Rozdział XV

Zdaje się, że z tego nowego mieszkania wszyscy byli zadowoleni. Ojciec, matka, a najwięcej ja. Bo gdzie i w jakim innym mieszkaniu było tak ciepło i tak sucho jak tu?

Kiedy przyjdzie lato, jak powiada Jankiel, nie będzie gdzie się podziać z powodu nadmiaru jabłek, gruszek, czereśni i porzeczek rosnących tutaj w sadzie. Poza tym właśnie mój kolega Jankiel... Kto tak jak on potrafi opowiadać takie cudowne rzeczy o Warszawie? Gdzie i kiedy miałem takiego dobrego kolegę jak Jankiel?

A mimo to jakiś czas potem mama zaczęła kręcić nosem.

Mieszkanie w pobliżu więzienia jakoś nie uchodziło. Nie można powiedzieć, żeby miała coś przeciwko samemu mieszkaniu. Przeciwnie. Mieszkanie suche, czyste, jasne. Stosunki z sąsiadami bardzo dobre. Z żoną bałaguły Jarme, z handlarką mąki Itą i z rodziną starszego strażnika nawet serdeczne. Jedno tylko zaczęło ją martwić. Dojście do mieszkania. To znaczy uliczka za więzieniem. W dzień jakoś można wytrzymać, ale kiedy nadchodzi noc — powiadała mama — człowieka ogarnia markotność. Nie ma gdzie się podziać.

Mama nie wyjaśniała dokładnie, dlaczego nocą robi jej się markotno, ale ja potrafiłem to sobie wyobrazić. Jankiel zdążył mi już przedtem opowiedzieć historię, która wykraczała poza ramy natury. Rzecz nadprzyrodzona. To znaczy niezupełnie nadprzyrodzona. Po prostu rzecz napędzająca strachu.

Oto, dla przykładu, zaobserwowano, że w miejscu między żółtym murem więziennym a opuszczonym domkiem, w którym przed laty powiesił się rosyjski kapitan, wieczorem zapada taka wielka ciemność, że można ją dotknąć rękami. Na żadnej ulicy w mieście nie było takiej ciemności jak tu. Mnie się wydawało, że ciemność ta wypływa z żołnierskiej budki, która w dzień służyła wartownikom za miejsce odpoczynku, a w nocy za siedlisko diabłów.

W nocy budka żołnierska była pusta, bo więzienia pilnowano od wewnątrz. Z budki rozlegały się wtedy ochrypłe westchnienia. Czasami słychać było stamtąd krzyki i głośne śmiechy. Czasami dochodziły zdławione, nagle przerywane głosy.

Z początku, jak tylko sprowadziliśmy się do nowego mieszkania, wydawało mi się, że te westchnienia i śmiechy wydobywają się spod domków wiszących nad zakratowanymi okienkami więzienia. Było dla mnie jasne, że w więzieniu ludzie zakuwani są w łańcuchy, że w nocy chłoszczą ich i zadają różne cierpienia. Siedzą przecież tam tacy bandyci, jak Szczepko i Szerman, którzy wymordowali całe rodziny Żydów, podpalili tuzin dworów magnackich. Takich łotrów nie trzyma się w więzieniu ot tak sobie, dla przyjemności.

Potem jednak doszedłem do wniosku, że być może nic im tam złego nie robią, a jeśli nawet biją ich, to krzyki i westchnienia bitych do nas dojść nie mogą.

Krzyki, westchnienia i stękania, które słyszymy w ciemnościach pochodzą właśnie z drewnianej budki. Jankiel wyjaśnił mi to całkiem dokładnie.

— Tu, w budce — powiedział — zrobiła sobie legowisko wysoka Józka, znana kurwa. Twarz ma dziobatą, po ospie. Nosi krótką grzywkę, jak ci chłopcy, którzy wożą piasek.

Żołnierze doskonale wiedzieli, gdzie można zastać wysoką Józkę. Toteż przychodzili do niej. Gryźli pestki, pluli na nią i targowali się. Ona siedziała na progu budki jak kura na jajach. Gryzła, tak jak oni pestki i plując im w rewanżu prosto w twarz, pytała:

— Ile możesz dać, kochany ziemlaczku?

Prawdopodobnie „ziemlaczek” wymienił sumę, bo wysoka Józka zerwała się z miejsca i ochrypłym głosem krzyknęła:

— Do mamy swojej idź, przeklęty Moskalu, do swego świńskiego kraju!

Było ciemno. Co tam się działo, nie wiadomo. Nie było widać. Ale po takim nagłym krzyku raptem ucichło.

Wokół budki rozległo się ciche dyszenie, charczenie i sapanie nosem. Cała uliczka z murowanym domkiem kapitana, z lipowymi drzewami, z okratowanymi więziennymi oknami sapała, ciężko oddychała i wydawała się straszna.

Dlatego biada człowiekowi, który o tej porze miał przechodzić tamtędy. Przekleństwa, jak szczekanie spuszczonych z łańcucha psów, wstrętne, obrzydliwe słowa, zaczynały padać wśród rzucanych kamieni.

Jednego razu taki kamień trafił w przeciwległy parkan, a drugi w głowę człowieka.

— Do ciężkiej cholery — ochrypły głos Józki niby tępą piłą rozcina ciszę. Głębokie rosyjskie przekleństwo dobyte z piersi zawtórowało Józce.

— Sukinsyn! Mać twoju...

Nie dziw więc, że starano się omijać w nocy tę uliczkę. Lepiej było siedzieć w ciemności i nie chodzić do sklepu po naftę do lampy.

Rano znajdowano w budce łupiny po słonecznikowych pestkach, kawałki starej kiełbasy, puste butelki po wódce. Jeśli w nocy spadł śnieg, to nad ranem można było zobaczyć odciśnięte ślady ludzi, którzy tarzali się w nim.

Jankiel każdego ranka biegał tam popatrzeć na te ślady w śniegu. Szukał czegoś w tym śniegu. Miał bladą, martwą twarz i ściśnięte usta. Bałem się wtedy Jankiela. Nie mogłem patrzeć w jego martwą twarz. Zdawało mi się, że bije z niej brzydki zapach.

Pewnego razu powiedział mi, że wczoraj rozmawiał z wysoką Józką. Poczęstowała go pestkami. Pogłaskała po twarzy i powiedziała, żeby przyniósł złotówkę, to wejdzie z nim do budki. Dlatego musi zbierać powoli grosze, a potem kiedy już zbierze złotego, nocą wykradnie się z domu i przyjdzie do budki.

Nie bardzo rozumiałem, o co chodzi Jankielowi.

— Jak to? Nie boisz się?

— Kogo mam się bać?

— Chyba żołnierzy, no i Józki.

— Głupiś! — odpowiedział Jankiel i machnął ręką tak, że poczułem się wobec niego małym i nędznym robakiem.

Faktycznie, czym i kim jestem w porównaniu z Jankielem. On przecież był już w Warszawie. Rozmawiał z wysoką Józką. Jest już pełną gębą mężczyzną. A ja? Ja przecież uciekłem od Hudl. Już wiele razy chciałem o tym opowiedzieć Jankielowi. Ale po tym, jak on sam rozmawiał z Józką, zrozumiałem, że będzie się ze mnie śmiał.

Nie dziw więc, że mamę ogarnęła niechęć do pięknego, jasnego mieszkania.

Ojca cała ta sprawa nie obchodziła. Ostrzegano go przed budką, opowiadano o wysokiej Józce z żołnierzami. On sam jednak tego nie widział. Kiedy wypadało mu przechodzić nocą przez tę uliczkę i kiedy krzyczano do niego z budki, on z powodu głuchoty nie słyszał tego.

To po pierwsze. Po drugie ojciec był zadowolony z tego, że mama siedzi w domu. Już nie biegała ani do cioci Miriam, ani do babci Racheli. Nie musiał sam podgrzewać jedzenia. Nie siedział przy stole sam — jak niegdyś — w dawnych mieszkaniach. Nie musiał bez przerwy patrzeć na puste cztery ściany i na smutny płomyk lampy naftowej.

W tamtych mieszkaniach ojciec nigdy się nie śmiał. Czynił mamie wyrzuty, że go zostawia samego, że w domu jest zimno. Mówił mamie, że coś go z domu wygania, kiedy jej nie ma.

Tu jednak, w mieszkaniu sąsiadującym z więzieniem mama bała się wychodzić wieczorem z domu. Ciotka Miriam posyłała umyślnego, żeby się dowiedzieć, dlaczego mama nie przychodzi do niej. Babcia Rachela sama potrudziła się przyjść do nas i zapytać o powód niepokazywania się mamy w jej domu.

Mama wtedy rozpłakała się, wyznała, że wpadła z tym nowym mieszkaniem. Powiedziała, że dla niej prawdziwym więzieniem nie jest to z zakratowanymi oknami, ale jej własne mieszkanie.

Zaczęła szeptać z babcią. Mrugała oczami w moją stronę. Z ojcem również mówiła po cichu o swoich planach zamiany mieszkania. Ojciec jednak nie dał się przekonać.

— Nie wiem, czego chcesz — odpowiedział — Czy trzeba nam jeszcze lepszego mieszkania?

— A co ci się w nim podoba?

— Jest suche, ciepłe. Czego jeszcze potrzeba?

— A ja ci, Lejzorze, powiadam, że trzeba się z niego wyprowadzić. To jest prawdziwe więzienie.

— Sama przecież je wybrałaś.

— Gdybym wiedziała, że tak będzie...

— Ty nigdy nie wiesz, co będzie.

Mama nie odpowiedziała na ostatnie zdanie ojca. Ściągnęła wargi i tłumiła w sobie gniew.

Ojciec po cichu, na pół senny, odmawia błogosławieństwo. Jest zmęczony, przepracowany. Łóżka są pościelone. Nagle w trakcie odmawiania błogosławieństwa milknie. Głowa zaczyna mu się kiwać. Na chwilę budzi się. Usiłuje kończyć błogosławieństwo i znowu zasypia.

Jest wcześnie. Zegar wskazuje ósmą godzinę. Mama mogłaby wybrać się jeszcze do ciotki Miriam. Wie, że tam zbierają się teraz sąsiedzi. Rozmawiają na różne tematy, dzieci się bawią. Przychodzi nauczyciel Icchok, który udziela korepetycji w bogatych domach. Jest tam przyjemnie, swojsko, ciepło i jasno.

Ale droga do ciotki Miriam prowadzi przez tę przeklętą ciemną uliczkę. Jest ona ścianą, ogrodzeniem, które oddziela jeden świat od drugiego.

Ojciec drzemie. Mama nie może iść spać razem z kurami. Szybko nakłada na siebie to, co ma pod ręką i wpada do starszego strażnika, który mieszka drzwi w drzwi z nami.

Starszy strażnik, Polak, lubiący mówić po rosyjsku, to mężczyzna z twarzą pooraną zmarszczkami, ozdobioną rudymi wąsami. Z niejednego pieca chleb jadł. Bywały w świecie. Nasłuchał się w życiu, podróżując, niezliczonych opowieści. Ma dar wymowy. Toteż opowiada o powstaniu, buncie Rosjan, o wojnie tureckiej. Najbardziej jednak lubi opowiadać o zbóju Szczepko, który siedzi teraz w więzieniu przykuty łańcuchem do ściany.

— Szczepce — opowiada strażnik — ogolono w więzieniu pół głowy i jeden wąs. Zbój ten jest wysoki, że nie przeszedłby przez drzwi naszego domu. Dawnymi laty Szczepko był kamieniarzem. Pracował przy wyrabianiu nagrobków i pomników cmentarnych. Potrafił wykuć w kamieniu ptaki w locie. Nie wiadomo jak doszło do tego, że pewnego dnia skumał się z pewnym Żydem, który nazywał się Szerman. Od tej chwili stał się zbójem.

Szerman też siedzi w więzieniu. Ma ten Szerman rudą brodę. No i pół brody ostrzyżono mu w celi. Ogolono mu też pół głowy i jeden wąs.

Obu zbójów ześlą latem na Sybir, na katorgę.

Strażnik wie, że tam na Syberii przykują ich łańcuchem do taczek, a nawet po śmierci pochowają razem z taczkami.

Strażnik opowiada, że Szczepko ma żonę i dwoje dzieci. Dzieci — powiada dalej — mają niebieskie oczy i lniane włosy. Kiedy żona z dziećmi przychodzi go odwiedzić w więzieniu, płacze gorzkimi łzami.

Mógłbym bez przerwy słuchać opowieści strażnika. Opowiada bowiem w sposób zaciekawiający, prosty i zrozumiały. Moja mama też potrafi ładnie opowiadać, ale daleko jej do strażnika.

Poza tym wszystkim w jego mieszkaniu jest cieplej niż u nas. Bardziej swojsko i przytulnie. Na oknach stoją wazony z kwiatami. Na ścianie nad łóżkiem wisi ciemny obraz Matki Boskiej.

Oto siedzi żona starego strażnika. Wysoka blondynka z uplecionymi wokół głowy warkoczami. Zawsze wygląda tak, jakby dopiero co wyszła z kąpieli. Pachnie mydłem i czystą wyprasowaną bielizną.

Jest Rosjanką. Pochodzi z dalekich stron tego wielkiego kraju. W Polsce mieszka już od wielu lat. Nauczyła się dobrze języka polskiego, ale zaciąga54.

Ona również ma sporo do opowiadania. Często opowiada o rodzinnym domu, rodzinnej wsi położonej gdzieś nad Donem. Rzeka — powiada — jest tak niebieska. Bardziej niebieska niż błękit. Jest tam, opowiada, cerkiew z okrągłym dachem i złotymi krzyżami. Cerkiew też jest niebieska. Jest tam pop, młodzieniec z czarną brodą. I ten pop chciał ją pojąć za żonę. Byłaby dzisiaj popadią. Rezydowałaby na plebanii i wszyscy oddawaliby jej cześć. Ale nie chciała wyjść za niego. Ona wolała wyjść za tego Polaka, obecnego starszego strażnika, który wówczas odbywał służbę wojskową w jej okolicy. On jej bardziej przypadł do serca i dlatego jego wybrała.

Żydzi — opowiada — w jej stronach też są, ale jacyś inni: nie noszą długich kapot, ani pejsów i nie mówią po żydowsku.

Opowieściom starszego strażnika i jego żony nie ma końca. Godziny mijają. Zegar bije. W jego wnętrzu coś stęka i trzeszczy. Dwanaście uderzeń zegara daje znać, że czas iść spać.

U nas w mieszkaniu knot lampy jakoś wciągnął się sam do środka. Po ścianach łażą strzępy cieni podobne do rozdartych worków. Ojciec oparty głową o kant stołu śpi w najlepsze.

Dookoła jest pusto, czarno. W moich oczach wygląda to tak, jakby wszystkie rzeczy w pokoju gdzieś się odsunęły, robiąc miejsce dla ojca, żeby mógł swobodnie spać, żeby go nikt nie zauważył.

Mama ciężko oddycha:

— Ach, jak tu smutno! Jak smutno!

I jej głos zawisa nad głową śpiącego ojca jak napomnienie.