Rozdział XIII
Pogłoski o nabyciu przez Mordechaja-Mendela Weisówki okazały się prawdziwe. Ten biedak i nędzarz został właścicielem majątku. I to bez wspólnika, bez udziału w tym Niemca Fleischera.
— Jak to się mogło stać? — Żydzi w żaden sposób nie mogli tego zrozumieć. — Chyba okradł kościół albo co innego?
— Może i okradł.
— A co z Fleischerem? Czy Mordechaj po prostu go wypchnął?
— Chyba tak.
— Jak to? Niemiec dał się wypchnąć?
— Wychodzi, że tak.
Słowem, trudna zagadka do rozwiązania. W mieście wrzało i kipiało. Nie tylko obcy ludzie nie mogli zrozumieć, jak Mordechajowi udało się kupić majątek, ale również członkowie rodziny zachodzili w głowę, żeby pojąć, jak do tego doszło. Toteż nic dziwnego, że w zwykłe dni pracy wielu Żydów pobiegło do pobliskiego majątku, by na własne oczy zobaczyć, czy Weisówka naprawdę istnieje, czy też jest wytworem imaginacji.
Na złość wrogom, nie był to wytwór wyobraźni. Cała Weisówka wraz z lasem, łąkami, krowami i kurami należała teraz do Mordechaja-Mendla.
Z naszego domu nikt się na razie nie śpieszył obejrzeć majątku. Mama czuła się obrażona, gdyż Mordechaj-Mendel nie uznał za właściwe zawiadomić jej o swoim nabytku. Ojciec nadal nie chciał uwierzyć w całą tę historię. Wprawdzie składano mu gratulacje i klepano po plecach, zwracając się do niego per „szwagier dziedzica”, ale do obejrzenia majątku się nie kwapił. Bo po co? Widział w życiu niejeden majątek. Weisówkę też nieraz widział.
I tak oddalał wizytę w majątku od jednej do drugiej soboty, od jednego do drugiego poniedziałku. Do pokoju wszedł wysoki goj z batem w ręku i zapytał, czy pan kupiec jest w domu.
— O co chodzi? Do czego ci ojczulku potrzebny pan kupiec?
— Bo pan dziedzic z Weisówki zaprasza pana kupca wraz z żoną i dzieckiem do siebie do majątku.
— Pan dziedzic? Jaki pan dziedzic?
— Ten nowy. Ten... jak on się nazywa?
— Nie wiesz, jak się nazywa nowy dziedzic?
— Wiem — chłop machnął ręką — ano, zaraz... jak on się tam nazywa? Jakby Mendel czy coś w tym rodzaju...
— To on kupił Weisówkę? — ojciec trochę kpił z goja.
— On.
— Ładny mi dziedzic. Słuchaj ojczulku, czy ty się czasem nie mylisz?
— Nie, nie mylę się.
— Jakoś nie znasz swego dziedzica.
— Ech... Pan kupiec sobie kpi. Kto by nie znał dziedzica? To przecież Mendel, czarny Mendel!
— Ach! To ten! Toteż mów tak od razu!
Nigdy dotychczas nie widziałem, żeby ojciec tak kpił i drwił. Z kogo właściwie kpił? Z chłopa? Z Mordechaja-Mendla? Do czego zmierzał, udając głupka?
— Z kogo kpisz? — wmieszała się matka. — Szwagier ci nie odpowiada?
— Skąd wiesz, że mi nie odpowiada?
— Jeśli nie, to nie idź do niego. Nikt cię nie prosi!
Mama ze złości zaczerwieniła się. Rozdygotanymi rękami nie potrafiła postawić garnka na właściwym miejscu. Kpiny ojca mocno ją widać zabolały.
Ja również poczułem żal do ojca. Dlaczego zazdrości Mordechajowi-Mendlowi majątku? Nie spodziewałem się tego po moim ojcu! Ale do nowego dziedzica w końcu pojechał. Wszyscyśmy do niego pojechali. Nawet Ita.
Weisówka rozciągała się wzdłuż tej samej szosy, przy której stał drewniany domek Mordechaja-Mendla. Dopiero teraz mogliśmy dobrze przyjrzeć się temu domkowi.
Ciemny był, pokrzywiony i pochylony. Wokół okna zwisała jeszcze żółta, pęknięta glina, którą zabezpieczano je na czas zimy. Dwoje dzieci w przykrótkich koszulkach z odsłoniętymi brzuszkami siedziało na progu i wydrapywało z dna pustych niemal miseczek resztki kaszy perłowej. Obce, jasnowłose, gojskie dzieci.
Jeszcze niedawno na tym progu siedziały dzieci Mordechaja-Mendla. Tak samo starały się wydrapać z prawie pustych miseczek resztki kaszy. Dzisiaj te dzieci posiadały swój własny majątek. Jak też Bóg kieruje światem! Z dala od tego domku, kawałek drogi za rosyjskim cmentarzem rozciągał się ów majątek.
My, najbliższa rodzina, idziemy po raz pierwszy do wuja w gości. Jest sobota. Nieliczne chłopskie wozy widać na szosie. Jedne jadą do miasta, drugie z niego wracają. Chłopi patrzą na nas odświętnie wypoczętych i wykąpanych. Niektórzy chłopi znają ojca. Łapią się za daszki i pozdrawiają:
— Niech będzie pochwalony...
— Na wieki wieków!
Słońce stoi w środku pola, które jest czyste i puste. Za topolą, w cieniu siedzi pochylony człowiek, który przewija onuce. Drugi śpi na trawie ze słońcem na tyłku. Chłopka z dwoma pustymi koszami klęczy przed figurką Matki Boskiej, która wisi na topoli. Figura jest czarna, bez twarzy. I oto wyłania się szary, wilgotny płot rosyjskiego cmentarza. Jest tu chłodno i obco. Krzyże straszą.
— O! Tam — wyciąga ojciec rękę na pola — jest Weisówka.
Z daleka czerni się coś dużego, to las albo park. Z czerni od czasu do czasu prześwituje biała plama.
— Tu jest dziedziniec — powiada ojciec — a tamto białe to pałac.
Słowo „pałac” wywołało u mnie mocniejsze bicie serca. Nigdym jeszcze nie widział pałacu. Z bajek wiedziałem, że w pałacach mieszkali cesarze lub królowie, czy też inni wielcy dygnitarze. Z myślą, że w pałacu mieszka mój wuj Mordechaj-Mendel w rozchełstanym chałacie, nie mogłem się oswoić. Po prostu nie mieściło mi się to w głowie.
Matka widocznie też nie może w to uwierzyć. Teraz w ostatniej chwili przestała w to wierzyć.
— Czy w tym pałacu — pyta — rzeczywiście mieszka Mordechaj-Mendel?
— Chyba tak. Skoro jest dziedzicem, to wypada mu mieszkać w pałacu — powiada ojciec z uśmieszkiem na wargach.
Może się tato kpiąco uśmiechać ile dusza zapragnie, ale fakt pozostaje faktem. Jest majątek, jest pałac i myśmy do niego przyszli.
Czy tak wygląda pałac? W bajkach pałac jest zawsze ze złota i kryształu. Dla wuja taki pałac jest też dobry. Widzę przed sobą szeroki, murowany, biały dom, z długimi lustrzanymi oknami. Dach pokryty jest czerwonymi wypalonymi gontami.
Wokół białego pałacu ciągną się w równym rzędzie niczym ustawieni w szeregu żołnierze, wysokie, strzeliste w niebo, równo przycięte lipy. Tak chyba wyglądały opisane w Biblii jodły.
Ale to nic, najważniejsza jest droga prowadząca do białego domu. Jest szeroka, równo wytyczona, wysypana żwirem. Skrzypi pod nogami jak zamarznięty, utwardzony śnieg. Ojciec stąpa po żwirze pewnym krokiem człowieka, który nieraz już po takiej drodze chodził. Mama natomiast idzie sztywnym krokiem. Głowę uniosła nieco do góry. Trudno powiedzieć, czy świadczy to o jej poczuciu dumy czy zdumienia. A może tylko o braku nawyku chodzenia po drogach zastrzeżonych dla dziedzica. Ita idzie powoli poboczem... Robi dwa kroki naprzód jeden do tyłu.
Widocznie mieszkańcy pałacu już nas zauważyli, gdyż nagle otworzyły się szerokie szklane drzwi. Otworzyły się szeroko, gościnnie, po pańsku. Na długich kamiennych schodach stoi we własnej osobie Mordechaj-Mendel, z otwartymi do powitania rękami. Ma na sobie rozpięty szlafrok zdobiony w kwiatki. Jest jakoś wyższy i szerszy. Rozwichrzona broda mieni się czernią. Nie mówi już tym swoim głosem, który przywodził na pamięć chłodne mieszkanie z wilgotnymi ścianami. Głos jego brzmi teraz mocno.
— Dobrej soboty! Szolem alejchem! Witajcie moi drodzy goście.
Wypycha do przodu okrągły brzuszek, na modłę wuja Ben-Cijona. Kiedy to wuj Mordechaj zdążył się nauczyć chodzić po pańsku? I zrozum tu, jak to się stało, że nawet ciocia Chana, która przez całe życie nerwowo deptała po izbie w chuście na głowie, schodzi teraz z kamiennych schodów odmierzonym spokojnym krokiem, lekko kołysząc się na wzór ciotki Noemi.
Na głowie ma ciotka Chana czarną, błyszczącą perukę z lokiem na przodzie. Jedwabna suknia z bufami szeleści jak żwirowa droga prowadząca do pałacu, jakby przez to suknia chciała powiedzieć:
— Zróbcie dzieci szpaler. Ja, Chana, właścicielka majątku, idę!
Zdaje mi się, że twarz mamy trochę się ściągnęła. Mnie taka twarz mamy nie podoba się. Wiem, że weszła tu dumnymi krokami. Liczyła się z tym, że ją powitają z orkiestrą, że się nią będą cieszyć. A tu ciotka Chana zachowuje się po pańsku. Ma na sobie jedwabną czarną suknię ze złotą broszą na szyi. Skąd to wszystko wzięła? Skąd wie, jak to nosić? Po czystej twarzy mamy przebiegła krzywa zmarszczka. Nikt tego nie zauważa. Ale ja mam oczy otwarte. Nikt tak jak ja nie zna się na zmarszczkach mamy. Ale to wszystko jest mylące i pozorne. Ciocia Chana pozostała tą samą ciocią, dobrą kobietą, tą, która zwykła była do nas wpadać z samego rana na rozmowę. Jej chód wcale nie jest pański i wcale nie przypomina chodu ciotki Noemi. Pierwsze wrażenie okazało się fałszywe. Wręcz przeciwnie, jak tylko zeszła ze schodów, kroki jej wróciły do dawnego taktu. Stały się znowu nerwowe i powszednie. Z rozjaśnioną twarzą podbiegła do mamy i objęła ją ramieniem. Okryła pocałunkami. Nie posiadając się z radości, zawołała:
— Kochana Frumet, żebyś mi zdrowa była! I co ty na to wszystko? Co powiesz o Mordechaju-Mendlu?
— Przecież zawsze ci mówiłam — powiada mama i ze wzruszenia ściera łzę z oka.
— Żebyś mi długo żyła szwagierko moja! Wdzięczna jestem: przedtem Bogu, a potem tobie.
— Obyś Chano dożyła długich lat w szczęściu, czci i dostatku.
— Amen, kochany Boże w niebie! I niech Bóg również ciebie obdarzy bogactwem i niech spełni wszystkie twoje marzenia. Ty jedna mi mówiłaś, że Mordechaj-Mendel wysoko zajdzie kiedyś w Polsce.
I mówiąc to, ciocia Chana roniła łzy ze szczęścia.
— Znam go lepiej od ciebie, Chano, chociaż to twój mąż.
Wuj Mordechaj chodzi z ojcem. Objął go ramieniem. Szwagrowie widać przeprosili się. Z geszeftów Mordechaja nie bije już brzydki zapach. Przeciwnie, ładnie teraz pachną. Pachną jak siano mego ojca. Usłyszawszy swoje imię wymienione przez mamę i ciotkę Chanę, wuj Mordechaj zostawia ojca i podbiega do nich.
— Pocałujmy się, kochana Frumet — i objąwszy ją ramieniem, dodaje — obyś mi zdrowa była, ty moja szwagierko!
Twarz mamy pokrywa się licznymi wdzięcznymi dołeczkami. Mordechaj-Mendel błyska uśmiechem i bielą zębów. I mimo obecności ojca, nie bacząc na to, że wszyscy mamy oczy i widzimy, łapie mamę pod rękę i rusza z nią, jakby miał zamiar zatańczyć. Mama śmieje się głośno. Ciocia Chana uśmiecha się półgębkiem. Pobożnie, wstydliwie. Białe zęby ojca ostro odcinają się na tle czarnych wąsów. Patrząc teraz na miękki, lekki chód mamy kroczącej obok Mordechaja-Mendla, na jej dumnie na słońce wystawioną twarz widać, że rzeczywiście miała kiedyś mosiężne klamki u drzwi.
Ojciec ze swoją siostrą Chaną kroczą z tyłu za nimi. Ja z Itą na samym końcu w otoczeniu naszych krewniaków, dzieci gospodarzy. Idzie Boruch — najstarszy syn Mordechaja-Mendla. Silny brunet jak jego ojciec. Oczy czarne, brwi ostro zarysowane.
Idą młodsze dziewczynki i mali chłopcy ubrani w długie barchanowe marynarki. Wszystkie dzieci mają czarne, rozwichrzone czupryny.
Jest w tym towarzystwie również Rejzel — najmłodsza córka Mordechaja-Mendla. Jasnowłosa blada dziewczynka z silnie zaznaczoną pod czołem niebieską żyłą. Twarz ma szeroką i płaską jak talerz. Do nikogo nie jest podobna. Ani do wuja, ani do ciotki. Cała jej piękność tkwi we wspaniałym warkoczu. Jest miękki, puszysty, jasnoblond. Błyszczy złocistą bielą żytnich kłosów.
Ja i Rejzel jesteśmy rówieśnikami. Okazuje się, że z nadmiaru szczęścia z okazji nabycia majątku, zapomniano kupić jej buty. Dlatego na żwirem pokrytej drodze co chwila podskakuje z bólu na bosych nogach.
Rejzel ma sposób mówienia taki: mówi powoli, słowa wydobywa jakby spod serca, z pokorą. Pokory tej nauczyła się mieszkając przez długie lata w dawnym mieszkaniu z glinianą podłogą.
Teraz wszyscy już stoimy na szerokich kamiennych schodkach, które prowadzą do wnętrza białego pałacu. Starsze siostry i bracia Rejzel pierwsi do niego weszli. Ita z Baruchem również są już wewnątrz. Tylko ja i Rejzel zostaliśmy na dworze. Rejzel pyta mnie:
— Mendel, czy lubisz kwiaty?
— Co znaczy lubię? Ani nie lubię, ani nie nienawidzę.
Bierze mnie za rękę i powiada:
— Chodź, coś ci pokażę.
Zaprowadza mnie na tyły pałacu. Przechodzimy wśród starych topól i wysokich strzelistych drzew lipowych. Schodzimy w dół na czarną mokrą drogę, zbudowaną na podobieństwo alei w naszym nowym miejskim parku. Z tego parku przechodzimy przez otwartą bramę do następnego parku. Panuje tu miły chłodek i cienisty prawie półmrok. Są tam kręte dróżki, kilka połamanych, drewnianych ławek. Widać na nich działanie czasu. Są pokryte patyną starości.
Rejzel prowadzi mnie jeszcze dalej, aż do końca parku. Wznosi się tam stara, pokrzywiona altana, opleciona brzozowymi gałęziami, przez które słońce od czasu do czasu przekrada się na chwilę odpoczynku.
Wokół altany widać kilka wąskich rabat, równo obsianych roślinami i obstawionych patykami.
— Tu są kwiaty — powiedziała Rejzel — bądź ostrożny, nie podepcz ich. Tamte czerwone to róże. Jeszcze są małe. Wkrótce wyrosną. Będą duże i ładne. Tu zaś rosną fiołki. Na razie widzisz tylko małe punkciki, ale widać już, że są niebieskie. Widziałeś już kiedyś takie kwiatki? A tam z boku, widzisz, jakby pucharki. To są tulipany.
Rejzel, która mówi powoli, jakby się wstydziła, wymienia nazwy wszystkich kwiatów. Skąd ona je zna? Kto jej to powiedział? Na bosych nogach lekka i zwinna uwija się wśród rabat.
— Mamy — mówi — ogrodnika. Własnego ogrodnika. Przedtem służył u starego dziedzica, potem u dziedziczki, która sprzedała majątek ojcu. Przepada za kwiatami. One, powiada ogrodnik, są jego wnukami. Gdyby nie kwiaty, życie nie miałoby dla niego sensu.
Tak opowiada Rejzel o starym ogrodniku. Patrzy przy tym na mnie z jakąś niebieską wilgocią w oczach, patrzy na mnie tak, że wstydzę się mojej miastowości, mojej niewiedzy.
Mendel, syn cioci Noemi umie śpiewać, Rejzel, córka Mordechaja-Mendla, lubi kwiaty, a co ja?
U nas w domu kwiatów nie ma. Nigdy ich nie było. U nas na oknie stoi gliniany garnek z dużymi, grubymi, zakurzonymi liśćmi. Te liście ojciec odcina i przykłada do swojej chorej nogi. To są rośliny, które widywałem i które mam. A mówiąc między nami, do czego są potrzebne młodemu chłopcu kwiaty? Jaki z nich pożytek? Nie uważam, żeby chłopcom żydowskim bez kwiatów czegoś brakowało. Inna sprawa z Rejzel. Ona całe życie mieszkała przy szosie między niebem a topolami. Stąd widocznie bierze się jej znawstwo i miłość do kwiatów.
Rejzel opowiada mi jeszcze wiele rzeczy o kwiatach. Pokazuje mi te, które sama zasadziła i sama hoduje. Ale ja już jej nie słucham. Już pragnąłbym być w pałacu i zobaczyć, jak tam jest w środku.
I nagle rozlega się z daleka głos:
— Rejzel, Rejzel!
— Już idę mamo — odpowiada Rejzel i bierze mnie za rękę.
— Widzisz — powiada do mnie — tam w dole jest sad. Tam rosną gruszki, jabłka i czereśnie. Mnóstwo dobrych rzeczy. I wszystko to należy do nas. Zdajesz sobie sprawę?
Oczywiście, że zdaję sobie sprawę. Gdybym nie należał do jej rodziny, to nie mógłbym tak swobodnie chodzić po całym tym majątku i zaglądać do każdego kąta.
Wszystko należy do Mordechaja-Mendla — kwiaty, które ogrodnik uważa za swoje wnuki, również należą do niego. Potwierdza to nasza wizyta. Wszyscyśmy przyszli popatrzeć na jego bogactwo. Ciotka Noemi z mężem Ben-Cijonem też przyszli. Przyszli na piechotę. Taki szmat drogi na własnych nogach.
Siedzą teraz w białym pałacu na miękkich, wygodnych, staromodnych fotelach. Wuj Ben-Cijon ciężko oddycha, wyciera z czoła krople potu i rozgląda się dookoła.
Jest tu wiele do oglądania i jeszcze więcej do pytania. Takich pokoi i takiego gospodarza jeszcze nikt z nas nie widział. Z wyjątkiem może mego ojca, który często bywał z racji profesji we dworach dziedziców.
— To nie są pokoje, to są sale — powiada ojciec. Sale są duże i chłodne. Są to takie pokoje z zegarami, które stoją sobie pod szklanymi kloszami, na ciemno rzeźbionych kafelkowych kominkach. Nad drzwiami wiszą jelenie rogi i wypchane ptactwo, które patrzy na nas dużymi szklanymi oczyma. Czai się w nich zdumienie i zmieszanie.
Oto stoi na staromodniej brązowej komodzie orzeł (to tato wyjaśnił nam, że to orzeł) z twardym, krętym, podobnym do żelaznego topora, dziobem.
Pochylony, wbił się pazurami w komodę. Rozpostarł skrzydła, tak szerokie, że zasłaniają połowę ściany. Wydaje się, że za chwilę poderwie się z impetem w górę, wybije szyby i poleci w świat.
Wuj Ben-Cijon, wycierając białą chustką pot z czoła, nie może się nadziwić:
— Czy to naprawdę orzeł? Na pewno wiesz, że to orzeł?
— A co? Kogut? Jak ci się mówi, że orzeł, to jest to orzeł.
Mój ojciec czuje się w tych pokojach jak swój człowiek. Nie ma w nim ani śladu owej przezorności, jaką odczuwa w domu swojej siostry Noemi. Tu, w majątku czuje się, jakby miał swój udział. Przecież nieraz przebywał w pałacach dziedziców i piękny ich wystój jest mu dobrze znany. Ten orzeł dla niego to betka.
Zna się na tych rzeczach. Objaśnia, tłumaczy.
Wujostwo pokazuje nam stoły. Są brązowo-czerwone, ładnie utoczone, oparte na spiętych, brzuchowatych, plecionych nogach. Komody z szufladami na pół pękniętymi z ciemno złoconymi, „wytartymi” klamkami.
W innym miejscu pałacu pokazuje nam czworokątną salę, z trzema pięknie zdobionymi oknami wychodzącymi na słoneczną stronę. Sufit jest tutaj biały, podłoga żółta jak wosk, składająca się z małych kostek, ściany jasnoniebieskie z wąskimi, złotymi listewkami pod sufitem. Na ścianach wiszą kilimy. Zbladły już ze starości. Pochodzą chyba z czasów Sobieskiego. Widać na nich psy, kobiety w białych krynolinach, mężczyzn w białych pończochach i białych perukach, zakończonych z tyłu warkoczami.
Dziwni ludzie. Chyba przedstawienie. Cała rodzina stoi i wydziwia: co to za ludzie? Dlaczego wystawiają się na pośmiewisko? Zdaje się, że wuj Ben-Cijon jest w jakiejś mierze człowiekiem światowym. Bywa w magistracie. Jeździ często do guberni. I mimo to ni w ząb nie wie, co te kilimy przedstawiają.
Mój ojciec wie i rozumie. Powiada, że to są takie portrety. W dawnych czasach dygnitarze zlecali wykonywanie takich portretów na kilimach, tak jak dzisiaj zleca się je fotografom. A to, że ludzie są tak dziwnie ubrani, oznacza, że jest u nich bal. Czas takiej zabawy nazywają karnawałem. Wtedy panowie i panie przebierają się.
Doskonale rozumiem ojca. Karnawał u tamtych ludzi należy do obyczaju, tak jak u nas święto Purim47. Prawdopodobnie oni też mieli swego Hamana — złoczyńcę.
Mama jednak kręci nosem. To wcale nie jest karnawał. Kiedyś przeczytała w książce, że w czasach Napoleona ludzie tak się ubierali. Najbiedniejszy nawet człowiek miał swego psa i taką białą perukę.
— Jaka tam różnica — wtrąca się wuj Mordechaj-Mendel. — I tak je zdejmę. Też mi ozdoba. Popatrzcie lepiej na łóżka, które tam stoją.
Łóżka są rzeczywiście piękne. Zupełnie inne niż te, które stoją w domach naszego miasta. Czerwonawo-brązowe, nisko osadzone, szerokie, błyszczące złotem na rogach.
— Możesz mi wierzyć — powiada ciotka Chana do mojej matki — że z trudem zasypiam w takim łóżku.
— Można się przyzwyczaić — odpowiada mama z taką pewnością, jakby całe życie sypiała w takim łóżku. — U mego pierwszego męża — dodaje — mało brakowało, żebym miała takie łóżko. Kiedy ktoś przychodził do naszego domu i zobaczył mosiężne klamki...
Nie słucham już dalszych słów mojej mamy. Rozglądam się dookoła. Chcę się przekonać, czy tu także są mosiężne klamki.
Rzecz jasna, że są. Tkwią z opuszczonymi głowami w wysokich, białych drzwiach. Są matowe. Nie błyszczą. Według mamy, mosiężne klamki powinny błyszczeć.
— Trzeba je zreperować — tłumaczy się ciotka Chana — jest tu dużo do zrobienia. Trzeba dużo pieniędzy jeszcze włożyć.
Ciotka Chana mówi o pieniądzach. O mnóstwie pieniędzy. Mówi o tym spokojnie. Tak jakby była pewna, że dziś-jutro Mordechaj-Mendel przyniesie jej całą górę pieniędzy.
A może rzeczywiście... Po nim można się wszystkiego spodziewać.
Wuj Ben-Cijon nie przestawał się pocić. Ani na chwilę nie zdjął białej chusteczki z czerwonej twarzy. Ciotka Noemi lekko mrużyła oczy. Z jej arystokratycznych, wąskich warg powoli wycedziło się:
— Mordechaju-Mendlu!
— Co?
— Miałeś nam opowiedzieć, jak doszedłeś do tego majątku. Słuchamy.
Mordechaj-Mendel widocznie nie usłyszał jej słów.
— Chodźcie — oświadczył, zrywając się z fotela. — Wyjdźmy trochę na zewnątrz. Przecież nic jeszcze nie widzieliście. Weisówka to istna kopalnia złota.
Ręką zaczesał brodę na lewą stronę, na wzór króla Achaszwerosza48 i otwarłszy szerokie, szklane drzwi wypuścił gości. Niech podziwiają nabyty przez niego majątek.
I rzeczywiście było na co popatrzeć. To znaczy, było na co popatrzeć niegdyś u dawnego dziedzica. U ostatniej dziedziczki chyba też. Dzisiaj niewiele z tego zostało. Z wyglądu, z rozmiaru, powinien był majątek przedstawiać się z zewnątrz w takiej samej krasie, jak wewnątrz pałacu.
W majątku, jak wiadomo, są stajnie z końmi, obory z krowami i wołami. Po podwórzu biegają świnie duże i małe, kury, koguty, indyki i kaczki.
Mój ojciec twierdzi, że na podwórzu powinny również się znaleźć pawie z szerokimi ogonami, a w każdym piórze tych ogonów jest słońce i księżyc. Pawie powinny wykrzykiwać przed przechodniami i przejeżdżającymi:
— Tu jest majątek! Tu jest majątek!
Trudno. Nie wszyscy dziedzice posiadają pawie. Świń wuj Mordechaj-Mendel także nie będzie hodował, ale dlaczego w stajni stoją tylko dwa koniki na cienkich nogach? I dlaczego nie widać więcej niż dwie chuderlawe krowy? Jedna jałówka, biała z żółtą łatą pod okiem, druga czarna, dojna z białą plamą na zadzie.
Stajnia jest duża. Kiedyś zapewne było tu dużo koni i dużo krów. Na ścianie wiszą jeszcze żłoby bez paszy. Zostały jeszcze ścianki między poszczególnymi żłobami.
Zapach ciepłego łajna dawno już chyba ulotnił się przez dziurawy dach i dwoje drzwi, które leniwie wiszą na obluzowanych zawiasach.
Słowem, zostały dwa koniki i dwie krówki. Oto właśnie dojna krowa obraca swoje chrapy ku nam, gościom. Od białej szerokiej brody wuja Ben-Cijona odwraca łeb. Na mego ojca patrzy ze zdziwieniem, jakby go już kiedyś widziała. Wydaje mi się, że szuka znajomej twarzy, bliskiego człowieka. Nagle kieruje wzrok na mnie. W oczach jej widać łzy. Widocznie prosi mnie, abym odpędzał od niej małe muszki, które wybrały sobie za miejsce odpoczynku kąciki jej oczu. Macham ręką przed łbem krowy, ale ona nie jest zadowolona.
— To nic — zdaje się mówić — że nie wiesz, o co mi chodzi. Kiedyś u dziedzica było tu wiele moich sióstr. Całe rodziny tu żyły. Nasze babki, matki i dzieci. Dawniej nie mieszkałyśmy tu razem z końmi. Miałyśmy oddzielną oborę. Większą, znacznie większą od tej stajni. Kiedy wychodziłyśmy na łąkę paść się, to jednym stadem. Jedna krowa popychała drugą. Nasze wymiona przepełnione były mlekiem.
— Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Nastały złe czasy. Stary dziedzic umarł daleko stąd. Gdzieś na obczyźnie. Pozostały po nim długi. Wdowa zaczęła powoli sprzedawać krowę po krowie. Konia po koniu, żeby spłacić długi. Były tu również owce. Duże, wypasione, tłuste. Strzyżono ich wełnę i wieziono na jarmark, potem nie było już co sprzedawać. Wystawiono więc majątek na licytację. Przyszli kupcy. Bardzo dużo kupców. Żydzi i goje.
Przyszedł również Niemiec Fleischer, ten blacharz, który łaził po dachach, żeby zamalować je czerwoną farbą. On zapragnął być dziedzicem Weisówki. Przystąpiono więc do targu. Było wiele krzyku i kłótni. Stara pani płakała, żegnając się z folwarkiem i parobkami. Wypłacała wszystkim należne pobory i zwolniła ich. Niczego z majątku nie zabrała. Jeden tylko bukiet kwiatów wzięła na drogę.
Teraz majątek przeszedł do rąk nie Fleischera, lecz tego faceta z czarną brodą, który nazywa się Mordechaj-Mendel.
To wszystko opowiada nam stary, zupełnie siwy chłop z nieodłączną fajką w gębie. Kroczy między mną a matką. To on opowiada a nie, uchowaj Boże, krowa.
Mordechaj-Mendel kroczy w swoim sobotnim szlafroku. Pokazuje nam rękami to prawą stronę folwarku to lewą. Ręce mu jakby teraz się wydłużyły. Kiedy wymachuje nimi, odnoszę wrażenie, że zagarnia nimi cały daleki obszar majątku razem z lasem i niebem. Opowiada, jak majątek dostał się w jego ręce.
Różni dziedzice — powiada — podbijali mu cenę. Całe noce — powiada — oka nie mógł zmrużyć. Niespokojna myśl wierciła mu dziurę w głowie: a nuż z tego nici będą? A nuż dziedzice przelicytują go? A nuż to, a nuż tamto. Aż wpadł na pomysł, aby zawrzeć spółkę z Fleischerem.
Ale Niemiec też nie jest w ciemię bity, sroce spod ogona nie wypadł. Sam chce zostać dziedzicem. Ten blacharzyna, słowem, miał władać Weisówką bez Mordechaja-Mendla?
Tego, co robi Mordechaj-Mendel nie słucham. Podeszła do mnie bowiem Rejzel z kwiatkami: z czerwonymi i niebieskimi kwiatami, powiada, że zerwała je dla mnie. Kiedy wrócę do domu, żebym wstawił je do wazonu z wodą.
Tymczasem Mordechaj-Mendel dalej opowiada o tym, co zrobił. Kiedy podchodzę bliżej słyszę, jak wuj Ben-Cijon mu przerywa:
— A co z Fleischerem?
Ale wuj Mordechaj-Mendel jest tak zajęty wyjaśnianiem tego, czym jest nabyty majątek, że nie słyszy pytania wuja Ben-Cijona.
— Popatrzcie tylko — powiada — na pola, na ziemię. Zawiera przecież złoto. Ci głupcy, ci dziedzice nie zdawali sobie sprawy z tego, co posiadali. Chodźcie, to wam coś jeszcze pokażę.
Idziemy za nim. Przed nami rozciągają się puste pola.
Zaniedbane, nieobrobione, odłogiem leżące pola, zarosłe pokrzywą i śladami niezebranego łubinu. Ojciec mój powiada, że nie pamięta, kiedy na tych polach rosło zboże.
Jakie więc szczęście leży w tej ziemi? Jakie jest to złoto, o którym prawi Mordechaj-Mendel?
Nogi drepczą po miękkim i śliskim błocie. W polu upał nie do zniesienia. Skąd bije taka wilgoć? Widocznie z bagien?
— Nic podobnego — oświadcza Mordechaj-Mendel. — Właśnie, że ta wilgoć, ta śliskość jest owym złotem, o którym mówiłem. Owym prawdziwym złotem, którego owi głupi dziedzice nie potrafili wydobyć. Okazuje się, że cała ta ziemia to jeden obszar gliny. Mordechaj-Mendel pokazuje nam wykopany, czworokątny dół, w którym stoi woda. Ściany dołu błyszczą od tłustej, brunatnej gliny.
To nie glina — powiada Mordechaj-Mendel. — To olej. To mięso. To chleb z masłem. Z tej gliny będzie wyrabiał cegłę, dachówki i garnki. Postawi — powiada — komin. Wynajmie chłopów, garncarzy i rozpocznie się robotę, jakiej świat dotychczas nie widział.
I mówiąc to, nachyla się i ręką wyciąga z dołu spory kawał gliny.
— Przypatrzcie się dobrze — powiada wuj. — Czy to jest glina? To brylanty nie glina.
Wymachując ręką, podsuwa każdemu z nas pod nos ten kawałek gliny do obejrzenia. Ciotka Noemi zatyka sobie nos. Wuj Ben-Cijon końcem palca dotyka gliny. Mój ojciec patrzy na to z boku jednym przymkniętym do połowy okiem. Tylko moja matka niemal przytyka twarz do kawałka gliny.
Mnie cenna glina także nie zachwyciła. U nas w mieście obok naszego dawnego mieszkania, wykopano kiedyś dół, z którego wydobywano taką samą glinę.
Zdun Symchele, który kiedyś naprawiał piec w naszym domu, również używał takiej gliny. Czym więc chce nam tutaj zaimponować wuj Mordechaj-Mendel?
Tej soboty pokazał nam jeszcze wiele innych rzeczy. Pokazał nam odległy, spowity w niebieską mgłę las.
— Las — powiedział — także należy do Weisówki.
Wprowadził nas do ogrodu, w którym był staw. Powierzchnię stawu pokrywała żółto-zielona rzęsa. Pleśń wielu lat.
Pleśń tę, powiada Mordechaj-Mendel, postara się wkrótce usunąć. Oczyści staw i wpuści doń ryby. Będą karpie i leszcze.
Pokazał nam również sad. Dla ścisłości dodam, że owoców w nim nie było. Podobno w tym roku był nieurodzaj na owoce. Zapewniał jednak, że u niego za rok owoce będą. I to jakie! Wszystko nam pokazał. Nawet pustą psią budę.
Potem przed wieczorem poczęstował nas szczawiowym barszczem i razowym chlebem grubo posmarowanym masłem.
Od gorejącego nieba i od niebieskiego lasu powiało cichym, uspokajającym chłodem. Pole zapachniało sianem. W trawie rozśpiewały się świerszcze. Od stawu, pokrytego rzęsą, dochodziło kumkanie żab.
Siedzieliśmy na otwartym powietrzu. Niebo spowiło się w ciężki, granatowy płaszcz. Okiem niemożliwe do ogarnięcia. Tu dopiero było widać, ile milionów miliardów gwiazd tkwi na nim. Rejzel opowiada mi po cichu, że każdej nocy patrzy na największą na niebie gwiazdę. Jej się wydaje, że to taki duży, ogromny brylant, który lada chwila oderwie się od firmamentu i spadnie jej do nóg. Rejzel jest naiwną i głupią dziewczyną, ale przyjemniej tu siedzieć niż na naszym wąskim podwórku, na którym czuć zapach świń.
Po hawdali49 wuj Mordechaj-Mendel odprawił nas bryczką do miasta. Było nam ciasno, siedzieliśmy stłoczeni. Ze wszystkich czterech stron widać było rozpostartą noc. Była ciepła, tłusta. Pachniała rumiankiem, miętą i migdałami.
Wuj Ben-Cijon kosztem wszystkich rozgościł się wygodnie w bryczce.
— Rozkosz — powiedział — przebywać w takim otoczeniu. Gdyby Bóg mi dopomógł, to bym w diabły cisnął pisarstwo w gminie i...
Nie dokończył zdania. W słowa wpadła mu ciotka Noemi.
— Ben-Cijonie! Ben-Cijonie!
Zdaje się, że wiedział, co żona chce mu powiedzieć, bo nagle westchnął i oświadczył, że przekonał się, iż Mordechaj-Mendel wyszedł na ludzi.
— No co, Lejzorze — zagadnęła mego ojca. — Jeśli Mordechaj-Mendel doszedł do takiego majątku bez grosza w kieszeni, to chyba dokonał wielkiej rzeczy?
— Tak, rzecz to niemała — odpowiada ojciec. — Ale sam się nią nie zachwycam.
— Co znaczy nie zachwycasz się? Byłeś czy nie byłeś w Weisówce?
— Byłem.
— Widziałeś?
— A więc?
— Brakuje czegoś w tym interesie.
— Czego?
— Po prostu nie podoba mi się.
Trudno, jemu może się nie podobać, ale Mordechaj-Mendel dopiął swego.
Nie trwało to długo i pewnego dnia z wilgotnych pól Weisówki wystrzelił do nieba wysoki, okrągły komin. Widoczny z dalekiego miasta.
Ludzie zadzierali głowy. Patrzyli w niebo jak astrologowie i powtarzali:
— Patrzcie tylko, ten Mordechaj-Mendel to...
Komin wyrzucał z siebie białe i czarne kłęby dymu. Gęste, tłuste jak rolki waty. Dym unosił się nad pałacem, parkiem, sadem i nad kwiatami, w których rozkochała się Rejzel.
Chłopi, którzy przybywali do miasta, opowiadali, że dym osiada na koronach topól. Bociany są w popłochu. Szukają innych miejsc na gniazda.
W sąsiedztwie pałacu Mordechaj-Mendel wzniósł czerwony brzuchaty, okrągły budynek. Z niego to wyrastał ów komin. Z niego wychodzą garnki. Tu jest właśnie ta wymarzona cegielnia.
Żwirowa, kamyczkami wysadzana droga do pałacu jest już rozjechana i rozdeptana. Garnki matowe i emaliowane z odbitym uchem i z dziurami w dnie walają się na dawnym żwirze. Na szerokich schodach, na których owej soboty stał dumny Mordechaj-Mendel, w pokojach z miękkimi fotelami, na długich białych oknach — słowem wszędzie — leżą gliniane garnki, gliniane chłopskie miski, podwójne garnki, takie w jakich chłopki noszą jedzenie dla mężów pracujących w polu.
Mordechaj-Mendel mierzy wysoko. Jeśli ma się wzbogacić, to robota musi iść pełną parą.
Siedzą goje o zoranych wiatrem twarzach z zakasanymi, żylastymi rękami i mądrymi, jasnymi oczyma. Siedzą pochyleni przy drewnianej maszynce. Szybko, bez tchu kręci się kółko. Glina, którą garncarz wrzuca na kółko, to się rozciąga, to kurczy. Po kółku biegną laleczki, ludziki. Pod palcami robotnika wyrasta żywe stworzenie. Garncarz głaszcze je, wyciera i czyści. Aż nadchodzi chwila, kiedy naczynie jest gotowe, wykończone. Garncarz odcina je wtedy od kółka cienkim sznurkiem. Tak jak odcina się dziecko od pępowiny matki.
Wydaje się, że Mordechaj-Mendel rzeczywiście bogaci się na tych garnkach. W majątku Weisówka pojawił się jeszcze jeden koń i jeszcze jeden wóz drabiniasty. Tym oto drabiniastym wozem ciotka Chana z córką Rejzel zawoziła w każdy czwartek rano do miasta garnki na sprzedaż.
Zamiaru wyeksportowania garnków poza granice miasta i kraju wujowi nie udało się zrealizować. Co prawda załadował pewnego dnia wagon z garnkami i wysłał go do Lublina, ale po drodze wszystkie uległy rozbiciu. Stanęło na tym, że towar będzie sprzedawany na miejscu, na targowisku miejskim.
Przez cały tydzień wypatrywano więc czwartku. Skoro świt, kiedy ludzie pogrążeni są jeszcze w głębokim śnie, w Weisówce ładowano już garnki na drabiniasty wóz. Do miasta wyjeżdżali bez śniadania. Na targowisku wyładowywano garnki z wozu i ustawiano je w równym szeregu. Nabywcy obmacywali każdy garnek, sprawdzając, czy czasem nie jest pęknięty. Targowali się o każdy grosz. Dziesięć razy odchodzili, zanim zdecydowali się na kupno.
Tu, na targowisku ciocia Chana nie wyglądała już na ową dziedziczkę, która podczas naszych odwiedzin w majątku wyszła nam naprzeciw, ubrana w czarną suknię ze złotą plecioną broszką na szyi. Tu przeobraziła się ponownie w starą, znaną nam ciotkę Chanę z nieodłączną chustą na głowie. Słońce prażyło twarz. Wiatr smagał policzki, tworząc na nich bruzdy. Ręce sczerniały, nos ściemniał, a czoło pokryło się zmarszczkami.
U Rejzel, która nigdy nie zapomniała zabrać ze sobą na targ ulubionych róż i tulipanów, blada twarz wystawiona na działanie słońca, opaliła się na brąz.
Z tego czwartkowego jarmarku ciotka wracała z jeszcze większą ilością garnków, aniżeli przywiozła na sprzedaż. Nie udało jej się sprzedać ani jednego garnka, zaś podczas przewożenia towaru garnki się potłukły. Z jednego robiły się dwa. Można powiedzieć, że razem z pęknięciem garnków, pękała od zmarszczek jej twarz.
Do brody Mordechaja-Mendla zaczęły wkradać się siwe pasemka. Miał już teraz czas przychodzić do nas w jasne, niebieskie poranki. Już się nie chwalił, już nie pokpiwał z Ben-Cijona — pisarza kahału. Przychodził po to, by szepnąć coś do ucha memu ojcu, nie bacząc na to, że ten akurat się modlił. Obudzona mama przykrywała się kołdrą i zaspanym głosem zapytywała:
— Co słychać Mordechaju-Mendlu?
— Chwała Bogu nieźle, ale z garnkami nie wychodzi.
— Mianowicie?
— Za dużo stłuczek. Za dużo odpadów. Potrzebna jest cegielnia. Miasto zaczyna wznosić murowane domy. Mendel Danciger buduje kamienicę. Jidl Kamaszenmacher już kupił plac. Ulica Bekermana z pustymi placami już została rozparcelowana. Ktokolwiek posiada zbędny grosz, kupuje parcelę i zaczyna budować. Cegielni zaś prawie nie ma. Cegłę trzeba wozić z daleka. Zbyt drogo kosztuje. W tej sytuacji Mordechaj-Mendel zbuduje na Weisówce cegielnię.
— Oczywiście! Oczywiście! — kiwa mama głową i dodaje — masz rację.
— Jeszcze jak mam rację! Sprawa jasna jak słońce. Brakuje mi tylko trochę pieniędzy. Przyszedłem właśnie po to, żeby mi Lejzor podżyrował. Ben-Cijon już mi podżyrował. Uczynił to bez słowa.
Ojciec cicho międlił słowa modlitwy. Spod okrywającego głowę tałesu spojrzał na Mordechaja-Mendla. Dobrze usłyszał, co ten powiedział, ale nie bardzo zrozumiał, o co mu właściwie chodzi.
Dlatego zapytał:
— Co? Jak?
— Rozumiesz — powiedział Mordechaj-Mendel, przybliżywszy głowę do tałesu ojca — nie potrzebuję dużo pieniędzy. Chodzi o małą sumkę, przysięgam.
Ale co to znaczy podżyrować? Odkąd to tato żyrował weksle? I co warte jest jego żyrowanie? Przecież nie umie pisać. Czy Mordechaj-Mendel nie wie o tym? Wie! Doskonale wie! Ale to drobnostka. Nauczę go. Frumet pokaże mu jak i co, a on, Lejzor pociągnie wedle jej wskazówek piórem.
Na ustach ojca zakwitł uśmiech. Spokojny, dobry uśmiech.
— Głupi z ciebie człowiek — powiedział ojciec. — Jaką wartość posiadać może mój podpis, skoro jestem goły jak święty turecki.
— To tym bardziej nie powinieneś się bać.
— Ale nie mam na to ochoty.
Wuj Mordechaj-Mendel po takim dictum50 wezwał do pomocy matkę.
— Frumet, ty przecież do głupich nie należysz. Wytłumacz mu więc, że nic nie ryzykuje. Mnie on uratuje, a sobie krzywdy nie wyrządzi.
Matka dała mu znak, by przestał mówić. Ona sama postara się go przekonać. Wieczorem po kolacji, kiedy ojciec siedział już na łóżku i ściągał buty, odezwała się mama:
— Wiesz co, Lejzorze?
— Co?
— Myślę, że powinieneś żyrować.
— Co mogę?
— Podżyrować weksle Mordechajowi-Mendlowi. Nie widzę w tym nic złego.
Jeden but nie chciał schodzić z nogi. Tato zaciął wargi, głęboko nad butem się pochylił i przez wargi dotykające szpica buta wycedził:
— Frumet, bardzo cię proszę, żebyś z siebie durnia nie robiła.
— Przecież to twój szwagier!
— A jeśli to mój szwagier, to co z tego? Przecież jest dziedzicem! Czego taki dziedzic ode mnie chce?
— Trzeba go ratować!
— To ratuj go ty! Nikt ci nie przeszkadza!
— Gdybym ja mogła być żyrantem, ani przez chwilę nie zastanawiałabym się. Ben-Cijon przecież zaufał mu i podżyrował weksle.
— To powiedział Mordechaj-Mendel.
— On nie będzie przecież kłamał!
— Uchowaj Bóg... tylko dwa razy w roku.
Tato podniósł kołdrę, wygładził ją i obrócił się twarzą do ściany.
— Zgaś światło. Trzeba spać. Jutro się zastanowisz.
Nazajutrz przybiegła ciotka Chana. Czarna, chuda, z cienkimi, żylastymi rękami. Wpadła wraz z pianiem kogutów.
— Bracie! — zawołała. — Sam przecież widzisz, że to złoty interes. Trzeba weń włożyć jedynie kilkaset rubli. Wiesz co? Zostań wspólnikiem.
— Ale ja nie chcę być posiadaczem majątku! Nie chcę być dziedzicem.
— Ale przecież jesteś bratem. Mało głodu zakosztowały moje dzieci?
— A moje dzieci są syte?
— Ale ty, dzięki Bogu, masz parnose51.
— Moje dzieci harują u obcych. Pracują jako służące. Służącymi są moje dzieci.
— Ale czego ja od ciebie żądam? Nie żądam przecież pieniędzy!
— Przecież nie umiem pisać.
— Już ja napiszę, a ty za mną pociągniesz piórem.
— Mam czas, nie musi być zaraz.
I czas płynął. Minął tydzień. Minęły dwa tygodnie. Mordechaj-Mendel i ciotka Chana wiele razy do nas wpadali. Matka jeszcze raz wstawiła się za nimi. Pokłóciła się nawet z ojcem. Wyzwała go od chłopów. Powiedziała, że postępuje nieludzko. Nic nie pomogło. Ojciec nie chciał być żyrantem wuja.
I nastał wkrótce dzień. Szary, gruźliczo-mglisty dzień. Okiennice za szybami zrywał wiatr. Tego dnia gołębie nie grzały się na dachu i do chederu się nie szło. Tego dnia były urodziny cara.
Rano kantor odśpiewał w bóżnicy Boże, caria chrani52. Mendel, syn Ben-Cijona, w białym kołnierzyku, czarnych, na kant wyprasowanych spodniach, stał razem z kantorem na bimie i słodko wyciągał słowo chrani. Z magistratu przyszedł radca w czarnym ubraniu ze srebrnymi guzikami. On również stał na bimie razem z rabinem i kantorem. Wszyscy patrzyli na radcę, na goja w bóżnicy tak jakby był samym carem, potem na okrągłym rynku orkiestra grała rosyjską muzykę. Żydzi tego dnia mieli sklepy zamknięte. Wpadło mi wtedy do głowy, aby pójść do Weisówki.
W rowach po obu stronach szosy walały się już opadłe liście. Wiatr unosił je w górę i rozsypywał po zżętych polach, gwizdał nimi wśród ogołoconych gałęzi topól. Wtórowały mu płaczliwym echem duchy z rosyjskiego cmentarza. Pełna śmieci szosa była teraz pusta. Nie było na niej ani wozów, ani ludzi. Gdyby nie to, że dzisiaj były urodziny cara, i to, że nie wiedziałem, co ze sobą zrobić w dzień wolny od nauki w chederze, nie wpadłoby mi do głowy wybrać się do Weisówki.
W połowie drogi pożałowałem swojej decyzji i postanowiłem zawrócić, ale wtem wyłonił się zza cmentarza stary, pokręcony, dziadyga z sękatym kijem w ręku. Zatrzymał mnie i zapytał:
— Chłopcze dokąd idziesz przy takim wietrze?
— Do wuja Mordechaja-Mendla.
— A kim jest twój wuj, Mordechaj-Mendel?
— Dziedzicem — krzyknąłem, pełen dumy.
— Ach tak... — starzec obnażył swoje dwa żółte szerokie zęby — znaczy się ten żydowski dziedzic to twój wuj?
— Tak, ten żydowski dziedzic.
— Nie masz już po co tam iść, chłopcze. Nie ma już w Weisówce żydowskiego dziedzica. Ni ma!
Chłopek widocznie zwariował. Patrzy na mnie okrągłymi jak u sowy oczyma.
Zostawiam zwariowanego chłopa i idę dalej. Teraz już nie waham się. Idę do Weisówki, nie zważam na wiatr.
Wysoki komin garncarski wydaje się teraz wyższy i czerwieńszy niż przedtem. Dym z niego nie wychodzi. Chyba dlatego, że dziś jest dzień urodzin cara. Jest święto, a w święto się nie pracuje. Na wierzchołku drzewa kracze wrona. Z kupy śmieci zrywa się druga wrona, która klaszcze skrzydłami. Z rosyjskiego cmentarza nadlatuje cała czereda wron. Nad moją głową rozlega się potężne krakanie. Czereda kieruje się w stronę Weisówki. Być może ma się tam odbyć wesele.
I oto kiedy jestem już blisko celu, zauważam na prostej drodze idącego naprzeciw mnie człowieka. Za tym człowiekiem wlecze się krowa. A że nie jest dzień targowy, więc prowadzi ją pewnie do rzeźni. Dostrzegam również furmankę tego człowieka. Im bardziej się do niego zbliżam, tym bardziej rośnie w moich oczach on, jego krowa, jego furmanka, i jego koń, przysiągłbym, że krowa należy do wuja Mordechaja-Mendla. Patrzę i dostrzegam między jej oczyma znajomą łatę. Zdaje mi się, że człowiekiem prowadzącym krowę jest nie kto inny, tylko ciotka Chana. I tak rzeczywiście jest. Prowadzi ją na sznurku. Coraz wyraźniej widzę to. Furmanka okazuje się jest tym samym wozem, na którym w każdy czwartek wożono garnki na targowisko. Tym razem jednak powozi nie Mordechaj-Mendel, tylko chłop. Furmanka załadowana jest nie garnkami, tylko czerwoną pościelą. Spod tej pościeli wystają cztery nogi stołu, nie są to nogi owych czerwono-brązowych stołów, które stoją w pałacu. Te nogi należą do prostego stołu.
Między kołami wozu kołysze się kubeł. Na pościeli siedzi Rejzel. Kiwa się, jakby drzemała. Ma przy sobie kwiaty. Wóz trzeszczy.
Najstarszy syn Mordechaja-Mendla kroczy z tyłu, jakby, nie przymierzając, za pogrzebowym karawanem. Młodszy chłopak i dziewczynka siedzą na wozie z twarzą obróconą ku Weisówce. Pozostałych dzieci nie widać.
Wśród topól harcuje wiatr. Z tamtej strony pałacu wraca czereda wron. Zataczają koło nad wozem i głośno kraczą. Co to wszystko ma znaczyć? Czy wujostwo wyprowadza się z Weisówki?
Stoję na drodze, a oni mnie nie widzą. Krowa patrzy na mnie dużymi, łzawiącymi oczyma. Ciocia Chana widzi mnie i nie poznaje. Zdaje mi się, że Rejzel z kwiatami również patrzy na mnie z wysokości pościeli, na której siedzi, i nie wie, kim jestem.
— Dzień dobry ciociu! — wołam i wpadam na krowę.
Ciotka Chana budzi się jakby z letargu.
— Czy to ty, Mendel?
— Tak, to ja. Dzień dobry.
— Dobrego dnia. Dobrego roku! Dokąd idziesz na taki wiatr?
— Do Weisówki.
— Nie masz już po co tam iść.
Mówiąc to ciotka kiwa głową i zamyka powoli oczy. Z jej ciemnej twarzy bije chłód, który przenika mnie do szpiku kości. Wydaje mi się, że to nie ciotka Chana mówi, tylko krowa, kiwając swoim głupim łbem.
— Koniec! Nie ma Weisówki — dodaje ciotka Chana i pociąga krowę za sznurek. Krowa niechętnie stawia kroki. Zostawia po sobie ślady na szosie. Nagle zaczyna muczeć, obracając łeb w kierunku białego pałacu, stajni, która tam została.
Konikowi na wysokich nogach jest widać wszystko jedno. Gorliwie i chętnie ciągnie wóz do miasta. Z pewnością wydaje mu się, że to czwartek, kiedy wozi garnki na targ. Czereda wron nie chce jednak ustąpić i w pustej przestrzeni pól rozlega się ich krakanie, wyrażające to samo, co powiedział chłop:
— Nie ma więcej żydowskiego dziedzica na Weisówce. Nie ma!