Rozdział XII

Potem dowiedziałem się, że poprzedniego wieczoru Jojne bez pożegnania wyjechał. Raczej uciekł. Dlaczego nikt o niego nie zapytał? Jakby wstyd było wymówić jego imię. Ita przez jakiś czas jeszcze przebywała u nas w domu. Schudła. W oczach nie miała już owego czarnego, ciepłego błysku, jak po przyjeździe z Warszawy. Stała się leniwa i ociężała.

Nikt nie zauważył, że niknie w oczach. Mama milczała. Ja to widziałem, ale nic nie mogłem zrobić. Ojciec nie interesował się córką. On już sześć dni w tygodniu był w drodze, w polu, między ziemią a niebem, wśród stogów siana i furmanek chłopskich. Tylko w sobotę mógł zobaczyć się z córką. Jednak sobota zbyt krótko trwa, żeby mógł dostrzec, w jakim jest stanie. Zresztą nadal był pod wrażeniem przyjęcia, jakiego doznał u siostry Noemi i wspaniałego śpiewu jej syna.

Nie przestawał mówić o domu Noemi i jej udanym Mendelku. W piątek wieczorem albo w sobotę przy obiedzie, kiedy dochodziło do śpiewania Zmires45 i ja zaczynałem pomagać w tym ojcu, a ojciec się skrzywił, jakby połknął niesmaczny kąsek i westchnąwszy głęboko, powiedział z żalem:

— Gdyby Mendel, mój siostrzeniec, był tu...

— Dla niego nie ma ważniejszej rzeczy niż siostrzeniec — wtrąciła matka ze złością.

Matka nie lubiła rozmów na temat bogatej szwagierki. Nie lubiła też słuchać pochwał na cześć syna Noemi. Żywiła niechęć do wszystkiego, co miało związek z sytym domem Noemi.

— Lepiej byś się troszczył o swego syna. On też jest porządnym i dobrym dzieckiem. Uwierz mi, gdyby Bóg zechciał mi pomóc, to nasz Mendel też potrafiłby śpiewać.

— Głupia babo, czego się złościsz? Kto ci mówi, że nasz Mendel nie jest udanym dzieckiem? Co się tyczy śpiewania, to jest to dar od Boga.

— Dar, nie dar! Już widzieliśmy takie dary! Kiedy tacy obdarzeni wyrastają, stają się lichwiarzami i próżniakami. Jak myślisz, czy ten twój szanowny szwagier nie jest próżniakiem?

— Kto? Ben-Cijon?

— Tak, Ben-Cijon. Właśnie on!

— On przecież jest pisarzem gminy! Kobieto, co się z tobą dzieje?

— Ważna mi profesja! Ja też umiem pisać i nie robię z tego szumu.

— Daj już spokój. Nie wiesz, co mówisz?

— Wiem. Nie bój się, doskonale, wiem. Jestem pewna, że Mordechaj-Mendel jest o wiele porządniejszym człowiekiem od twojego Ben-Cijona.

— Żeby tak moi wrogowie byli szczęśliwi, jak Mordechaj-Mendel jest porządnym człowiekiem!

— A ja ci powiadam, że Mordechaj-Mendel kiedyś sterować będzie całą Polską!

— Sterować będzie pluskwami, a nie Polską!

— Jeszcze zobaczysz!

— Od dwudziestu lat już to widzę. Od kiedy Chana została jego żoną.

— Chana jest mi tysiąc razy droższa niż Noemi!

Ja też wolałem ciocię Chanę. Była biedna, nawet bardzo biedna. Rodzona siostra ojca i Noemi. Miała śniadą twarz ciotki Noemi i senne oczy mego ojca. Mówiła powoli, tak jak jej siostra Noemi, ale bez jej sposobu akcentowania słów i bez jej pyszałkowatości.

Do ciotki Chany nie szło się z wizytą. Mieszkała za miastem, w małej drewnianej chatce z zakurzonymi szybami i z dachem krytym zielonymi, drewnianymi gontami. Jej pokoje nie były ani duże, ani wypucowane. Ale gdzie tam pokoje! Miała jedną izbę i to niską. Podłoga — klepisko z gliny, pełne wybojów. Dwa łóżka ze starą pościelą, pokrytą czerwoną kołdrą. W pokoju stał szeroki, staromodny, gliniany piec, przy którym schło kilka wiązek drewna i grzały się czarne, głodne dzieci w przykrótkich koszulkach.

Wysoka, przedwcześnie przygarbiona ciocia Chana, owijała swoje chude ciało w starą, postrzępioną chustę. Głowę miała zawsze zawiniętą w wełniany szalik, który z czasem stracił kolor. W jej domu jadało się kartofle rano, w południe i wieczorem. Wychodząc z chatki cioci Chany, trzeba było pokonać zwały śniegu, sięgające do połowy okna. Pozostawało tylko czekać. Tęsknymi oczami wypatrywano przez zamarznięte szyby przylotu bociana, który miał swoje gniazdo na koronie rosnącej naprzeciw topoli. Bocian przynosił dobrą nowinę. Z nadejściem wiosny można było wyjść z domu.

I wtedy ciocia Chana przynosiła z sobą zapach krowy i mleka. Przynosiła do miasta powiew rozkwitłego zboża i zapach ciepłych deszczy, które przez dziurę w dachu napełniały wilgocią jej pokój.

Przychodziła do nas raniutko, kiedy brzask powstającego dnia leżał jeszcze śpiący na szybach okna. Cichuteńko wślizgiwała się do pokoju i trzeźwym głosem powiedziawszy „dzień dobry”, siadała na łóżku mamy. Z mamą ciotka Chana była w wielkiej przyjaźni. Traktowała ją jak siostrę. Przed mamą otwierała serce. Wypłakiwała całą gorycz biedaczki. Złamanego grosza nie miała przy duszy. Kawałek mięsa pojawiał się w jej domu tylko w sobotę. I to nie zawsze. Dzieci chodzą goło i boso. Dłużna jest właścicielowi mieszkania czynsz za trzy kwartały. Chyba dojdzie do tego, że trzeba będzie chodzić po prośbie.

Mama starała się ją pocieszyć:

— Nie grzesz, miej ufność Chano. Wierzę w twego Mordechaja-Mendla. On jeszcze wypłynie i wstrząśnie Polską. Zapamiętaj, że ja ci to powiedziałam.

Ciotka Chana, chociaż nie miała za co przeżyć dnia, także wierzyła w męża. Wszyscy oprócz mego ojca wierzyli w wuja Mordechaja-Mendla. I czy nie można było w niego wierzyć? Przecież to był człowiek z tęgą głową. Kto mógł się z nim równać?

To nic, że Mordechaj-Mendel to bieda nad biedami. To nic, że na papierosa musiał pożyczać. Za to miał wspaniałe pomysły i znakomite plany. Jego łepetyna idealnie pracowała.

Mordechaj-Mendel nie należał do tych Żydów, którzy w Rosz Haszana i Jom Kipur modlą się tylko o zarobek i zdrowie dla żony i dzieci. „To są — powiedział — biedni ludzie o małych ambicjach i jeszcze mniejszych troskach”. On, Mordechaj-Mendel nie stanie przed Panem Bogiem, żeby wymodlić trochę pieniędzy na życie. A jeśli się już ma pieniądze, to co z tego? Jeszcze jeden talerz kaszy i jeszcze jedno gęsie udko.

— Najważniejszą rzeczą — mawiał — jest dokonanie czegoś takiego, żeby cały świat się dowiedział o tym, że istnieje Mordechaj-Mendel, żeby głośno o nim było, żeby wszyscy ludzie o nim mówili.

Na przykład: dlaczego on, Mordechaj-Mendel, nie mógł rozgłaszać, że cały okoliczny las razem z folwarkiem należy do niego? Czym Aron Szteinberg jest ważniejszy od niego? Czy zna lepiej Torę? Czy lepsze wygłasza kazania? I dlaczego on, Mordechaj-Mendel, nie może być tym człowiekiem, który zamierza zbudować linię kolejową do Białobrzegów? I dlaczego cały Farle, ten wielki majątek ziemski wraz z młynami, cegielnią i tartakami, nie może należeć do Mordechaja-Mendla? Czy Iczele Bekerman ma tęższą głowę?

W dzień i w nocy jeździł Mordechaj-Mendel do dziedziców. Mierzył pola i wycinał lasy. Ale przyzwoitego zarobku do glinianej, stojącej przy szosie chaty nie przynosił.

Pewnego razu wpadł na pomysł. Na genialny wprost pomysł. W mieście nie ma huty. Jak może takie miasto z tak wieloma Żydami i nie przymierzając, z tak licznymi Polakami, żyć bez huty? A więc Mordechaj-Mendel zbuduje hutę! Szkło z jego huty dotrze do wszystkich krańców świata. Bogactwo zapewnione.

I znowu zaczął jeździć do dziedziców. I znowu w dzień i w nocy liczył i przeliczał. W chacie panował ostry chłód. Obdarte dzieci biły się o lepsze miejsce na piecu. Wszyscy w domu żywili w sercu ufność i wiarę, że oto dziś lub jutro, kiedy powstanie huta, znajdzie się miejsce na piecu.

I oto nastąpił dzień, kiedy wuj Mordechaj-Mendel z dwoma dziedzicami udał się do rejenta, żeby podpisać akt. Tymczasem zwieziono drzewo, zaczęto wznosić budowlę. Wkrótce wyrosła huta z zadartym do nieba kominem, z dachami, parkanami i piecami.

Całe miasto zbiegło się, żeby zobaczyć to cudo. Zadzierano głowy, by spojrzeć na komin, obmacywano ściany i wydziwiano:

— Widzieliście ten cud? Macie pojęcie?

Ale Mordechaj-Mendel wspólnikiem huty nie został. Ktoś mu zabiegł drogę. Ktoś go oszukał. Zaczął więc pukać do drzwi adwokatów, pisarzy i sędziów. Przyswoił sobie na pamięć wszystkie paragrafy. Udowodnił, że go oszukano, że prawo za nim stoi. Ale prawo prawem, a Mordechaj-Mendel pozostał przy swoich paragrafach, a nie przy hucie. Sprawdził się jego pomysł. Huta rzeczywiście wysyłała swoje wyroby w świat, ale bez udziału Mordechaja-Mendla.

Jego czarna, gęsta broda bynajmniej nie osiwiała z tego powodu. Przeciwnie. Wydaje mi się, że nawet bardziej sczerniała i wygładziła się. Jego duże, żywe oczy, które przywodziły na pamięć pianę z piwa, raziły spojrzeniem. Białe zęby błyszczały nadal uporem i zaciętością.

Wuj Mordechaj-Mendel nie dawał za wygraną. Trudno, bez huty też można żyć. Ale gorzelnię takie miasto powinno mieć. Kto mówi, że wzbogacić się można tylko przez hutę?

Czy mało będzie, jeżeli zabierze się do pędzenia wódki? Plac pod budowę już wybrał. Była już nawet komisja. Zatwierdziła. Pozostaje tylko zabrać się do budowy.

Pewnego letniego dnia Mordechaj-Mendel przyszedł do domu w świetnym humorze. Rozśpiewanym głosem zawołał:

— Chano droga, żono ty moja, szykuj się. Wkrótce zamieszkamy w „pokojach”! Forsa będzie do nas waliła drzwiami i oknami. Upijemy się jak goje. Mordechaj-Mendel jeszcze żyje!

Biegał po mieszkaniu jak szalony. Rozchełstany i podniecony machał rękami:

— Co mi tam Ben-Cijon, pisarczyk kahału! Kim on dla mnie jest?

Mama patrzyła na podnieconego Mordechaja-Mendla z sympatią i zadowoleniem. Wierzyła w niego. Prorokowała mu kiedyś, że jeszcze zajdzie wysoko w Polsce. Teraz spełnia się jej proroctwo. Na policzkach Chany występują ze wzruszenia czerwone plamy. Była dumna ze swego męża.

Tylko ojciec milczał. Siedział ze wzrokiem wbitym w stół. Pyszałkowate słowa szwagra nie porwały go. Już nieraz je słyszał. Ale tego, że Ben-Cijon jest nikim i niczym dla Mordechaja-Mendla nie mógł znieść. Powoli odwracał twarz od stołu i uniósłszy brwi, cichym, kpiącym głosem powiedział:

— I kto by pomyślał, że taki człowiek jak ty lekceważąco mówi o Ben-Cijonie!

— Lejzorze — zawołał Mordechaj-Mendel, stanąwszy na środku pokoju. — Możesz swego Ben-Cijona zamarynować i zakonserwować, chociaż jest pisarzem gminy. A co się tyczy moich interesów, to znasz się na nich jak krowa na modlitwie. Ty przecież znasz się tylko na sianie, no to wąchaj siano.

— Moje siano przynajmniej pachnie! Z twoich zaś złotych interesów nie wyczuwa się dobrego zapachu.

Powiedziawszy to, ojciec spojrzał na matkę z uśmiechem zwycięzcy. Chciał widocznie przekonać się, czy jego słowa znalazły uznanie w jej oczach.

Ale mamie słowa ojca nie spodobały się. Nikomu zresztą nie spodobały się. Mimo to uważam, że ojciec miał trochę racji. Mordechaj-Mendel rzeczywiście myślał o tym, żeby swoimi dokonaniami wstrząsnąć Polską. Myślał dobrze. W mieście jednak mówiono, że Mordechaj-Mendel z powodu swoich interesów i poczynań zgnije w kryminale. Właśnie wyłoniła się sprawa gorzelni. Niewiele już brakowało do podpisania aktu. Miało to nastąpić dziś, najdalej jutro.

Mordechaj-Mendel z tego powodu wypił podwójną porcję wódki i zakąsił gęsim żołądkiem. Dzieci tej nocy nie biły się o miejsce na piecu, a ciotka Chana oka nie zmrużyła.

Ale pech chce, że dziedzic, wspólnik do gorzelni, kładzie się do łóżka zdrowy i cały, a nad ranem nie wstaje.

Mordechaj-Mendel już dziś mieszkałby w „pokojach”. Jechałby własną bryczką, zaprzężoną w dwa konie. Ben-Cijon pisarz nie zadzierałby już nosa. Mój ojciec nie pokpiwałby.

Ale Bóg nie chce. Taszczą więc Mordechaja-Mendla na policję, do sędziego śledczego, żeby wyjaśnił, dlaczego panu Dąbrowskiemu nagle się zmarło.

Dlatego też Mordechaj-Mendel nadal mieszka w zapadłej chacie przy szosie. Nadal przez dziurę w dachu ścigają się wiatr z deszczem. Nadal obok chaty przejeżdżają wozy w drodze do dalekich miast na jarmarki i targi. Stoi tam w ciemne noce ciotka Chana w objęciach pola i wiatru. Patrzy na przejeżdżające wozy i prosi Wiekuistego, żeby również jej Mordechaj-Mendel, jej „tęga głowa”, jej mąż doznał od Niego pomocy.

Mordechaj-Mendel przycichł. Po klęsce z gorzelnią, jego czarna broda nieco posiwiała. W rozżarzonych, niespokojnych oczach widać zmęczenie i przygnębienie. Ale nadal nie tracił ufności, wiary i ochoty, żeby stać się wielkim.

A może właśnie ciotka Chana w owe ciemne noce na opustoszałej wśród pola szosie wymodliła pomoc dla męża? Mordechaj-Mendel miał teraz na oku majątek ziemski. Było to całkiem nowe szaleństwo. Żyd, który przez całe życie mieszkał w drewnianej chacie, odżywiał się kaszą i razowym chlebem, który od dnia ślubu nie sprawił sobie nowego ubrania, nagle zaczął marzyć o majątku ziemskim. Jest to normalne?

Mimo wszystko majątek Weisówka spodobał mu się.

Pewnego letniego poranka ciotka Chana siedziała jak zwykle na łóżku mamy. Niebieskie pasmo światła padało na jej żółtą, kudłatą perukę. Szepcząc, zdradziła mamie w tajemnicy, że Fleischer, Niemiec Fleischer, ma zamiar odkupić Weisówkę i na wspólnika chce wziąć Mordechaja-Mendla.

— Owszem, wiesz przecież dobrze — dodała ciotka Chana — że Mordechaj-Mendel nie posiada własnej gotówki, ale gdzie to jest napisane, że do kupienia majątku trzeba mieć pieniądze?

A zresztą pieniądze wykłada Niemiec Fleischer. Mordechaj-Mendel wkłada w interes tylko rozum.

Ciotka Chana powiedziała to mamie głosem cichszym od szmeru latającej muchy. Mimo to głuchawy tato, który stał przy oknie w tałesie i tefilin, odwrócił głowę i spojrzał na siostrę z takim pogardliwym uśmiechem, że przez policzki cioci Chany przebiegły czerwone pasma krwi.

Mama leżała w łóżku. W ostatnim czasie wyładniała. Kiedy wkładała biały żabot z białymi szpicami przy rękawach i podnosząc głowę zmierzyła obcego człowieka urokliwym wzrokiem, można było jej samej powierzyć majątek.

Dlatego też z zainteresowaniem wysłuchała szeptu cioci Chany. Zauważyła też, jak ta się zaczerwieniła, kiedy tato pogardliwym wzrokiem zmierzył Chanę. Ściągnęła brwi i z jeszcze większą pogardą zawołała:

— Nie słuchaj go, Chano! Poza głupim uśmiechem na nic więcej go nie stać. On myśli, że na świecie nie ma niczego lepszego od handlu sianem. A ja ci powiadam, że przy bożej pomocy wkrótce staniesz się dziedziczką.

— Z twoich ust do uszu Pana Boga, oby tak się stało — powiedziała Chana, wzdychając.

Tymczasem dni i tygodnie nie stały w miejscu. Oto wyklarował się interes i oto nici z niego. Dziedziczka, która zamierzała sprzedać majątek, wyznaczyła wyższą cenę. I Fleischer rezygnuje. Mordechaj-Mendel zaś na nowo chce się zabezpieczyć. I znowu bieganina. I znowu nie jada. Dni i tygodnie spędza na sprawdzaniu hipotek. Z tym można jeszcze wytrzymać, ale kto może go zapewnić, że ten interes nie zakończy się tak, jak z hutą i gorzelnią?

— Nie trać wiary — pocieszała ją mama — Z tego interesu mąż twój nie wyjdzie z pustymi rękami.

Mordechaja-Mendla prawie że nie widywano. Nie nocował w domu. Biegał po drogach, jeździł koleją, wydeptywał przedpokoje dziedziców. Nie miał nawet czasu, żeby na cześć soboty pójść do łaźni.

Ale jednego razu wpadł do nas do domu z rozwichrzoną od wiatru brodą.

Mama szybko przygotowała śniadanie. Położyła na stole świeży bochenek chleba, świeże masło i ser i podała dzbanek z kawą.

Kiedy Mordechaj-Mendel zajadał się śniadaniem, mama oparła łokcie na stole i z ciekawością wpatrywała się w jego śniadą, pooraną twarz.

— I co u ciebie słychać, Mordechaju-Mendlu?

— Jakoś leci! Trzeba tylko trochę miłosierdzia.

— Zachowaj tylko spokój. Nie gorączkuj się.

— Tu nie chodzi o gorączkowanie się. Tym razem chodzi o zupełnie inne nieszczęście. Ten Niemiec, Fleischer, to złodziej nad złodziejami! Mówią, że Żydzi są oszustami, a ja ci powiadam, że ten Niemiaszka bije na głowę wszystkich żydowskich oszustów. Sama przecież wiesz, że ja groszem nie śmierdzę. Ja mam tylko pomysły. A ten złodziejski Fleischer chce mnie tak urządzić, żebym już nigdy nie zmartwychwstał. On dla przykładu chce, żebym był u niego ekonomem, takim sługasem, a on będzie dziedzicem! On, na przykład, chce...

I wuj Mordechaj-Mendel zostawia niedopity dzbanek kawy i rozgrzawszy się zaczyna mamie dokładnie, ze szczegółami opowiadać, jak Niemiec Fleischer chce go oszukać, wyprowadzić w pole i wykończyć na amen.

Mama patrzy mu wprost w błyszczące się oczy, zagapiona, z bezradnym uśmiechem na pięknych ustach. Czy rozumie wszystko, co Mordechaj-Mendel do niej mówi? Może tak. Mnie się jednak zdaje, że patrząc na niego, widzi tylko jego rozkołysaną głowę, szerokie koła, które nakreśla, wymachując rękami w powietrzu, rozżarzone źrenice jego oczu i przede wszystkim pola, magnacki majątek, tak plastycznie przedstawiony.

I stało się tak, że pewnego pięknego dnia całe miasto zawrzało od jednej nowiny: Mordechaj-Mendel kupił Weisówkę!

— Mordechaj-Mendel? — ludzie kręcili nosem — A kto to taki, ten Mordechaj-Mendel?

— Co znaczy kto? Szwagier Lejzora.

— Lejzor „Sianiarz”!

— To jego szwagier kupił Weisówkę?

— Jego szwagier.

— Szlag by trafił wszystkich moich wrogów! Przecież to biedak, istny nędzarz!

— A jednak!

Zapytano o to sąsiada. Sąsiad zapytał drugiego sąsiada. Zakotłowało się. Szły gadki. Od domu do domu. Między mężem a żoną. Między gojem i Żydem.

Matka przybiegła od ciotki Miriam zasapana. Już na progu zawołała:

— Lejzorze, słyszałeś?

Ale ojca jeszcze w domu nie było. Akurat dzisiaj spóźnił się. Pobiegła więc do sąsiadów. Szukała człowieka, który by potwierdził tę wiadomość. Okazało się, że wszyscy słyszeli, ale nikt przy kupnie nie był obecny.

Mama chciała wybiec na szosę, wpaść do chaty z glinianą podłogą, gdzie mieszka Mordechaj-Mendel. Już była gotowa to uczynić, ale w ostatniej chwili powstrzymała się:

— Nie! — nie ona do Mordechaja-Mendela, ale on do niej powinien był przyjść i jej pierwszej przynieść nowinę.

Później zjawił się tato. On również wszedł do domu nie tak jak zwykle. Broda obsypana kurzem od siana. Czapka zsunięta na bok. Twarz z wyrazem zmieszania. Jakby Weisówkę kupił nie Mordechaj-Mendel, tylko on sam.

— Słyszałeś, Lejzorze?

— Czy to prawda?

— Co znaczy, czy to prawda? Całe miasto mówi o tym!

Tak, słyszał. Był w bóżnicy na wieczornej modlitwie. Ale nie było mowy o modleniu się. Jeden był temat. Gwarno było jak w ulu. Przybiegali do niego Żydzi z gratulacjami. Mazl tow!46 Kto by się spodziewał?!

— A czy ja nie mówiłam, Lejzorze? — mama z triumfem w oczach zadaje to pytanie.

— Mówiłaś, mówiłaś. Niełatwo być mądrym...

— Ale Mordechaj-Mendel ma głowę, co?

— Tak, ma głowę, czy nie ma głowy, nie jest to ważne. Żeby kupić majątek trzeba mieć pieniądze...

— Nie martw się. Pieniądze też miał. A ty? Siano dzisiaj i siano jutro!

— A czego byś chciała? Może również majątku?

— A co, nie pasuje mi?

— Jeśli o to chodzi, to można kupić jakiś mająteczek...

— Jeszcze się mądrzy! Mało mu zmartwień?

Srodze zagniewana weszła do kuchni. Ojciec patrzył za nią pytającymi oczami.

Przez cały wieczór mama nie odzywała się. Z wyrazem troski na pomarszczonej twarzy podała kolację do stołu.

Kilka much usiadło na suficie. Zegar sucho tykał: „siam dzisiaj, siam jutro”... Ciężarki zegara dotykały już komody. Ojciec zaczął je naciągać. Chrzęst i stęk rozległy się w werku zegara. W sercu matki zapewne też coś stęknęło.

Po kolacji mama usiadła przy oknie i wpatrywała się w ciemność nocy. Z kamieniczki z naprzeciwka dochodził do nas powiew ciepła. Na górze, na ganku, ktoś chodził. Zegar tępo wybijał godzinę za godziną. Mama wciąż siedziała przy oknie.

Przysiągłbym, że w wyobraźni widzi teraz mosiężne klamki, jakie miała w domu swojego pierwszego męża, lekarza. Zapewne porównuje swoje dawne życie z dzisiejszym. A może zazdrości cioci Chanie jej nabytego majątku, który rozciąga się wśród pól zasianych zbożem, wśród lipowych drzew, nad którymi rozciąga się piękne niebo.

Matka, mama moja do samej śmierci nie zapomniała swoich mosiężnych klamek.