Rozdział XVIII

Tojbę zawieziono do gojskiego szpitala. Do tego samego, przy którym kiedyś w noc zimową o mało nie zamarzłem na śmierć i skąd zabrano mnie do domu babci.

Do tego szpitala wprowadza się chorych przez czerwoną bramę. Żydzi mówią, że przez tę bramę chorzy już nigdy nie wracają. Wywożą ich martwych przez czarną bramę wychodzącą na ulicę Kozieniecką. Okna szpitala spoglądają na ulice z jakąś białą pielęgnowaną ciszą w szybach.

Czasami przychodzi tu chłopka z koszykiem jedzenia i pół dnia czeka, aż go wezmą od niej. Czasami jakaś chłopka bije głową o ścianę za parkanem, a czasami zjawia się mężczyzna z dziećmi, który błaga, żeby wpuścili go do chorej żony.

Kiedy przychodzi jednak niedziela albo inny świąteczny dzień, białe ciche okna zostają obsadzone przez chore siksy60.

Przekomarzają się, dają sobie znaki i rozmawiają na migi z rosyjskimi żołnierzami, którzy stoją na dole i spoglądają do góry, wypluwając skorupki od pestek kącikiem ust.

Językiem niemych łajają się wzajemnie. Językiem niemych drwią i żartują. Pokazują sobie figi, wystawiają języki. I jeśli którejś dziewce nagle spodoba się zadrwić w sposób dosadny, podnosi nagle koszulę i pokazuje przez szybę dupę. Żołnierze na ten widok wybuchają gromkim śmiechem. Ulice zalewa grad wielopiętrowych, rosyjskich ohydnych przekleństw. Nie zadowalają się też samymi obrzydliwymi słowami. W rewanżu wystawiają swoje sołdackie tyłki oraz inne części ciała.

Nie dziwota więc, że Żydzi omijają w niedzielę gojski szpital. W ogóle nie lubią szpitala. Tu, w szpitalu — mówią Żydzi — zarzyna się chorych i nie ma nawet przed kim się wyżalić. Boją się nie tyle chorych niewiast i czarnej bramy, ile doktora Kozickiego, który ma w piersi serce Tatara i z byle powodu każe natychmiast operować.

— Rzeźnik — mówią Żydzi — z tego doktora Kozickiego. Brzuchokrojca.

Boli mnie więc, że Tojbę odwieziono do tego szpitala, w którym doktor Kozicki kroi brzuchy.

Z własnej woli Tojba nigdy by nie przystała na to, żeby powierzyć swoje ciało aniołowi śmierci, Kozickiemu. Teraz jednak, kiedy nieboraczce wydarzyło się to straszne nieszczęście, nie było wyboru. Musi tam leżeć i czekać, aż doktor Kozicki przyjdzie do niej ze skalpelem, a potem wywiozą ją przez czarną bramę. Kto zresztą wie, czy już jej nie wywieziono.

W oknie szpitala Tojba nie pojawiła się ani w niedzielę, ani w inny dzień. Nie wznoszono do niej okrzyków i nie przemawiano. Na migi też nie. Koszyków z jedzeniem też jej nie przynoszono. Nikt do niej nie przychodził i nikt o nią nie pytał.

Od tamtej soboty mama posmutniała. Przestała rozmawiać. Przestała odwiedzać sąsiadów. Nie dokończyła czytania historii o pięknej i niewinnej Karolinie.

Na ojca bała się jakby patrzeć. Od czasu do czasu tylko zerknęła na niego z boku. W jej spojrzeniu można było wtedy zauważyć lękliwe zdumienie przechodzące w strach przed tym, co miało nastąpić.

— Czyżby Lejzor o niczym nie wiedział?

To pytanie zawsze było w jej spojrzeniu. Czekała na przebudzenie ojca z głuchoty. Na jego powrót z dalekiej krainy, w której myślami przebywał.

Widocznie ojciec rzeczywiście nie wiedział o niczym. Spał teraz cięższym niż dawniej snem. Chrapał też głośniej niż dawniej.

Kiedy wieczorem wracał zmęczony i zmarznięty, mama szybko podawała mu kolację. Nie zasiadała razem z nim do stołu, nie pytała, jak mu poszło dzisiaj na wsi. Najczęściej przebywała w kuchni. Krzątała się przy kominku, myła garnki i tak długo je płukała, aż ojciec zapadał w drzemkę przy stole. Wtedy sprzątała ze stołu i lekko dotykając ramienia ojca mówiła:

— Lejzorze, idź, połóż się spać. Połóż się!

Ale jak długo można nie wiedzieć? Być może podczas mierzenia stogów siana i kręcenia się wśród furmanek na targowisku, doszły jakieś szepty do jego głuchych uszu. Może jakiś człowiek, jakiś wróg donośnym głosem przekazał mu przykrą nowinę. Może to wiatry w polu przekazały mu pozdrowienia od córki leżącej w gojskim szpitalu? Nam on tego nie powiedział.

Pewnego jednak wieczoru wrócił wcześniej niż zwykle. Wszedł do pokoju nie tak jak zazwyczaj, powolnym i ciężkim krokiem, jakim chodzą ludzie, którzy mają do czynienia z chłopami na polach.

Tym razem nie wszedł, ale wpadł. Twarz szara. Broda rozwichrzona. Usta otwarte, jakby gorzka nowina w nie wpadła i dlatego nie może ich zamknąć. Kaptur, który mu kiedyś podarowała córka Bejla opadł mu z głowy. Pluszowa czapka zsunęła się, jak spłoszona, na bok.

Mama akurat siedziała przy lampie naftowej i cerowała koszulę. Kiedy drzwi rozwarły się z hukiem i długi cień ojca padł na podłogę pokoju, matka od razu wyczuła, że ojciec zna już gorzką nowinę. Zerwała się z miejsca i stanęła na środku pokoju, trzymając w ręku koszulę.

Na białkach oczu ojca rysowały się teraz czerwone żyłki. Mama stała przed nim przygarbiona i nerwowo mrugała oczami, tak jakby nie Tojba była winna tylko ona. Ojciec ciężko westchnął i powiedział:

— Frumet, wejdźmy na chwilę do kuchni.

— Co się stało Lejzorze?

— Wejdźmy na jedną tylko chwilę.

Wprowadził mamę do kuchni. Koszula, którą trzymała w ręku, jednym opadającym rękawem ciągnęła się za nią jak przekręcona ręka zemdlonego człowieka. Lekko przymknęli drzwi. Nie miałem odwagi wejść razem z nimi do kuchni. Przypadłem do szpary w drzwiach i zajrzałem przez nią do środka. Słowa do mnie nie dochodziły. Słyszałem tylko oddechy sapiących osób. Zdawało mi się, że w kuchni gniecie się duże kawałki ciasta i rzuca na podłogę.

Nagle słyszę, jakby szum wiatru wśród papierów.

— Sza, Lejzorze, nic nie mów...

— Mam nie mówić? Milczeć? — głos ojca nagle się urwał.

Zdawało mi się, że ojcu stanęło coś w gardle, że trzeba wejść i pomóc mu. Zaryzykowałem i rozszerzyłem szparę w drzwiach. Zobaczyłem, że tato stoi pośrodku kuchni z opuszczonymi, jakby sparaliżowanymi rękami. Nigdy jego ręce nie były tak długie. Mama krząta się wokół niego jak przy chorym. Ściąga z niego płaszcz. On nie stawia oporu. Jego głowa opada coraz niżej. Widać, że jest chory. Mama bierze go właśnie za rękę i łagodnie wprowadza do pokoju. Sadza go przy stole. Ojciec siedzi nieporuszony, sztywny, zimny, jakby był odlany ze szkła. Mama szybko przynosi z kuchni kubek wody i miskę.

— Umyj się, Lejzorze. Jedzenie stygnie.

Ręce ojca drżą. Woda z kubka przelewa się do miski. Mama podaje mu mocno wysmażoną wątróbkę z kartoflami. W pokoju unosi się słodkawy, ciepły zapach. Tato usiłuje jeść. Żuje powoli i długo. Zasępionym wzrokiem wpatruje się w płomień lampy.

Nagle łyżka ojca staje sztorcem w utartych kartoflach.

Mama, która zabrała się znowu do cerowania koszuli, zrywa się:

— Co się z tobą dzieje, Lejzorze? Dlaczego nie jesz?

Ale ojciec nie może tknąć jedzenia. Stercząca w kartoflach łyżka przechyla się na bok i pada jak podcięte drzewo. Głowa ojca również opada na bok. Wydaje się, że wszystkie rzeczy w pokoju przechylają się na bok. Nawet płomyk lampy. Smażona wątroba pokrywa się powoli zielonkawym nalotem.

Od tego wieczoru widziałem już ojca tylko z pochyloną głową. Im bardziej głowa opadała, tym wyżej podnosiły się jego ramiona. Zaczął mówić cichszym głosem, chodzić mniej pewnie i jeść bardzo wolno.

Przez cały ten czas nikt Tojby nie widział. Nikt o niej nie wspominał. Została przez nas zapomniana. Tylko Jankiel, syn bałaguły Jarme, mój przyjaciel, zaciągnął mnie kiedyś do omnibusu i gorącym szeptem, wydobytym nie z gardła, lecz z głębi ciała zapytał mnie:

— Sam widziałeś? Na własne oczy?

— Tak, na własne oczy.

— Powiadasz, że w śniegu?

— Tak. W śniegu.

— Jak to wyglądało?

Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. W zasadzie nie chciałem mu opowiadać. Po co ma wiedzieć, jak to wyglądało. Czy to jego interes? Czego się wtrąca w sprawy naszej Tojby?

Obiecał mi, że jego ojciec zawiezie mnie omnibusem aż do karczmy. Ja wolałem jednak nie korzystać z proponowanej jazdy. Koniec więc z Tojbą. Nie ma Tojby. Jej imię wisi na ścianach naszego mieszkania. Tkwi w zmęczonych oczach ojca, w zaciśniętych ustach mamy i w mojej wybujałej wyobraźni. Ale o Tojbie nikt nie mówi. Ani ojciec, ani mama, ani Jankiel.