi. Oby tę Magdę szlag trafił! Dlaczego nie wpuściła mnie do łóżka?
— Obyś ręce i nogi połamał razem z Magdą! — błogosławi go babcia, unosząc obie ręce. — Dlaczego nas chciałeś podpalić?
— Nie chciałem was podpalić. Co też pani krawcowa wygaduje!
— Obyś tak gadał w malignie! Ty idioto! Czy tak się grzeje nogi?
Dziadek tańcem na słomie ugasił jednak ogień. Zaczął sapać jak astmatyk. Otworzyli okno. Dym wychodzi przez nie ledwo widocznym obłoczkiem. Mama okrywa się szalem i zasłania mnie przed otwartym oknem. Babcia owija się chustą mamy. Tylko dziadek ma nadal na sobie tylko kamizelkę i szuka czegoś w klapie.
— Gdzie ja podziałem igłę? Gdzie?
W chwili, gdy wszyscy byli zamieszani tym, co się stało, powoli otworzyły się drzwi i w progu stanął tato.
— Tato przyszedł! — krzyknąłem i pobiegłem do drzwi.
— Dobry wieczór! — Tato, mówiąc to, rozejrzał się zdziwiony zamieszaniem panującym w izbie.
— Dobry wieczór! Dobrego roku! — I dziadek, podszedłszy do niego, dodał:
— Szolem Alejchem! Witaj!! Jak się masz?
Babcia szybko zamknęła okno. Mamie spadły okulary na podłogę.
— Natychmiast wynieś mi śmieci! — rozkazała babcia Władkowi. — Słyszysz, co do ciebie mówię? Wynoś się, ty hyclu!
Władek nie odpowiadał. Podniósł się, zebrał pozostałą niedopaloną słomę i wzdychając, wyniósł ją.
— Dlaczego stoisz? Usiądź! — powiedział dziadek do mojego ojca.
— Co tu się stało? — zapytał ojciec, patrząc na mamę, która zdejmowała szal.
— Nic takiego. Taki głupi goj. Zachciało mu się ogrzać nogi, to wziął i zapalił słomę.
— Kto takiego goja trzyma w domu?
— No, wiesz... czasami przynosi do domu wiadro wody, wynosi śmieci...
Mama podniosła okulary. Kącik, na który tato skierował wzrok, wydawał się mamie za ciemny, toteż przeniosła się na drugą stronę krawieckiego stołu i pogrążyła w lekturze.
Czy nie zauważyła spojrzeń taty, którego półsenne oczy spoczęły w końcu na krawieckim stole dziadka?
Siedziała z głową nieco zadartą, niczym jakaś wielka dama. Jej piękna twarz była ściągnięta. Miękki, ciepły podbródek lekko się ruszał.
— Warszawa, widać nieźle tuczy... — wąsy ojca zadrżały w uśmiechu.
Nikt mu nie odpowiedział. Babcia szybko zaczęła wbijać igłę w biały muślin. Dziadek przeciągnął fastrygę między wargami.
Stanąłem przy ojcu i spojrzałem mu prosto w twarz.
— Już ci lepiej, Mendel?
— Tak, już jestem zdrowy.
— Kiedy pójdziesz do chederu?
— Jak Bóg da, jutro.
W mieszkaniu zawisła prawie namacalna cisza. Tato dwoma palcami lekko uderzył w stół. Mnie w gardle coś dławiło. Zrobiło mi się ciasno w ubraniu. Złote okulary na nosie mamy błyszczały ostrym blaskiem, który kłuł mnie w oczy. Cała zresztą twarz matki również błyszczała.
— Jak się masz, Lejzorze? — przerwał ciszę dziadek.
— Bogu dzięki.
— A co słychać na temat parnose?
— Nie najgorzej... można wytrzymać.
I znowu zapadła cisza. Pod kuchnią rozległ się uparty, gniewny, świdrujący śpiew świerszcza.
Władek zdążył już wyrzucić całą przypaloną słomę. Siedział znowu w swoim dawnym miejscu i pykał fajkę.
— Nie cieszysz się z powrotu żony? — usiłował kontynuować rozmowę dziadek.
— Z czego? — zapytał tato, patrząc na usta dziadka.
— Nie cieszy cię, że wróciła twoja żona?
— Tak... ale ona mnie nie dostrzega...
W tej chwili mama podniosła książkę ponad swoją głowę. Złote okulary przestały błyszczeć.
— Frumet — zawołał dziadek, odkładając robotę. — Lejzor tu jest.
— No to jest!
— Przestań czytać książkę. Przestań! — głos dziadka stał się ochrypły. — W twoim wieku już się książek nie czyta.
— Taka stara już jestem? W Warszawie starsze ode mnie kobiety książki czytają.
— Wszystko w tej Warszawie... ale ty przecież nie mieszkasz w Warszawie. Ty masz męża, dziecko...
— Ładny mi mąż! To zaprzęg, a nie mąż!
Do oczu nabiegły mi łzy. Tato siedział z zamkniętymi ustami. Palce, którymi przedtem wybijał takt na stole, były teraz martwe.
— A co ja jej złego zrobiłem? — odezwał się ojciec.
— A straszne przekleństwa, którymi obrzucił mnie w liście do Warszawy, to pies? Za co? Nie wolno mi było pojechać na zaręczyny córki? A ile to ja córek posiadam?
— No, dobrze. Wygłupił się. Ale jak długo można się gniewać?
— Czy ja się gniewam?
— A co innego czynisz? Zabrałaś się do czytania... i co będziesz miała z tego?
— A co będę miała z niego?
— Co to za pytanie? On jest twoim mężem. Tak czy nie?
— Nie. On nie jest moim mężem.
— Przestań już. Głupia gęś.
— Tato, czego chcesz ode mnie?
— Chcę, żebyś się nie wygłupiała. Masz dom, rodzinę... Co za życie czeka cię tu, w domu twoich rodziców?
— Nie bój się tato, nie spadnę na twoje barki. Na własny kawałek chleba zawsze zarobię.
— Co takiego będziesz robiła? — wtrącił się mój tato.
— Niech cię o to głowa nie boli!
— Co jednak będziesz robiła? — zapytał dziadek, wysuwając do przodu bródkę.
— Coś tam będę robiła. Nie martw się. Potrafię trzymać pióro w ręku. Umiem czytać, umiem pisać. Gdyby nawet zachciało mi się udzielać korepetycji, to na kawałek chleba zarobię.
— Chcesz zostać mełamedem dla dziewcząt?
— A jeśli nawet, to co?
Tu już babcia nie zdzierżyła. Zerwała się z kuferka i powiedziała:
— Nie chciałam się wtrącać, ale kiedy zaczynasz pleść głupstwa, muszę ci oświadczyć, że nie masz racji.
Babcia wypowiedziała to cichym głosem. Tylko głowa jej się trzęsła. Tata zrozumiał jej słowa tylko po ruchu warg. Zrobiło mu się trochę cieplej na duszy.
— W naszym domu pali się w piecu — powiedział tata jakby do stołu. — Poleciłem przygotować mleko, ser i masło...
— Pięknie dziękuję! Popatrzcie tylko, jak się wykosztował. A kiedy czasami proszę go o dodatkowy złoty na wydatki, to zaraz wybucha z awanturą.
— Chodzi ci o ten jeden złoty? — wzruszył ojciec ramionami.
— Chodzi mi o wszystko. Chodzi o to, żebyś mnie dobrze traktował. U Berła, nie przymierzając, miałam mosiężne klamki przy drzwiach. A u niego, co mam?
— Jak Bóg mi pomoże, to każę zainstalować miedziane klamki.
— A głównie chodzi o to, że wynalazł nam paskudne mieszkanie! — powiedziała to jakby nie do ojca, ale do Władka. — Ciemne, zimne...
— Kto jest temu winien? Przecież ty sama je wybrałaś.
— Ja wybrałam? Jak ja mogłam je wybrać, skoro Mojsze, biedaczysko, w nim zachorował.
— Widocznie w niebie było to pisane. Ale jeśli chodzi ci o mieszkanie, to jeśli Bóg da, to na święto Pesach22 wynajmiemy nowe.
— Czekaj tatka latka...
— Jak długo do święta Pesach? — wtrącił się dziadek — widzisz przecież, moja Frumet, że przyszedł cię przeprosić. Czego jeszcze chcesz?
— Ładnie mnie przeprasza.
— Chodzi ci o to, żebym cię przeprosił? — tato rozłożył bezradnie ręce. — Więc cię bardzo przepraszam.
Znowu zapadła cisza. Władek drzemał sobie z fajką w ustach. Dziadek podniósł igłę do lampy i przeciągnął nitkę.
— Kto tam napalił w piecu? — mama przerwała ciszę.
— Ja kazałem napalić. Jest mleko, masło... mięsa nie poleciłem przygotować. Wiem, że...
— A pościel zmieniona?
— Tak. Poleciłem dać świeżą. Jest w domu ciepło, czysto.
Głos ojca też był ciepły i czysty. Podszedł do warsztatu dziadka, przy którym siedziała mama.
— Masz jakieś rzeczy? Wezmę dorożkę.
— Gdzie teraz można dostać dorożkę?
— Dostanie się.
Mama odłożyła książkę. Nie wiem, czy pokazała ojcu, gdzie leżą jej rzeczy, ale on od razu podszedł do warszawskiej paczki i wziął ją.
— Może by tak łyknąć po kropelce, Lejzorze? — dziadek odłożył robotę i podszedł do kuchennego kredensu, w którym zawsze była butelka mocnego, drogiego płynu.
Żółtawosiwe wąsy ojca stały się jakieś większe i gęstsze od uśmiechu, który rozjaśnił mu twarz.
— Lechaim23! Na zdrowie!
— Za dobre życie i pokój. Obyśmy zdrowi byli i dużo radości mieli.
Władek obudził się z drzemki. Wyjął fajkę z ust i wstał. Uśmiechnął się do buteleczki dziadka, kiwając głową i przebierając jak w tańcu nogami.
— Haim, haim, panie krawiec!
— Napijesz się, Władku?
— Hm, hm...
— No to masz! — dziadek podał mu pół szklanki wódki. — I wypij za zdrowie Magdy, która cię uderzyła rybą.
— Nie. Niech ją szlag trafi. Wypiję za zdrowie pana krawca. Zdrowie!
— Haim! Haim!
Mama też nadpiła wódki ze szklaneczki. Ja bym teraz mógł wypić całą butelkę.
— Robi się późno.
— Dobrej nocy.
— Dobrej nocy. Dobrego roku. W szczęśliwą godzinę.
Ojciec szedł z przodu. W obu rękach trzymał pakunki matki. Ja z matką szliśmy z tyłu. Władek podskakiwał w tańcu. Dziadek z babcią stali w otwartych drzwiach. Babcia trzymała lampę na wysokości głowy. Dziadek trzymał między wargami nitkę fastrygową i nucił pod nosem:
Przeprośmy się, przeprośmy,
kup mi pomarańczę!