Rozdział XIV

Oto jak rozwiał się sen o białym pałacu, pięknych kwiatach i złotych skarbach. Tak jak nie wiedziano, w jaki sposób Mordechaj-Mendel doszedł do majątku, tak i nie dowiedziano się, jak go stracił.

Mówiono w mieście, że Weisówka właściwie nigdy nie należała do Mordechaja-Mendla. Najmniejszy nawet kawałek gliny nie stanowił jego własności. Dodawano, że do majątku doszedł drogą oszustwa, wycyganił od Fleischera, który się nie spostrzegł, co jest grane, weksle. Dopiero, gdy Mordechaj-Mendel mocno już siedział w siodle Weisówki i zdążył już wybudować komin i wozić garnki do miasta, Niemiec poszedł po rozum do głowy. I zaczęła się cała seria procesów sądowych. Pojawili się adwokaci. Fleischer nie żałował pieniędzy, poruszył niebo i ziemię, aż zdobył dokument nakazujący Mordechajowi-Mendlowi opuszczenie Weisówki, zanim zapadnie ostateczny wyrok.

Przeprowadziła się więc ciotka Chana z dziećmi i jedną krówką znowu do swego drewnianego, pochylonego domu, z glinianą podłogą. Na ścianach zamiast kilimów były niebieskie pasma wapna. Zamiast długich białych okien tylko cztery zakurzone szybki. Na miejscu szerokich, nisko osadzonych łóżek ze złotymi ozdobami były tylko proste chłopskie łóżka szybko zakupione na jarmarku w Skaryszewie.

Samego Mordechaj-Mendla w mieście więcej nie widziano. Nastały Straszne Dni. Dni pokuty i medytacji. W mieszkaniach Żydów zapanowała troska. Ludzie robili rachunek sumienia. Mordechaj-Mendel nie przyszedł na modlitwę do bóżnicy. W dzień i w nocy stał przy zakurzonym okienku w drewnianym swoim domku i patrzył na drogę prowadzącą do Weisówki. Broda mu się zrobiła brudnobiała, a oczy zaszły przepaloną czerwienią. Białe, zdrowe zęby nagle pożółkły. Zaczęły się kruszyć.

W bóżnicy zadęto już w róg. Żydzi nacieszyli się Torą, a Mordechaj-Mendel nadal stał przy oknie i oglądał jeżdżące od i do Weisówki wozy. Od niej wożono garnki i cegły, a do niej drewno na budowę. Mają widać zamiar coś tam postawić. Coś tam zrobić, ale bez Mordechaja-Mendla.

I oto któregoś dnia widzimy go, jak stoi przy oknie. Syn Boruch wyszedł już na miasto, żeby rozejrzeć się za jakimś zarobkiem. Młodsze dzieci jeszcze spały, a ciotka Chana poszła wydoić krowę. I oto ni z tego, ni z owego, Mordechaj-Mendel uderzył ręką w szybę. Szkło rozbiło się na drobne kawałki, a rękę oblała krew. Rejzel w tym czasie obierała kartofle nad miską. Usłyszawszy trzask pękającego szkła, wypuściła z rąk nóż i jednym susem znalazła się przy ojcu.

— Ojcze, co robisz?

Ojciec odrzucił głowę tak, jakby został zarżnięty. Zakrwawioną ręką pomachał w powietrzu, zgiął się i pochylił jak drzewo, które zostało przepiłowane i w jednej chwili jak długi runął na podłogę. Padając uderzył głową o kant stołu. Z nosa wytrysnął mu strumień czarnej krwi.

W tym czasie ciotka Chana zajęta była dojeniem swojej chudej krowiny. Nie była pewna, czy krowina przestraszyła się krzyku Rejzel: „mamo”, czy wyczuła zwierzęcym instynktem, że stało się coś niedobrego. Fakt, że w tej samej chwili, kiedy Mordechaj-Mendel uderzył głową o kant stołu, krowa ogonem uderzyła ciotkę Chanę w twarz.

— Nic innego — powiedziała potem ciocia Chana — tylko to, że krowa uderzyła ją za to, że zostawiła męża bez opieki.

Od uderzenia ogonem oko cioci zaszło krwią, a twarz oblepiona została błotem. Skopek przewrócił się, a mleko wylało, wtedy ciocia zerwała się z ławeczki i w te pędy pobiegła do domu. Nie wiedziała, dlaczego pędzi. Poczuła ucisk w sercu. Ktoś potrzebował jej pomocy.

Na progu zetknęła się z Rejzel. Krzyk córki „mamo” zdał się nadal tkwić w jej uszach. Rejzel bowiem stała skamieniała. Czyżby nagle córka uległa paraliżowi?

— Rejzel! Biada mi! Co tobie?

Rejzel nie mogła wydobyć z siebie słowa. Ręką pokazała na wnętrze mieszkania.

Chana wbiegła więc do środka. W pokoju panuje ciemność. Czyżby słońce zaszło? Co tu się dzieje? Dlaczego dzieci płaczą? Rozejrzawszy się, spostrzegła, że jej mąż leży dziwnie oparty głową o kant stołu. Zaczęła go trząść.

— Mordechaju-Mendlu! Mężu mój! Co ci jest?

Po pierwszym potrząśnięciu głowa Mordechaja-Mendla przechyliła się i opadła na glinianą podłogę. Nie wydał przy tym nawet jęku. Dopiero teraz zauważyła krew. Na twarzy, na ręku, na brodzie. Zaczęła machać rękami. Chciała widocznie zaczerpnąć powietrza, ale wtedy nogi się pod nią załamały. Z twarzą oblepioną błotem, z okiem zaszłym krwią upadła na ciało męża z płaczem i lamentem.

Mordechaj-Mendel nie reagował, jakby sam był kawałkiem gliny. Jakby sam był jednym ze swoich potłuczonych garnków. W mieście mówiono, że dostał wylewu krwi do mózgu, że pękła mu żyła w głowie. Miano mu za złe, że będąc biednym Żydem zapragnął być posiadaczem majątku ziemskiego. Ot, zwyczajne głupie gadanie zazdrośników i wrogów. Ale od takiego gadania twarz mojego ojca czerwieniała i zapadała się, po bolesnej śmierci szwagra głowa mego ojca opadła w dół. Mama bez przerwy niemal przykładała do głowy kompres z chrzanem. Atmosfera w domu stała się nie do zniesienia. Gnało z niego. Ita była już w Warszawie.

Ciocia Chana przestała nas odwiedzać. Ani ona, ani jej dzieci nie pokazywały się już w naszym domu. Ojciec potrafił tygodniami się nie odzywać. Zdaje się, że jego drzemiące oczy zmętniały. Matka nie umiała ukrywać bólu.

— Taki uroczy człowiek — westchnęła któregoś dnia — taki kochany i wierny małżonek! Prosił, aby mu podżyrować weksle. Co by się stało, gdyby szwagier spełnił jego prośbę? Świat by się nie zawalił.

Tato jadł kolację. Żuł powoli, bez zadowolenia, bez smaku. Mama mówiła cicho. Jakby nad każdym słowem zastanawiała się w głębi duszy. Ale ojciec słyszał każde jej słowo. Podniósł głowę znad talerza. Na czole, między oczyma, zarysowała się głęboka, podobna do robaka, zmarszczka. Powiódł oczyma po stole. Widać, że czegoś szuka i nie może znaleźć. Łyżka wyślizgnęła mu się z ręki i ugrzęzła w talerzu.

— Lejzorze — zrywa się nagle mama — dlaczego nie jesz? Czy powiedziałam coś złego?

Ojciec już tej kolacji nie zjadł. Talerz grochu z kluskami pokrył się zimnymi gęstym pęcherzykami. Mama zaczęła płakać. Ojciec zapatrzony w ciemną szybę okna odmówił błogosławieństwo.

Więcej o Mordechaju-Mendlu nie rozmawiano. Nastąpiły żółte, gruźlicze dni. Gołębie z dachu przeciwległego domu pochowały się w gołębniku. W nocy padał deszcz. Za drzwiami kapało z rynny. Kap! Kap! Od tego nieustannego kapania pękało serce, łamało w głowie. W środku nocy wdarło się w ciemność pokoju długie, przejmujące, ostre westchnienie, brzmiące jak gwizd lokomotywy.

To mama, nie mogąc zasnąć, rozmyślała, raz po raz wzdychała. W dzień nie rozpalała w kuchni i nie ścieliła łóżek. Dla kogo zresztą miała by to robić. Ojca w domu nie było. Gdzieś tam wędrował od jednej wsi do drugiej. Dlatego też w domu było zimno. W kuchni nikt nie przebywał. Stojące tam łóżko było puste, opuszczone. Ze ścian wyzierała zielona melancholia. Zegar bił za głośno. Słońce do okna nie podchodziło. Pokłóciło się z nami na amen. Wtedy mama zaczęła się skarżyć:

— Co to za mieszkanie? Przecież gorsze jest od piwnicy. — Gdyby przedtem wiedziała, że takie będzie, noga jej by tu nie stanęła. W nocy nie śpi. Ciągle jej się zdaje, że oto otwierają się drzwi i zjawia się Mordechaj-Mendel. Widzi jego czarną brodę. Widzi jego białe zęby. Taki zdolny, sprawny człowiek. Taka malownicza postać.

Mama mówi do siebie. Ojca nie ma w domu. W jego obecności tak nie mówi. Mówi do mnie. Przede mną otwiera zbolałe serce. Wyczuwam, że życie stało się dla niej nieznośne. Nie otrzymuje listów od dzieci. Nie wie, czy wesele Cypełe doszło do skutku. Do Warszawy nie może pojechać. Nie może się stąd wyrwać. A Mordechaj-Mendel tak nieoczekiwanie zszedł z tego świata. Z mieszkania coś ją gna. Wokoło czuć smród świń, jest prawdą, że całe podwórze, wszystkie ściany, wszystkie drzwi wysmarowane są świńskim tłuszczem. Sikorski, właściciel domku, w którym mieszkamy do spółki z rzeźnikiem, otworzył sklep z wieprzowym mięsem. Bije z niego jakieś niedobre ciepło, które wdziera się do gardła.

Boję się białych, zimnych płatów słoniny, które wiszą w oknie sklepu. Przerażają mnie długie, wyschnięte kiszki i wisząca na szyldzie sklepu wraz z byczym łbem, siekiera. A przede wszystkim napawa mnie strachem mops, o bandyckiej mordzie. Waruje przed sklepem, obwąchuje żydowskie kapoty, szczerzy kły i pilnuje martwych świń.

Trzeba się stąd wyprowadzić. Dni spędzone w tym domu stały się bardziej szare niż na pozostałym świecie. Są nawet krótsze. Ale jak można się wyprowadzić w taką porę. Ludzie będą się na nas patrzyli jak na wariatów. Wychodzi na to, że się nie przeprowadzimy. Ale skoro mama nabrała wstrętu do mieszkania, przyjdzie się przeprowadzić. Na własną rękę wszczęła już poszukiwania nowego mieszkania. W domu nikt o tym nie wie. Ja także nie mam pewności. Snuję tylko przypuszczenia. Wnioskuję to z tego, że mama sznurkiem zaczyna mierzyć długość ścian i łóżek. To wszystko przemawia za tym, że dziś-jutro zajedzie przed nasz dom woźnica z wozem i zaczniemy ładować rzeczy.

I tak też się stało. W szary zadymiony dzień, zaraz po wyjściu ojca zajechał przed nasz dom Menasze Klaper ze swoim wozem i zaczęło się rozkładanie łóżek i szaf. Menasze Klaper miał młodego pomocnika. Był to facet krzykliwy, ubrany niedbale, z daszkiem zsuniętym na bok. Mnie mama kazała zostać w domu. Sama zaś pomagała wynosić rzeczy. Tak więc załadowano graty i wóz ruszył ulicą Spacerową, za więzienie, na miejsce, gdzie mama wynajęła mieszkanie.

Po drodze na widok naszego wozu z rzeczami Żydzi przystawali, dziwiąc się, że w taki szary, mglisty dzień zachciało się komuś urządzać przeprowadzkę. Ze sklepów wyszły kupcowe, ubrane w ciepłe, watą wyściełane kaftany i z samego progu wzruszając ramionami zaczęły się przekrzykiwać: „Czyste wariactwo! W taką pogodę!”. Wóz Menasze Klapera trzeszczał, postękiwał i przechylał się na lewo, jakby nie przystało mu w taki mglisty, ciemny dzień dźwigać na sobie takich nędznych gratów.

Szczęśliwie dotarliśmy do celu. Nie ma świń, nie ma zimnych ścian. Zniknął z czoła mamy kompres z chrzanu.

Uliczka, na którą pojechał Menasze Klaper z naszymi rzeczami jest wąska i cicha. Jest właściwie ślepym zaułkiem, od którego nie ma dojścia do innej ulicy. Na końcu zaułka wznosi się wysoki parkan, za którym widać wysokie lipy i kasztanowce. Innych domów na tej uliczce nie ma. Z jednej strony żółty murowany parkan więzienny, a z drugiej strony stary, zrujnowany, zębem czasu nadgryziony dworek, przytułek dla jaskółek i kotów.

Samo więzienie jest wysokie, okazałe i szeroko rozbudowane. Nad gęsto rozstawionymi w równych szeregach, zakratowanymi okienkami wiszą, podobne do plecaków na grzbietach żołnierzy, blaszane daszki.

Za żółtym, długim parkanem krąży tam i z powrotem żołnierz z karabinem. Krąży jak niepokój. Nie może zrobić ani jednego kroku więcej, ani jednego kroku mniej. W pobliże tego żołnierza nie wolno podchodzić, nie wolno zatrzymywać się i nie wolno patrzeć na niego. On też nie patrzy na nikogo, jemu wolno tylko patrzeć na blaszane daszki, które wiszą nad zakratowanymi oknami więzienia i na sąsiedni domek, do którego nikt nie wchodzi i z którego nikt nie wychodzi.

Domek też jest żółty. Okna w nim są ciemne. Niemal czarne. Jeden kamienny schodek, obramowany kępkami trawy, prowadzi do obłupanych brązowych drzwi bez klamki. Czarną pajęczyną pokryta dziura świadczy o tym, że wewnątrz panuje chłód i ciemność.

Ludzie powiadają, że ongiś mieszkał tam pewien rosyjski kapitan. Miał jakoby młodą żonę o złotych włosach i czarnych oczach. Ta zakochała się w polskim hrabim i uciekła z nim. Kapitan tak się tym przejął, że z rozpaczy powiesił się. I to właśnie w tym dworku. Do dziś dnia nikt nie wie, czy go zdjęli z pętli i pogrzebali, czy pozostawili, tak jak wisiał.

Mimo to mama nie zlękła się sąsiedztwa tego dworku i wynajęła w pobliżu mieszkanie. Niska, otwarta brama, złożona ze sztachet wapnem pobielonych, prowadziła do dużego, czystego podwórza. Po jednej stronie tego podwórza wznosiła się długa budowla z dużą ilością okien. Wśród tych licznych okien znajdowało się również nasze nowe mieszkanie. Jasne, ładne mieszkanie z małą kuchnią podobną do takich, jakie już mieliśmy dotychczas. W pokoju za to można było jeździć powozem na gumowych kółkach. Wysoki, czworokątny sufit. Dwa duże okna z czystymi szybami wychodziły na sad. W moich oczach pokój przypominał swoim wyglądem owe pokoje Weisówki wuja Mordechaja-Mendla.

Wszystko tu było nowe i świeże. Podłoga również pomalowana była na czerwono. Mama powiada, że pomalowano ją specjalnie dla niej. W żadnym innym pokoju tego rozległego domu nie ma czerwonej podłogi. Szkoda tylko, że upłynął już spory kawał czasu od święta Sukkot. Drzewa za czystym oknem są już bowiem nagie, pozbawione liści. Na niektórych gałęziach pozostają jeszcze ślady wapna po wiosennych zabiegach ogrodniczych. Drzewa owocowe stoją opatulone słomą, jakby owinięte chustą.

W nocy chwytają już słabe mrozy. Z rana szyby są zamglone. Idzie ku zimie. Ale zimno nie będzie przecież trwało wiecznie. Nadejdzie lato. Wtedy otworzy się okna. Ogołocone dzisiaj z liści drzewa zakwitną. Wiem, że latem w naszym kąciku jest pięknie. Piękniej niż w całym mieście. Piękniej niż w nowym parku, do którego nie wpuszczają chłopców w długich kapotach. Z tego więc powodu uważam, że mama dobrze postąpiła, wynajmując to mieszkanie. Niemała przecież rzecz mieć takie duże podwórze. Można po nim jeździć na wozie i na koniu. Można na nim postawić jeszcze trzy kamienice i podwórze nadal będzie duże. Oprócz tego na samym jego końcu rozciąga się ogród, ogrodzony wysokimi, wąskimi sztachetami. Jest to ogród i zarazem sad. Rosną w nim kwiaty, czereśnie, porzeczki i jabłka.

Właścicielka domu — starsza, siwa Polka, która mieszka na ulicy Lubelskiej — pracuje w ogrodzie starego, przygarbionego jak krzak ogrodnika. Chodzi ten człowiek po ogrodzie z sekatorem i blaszaną konewką w rękach. Podcina i ścina, zasiewa i podkopuje. On tak samo jak ogrodnik z Weisówki uważa kwiaty za swoje wnuki. Szkoda, że nie ma tu córki Mordechaja-Mendla, Rejzel. Ona wiedziałaby, jak każdy z tych kwiatów się nazywa. Pobyt tutaj sprawiłby biedaczce ogromną radość, po tym jak została wypędzona z Weisówki. Jankiel, mój nowy kolega, który mieszka na tym samym podwórzu, powiada, że latem ludzie śpią pod gołym niebem. Przy parkanie ogrodu. Tu śpi nawet polski strażnik z żoną Rosjanką... Jego córeczka Janinka także.

Z Jankielem zaprzyjaźniłem się tego samego dnia, kiedy wprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Pomógł przy wyładowywaniu rzeczy z wozu. Przekrzykiwał się z Menasze Klaperem, tak jakby byli rówieśnikami.

Jankiel jest chłopcem w moim wieku. Niższy jeszcze ode mnie i chudszy. Całą twarz ma upstrzoną piegami. Usadowiły mu się na powiekach, pod oczami, na nosie, na uszach, nawet na wargach. Cały jest nimi obsypany niczym przypalony cebulowy placek z kminkiem.

Jankiel opowiadał mi, że kiedyś już był w Warszawie, tam odbył rejs na statku. Płynie się — powiada — po rzece, aż dopłynie do mostu. I nie jest to żaden drewniany mostek, tylko żelazny solidny most z dachem, ze sztabami żelaza, a sztaby są plecione jak szkocka krata.

— W Warszawie — mówi Jankiel — znam pewnego faceta, który posiada własną karuzelę ze stoma być może katarynkami, z niezliczonymi papugami i dwoma białymi niedźwiedziami, i takimi wielobarwnymi ptakami, jakich świat nie widział.

Ów facet — opowiada Jankiel — jest Żydem. Nosi czapkę ze skórzanym, błyszczącym daszkiem i codziennie się modli. On sam, czyli Jankiel, chciał pozostać u tego Żyda w Warszawie. Ten chciał mu dać katarynkę z dwiema papugami i białą myszkę, żeby chodził po podwórkach i pokazywał sztuczki. Ale jego ojciec, bałaguła53 Jarme, nie pozwolił. Zbił go skórzanym paskiem, po czym związał sznurkiem i w takim stanie przywiózł z powrotem do domu.

Po ojcu Jankiela można się tego spodziewać. Jest to człowiek silny, ma mocne bary, na których potrafi utrzymać konia z wozem. Kiedy mówi, wydaje się, że jego głos płynie nie z ust, ale z jakiegoś miecha. To właściwie nie zwykły, normalny ludzki głos, ale jakiś pomruk, który wisi na jego jasnych, dużych wąsach i kudłatej brodzie. Jedynym majątkiem ojca Jankiela są konie. Ma je od wielu lat. Są jego oczkiem w głowie. Do koni mówi tak jak do dorosłych ludzi. Drży o nie, tak jak o żonę i dzieci.

— Kasztan — powiada — dzisiaj, na psa urok, dobrze sobie podjadł.

A gdy spogląda na drugiego konia, na białą kobyłę, uśmiecha się jego ruda broda i okrągłe oczy mrugają do żony:

— Ona, żeby mi była zdrowa, potrzebuje ogiera. Jak pragnę żyć, potrzebuje.

Biała kobyła rzeczywiście jest dziwna. Nie koń, a istny niepokój. Ma długi siwy ogon, na żółto pobrudzony, na pół wyleniały, który świadczy o tym, że dziewicze lata ma już za sobą. I mimo to ma pełną wdzięku mordę i mądre, śmiejące się oczy.

Jarme z powodu tej kobyły ma mnóstwo kłopotów. Płonie w niej nieustający ogień. Nie może spokojnie ustać na miejscu. To kopnie, to roztrzaskuje podkowy, to staje na tylnych nogach i rży w środku nocy. Ze stajni rozlega się wtedy jakiś dziki śmiech, nasuwający przypuszczenia, że bydlę jakby kompletnie zwariowało.

W sąsiedztwie kobyły stoi w stajni drugi chlebodawca Jarme — Kasztan. Jest to ogier. Ma już dosyć lat i, zdaje się, dosyć klaczy. Do pracy jednak bardzo zdatny. Zdatniejszy od dwóch młodszych koni. Jest wytrzymały, dobrze znosi zarówno zimno, jak i upał. Potrafi obejść się nawet bez jedzenia, jeśli pozwoli mu się spokojnie spoglądać w dal i myśleć. Ogier — uosobienie spokoju. Nie obchodzi go zupełnie dzikie rżenie podnieconej sąsiadki. Nie reaguje, kiedy stara kobyła kładzie swoją wilgotną mordę na jego starym karku. Pieści go i głaszcze, rży mu prosto w głupio zamyślony łeb, ale on stoi nieporuszony, jakby był nietutejszy.

Bałaguła Jarme nieraz okłada Kasztana batem po nogach.

— Mężczyzno — krzyczy — czemu stoisz jak głąb. Żeby cię jasny piorun strzelił. Boże jedyny...

Ale „mężczyzna” nie reaguje na bat. On myśli o swoich sprawach. Jego serca nie wzruszą ani złość Jarme, ani tęskne rżenie kobyły. Dlatego też Jarme musi szukać pomocy u obcych. Mieszka właśnie na ulicy Mariackiej zapleśniały od starości goj. Kuleje na jedną nogę i jest ślepy na jedno oko. Posiada ten goj ogiera, który nic innego nie robi tylko żre, żłopie i parzy się z różnymi kobyłami.

Pewnego dnia powiada do mnie Jankiel, że dzisiaj właśnie ten goj przyprowadzi tu swego ogiera, żebym nie odchodził, bo będzie na co patrzeć. Była sobota, wiał silny wiatr. Matka miała pójść do ciotki Miriam, ale tak się zaczytała w jakiejś bajce, że nie mogła oderwać się od książki. Ojciec spał pod kołdrą, która zakrywała całe jego ciało. Zdążyłem już odmówić poranną modlitwę i czekałem na znak Jankiela, żeby wyjść z domu. Za oknami groźnie rozszumiały się drzewa... Łańcuszek okiennicy z zewnątrz nie przestawał brzęczeć i uderzać o ścianę. Niebo zaciągnęło się żółto-szarą barwą. Za chwilę zacznie padać śnieg.

Goj jednak nie zważał na pogodę i przyprowadził ogiera. Bałaguła Jarme zdążył już wstać i odmówić poranną modlitwę. Wyszedł na dwór odziany w burkę i poklepał ogiera po zadzie. Ten drgnął i zaczął niespokojnie przebierać nogami. Ze stajni nagle rozległo się rżenie. Ja z Jankielem schowaliśmy się w kącie. W stajni unosił się ciepły zapach końskiego łajna. Było ciemno. Przy pilnym jednak wpatrywaniu się można było wszystko widzieć.

Biała kobyła jeszcze raz zarżała. Rozejrzała się swoimi mądrymi, śmiejącymi się oczyma i na chwilę zatrzymała wzrok na nas, jakbyśmy jej byli coś winni.

Ale oto kulawy goj wprowadza do stajni swojego „kawalera”. Kobyła już nie rżała, ale się rozkrzyczała i rozsapała. Stanęła na przednich nogach i zaczęła kopać, uderzać w deskę, zrywać łańcuch, którym była przywiązana.

Czarny ogier też nie pozostał obojętny. Poderwał łeb do góry. Z chrapów buchała biała para.

Przysunąłem się bliżej do Jankiela. Bałem się, że ogier skoczy na nas i stratuje. Jankiel patrzył na ogiera jakby wywróconymi oczyma. Mnie nie dostrzegał i nie słyszał. Widziałem, że Jankiel miota się. W stajni zrobiło się gorąco. Oba konie zaczęły rżeć naraz.

Kulawy goj puścił wolno swego konia. Raptem kobyła zrobiła się niższa, bardziej przysadzista i szersza. Ogier wyciągnął się. Stał się wyższy i dłuższy. Nagle podniósł przednie nogi i wskoczył na swoją ofiarę i wgryzł się zębami w jej kark. Rozdźwięczały się łańcuchy. Rozległ się trzask pękających desek żłobu. Z sierści koni buchała para. Z trudem łapałem oddech. Ze mną chyba coś się stało. Widocznie poczułem zawroty głowy. Nie czułem bicia serca. Ręce mi zdrętwiały. Czy Jankiel wyprowadził mnie ze stajni? Przez dłuższy czas siedziałem na podwórku, na wietrze. Nie wiedziałem, co dalej działo się w stajni.

Przez kilka dni nie spotykałem się z Jankielem. Biała kobyła przestała na razie rżeć. Nie kopała, nie rozbijała podków.

Kiedy jednak po krótkim czasie zaczęła znowu wojować, kulawy goj znowu przyprowadził ogiera. Wtedy nie chciałem już wejść do stajni.

Z tą oto białą kobyłą i smutnym kasztanem, bałaguła Jarme organizuje dwie „jazdy” do Warszawy. Pośrodku podwórza stoi omnibus Jarme. Oba konie ciągną wypełniony po brzegi pasażerami omnibus do Warszawy.

Omnibus jest wysoki i długi jak jego właściciel Jarme. Dach sklecony i zszyty z kawałków blachy, opada kuliście z obu stron. Po lewej stronie wycięte są drzwiczki z okienkiem na świat. Okienko jest ciemne, zrywane przez wiatry i deszcze, zatkane szmatami i obite deseczkami.

Bałaguła Jarme powiada, że przez to okienko widzi cały świat. Widzi stogi siana i chłopskie chaty. Widzi krowy na łąkach, drewniane kładki przerzucone nad wąskimi strumyczkami. Przez nie widzi też małe miasteczka, z jeszcze mniejszymi Żydami. Pożary, wsie, krzyże kościołów, cmentarze żydowskie i nieżydowskie.

W piątek, przed zapadnięciem zmroku, zimą czy latem, Jarme wraca z Warszawy. Szary od kurzu, tak jak jego konie, wjeżdża na podwórze i zrzuca z siebie brud tygodniowej tułaczki po cudzych zajazdach i niesmak posiłków z cudzych misek. Po każdej takiej jeździe Jarme wygląda mizerniej i starzej. Oczy ma zamglone od niewyspania. Konie tracące na wadze, wystawiają na pokaz chude żebra. I mimo iż cały oblany jest potem, wbrew temu, że każda część ciała go boli, zeskakuje szybko z kozła, zrzuca ciężką, włosatą „kapotę” i zaczyna głośno wołać:

— Jankiel, gdzie jesteś? Wyprzęgaj szybko konie! Daj im wody. Nasyp obroku. Rusz się bękarcie!

Na zawołanie wychodzi z domu Jankiel i żona Jarme. Jest to kobieta lat czterdziestu, tęgawa. Na cześć soboty wykąpana, czysto ubrana. Z uśmiechem wita męża:

— Witaj Jarme! Dzisiaj jakoś późno przyjechałeś. Dlaczego?

— Kto powiada, że późno?

— Tak mi się wydaje. Później niż w zeszłym tygodniu.

— To ci się tylko tak wydaje. Nie jest później.

Pomaga mu wyjąć z omnibusu wałówkę, którą zabrał na drogę z Warszawy. Trochę fig i daktyli. Pęta suchej kiełbasy ze spleśniałą skórką. Włazi do omnibusu całym swoim tęgim ciałem. Czysta, ciepła, wykąpana. Jarme zapomniał o tym, że jest głodny. Kiedy nadchodzi pora błogosławieństwa świec, Jarme nie zdążył się jeszcze umyć. Przystępuje bliżej do żony, uśmiecha się i powiada:

— Jak się masz, Golde?

— Dzięki za troskę. A ty jak się masz?

— Nieźle.

— Miałeś dobrą jazdę?

— Niezłą. Ale kobyłę oby szlag trafił.

— Co znowu?

— Chutliwa. Daje mi w kość.

— Tak jak wszystkie samice... — powiada Golda i wybucha śmiechem.

— Ha... Ha... — wtóruje Jarme i tak jak stoi kładzie rękę na jej pełnym biuście pod bluzką — dobra z ciebie sztuka jak pragnę szczęścia.

— Przestań, wariacie! — odsuwa się na mały kroczek od męża i dodaje — Idź już się umyć!

Na podwórku zostaje Jankiel, syn Jarme z pierwszego małżeństwa. Wyprzęga konie, podaje im wodę, podrzuca trochę obroku i nie przerywając pracy, powiada do mnie, że tej nocy ojciec będzie spał z macochą w jednym łóżku. W każdą piątkową noc śpią razem.

Pomagam Jankielowi umyć omnibus. On mnie tego nauczył. Obiecał mi, że nauczy mnie także sztuki poganiania koni. Kiedy przyswoję sobie tę umiejętność — zbierzemy forsę i kupimy omnibus i konie. Sami będziemy wozić pasażerów do Warszawy. W Warszawie — powiada — pokaże mi statek, na którym jeździł po Wiśle i zapozna mnie z owym facetem, który posiada katarynki i białe niedźwiedzie.

Tymczasem wylewam jeden kubełek wody za drugim na zabłocone koła omnibusu. Jankiel wyciera wiechciem słomy szprychy kół. Włażę na górę i zaczynam czyścić blaszany dach. Czyszczę tak długo, aż zaczyna błyszczeć. Potem obaj włazimy w słomę, którą wyścielone jest wnętrze pojazdu. Słoma pachnie potem wygrzanych Żydów i gojów — pasażerów. Jankiel znowu mówi o jego macosze, która śpi z jego ojcem i o dalekiej pięknej Warszawie.

Tak się działo na nowym mieszkaniu. Prawdę mówiąc, to ojciec miał mamie za złe, nie nowe mieszkanie, ale to, że nie powiedziała o zamiarze wyprowadzenia się ze starego.

Przyszedł jak zwykle wieczorem do domu. I oto zastaje drzwi zamknięte, okna nieoświetlone. Puka:

— Frumet! Frumet!

To, że Frumet nie otworzyła, zabolało go, ale dziwne mu się to nie wydało. Wiele razy zdarzało mu się nie zastać żony w domu i wiele razy musiał długo i na próżno pukać.

Dzisiaj jednak, kiedy nie ustawał w pukaniu, otworzyły się drzwi sąsiedniego mieszkania. Głowa starej kobiety wychyliła się z mieszkania:

— To pan, panie kupiec?

— Może pani Marcinowa wie, gdzie podziała się moja żona?

— Wyprowadziła się.

— Co?

— Dziś rano wyprowadziła się.

— A niech to licho weźmie!

— Przeprowadziła się do mieszkania, aż za więzieniem.

— Dlaczego właśnie tam?

— Skąd mam wiedzieć? Poleciła mi panu powiedzieć, że przeprowadziła się tam, gdzie mieszka bałaguła Jarme.

Tato opowiedział to potem całej rodzinie. Czynił żonie wyrzuty z tego powodu. Do nowego mieszkania wszedł gniewny i obrażony. Z wyrazu twarzy widać było, że jest głodny, na jego wąsach i brodzie leżał chłód pól, po których przez cały dzień chodził.

W nowym mieszkaniu wszystko już było złożone i postawione na właściwym miejscu. Menasze Klaper razem z Jankielem pomagali, ja też podstawiłem kiedy trzeba, ramię, dopychając mebel na jego miejsce.

Kiedy ojciec wszedł do mieszkania mama wybiegła mu naprzeciw z zakasanymi rękawami:

— No i co powiesz, Lejzorze? Popatrz na to mieszkanie. Przecież to pałac nie mieszkanie.

— Ale dlaczego tak nagle i w tajemnicy?

— Już dłużej nie mogłam. Dusiło mnie tam.

— Przecież mogłaś powiedzieć.

— Sama do ostatniej chwili nie zdawałam sobie sprawy. A z drugiej strony może nie wyraziłbyś zgody? A tak stało się i po wszystkim. Oby tylko szczęście nam tu dopisało.

Mama mówiła szybko. Z przesadną gorliwością zaczęła się krzątać wokół ojca, jakby czuła się winna. Ojciec stał przy drzwiach. Przesuwa koniuszek języka to w jedną, to w drugą stronę ust. Znak, że zmiana mieszkania przypadła mu do gustu. Jedno tylko ale.

— Dlaczego nie zaczekałaś na mnie? Kto zestawił meble?

— Już je zestawiono.

— Łóżka też?

— Przecież widzisz.

— Właśnie widzę. Ale czy czasem nie połamano czegoś?

— Broń Boże.

— A kto zestawił szafę?

— Ten sam.

— Kim jest ten „zestawiciel”?

— Menasze Klaper.

— Co? Menasze Klaper? Przecież mógł zniszczyć szafę. On się do tego nie nadaje.

— Nie zniszczył. Szafa stoi na swoim miejscu i ma się dobrze. A teraz wystarczy! Rozbierz się i umyj. Ugotowałam wątrobę.

Ojciec jednak nie spieszył się z rozbieraniem i myciem. Obejrzał dokładnie zestawione łóżka. Usiadł na ich krawędziach, po czym zaczął sprawdzać szafę i kredens. Otwierał i zamykał drzwiczki, kręcił głową i jeszcze raz otwierał drzwi od szafy i kredensu.

— Dlaczego się tak ciężko otwiera? Dlaczego tak skrzypią? U mnie szafa nigdy tak nie skrzypiała.

— Jutro, jak Bóg da, naprawisz. Teraz idź się umyć. Idź!

Na stole leżał okrągły bochenek chleba z koperkiem, posypany mąką. To chleb z piekarni Szmula-Szyi. Tu już ojciec nie mógł znaleźć wad. Powoli odkrawał małe kromki i moczył je w brązowym wątrobianym sosie. Jadł i nie przestawał patrzeć na szafę, którą jakiś tam Menasze Klaper zestawił, bez jego wiedzy i zgody.