Rozdział XVI
Spytacie zapewne, jak to się stało, że moja mama, która u pierwszego męża, felczera, miała mosiężne klamki na drzwiach, mieszkała w „pokojach”, wyszła powtórnie za mąż, za mego prostego ojca, Żyda z Nowego Młynka, który znał się na sianie i zsiadłe mleko ze śmietaną jadał z dużych glinianych naczyń, a kąpał się w wiejskiej rzece i sypiał w lesie pod choinką. Doprawdy, jak do tego doszło?
Ludzie, jak to ludzie, mieli na to taką odpowiedź:
Zanim tato i mama stanęli na ślubnym kobiercu oboje nie mieli pojęcia, ile dzieci pozostało im po pierwszym związku małżeńskim. Podczas zaręczyn jakoś zapomniano o dzieciach. Nie wymieniono nawet imion sierot. Coś tam niby wzmiankowano, ale szybko dodano, że dzieci są już dorosłe i w żadnym wypadku ich utrzymanie nie spadnie na barki nowożeńców.
Odbył się więc ślub. Był obiad, na który zaproszono niewielkie grono gości. Potem mama zapakowała do kufra wszystkie swoje rzeczy. Nieliczne sztuki biżuterii, które miała, zostawiła u ciotki Miriam i sama przeniosła się na wieś, do Nowego Młynka, gdzie ojciec mieszkał po śmierci pierwszej żony. Przybywszy na miejsce zobaczyła nędzę, ciemną izbę z glinianą podłogą. Po kątach walały się gliniane garnki. W dwóch oknach zamiast szyb sterczały poduszki. Po izbie kręciły się cztery dorosłe, czarnowłose dziewczyny w barchanowych bluzkach. Na widok nowej żony ojca schowały się za wezgłowia łóżek, skąd ze zdumieniem w oczach przyglądały się przybyłej z miasta kobiecie.
Twarz mamy w jednej chwili skurczyła się, zestarzała. Nie zdejmując płaszcza, spytała:
— To jest ten twój folwark, o którym mi mówiłeś?
— Tak. To jest mój folwark.
— A te dziewoje to kto?
— Moje córki.
— Wszystkie cztery?
— Wszystkie cztery. Żeby mi zdrowe były.
— Mówiłeś tylko o dwóch.
— Mało co się mówi.
Ściągnęło się serce mamy. Nie była w stanie wymówić słowa. Zresztą co tu słowa pomogą? Gdyby się nie wstydziła, wybuchnęłaby płaczem.
Otworzyła więc z powrotem drzwi i powiedziała:
— Nie, panie Lejzorze! Nie tak się z panem umawiałam. Trzymaj pan swoje córki w zdrowiu i szczęściu, ale ja pańską żoną nie będę.
— Co to ma znaczyć? A ślub? A małżeństwo?
— To będzie rozwód, panie Lejzorze!
Zabrała mama kufer i pojechała z powrotem do miasta. Zajechała z płaczem prosto do ciotki Miriam, młodszej swojej siostry.
— Miriam, kochana, czego ode mnie chciałaś? Dlaczego namówiłaś mnie do tego małżeństwa? To przecież nędzarz! Cztery dziewki jak te dęby. Co ja tam pocznę z czterema dziewkami? Co?
Ciotka Miriam wiedziała, że tato ma cztery córki w domu. Wiedziała też, że Lejzor z Nowego Młynka jest biedakiem do kwadratu. Jego folwark, o którym była mowa przed podpisaniem ślubnej intercyzy, to tylko izba z glinianą podłogą i glinianymi garnkami na kwaśne mleko.
Ale mama przecież też była wdową i dzieci z pierwszego małżeństwa miała, a ojciec posagu od niej nie zażądał.
— Czy ty jesteś lepsza od niego? Dlaczego podniosłaś lament? Dlaczego się skarżysz?
— Jak nie mam się skarżyć? — mówiła mama — kiedy po takich „pokojach”, jakie miałam u pierwszego męża, mam zamieszkać w ciemnej izbie z glinianą podłogą...
Ciotka Miriam współczuła mamie. Serce ją bolało. Zresztą kto tylko o tym słyszał, współczuł młodej, pięknej Frumet.
Ale klamka zapadła. Co tu żale i współczucia mogą pomóc.
Trzeba coś zrobić, żeby związek się utrzymał. Ciotka Miriam, Rejzełe, córka Itszy Biksa, i ciotka Noemi, siostra ojca zaczęły przekonywać mamę, że szczęście człowieka zależy tylko od Boga. Nie można teraz widzieć, co będzie później. Może być tak, że dzięki mamie ojciec wydźwignie się z biedy i będzie w stanie kupić jej mieszkanie z „pokojami” i mosiężnymi klamkami na drzwiach.
Co mama, przyzwyczajona do takich wygód, mogła zrobić?
Wypłakała się, po czym pogodziła się z Lejzorem, ale w Nowym Młynku za nic nie chciała zamieszkać.
— Niech się przeniesie do miasta — oświadczyła. Ma być nędzarzem, to będzie nim w mieście, a nie na wsi.
W ten sposób ojciec pożegnał się z glinianymi garnkami, łąkami, lasem i pojechał do miasta.
Razem, rzecz jasna, ze swoimi czterema czarnowłosymi córkami.
Takie cztery ciemnowłose dorosłe dziewczyny nie mogą przecież zawsze być na utrzymaniu ojca. Trzeba pomyśleć o ich przyszłości.
I mama zaczęła zabiegać o urządzenie ich przyszłości. Ita, najmłodsza, została kucharką u bogatych Żydów w Warszawie. Przyjeżdżała raz w roku do ojca, w święto, przywożąc zawsze prezenty.
Najstarszą, Chanę-Sarę czarnowłosą, wysoką, o szerokich, mocnych ramionach dziewczynę, wydała za mąż za rzeźnika w małym miasteczku. Powodziło jej się dobrze. Jej mąż, Wolf, mężczyzna niskiego wzrostu o śniadej, ściągniętej twarzy, pokochał żonę. Z biegiem czasu Chana-Sara wydała na świat trzy córki i czterech synów, oby byli zdrowi. Wszyscy bruneci o czarnych oczach i ciemnej cerze. Wszyscy małomówni. Tak jak ich matka.
Chana-Sara przyjeżdżała do naszego miasta bardzo rzadko. Od wielkiego dzwonu. Przyjeżdżała po zakup wyprawy dla kolejnej wydawanej córki. Przy tej okazji odwiedzała ojca i rzecz jasna wizyta przebiegała w milczeniu.
Ojciec i jego najstarsza córka, oboje wysocy, rozrośnięci, jak stare zakorzenione topole, siedzieli jedno naprzeciw drugiego, patrzyli sobie w oczy i milczeli. Od czasu do czasu padały między nimi krótkie słowa:
— Jak się masz, tato?
— Jak mam się mieć?
— Co słychać?
— Tak sobie. Co porabia Wolf?
— Nieźle.
— A dzieci?
— Dzięki Bogu.
Napatrzyli się, namilczeli i córka odjechała. Przyjedzie może za rok, a może za pięć lat.
Ojciec był zadowolony z najstarszej córki. Była bogaczką. Miała największą jatkę w miasteczku. Dzieci dobrze wydała za mąż i ożeniła. Wyprawiała urodziny, wesela i uroczystości obrzezania chłopców.
Na wszystkie uroczystości zapraszała ojca.
Wracał od niej syty i wyspany. Opowiadał o ucztach, które się u niej odbywały, mówił o wnukach, które rosną, dorośleją i wychodzą na ludzi. Dużo mówił o swoim zięciu, o Wolfie, który mimo że jest niskiego wzrostu i ma rzadką bródkę, potrafi sam jeden poradzić sobie z rozjuszonym byczkiem i okolicznymi, znanymi z nienawiści do Żydów chłopami.
Ale Chana-Sara była jedyną jego córką, która wyszła za mąż. Następna po niej była Bejle. Wysoka, rozrosła w ramionach z długimi wąskimi rękami i szeroką twarzą.
Bejle nie miała już w sobie tej wrodzonej grzeczności i wewnętrznego spokoju, które cechowały starszą Chanę-Sarę.
Bejle mówiła ostro, dobitnie. Najmniejsza drobnostka mogła ją wyprowadzić z równowagi. Policzki od razu pokrywały się rumieńcem. Na świat patrzyła niespokojnymi oczami. Obcy ludzie mogli odnosić wrażenie, że jest złośnicą. W istocie jednak Bejle miała dobre serce. Zawsze była gotowa oddać ostatnią koszulę temu, kto potrzebował. Dzięki swoim dobrym uczynkom stała się sławna.
Miała jednak Bejle pewną wadę. Poważną wadę. Nie mogła usiedzieć w miejscu. Ponosiło ją w świat. Tylko by biegała, tylko by jeździła. Do Warszawy, do Łodzi. Nawet do byle jakiego miasteczka, żeby tylko nie siedzieć w jednym miejscu. Czasem wpadało jej do głowy, żeby wstąpić po drodze gdzieś do karczmy. Miała zamiar ogrzać się trochę w ciepłej izbie. Jeśli karczma z ludźmi przypadała jej do gustu, wynajmowała się do pracy i zostawała tam przez jakiś czas. Doiła wtedy krowy, gotowała w dużych kotłach jedzenie dla Żydów, którzy tędy przejeżdżali. Gotowała jęczmień z kartoflami dla krów. Umiała też tkać na krośnie, naprawiać i zaszywać ubrania. Potrafiła rozmawiać z synami dziedziców, którzy na pięknych koniach przejeżdżali koło karczmy.
Umiała właściwie wszystko. Tylko dla siebie, dla własnego szczęścia nie potrafiła niczego zrobić. Lata mijały. Bejle zaczynała rozrastać się wszerz, a amatorów do żeniaczki wciąż nie miała.
Tylko pewnego razu, a było to również w jakiejś karczmie, o mało nie doszło do zawarcia związku małżeńskiego. Zajechał do tej karczmy pewien Żyd, czarnowłosy, zdrowy, silny człek. Oczy miał czarne jak węgiel. W rozmowie z karczmarzem zwierzył się, że jego żona zmarła w połogu. Bejle podała mu dużą miskę kaszy i szklankę mleka prosto od krowy. Wywiązała się rozmowa. Od słowa do słowa, dowiedziała się, że dzieci nie ma, mieszka po drugiej stronie Pilicy i zarobku, chwała Bogu, mu nie brakuje. Jedno co go martwi, to to, że nie chciałby dłużej być wdowcem.
Na te słowa Bejle zarumieniła się po uszy.
Żyd został na noc w karczmie. Bejle spała w komórce. Wewnątrz na grzędzie spały kury. Drzwi prowadzące do komórki nie miały zamknięcia. Nie było to zresztą potrzebne. Co tu można było ukraść?
Leżała Bejle i rozmyślała o czarnowłosym Żydzie. Chciała zasnąć, bo skoro świt należało wydoić krowę i przygotować jedzenie dla podróżnych. Ale czarne oczy Żyda nie dały jej spokoju.
Kury na grzędzie już były bliskie przebudzenia, kiedy Bejle poczuła, że coś łaskocze ja po twarzy. Przysięgałaby, że to kura zsunęła się jej na twarz i łaskocze ją nóżką lub skrzydełkiem.
— A sio, a sio! — zaczęła krzyczeć Bejle. Wszystko jednak wskazywało na to, że to nie kura. Jest wprawdzie ciemno w komórce, ale doskonale widać, jak dwoje dużych rozwartych oczu patrzy na nią.
Ściska jej się serce, a po całym ciele przebiegają dreszcze. Ogarnia ją coś, jakby gorąca zgroza. Poznaje tego, który wszedł do komórki. Cichym głosem pyta:
— Co to ma znaczyć?
— A co niby ma znaczyć?
— Co pan tu robi?
— A co mam robić? Nic. Jeno55 tylko, że moja żona umarła.
— To łazi pan do obcych kobiet?
— Uchowaj Bóg! Nic podobnego! Jeno widzi pani...
I jego ręce zaczynają parzyć. Są gorętsze od spojrzeń jego oczu. Bejle odzywa się cichym głosem:
— Czy pan się stąd wyniesie, czy nie?
— Dlaczego? Broń Boże, nie chcę przecież pani skrzywdzić, pani Belusiu?
— Jaka ja dla pana Belusia?
— Kiedy się kocha, to się nie spieszcza imion?
— Od kiedy to kocha mnie pan?
— Co znaczy od kiedy? Od pierwszej chwili!
— A poślubi mnie pan?
— Dlaczego nie? Może być i tak!
— Kiedy?
— Zrobi się.
I w małej komórce nagle zrobiło się zamieszanie. Kury zerwały się ze snu. Zaczęły w ciemnościach trzepotać skrzydłami i skakać sobie nawzajem na głowy. Bejle również zerwała się, zadygotała, zatrzepotała rękami i uderzyła w dwa wypasione policzki. Otworzywszy drewniane drzwiczki komórki krzyknęła w ciemną dal nocy:
— Rozpustniku! Żeby cię szlag trafił!
Na krzyk Bejle zapłonęło światło w karczmie. Mężczyźni zerwali się z posłania i na chybcika umyli ręce. Kobiety bose, w nocnych czepkach na głowie, w koszulach, zdumione tym, co zaszło, zaczęły lamentować:
— Biada! Taki Żyd... Kto to słyszał...
Lament kobiet obudził dzieci. Wybuchł płacz. Rozszczekał się pies. A czarnowłosy Żyd o gorejących oczach zmył się w środku nocy. Zniknął jak kamfora, pozostawiwszy w karczmie płaszcz.
Bejle wzięła płaszcz i przez bałagułę Jarme wyekspediowała go do domu. Niech tato ma w czym chodzić zimą po wsiach.
Bałaguła Jarme całą tę historię opowiedział ze szczegółami rodzinie. Tak nakazała mu Bejle. Niech tam w domu wiedzą, że ona Bejle chociaż nie nocuje tam, gdzie w dzień pracuje, ale ojca na starość nie zawstydzi.
I rzeczywiście. Wstydu ojcu nie przyniosła. A kiedy przyszedł odpowiedni czas, Bejle wyszła za mąż zgodnie z wymogami Mojżesza i Izraela.
Męża sama sobie wyswatała. Też był wdowcem, ale w niczym niepodobny do owego Żyda z karczmy. Nie był ani czarnowłosy, ani nie miał gorejących oczu. Był to rosły, atletycznie zbudowany mężczyzna o jasnoblond brodzie. Takiej jaką nosił car Aleksander III.
Takim bogatym, jak car Aleksander, mąż Bejle nie był. Imienia carskiego też nie nosił. Nazywał się Wolf. Tak jak pierwszy zięć ojca. Miał własny wóz i własnego konia. Ponadto umiał kuć konie, naprawiać koła, podnosić ramieniem wóz z ładunkami, kiedy pęka oś. Dawniej, za życia pierwszej żony, posiadał własny kawałek pola z ogródkiem. Po owdowieniu jednak zapuścił je. Nie miał głowy do marchewki i rzepy, które własnoręcznie zasadził. Zaopiekowały się więc nimi świnie. Zapaskudziły ogródek. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko przeprowadzić się do miasta. Konia z wozem miał. Kuć potrafił. Słowem, przy Bożej pomocy, na chleb zarobił.
Zamieszkała Bejle z mężem za miastem, aż za skaryszewską rogatką. Nad dachem domu hulał w nocy wiatr. Obok domu przejeżdżały z miasta i do miasta wozy. Furmani za oknem krzyczeli. Bejle gotowała dla nich perłową kaszę. W sobotę czulent56 z kiszką. Mąż przewoził towary na jarmarki i targi. Jeśli nie nadarzała się jazda, kuł konie. Żyło się. I co roku ciszę nocną przerywał krzyk dziecka, które Bejle właśnie wydała na świat.
Im więcej dzieci, tym mniej pieniędzy na życie. Odnajęła więc Bejle alkowę i zaczęła piec placki z makiem dla furmanów. Na swój los Bejle jednak nie narzekała.
Sama przecież tak chciała. Czasem jednak, kiedy do nas wpadała podczas świąt i mama ją pytała, jak się jej powodzi, Bejle potrafiła pochopnie się zwierzyć, że bywają noce, kiedy przypomina sobie owego czarnego Żyda z gorejącymi oczami. Widzi go wyraźnie. Po prostu jak żywy stoi przed jej oczami. Sama nie wie, co o tym sądzić. Po takiej nocy boli ją serce. Kasza się przypala. Furmani kręcą nosem na widok makowych placków, zaś ona sama wszczyna kłótnie z sąsiadką, która mieszka w jej alkowie.