Rozdział XVII
Na uroczystościach urządzanych z okazji obrzezania albo innych rodzinnych świąt w domu Bejły nie zajadano się rybami i ciastkami. Zadowalano się grochem i małymi, śniętymi płotkami oraz głowizną. Ojciec od czasu do czasu podsyłał Bejle dwa złote dla dzieci, bochenek chleba z kminkiem, rybę na sobotę i macę na święto Pesach. Bejle odwdzięczała się ojcu tym, że przyprowadzała do nas w sobotę swoje dzieci, które wykąpane i uczesane całowały dziadka w rękę.
Inaczej rzecz się miała z czwartą córką ojca, Tojbą. Była zupełnie inna niż jej siostry. Była z nich najwyższa. Szersza również była w ramionach i wąska w talii. Dobrze zbudowana, z otwartą twarzą na słońce i wiatr, wyglądała jak córka bogacza, która zajada się kurczakami z bulionem i wyszywa dla narzeczonego aksamitny woreczek na tefilin.
Oczy Tojby, duże, otwarte, jakby się wszystkim dziwowały. W dzień były niebieskie, a w nocy przybierały kolor czarny. Włosy miała czarne, kędzierzawe. W słoneczne dni zamieniały się w granat.
Kiedy Tojba szła, drżały szyby w oknach, a podłoga pod jej nogami trzeszczała. I chociaż służąc w bogatym domu myła naczynia, skrobała marchew, obierała kartofle, ręce jej były wąskie, delikatne, a palce długie i czyste.
W sobotę po obiedzie przychodziła do nas w gości.
Chętnie słuchała relacji mamy z jej pobytu w Warszawie. Lubiła wspominać syna mamy, Mojsze, który w młodym wieku zszedł z tego świata. Wysłuchiwała do końca historii o mosiężnych klamkach i „pokojach”, które kiedyś mama posiadała. Była Tojba wytrwała, cierpliwa i wszystko z uśmiechem przyjmowała.
Sama też miała wiele do opowiedzenia. O Nowym Młynku, gdzie się urodziła, o swojej matce, która mogła unieść dwa korce57 kartofli na plecach. Opowiadała o małym, wodnym młynie, w którym ojciec był kiedyś młynarzem. W tym młynie, mówiła, w nocy przebywały diabły. Sama nieraz słyszała, jak w środku nocy młyn zaczął się nagle sam obracać. Ojciec wybiegł z domu, żeby zobaczyć co się stało, ale niczego nie zauważył. Usłyszał tylko jakieś gwizdy i odgłos bieganiny. I pewnego razu, a było to podczas święta Szawuot58 — opowiadała Tojba — młyn zaczął tak się kręcić, że ojciec musiał obudzić starszego młynarza, który tam mieszkał razem z żoną i dzieckiem.
Zapalili lampę, starszy młynarz przeżegnał się, po czym weszli razem do środka. Jak tylko weszli, wybuchł harmider. Rozległ się nagle odgłos biegnących stóp. Ktoś kogoś gonił. Słowem bieganina i gonitwa. Starszy młynarz był chłopem na schwał. Zaczął ścigać uciekających. Tak długo gonił za nimi, aż dopadł parobka w towarzystwie swojej żony. Młoda była żona młynarza i piękna w dodatku. Po co przyszła w środku nocy do młyna, nie wiadomo. Mąż jednak zobaczywszy żonę, złapał ją za włosy i rzucił na ziemię. Następnie podniósł i rzucił na kamienie młyńskie. A kamienie się kręciły, spadająca woda obracała je, więc kobieta została wkręcona między kamienie. Trzaskały kości młynarzowej i krew tryskała z łamanego ciała. Cały młyn wraz z mąką zalany został krwią.
Młynarza zakuto w kajdany i zesłano na Sybir.
Ojciec nie chciał już po tym, co się stało, dalej pracować w młynie. Było to dawno, dawno temu. Tojba była jeszcze małym dzieckiem. Pamięta, że uciekła wtedy do lasu, gdzie spędziła cały dzień i całą noc. Matka szukała jej i znalazła zemdloną pod drzewem.
Kiedy Tojba jest w dobrym nastroju, potrafi opowiadać ciekawe rzeczy. Na przykład o owym lesie, w którym spędziła dzień i noc. O wilkach, które w zimowe noce zjawiały się na szosie i napadały na ludzi i konie. O skąpych chłopach, którzy przez całe życie procesowali się o kilka mórg ziemi. Zarżnął w końcu któryś z nich własną matkę i zginął w więzieniu.
Na podstawie lotu ptaków, ulatania dymu z kominów Tojba potrafiła określić pogodę na następny dzień.
Czy będzie padał deszcz, czy będzie wiał wiatr, czy też świecić będzie słońce.
Najbardziej ze wszystkich moich sióstr kochałem Tojbę. Moje dni i noce były wypełnione wspominaniem jej opowieści o polach, lesie i rzece.
Gdyby Tojba umiała wszystko to napisać, powstałaby niewątpliwie ciekawa książka. Byłaby stokrotnie ciekawsza od wszystkich bajek, które mama w sobotę po obiedzie czyta sąsiadkom z książki przywiezionej z Warszawy.
Po śmierci jednak swojej matki i po tym, jak jej siostry rozjechały się po kraju, Tojba musiała opuścić Nowy Młynek razem z jego polami i przystać na służbę u bogaczy w mieście. A u tych bogaczy drzwi były w dzień i w nocy zaryglowane, a w domu mówiono do siebie ledwie otwierając usta.
O to, żeby Tojba, najpiękniejsza z córek taty, dostała się do bogatego domu, zadbała moja mama.
Żyd, u którego Tojba służyła, nie miał jeszcze czterdziestu lat. Blada twarz pokreślona małą, czarną bródką świadczyła o inteligencji i wiedzy. Nosił on nawet w powszednie dni jedwabną czapkę i małe, zawsze błyszczące buty z chlewami. Stawiał drobne, odmierzone kroczki.
Jego żona była kobietą, o której się mówi „krew i mleko”. Krążyła po swoich czystych, jasnych pokojach z miną leniwej, dobrze wyspanej, najedzonej do syta paniusi. Do Tojby mówiła:
— Tojbciu, rozwiąż mi gorset... Tojbciu, leć do sklepu i przynieś mi ze dwie pomarańcze...
Tojba więc leciała, ściągała z niej buciki, wiązała i rozwiązywała gorset, obierała kartofle, paliła w piecu i mimo to nie zatraciła wdzięku i nie zniszczyła swoich pięknych rąk.
Być może, że z powodu właśnie tych rąk przydarzyła się Tojbie niezwykła i smutna zarazem historia. Otóż jej gospodarz o bladej twarzy, z jedwabną jarmułką, którą nosił w powszedni dzień, nie zwykł patrzeć na służącą tak, jak na człowieka.
Do kuchni, w której Tojba trawiła swoje lata przy garnkach, ten delikatny Żyd nie wchodził. Co tam miał do roboty? Ale pewnego dnia, kiedy żona akurat była poza domem, nagle wszedł do kuchni. Wszedł, jakby to powiedzieć, zupełnie przypadkowo.
— Nie ma pani? — zapytał, nie patrząc na Tojbę.
— Nie. Nie ma pani.
— Znaczy... nie... ma, tak, co ja to chciałem powiedzieć? Tojbo, bądź taka dobra...
Nie dokończył i nie wyjaśnił, dlaczego miała być taka dobra. Delikatny był człowiek. Nie umiał głośno mówić.
Tojba jednak wyczuła, że jeśli wchodzi do kuchni raz na ileś tam miesięcy, nie spuszcza wzroku z jej wąskich, pięknych rąk.
Tojba żywiła głęboki szacunek do swego szlachetnego, delikatnego gospodarza. Kiedy czyściła jego kapotę i buty ze sfałdowanymi cholewkami, czuła, że delikatność i szlachetność gospodarza ją przenika.
Było jej w tym domu dobrze. Dorobiła się już własnego kufra z własną bielizną, koszulami, wsypami i poszwami. Zdążyła nawet zaoszczędzić sporo na książeczce.
W ostatnich jednak tygodniach Tojba już nie przychodziła do nas w każdą sobotę.
— Co się stało Tojbo, dlaczego nie pokazujesz się?
— Nie miałam czasu. Przed tygodniem byłam u koleżanki. Przed dwoma tygodniami wezwali mnie do kogoś.
— Wyglądasz nie najlepiej, nawet źle.
— Ja źle? Hej.
Mnie również wydawało się, że Tojba jest jakaś bledsza, ale poza tym wyglądała raczej ładniej i delikatniej.
Potem znów minęło kilka sobót i Tojba nie pokazywała się u nas.
— Jakoś nie widać Tojby — odezwał się tato pewnej soboty, po drzemce poobiedniej.
— Widocznie nie mogła przyjść.
I rzeczywiście nie mogła. Jej pani, powiedziała Tojba, kiedy wreszcie przyszła do nas, zachorowała. Doktor Fidler przyszedł.
— Doktor Fidler? — zapytała przerażona mama. — Czy już tak źle z nią było?
— Bardzo źle, ciociu.
— A dzisiaj? Już lepiej się czuje?
— Chwała Bogu, lepiej.
— Co jej było?
— Zapalenie płuc. Oby się to żadnemu Żydowi nie przytrafiło.
Na czole Tojby perli się pot. Widać, że jest zmęczona, gotowa w każdej chwili zemdleć. To już nie jest owa delikatna bladość, która zdobiła jej twarz przed kilkoma sobotami.
Dzisiaj nie ma ochoty opowiadać. Zdaje się, że jej oczy, które w dzień są niebieskie, a w nocy czarne, teraz nie mają żadnego koloru.
Patrzy ponad głową mamy na komodę, nad którą wisi zdjęcie córki mamy, Cypy, która zaręczyła się w Warszawie ze szczotkarzem.
— Czy Cypa pisze coś?
— Tak, pisze.
— Kiedy wesele?
— Wkrótce. Z całą pewnością.
— Narzeczony to szczotkarz?
— Tak, szczotkarz.
Mama cedzi powoli słowa odpowiedzi. Wydaje się, że kiedy mówi, ma zupełnie co innego w głowie. Dziwnie jakoś patrzy na Tojbę. Odnoszę wrażenie, że twarz Tojby pokryła się rumieńcem. To chyba od słońca, które właśnie zachodzi. Część nieba widziana przez okno płonie razem z twarzą Tojby.
Dzisiaj siedzi ona dłużej u nas w domu. Z sufitu spływają w dół strzępy cieni. W pokoju unosi się zapach śledzi i zestarzałej chały. Tato siedzi sam przy stole. Trzonkiem noża stuka w stół. Kiwa się na boki i nuci poobiednią sobotnią pieśń.
— Już pojawiły się gwiazdy?
Tojbe siada przy oknie i patrzy przez nie na niebo.
— Nie. Jeszcze nie.
— Możesz u nas dłużej zostać?
— Idę już. Właśnie wychodzę.
Tojba powoli wstaje z krzesła. Mama wpatruje się w ciemność, tak jak to czyni krótkowidz.
— Dobrej soboty! — Tojba się żegna z nami. Tym razem jednak zapomniała mnie pocałować.
— Dobrej soboty! Dobrego roku! Nie zapominaj nas odwiedzić.
I w pokoju zalega czarna cisza. Pod kuchnią odzywa się świerszcz, cyka z uporem.
— Lejzorze, Lejzorze! — przerywa ciszę mama. Jej głos jest nieco przytłumiony, jak głos wyrwanego ze snu człowieka.
Ojciec jednak dalej stuka nożem w stół.
— Jest trochę głuchy — powiada do siebie mama i zawija swój kobiecy modlitewnik w modlitewnik ojca.
I znowu nastąpiła dłuższa przerwa w spotkaniach z Tojbą. Mama miała już zamiar pójść do bogatego domu, w którym Tojba służyła, żeby się dowiedzieć, czy czasem nie jest chora, ale jakoś nie wyszło.
Jest sobota po obiedzie. Na szybach odbijały się cienie dużych, puchowych chmur. Ojciec dopiero co wślizgnął się pod kołdrę i natychmiast zasnął.
Mama wyjęła z bibliotecznej szafki książkę z pięknymi bajkami, pod tytułem Syn dwóch matek. Przetarła złote okulary, które przywiozła kiedyś z Warszawy i zabrała się do czytania cudownej historii o oszuście Rudolfie i pięknej, niewinnej Karolinie. W naszym mieszkaniu mama dużo czytała. Czytała jednak nie w samotności, ale w obecności sąsiadek i znajomych kobiet, które schodziły się do naszego domu i rozsiadały się na krzesłach, jak kury na grzędzie, żeby słuchać opowieści.
W zeszłym tygodniu mama skończyła w miejscu, w którym niewinna Karolina zniknęła w tajemniczy sposób w pałacu swego ojca, hrabiego i milionera.
Teraz mama otworzyła książkę na tej stronie, na której w zeszłym tygodniu skończyła i czekała na swoje słuchaczki. Ja też czekałem w napięciu na dalszy ciąg. Ciekaw byłem, jak zakończy się ta sensacyjna historia. Lubiłem słuchać czytania mamy. Umiała przekazywać słowa w sposób tak jasny i klarowny, że nawet dziecko było w stanie to zrozumieć. Czytała z pewnym zaśpiewem, który był mieszanką powstałą z melodii błagalnych modlitw Selichot59 i zaśpiewu, z jakim czyta się Pięcioksiąg.
Kiedy oszust Rudolf znęcał się nad piękną i szlachetną Karoliną, mama podnosiła głos i wymachiwała rękami. Rywkele, młoda żona Meira Zelemera, która przynosiła ze sobą chałę i butelkę gorącej herbaty, często nie wytrzymywała napięcia akcji.
— Droga pani Frumet — prosiła mamę — niech pani na chwilę zatrzyma się. Boję się, żeby biedaczce coś się nie stało. Serce się we mnie ściska.
A kiedy szlachetna Karolina szła na spacer ze swoim ukochanym księciem i księżyc świecił, a ptaki śpiewały, mama to tak pięknie i klarownie przekazywała zarówno głosem, jak i mimiką, że nie tylko mnie, ale też wszystkim obecnym wydawało się, że oni sami spacerują razem z boskim księciem. Że to dla nich tak pięknie świeci księżyc i tak uroczo śpiewają ptaki.
Cóż z tego, kiedy dzisiejszej soboty nie sądzone nam było dowiedzieć się, jak dopełnił się los niewinnej Karoliny.
Jeden Bóg wie, dlaczego słuchaczki mamy nie zjawiły się dzisiaj. Czyżby się zmówiły? Czyżby się pogniewały?
Mama nie mogła tego zrozumieć. Chcąc nie chcąc, zaczęła sama po cichu czytać. Powoli przewertowała kilka stronic, po czym wróciła do punktu wyjścia. Zdjęła okulary, znowu je nałożyła. Słowem nic jej nie wychodziło.
I w chwili, kiedy bezradność mamy zdawała się osiągać szczyt, otworzyły się raptem drzwi i do pokoju wpadła drobna i niska kobieta z twarzą mocno opaloną. Kobieta ta w niczym nie była podobna do słuchaczek mamy.
Była to Rejzel, córka Josy Biksa, daleka krewna mamy. Rzadko do nas przychodziła. Może raz na sześć tygodni. Siadywała zwykle na ławce. Z powodu niskiego wzrostu, nogi jej nie mogły dotknąć podłogi, więc bujały się w powietrzu. Wyglądało to dosyć śmiesznie i dlatego mama podstawiała jej zawsze podnóżek, żeby mogła na nim oprzeć nogi.
Rejzel lubiła u nas napić się herbaty z cytryną i przy tej sposobności otworzyć przed mamą serce. Skarżyła się na swoje dzieci, które ją często obrażają. Nie żałowała przekleństw pod adresem synowych i zięciów. Zgłaszała też pretensje do mamy, że ta nie stara się znaleźć dla niej, wdowy, jakiegoś porządnego kandydata na męża.
— Jestem przecież samotna jak ten palec — żaliła się, siorbiąc herbatę. — Jak długo można żyć bez męża? Jak długo?
— Ależ, Rejzel kochana — odpowiadała mama, skrzętnie kryjąc uśmiech. — Byłby to już, na psa urok, czwarty mąż.
— To co z tego? Czym taka stara?
— Wcale nie.
Rejzel nie była stara. Miała tylko czerwone, przepalone policzki, na których zawsze błąkał się uśmiech. Miała też cienkie, łakome wargi i dużo okrągłych bruzd na miękkiej fałdowanej szyi. Chodziła krokiem tanecznym, wyrzucając nogi do przodu. Zarówno zimą, jak i latem miała pretensje do Pana Boga za to, że zsyła na ziemię upał lub chłód.
Rejzel nie przepadała za piękną Karoliną i oszustem Rudolfem.
— Banialuki — oświadczyła twardo. — Ten cały Rudolf ze swoją Karoliną Szmaroliną. Niewarci są złamanego szeląga! Przecież to nieprawda.
I oto ta Rejzel wpadła do nas bardzo wzburzona i rozdygotana.
— Frumet!
Mama odłożyła książkę i ze zdumieniem w oczach popatrzyła na Rejzel.
— Dobrej soboty, Rejzel.
— Jesteś sama? — zapytała Rejzel, nie odpowiedziawszy na pozdrowienie.
— Co znaczy sama?
W głosie mamy można było wyczuć niepokój.
Małe oczy Rejzel natychmiast skierowały się na mnie. Mrugnęła w stronę mamy. Patrzyłem ze zdumieniem na obie, nie rozumiałem mowy ich oczu.
— Mendel, wyjdź na chwilę! — zawołała mama.
— Dlaczego?
— Jak ci każę, to wyjdź.
Nie chciało mi się. Nie miałem najmniejszej ochoty.
— Wyjdź na chwilę. Na jedną chwilę — poparła mamę Rejzel, kiwając swoją durną, małą głową.
Rejzel zamknęła za mną drzwi. Zatrzymałem się za nimi. Byłem zły i czułem się zawstydzony. Licho przywiodło tę głupią babę. Kto ją wołał? Przyszła do mamy z jakąś tajemnicą. A jeśli nawet tajemnica, to co? Nie mam prawa jej usłyszeć?
Prawda, ilekroć dochodzi do jakichś sekretów, mama wyprasza mnie z domu. Właśnie dlatego nie pójdę. Stanę za oknem kuchni i będę podsłuchiwał.
Przyłożyłem ucho do zamkniętych drzwi. Zajrzałem przez dziurkę od klucza i nic z tego. Nic nie widziałem i nic nie słyszałem. Musiała to być wielka tajemnica, skoro rozmawiały tak cicho. Musiała to być również gorzka tajemnica, bo nagle drzwi rozwarły się z trzaskiem i widzę, jak mama szybko narzuca zimową szubę. Jest wyraźnie rozdygotana.
W ciągu tych kilku minut tajemniczego naradzania się, twarz mamy skurczyła się od nagłego widać strachu. Wargi Rejzel drżały, jakby chorowała na malarię. Ojciec niczego nie słyszał. Leży na wznak, nozdrzami do góry, do sufitu.
Od wielkiego pośpiechu mama nie może zapiąć guzików szuby.
Peruka zsunęła się jej na bok. Małymi krokami biega po pokoju. Rzuca spojrzenie na śpiącego ojca i zauważa mnie. Otwiera ze zdumienia oczy. Szuka czegoś w pamięci i nie może znaleźć.
— Mendel — woła — nie wychodź z domu. Jak ojciec wstanie, powiedz mu, że na półce stoi garnek soku z gruszek. Zaraz wracam.
Ktoś musiał chyba nagle umrzeć. Mama bowiem wylatuje z domu jak strzała z łuku. Rejzel biegnie za nią, podskakując na krótkich nóżkach.
W mieszkaniu pozostaje wiatr, pustka. Mnie ogarnia melancholijny strach. Nie powinienem wyjść z domu, ale mam wrażenie, że jeśli zostanę w nim, to zdechnę.
Nie posłuchałem mamy. Niech się stanie to, co ma się stać, ale muszę poznać tajemnicę, którą Rejzel objawiła mamie. Narzuciłem płaszczyk i nie zapinając nawet guzików, wybiegłem z domu.
Przy niemieckim kościele schowałem się w niszy muru. Wydawało mi się, że mama odwróciła się i patrzy na mnie, chcąc sprawdzić, czy czasem jej nie śledzę.
Na ulicy Warszawskiej znowu musiałem ukryć się w bramie.
Mama z Rejzel weszły tymczasem w ulicę Synagogalną. Podążyłem za nimi. Uliczka jest wąska, skręcona jak obręcz, ciasna i ciemna. Biała synagoga z niebieskimi okrągłymi oknami opiera się o niski beit hamidrasz, który wystaje trochę z uliczki. Pozostałe domki stoją oparte jeden o drugi. Widocznie burzliwy wiatr przed laty rozhulał się nad nimi, gdyż wszystkie stoją teraz pochylone i nie mogą się wyprostować.
Coś musiało się tutaj wydarzyć. Oto bowiem zbiegli się chyba wszyscy mężczyźni i kobiety z miasta. Cisną się i przepychają. Wyciągają głowy do góry, stoją na palcach nóg, żeby przez głowy stojących przed nimi ludzi zobaczyć to, co chcą widzieć.
Co chwila przybiegają nowi ludzie. Nowe kobiety w czepkach. I nowi Żydzi z brodami. Mama i Rejzel znikają gdzieś w tłumie. Straciłem je z oczu. Przepycham się wśród zimnych kapot i wygrzanych damskich spódnic. Przez obce nogi i obce łokcie chcę się przebić do owego miejsca, na które wszystkie oczy są skierowane.
Widocznie nikt nie wie, kim jestem. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, inaczej by nie krzyczeli tak głośno:
— Tak. To córka Lejzora, tego handlarza sianem.
— Jasne. Jak się ma macochę!
— Co tu macocha winna?
— A kto jest winien, wujek Grunem?
— Jeśli się nie jest człowiekiem, to i własna matka nie pomoże...
Są to kulki gradu, a nie słowa. Słyszę, że odnoszą się do mego ojca i matki. Znaczy to, że cały ten tumult ma związek z nami, z naszym domem.
I w tym zgiełku, kiedy przebijam się wśród kopyt i spódnic, rozlega się nagle długi, przeciągły pisk, coś w rodzaju krzyku zmieszanego z lamentem:
— Boże w niebiosach, ześlij na mnie śmierć! Śmierć i tylko śmierć!
Tłum w popłochu się rozstępuje. Krzyk ustaje na chwilę. Jakby został zdławiony. Zaraz jednak znowu wybucha, przy wtórze echa.
— Ojcze miłosierny, czego chciałeś ode mnie?
Ludzie odwracają twarze. Kobieta w czepku na głowie wyrzuca z zapadłych ust:
— Mężczyźni, odejdźcie stąd! Wara stąd!
Widzę, jak po ziemi przesuwają się do tyłu buty z cholewami i buty zwykłe. Robi się przestronnie. I raptem zauważam, że jestem na samym przedzie. W miejscu, do którego wszyscy kierowali wzrok.
Tu dopiero dostrzegłem, że na miejscu, na którym stoję i do którego parł tłum, śnieg jest czerwony. Co to jest? Słońce jeszcze nie zachodzi, szyby w oknach synagogi są niebieskie, to skąd ta czerwień na śniegu?
Ktoś przede mną przesuwa się na bok i przed moimi oczami ukazuje się nagle postać tarzająca się w śniegu.
Patrzę, to przecież Tojba. Nasza Tojba.
To ona leży w czerwonym śniegu. Rozdarta jakby na dwie połowy, obie nogi gołe, sterczą jak klocki. Z nóg, czy też bardziej z brzucha płynie krew.
Tojba zauważa mnie. Nie wiem, czy poznaje. Twarz ma czerwoną, spuchniętą. Patrzy na mnie dużymi, okrągłymi, tępymi oczami, niczym cielę.
Nagle unosi spuchniętą twarz, wyciąga gołe nogi na zakrwawionym śniegu i krzyczy:
— Ludzie, dajcie mi truciznę! Miejcie litość!
W tej samej chwili zobaczyłem mamę. Zbliżała się do Tojby z otwartymi ustami. Czy już krzyczała, czy dopiero teraz chciała krzyczeć, nie wiem. Nie mam też pojęcia, gdzie dotychczas stała. Kobiety zaczęły odstępować. Zrobiło się cicho. Ponad głowami tłumu rozległy się głosy:
— Frumet!
— Frumet, córka Dawida Frojke.
— Macocha.
Matka przepchnęła się do Tojby. Policzki jej nagle zapadły się. Twarz sczerniała. Pochyliła się nad leżącą Tojbą. Mnie chyba nie zauważyła. Nie słyszałem, żeby ona coś Tojbie powiedziała albo żeby Tojba jej. Miałem wrażenie, że wokół mnie nie ma teraz nikogo. Tylko mama i Tojba.
Od ulicy Łaziennej, która prowadzi do miejskiego kanału, nadjechały sanie. Długie, chłopskie sanie. Na takich saniach zawieźli kiedyś do szpitala mego brata Mojsze. Zdaje się, że to te same sanie z tym samym chłopem w kożuchu.
— Na bok, Żydki! — woła chłop i wdziera się saniami między kapoty i spódnice.
— Jak jedziesz, chamie? — krzyczą jakieś dziewoje, ledwo zdążywszy uchylić się przed końmi.
— Na bok! Nie stójcie tu, psia mać!
— Sam psia mać!
— Cicho! Cicho! — rozlegają się głosy. Już nie mają z kim się kłócić.
Tłum rozstąpił się. Sanie zatrzymały się w pobliżu Tojby.
Chłop w kożuchu razem z jeszcze jednym chłopem wylazł z sań. Nachylił się nad Tojbą i warknął:
— Psia krew! Nie mogła to zaczekać?
— Nie miała czasu — odpowiedział ktoś z tłumu.
— Nie gadać tam! — złościł się chłop. Mama stała obok. Coś mu powiedziała. On kiwnął głową.
Potem obaj chłopi podnieśli Tojbę. Twarz jej była biała. Oczy miała zamknięte. Nie jęczała. Przykryli ją derką i położyli na wyścielone słomą sanie.
Tłum szemrał. Do mnie doszły tylko oderwane ni to słowa, ni to westchnienia:
— A bękart?
— Martwy.
— Chłopak?
— Dziewczynka.
Strażnik, z innej ulicy, usiadł na tylnym brzegu sań tak jak mama, kiedy odwoziła Mojsze do szpitala. Teraz mama szła z boku przy sztachetach odgradzających synagogę. Szła sama, bez Rejzel. Zdawało mi się, że ona sama nie idzie, tylko jest popychana. Sanie ruszyły. Nad synagogą wisiała chmura. Nabrzmiała jakby krwią, ciemna chmura.