Rozdział XX

Rankiem w dzień święta Purim ojciec nie wyjechał na wieś. Po śniadaniu ubrał sobotnią kapotę, włożył sukienną czapkę, wziął do ręki laskę i niczym kupiec wyszedł na ulicę. Mama zdmuchnęła mu z ramienia zaprószone jakieś piórko i powiedziała, żeby na czas wrócił do domu. Sama zaś wzięła się za przygotowywanie pieczywa. Ciasto do pieczenia już było gotowe.

W mieszkaniu pachniało cynamonem i oliwą. Heman tasz69, duże trójkątne ciasta, wyjęte z pieca były brązowe. Prawdziwe pomarańcze przywiózł tato ze sklepu. Były czerwone, jakby wypełnione krwią. Kupił też pół tuzina polskich liter, uformowanych z cukru i krochmalu. Na stole postawił butelkę iskrzącego się wina z Ziemi Izraela i położył też torbę z rodzynkami i kilka tureckich orzechów, których żaden człowiek na świecie nie był w stanie rozłupać.

Do wieczornej uroczystej kolacji mieszkanie zostało dokładnie posprzątane. Zapalono wszystkie światła. Podłoga, którą mama kilka razy wyczyściła, błyszczała czerwienią jak wino w butelce na stole. Lampa i dwa posrebrzane lichtarze objęły mieszkanie ciepłem zamożności. Wydawało się, że broda ojca, uczesana, czysta, zajmuje przy stole naczelne miejsce. Gdyby nie zmęczone oczy, które od nieszczęścia z Tojbą oblekły się mgiełką senności, można byłoby odnieść wrażenie, że na ojca nagle spadło wielkie szczęście. A może rzeczywiście tak się stało?

Oto mama zaprosiła na uroczystą kolację starą Gitele, wdowę po szklarzu Josele. Biedaczka nosiła zimą i latem ten sam długi, czarny strój w rodzaju żupanu, jaki noszą mężczyźni. W ręku trzymała podartą parasolkę, z którą nigdy się nie rozstawała. Mama twierdziła, że ta parasolka służy jej lepiej niż własne nogi. Nie omieszkała też podkreślić, że Gitele jest kobietą uczoną. Potrafi nie tylko czytać Biblię, ale objaśnić ją i komentować. Niestety jest biedna, ale mama uważa za zaszczyt, że Gitele przyjęła zaproszenie na ucztę purimową.

Siedzi teraz Gitele u nas. Ma na sobie ten sam czarny, długi żupan. Na jej głowie dynda niczym grzywa u gniewnego koguta czerwona kokarda. Wychudła twarz zdaje się być w ciągłym ruchu. Małe, cienkie, jakby zasznurowane wargi, są ledwie widoczne. Jest tak mała, że zajmuje tylko pół krzesła. Zdaje się, że jest też głucha. Tylko w małych czerwonych oczach tli się ogień.

Mama jest lekko zaczerwieniona. Żabocik na czarnej bluzce z haftem wygląda bogato. Hojną dłonią wynagradza przybyłych aktorów purimowych, którzy odśpiewali na chybcika aktualną pieśń Dobry anioł purimowy.

Mama odkrawa kawałek strudla, wyjmuje z kredensu największy heman tasz, dokłada do niego cukrową literę, którą ojciec kupił dzisiaj w mieście i zanosi to wszystko do sąsiada — Polaka, starszego strażnika. Biedaczek nie ma przecież pojęcia, czym jest Purim.

Ojciec kładzie na talerzu pomarańczę, ozdabia ją gałązką suszonych rodzynek, odkłada na bok dwa tureckie orzechy i kawałek strudla. Przykrywa to białą serwetką, na koniec wręcza mi jedyną butelkę wina i każe mi to wszystko zanieść jako prezent purimowy wujowi Ben-Cijonowi.

Mama robi mu z tego powodu wymówkę:

— Ile butelek wina masz, że robisz z tego prezent?

— A co mam robić? Nie posyłać prezentu?

— Ben-Cijon obejdzie się bez tego wina.

— Nie martw się — odpowiada ojciec — Ben-Cijon przyśle w rewanżu butelkę wina znacznie lepszego.

Ja też się martwiłem. Cały czas czekałem na odkorkowanie butelki. Chciałem skosztować wina, a tu ojciec posyła je w prezencie purimowym temu pisarzowi gminnemu, Ben-Cijonowi. Czy jemu brakuje wina?

Ale skoro ojciec posyła mnie do niego, to przecież nie powiem, że nie chcę iść. Z bólem w sercu wziąłem prezent i udałem się do szwagra ojca.

Na ulicy spotykam wielu chłopców. Wszyscy niosą przykryte serwetką talerzyki z prezentami. Niosą je również Żydzi z brodami. Widać też komediantów, aktorów gier purimowych. Twarze czerwone i nosy spuchnięte. U nas drzwi są dla nich otwarte, ale u wuja Ben-Cijona są one zamknięte. Ja nie jestem komediantem, więc muszę głośno krzyczeć, żem syn Lejzora, handlarza siana, i że przyniosłem prezent purimowy. Służąca patrzy przez szparę i jeszcze raz pyta, kim jestem. Chce też wiedzieć, co przyniosłem i do kogo przychodzę.

— Do wuja Ben-Cijona — odpowiadam. Głupia baba, przecież doskonale wie, o co chodzi. Dopiero teraz otwiera drzwi i idzie za mną, aż do drugiego pokoju. Teraz pokój u cioci Noemi jest oświetlony nie tak, jak to bywa w zwykłe dni święta Pesach i Sukkot.

Teraz stół stoi w środku pokoju. Jest duży, nakryty białym obrusem. Dwie lampy oświetlają pokój. Jedna zwisa z sufitu, druga stoi na stole. Widać na nim dwa ciężkie, srebrne, rzeźbione lichtarze. Na obrusie mienią się barwami wazy z pomarańczami, daktylami i różnego rodzaju cukierkami. Stoją na nim również butelki wina. Jest ich tyle, że nie potrafię ich zliczyć. Dlaczego potrzebna im była jeszcze nasza jedyna butelka?

Wuj Ben-Cijon siedzi na honorowym ojcowskim miejscu. Na głowie ma nową, ośmiokątną, jedwabną jarmułkę. Broda jego jest dzisiaj bielsza niż zwykle. Od przejedzenia jest trochę rozleniwiony. Jego synek Mendel, w nowym ubraniu, w koszuli ze sztywnym kołnierzykiem i czarnym krawatem, rozsiadł się tak jak jego ojciec. Wygodnie i szeroko. Twarz ma zarumienioną. Ręce białe i czyste. Tylko usta ma zaciśnięte, jakby go coś bolało. Na mnie nie patrzy. Nie będzie przecież patrzeć na wszystkich chłopców, którzy przynoszą prezenty świąteczne.

Ciotka Noemi szeleści strojem. Widzę, jak mienią się fałdy jej czerwonej, jedwabnej sukni z bufami przy rękawach. Na szyi błyszczy złota broszka, okrągła, w kształcie skręconego węża. Jej śniada, pobożna twarz, a zwłaszcza oczy, uśmiechają się.

— A więc — powiada — przyniosłeś purimowy prezent? Chwała Najwyższemu. A co porabia ojciec? Dobrze... Dzięki Bogu! A mama jak się ma? Tak, no trudno...

Stoję w środku pokoju. Nie wiem, czy wstyd mnie chwycił, czy strach ogarnął przed tymi obcymi ludźmi, którzy siedzą przy stole. Czuję, że cały płonę. Chciałbym stąd uciec. Nie jest mi tu dobrze.

Ciotka Noemi nakłada na nasz talerz dwie małe pomarańcze, kilka fig i ze dwa-trzy nadpsute daktyle. Potem, kiedy zbieram się już do wyjścia, podaje mi ze stołu dużą, pokrytą kurzem butelkę wina i wpycha do ręki monetę. Czuję, że to dwadzieścia groszy. Cieszę się, ale bardziej jeszcze zadowolony jestem z tego, że misję posłańca z prezentem purimowym mam już za sobą. Że nie muszę już oglądać tych ludzi, którzy nie spuszczają ze mnie oka. Śpieszę więc do domu. Jeszcze mam zanieść dziś szalech mones70, czyli prezenty purimowe dziadkowi i cioci Miriam. Od niej nie muszę już wracać na noc do domu.

Ciotka Miriam swoimi małymi, ciepłymi rękami zdejmuje ze mnie płaszcz, sadza mnie do stołu i nie pozwala iść do domu na noc. U niej święto Purim jest jakoś radośniejsze. Jedyny jej synek, Chaimek, tańczy w pokoju niczym niedźwiadek. Pokazuje, jak małpa nosi wodę, jak kogut pieje, jak kot czyha na mysz. Lea, najmłodsza jej córka, recytuje wiersze po polsku i śpiewa piosenkę o Wandzie, która nie chcąc wyjść za mąż za Niemca, rzuciła się w toń Wisły.

Z powodu tego wszystkiego, a także dlatego, że strudel cioci Miriam jest smaczniejszy od wszystkich strudli w mieście, chciałbym być u niej jak najprędzej.

Kiedy wracam od wuja Ben-Cijona, widzę, że wszyscy na mnie czekają. Świece wypaliły się do połowy. Gietele drzemie. Stawiam na stole szalech mones od cioci Noemi i cichym głosem mówię do mamy, że dostałem od niej dwadzieścia groszy.

Mama krzywi się i powiada:

— Czy koniecznie trzeba było brać?

Mówiąc to, patrzy kątem oka na to, jak ojciec ostrożnie zdejmuje serwetkę z prezentu cioci Noemi. Tato, dumny, powiada:

— Zobacz, jak piękny prezent przysłała mi Noemi!

Podnosi do światła butelkę wina. Ogląda ją od góry do dołu, po czym stawia na stole powoli, jakby miał do czynienia z chorym dzieckiem.

— Drogie wino — cedzi przez wargi — musi kosztować majątek.

— A co ty myślisz — drwi mama — bogacze mają ambicję wydawać pieniądze. Nie inaczej.

— A ja ci powiadam — mówi tato i znowu bierze butelkę pod światło — że to wino jest bardzo drogie.

— Możesz je zakwasić...

Ojciec zabiera się do przygotowywania nowego talerza z prezentem. Wybiera dwie małe figi, nadpsutą pomarańczę i kawałek strudla.

Sądzę, że będę musiał to zanieść do Mordechaja Sztroja, wspólnika taty.

Mama owija mi szyję ciepłym szalikiem i pyta:

— Ładnie tam u cioci Noemi?

— Bardzo ładnie.

— Dużo tam gości?

— Dużo.

— Co ci powiedziała?

— Że was pozdrawia.

— A ich „brylancik”, Mendel, widziałeś go?

— Tak, paraduje w koszuli z białym kołnierzykiem i krawacikiem.

— Ubiera go tylko w białe kołnierzyki. Czy z niego dziewczynka?

Prezent dla Motla Sztroja jest już gotowy. Mama odprowadza mnie do drzwi i powiada, żebym zaraz wrócił, bo czeka mnie jeszcze wizyta u cioci Miriam.

— Jasne — mówię — czy mógłbym o tym zapomnieć?

Już mam wyjść z domu, kiedy nagle otwierają się drzwi i do kuchni wsuwa się jakaś smętna postać. W kuchni panuje mrok. Trudno rozpoznać jej twarz. Wydaje się, że to jakaś biedna kobieta. Zatrzymuje się w drzwiach, jakby przyszła po jałmużnę.

Nie mogę wyjść. Ta biedna kobieta zasłania sobą drzwi. Mama nie pyta jej, czego chce. Po chwili jednak przesuwa się ku oknu i stamtąd zdławionym głosem pyta:

— To ty, Tojbo?

Zrobiło mi się gorąco. Niewiele brakowało, a talerzyk z prezentami wypuściłbym z rąk. Dopiero teraz poznałem w smutnej kobiecinie Tojbę. Kiedyś twarz jej była śniadobrązowa, piękna. Teraz sczerniała i zapadła się. Zdaje mi się, jakby Tojba urosła. Jej oczy już nie są niebiesko-zielone. W ogóle nie są to oczy, ale dwa okrągłe bardzo czarne kółeczka. I stoi jakoś inaczej, nie wyprostowana jak dawniej, ale przekrzywiona, przełamana. Może źle się czuje?

Mama widocznie też poczuła się źle. Wydaje mi się, że straciła kontrolę nad swoimi rękami i nogami, bo oto chce przejść do drugiej izby i naraz zatrzymuje się. Rozgląda się po kątach, jakby czegoś szukała.

I nagle wzrok jej pada na kuchenny taboret. Nogą podsuwa go do drzwi, w których stoi Tojba, a sama opiera się rękami o stół, obraca głowę ku oknu.

Tojba nie siada. Nieruchomymi oczami patrzy na podsunięty taboret. Chcę jej powiedzieć, żeby usiadła i odpoczęła, ale Tojba otwiera z powrotem drzwi i chce wyjść.

Mama się zrywa, podbiega do drzwi i woła:

— Dokąd idziesz? Wejdź do środka!

Mama nie wie, co począć z rękami. Chce objąć Tojbę, ale trafia rękami futrynę. Z drugiego pokoju wychodzi powoli Gitele. Oczami krótkowidza rozgląda się po ciemnej kuchni i przeciągłym, śpiewnym głosem pyta:

— Czy to ty, Frumet?

— Co jest, Gitele? Czy pani czegoś chciała?

— Nie, kochanie, czego mogłabym chcieć? Po prostu chcę już sobie pójść. A kto tam stoi w drzwiach?

Mama nie odpowiada. Staje między Gitele a drzwiami, jakby chciała zasłonić Tojbę przed małymi, żywymi oczami staruszki.

Tato chyba coś usłyszał albo potrzebował czegoś z kuchni. Wszedł szybkim krokiem, jakby nieco wzburzony. Wyglądał na rozgniewanego. Zauważywszy mnie, zawołał:

— Jeszcześ nie poszedł?

Chciałem mu powiedzieć, że... ale w tej chwili spojrzał na drzwi, w których stała Tojba. Brwi nad jego oczami podniosły się. Stał jak wryty, nie mówiąc słowa. Po chwili jednak rozległ się głos niepodobny do głosu ojca.

— Won stąd, ty... Józko!

Jeszcze brzmiał mi w uszach ten obcy głos, kiedy zauważyłem dwie podniesione pięści sunące ku drzwiom.

— Odważyłaś się przyjść do mego domu? Precz stąd!

W tej chwili mama wskoczyła między podniesione pięści ojca, a stojącą w drzwiach Tojbę.

— Lejzorze — krzyknęła — nie waż się dotknąć Tojby!

— Niech natychmiast wynosi się z mego domu!

— Lejzorze, nie pozwolę... To twoja córka!

— To suka, a nie córka! To wysoka Józka! Dosyć zmartwień mi przysporzyła.

Tojba pochylała się coraz bardziej ku ziemi, jakby ją ktoś do niej naginał. Drzwi same się jakby otworzyły i Gitele, stawiając drobne kroczki, powoli się przez nie przemknęła. Tojba wyszła za nią. Ojciec chciał zamknąć drzwi na klucz, ale mama zabiegła mu drogę i wyrwała klucz z ręki.

— Oddaj klucz! — zawołał, szczerząc białe zęby.

— Nie oddam!

— Natychmiast daj mi go!

— Lejzorze, przestań. Mówię ci, daj spokój. Jeśli nie przestaniesz, opuszczę dom i nie będziesz nawet wiedział, gdzie spoczną moje kości.

Ojciec zacisnął wargi. Wrócił do pokoju z opuszczonymi, jakby martwymi rękami. Po drodze rzucił jeszcze brzydkie słowo pod adresem Tojby. Właściwie było to nie słowo, ale kamień. Poczułem ból w skroniach. Mama poruszyła ramieniem, jakby ją coś ukłuło.

— Mendel — powiedziała do mnie — leć za nią i powiedz, żeby zaczekała.

Na dworze było zimno. Na progu sieni siedziała Tojba, skulona w kłębek.

— Tojbo — powiedziałem, przysiadając się do niej — mama kazała ci czekać.

Poczułem na twarzy rękę Tojby.

— Jesteś może głodna, co?

— Nie, nie jestem głodna — odpowiedziała suchym, słabym głosem.

— Mam tu prezent purimowy, może chcesz, Tojbo?

— Nie, Mendelku, bardzo ci dziękuję.

— Mam pomarańczę. Weź, jedz!

— Nie trzeba, Mendel, zanieś to tam gdzie trzeba.

Od ogrodu wiał wiatr. Niebo było niemal czerwone. U starego strażnika w domu zaszczekał pies. Szalech mones do Motl Sztroja już nie zaniosłem. Do ciotki Miriam również nie poszedłem. Siedziałem na dworze z Tojbą tak długo, aż drzwi po cichu otworzyły się i usłyszałem głos mamy:

— Mendel?

— Tak, mamusiu...

— Gdzie jesteś?

— Tutaj, z Tojbą.

Mama podeszła do nas. Pochyliła się nad Tojbą i powiedziała:

— Wejdź, Tojbo, on już śpi.

— Dziękuję, ciociu, ale ja już wolę tu poczekać.

— Nie mów głupstw. Wejdź, pościelę ci w kuchni.

— Serdecznie dziękuję.

— Później mi podziękujesz. Zapewne jesteś głodna?

— Nie jestem głodna.

— Wstań już. Jest przecież zimno.

Tojba nadal siedziała. Pies starszego strażnika znowu zaszczekał.

— Chodź, Tojbo — powiedziałem i czule pogłaskałem moją siostrę po twarzy — zjesz coś. Przecież mamy dzisiaj święto Purim.

Tojba zaczęła płakać. Poczułem jej łzy na dłoni. Kiedy znalazła się już w kuchni i mama pomagała jej zdjąć wierzchnie okrycie, Tojba przypadła do rąk mamy i zaczęła je całować.

— Przestań — zawołała mama — potem mnie będziesz całowała, a teraz zjedz coś.

Drzwi od kuchni do pokoju, w którym spał tato, były zamknięte. Mama podkręcała knot w lampie. Piękna twarz Tojby była teraz zielona. Policzki zapadłe. Z dawnej Tojby nic nie zostało. Tylko włosy się nie zmieniły. Granatowe z białym przedziałkiem pośrodku. Tak jak u pobożnych kobiet z bogatych domów.

Tojba pozostała w naszym domu. Ojciec chodził bardziej pochylony. Wychudłe ramiona stały się teraz szpiczaste. Zdaje się, że ze słuchem też było gorzej.

Z domu bogacza, u którego Tojba służyła, mama przywiozła jej kufer. Tojba nie otworzyła go. Nie chciała nawet wiedzieć, co w nim jest. Po domu chodziła milcząca.

Skoro świt, zanim jeszcze chłop zdążył zapukać w okno, zrywała się ze snu i po cichu zapalała pod kuchnią. Nikt nie słyszał, żeby rąbała drwa albo tarła zapałkę. Ogień jakby sam się zapalał. Śniadanie, które gotowała dla ojca, jakby samo się robiło.

Pewnego dnia ojciec zauważył to. Tego ranka wstał wcześniej niż zwykle. Wszedł do kuchni z tałesem na ramieniu. Tojba właśnie rozdmuchiwała ogień. Na fajerkach stał już garnek wody i miska obranych kartofli. Na jej widok zawołał:

— Nie, rozpustna dziewko! Nie wezmę do ust twego świńskiego jedzenia.

Śniadanie ojca pozostało na stole nietknięte. Szary opar rozszedł się po szybach. Po brzegu talerza łaziła mucha. Ojciec wyszedł z domu na czczo. Tojba siedziała na łóżku i płakała.

Od powrotu ze szpitala Tojba często płakała. Mama przeważnie przebywała u ciotki Miriam albo u babci Racheli. Tojba sama sprzątała, gotowała, szykowała wszystko na sobotę i płakała.

Kiedy ojciec spożywał posiłek, Tojby nie było w domu. Siedziała na progu za drzwiami. Dopiero po tym, jak ojciec wypowiedział błogosławieństwa i położył się spać, Tojba wchodziła do pokoju, sprzątała ze stołu i sama zabierała się do jedzenia.

Soboty od chwili przyjścia do nas Tojby, stały się smutne.

Nawet pieśni poobiednie ojciec wyśpiewywał w smutnej tonacji. Mama również smutno czytała Biblię kobiecą. Tojba przy stole nie siedziała. Ona sobotę spędzała w kuchni na żelaznym łóżku.

Nawet w Pesach Tojba nie siedziała przy stole podczas sederu71. Sama jednak całe święto przygotowywała. Naharowała się jak Żydzi w Egipcie przy budowli piramid. Do stołu zaś podawała mama. Rytualny kielich wina do wypicia mama zanosiła jej do kuchni.

Przy wersecie z Hagady, Boże wylej swój gniew, który ojciec w tym roku wymówił, jakby wykrztuszając z płuc krew, mama, a nie Tojba, otworzyła drzwi.

Tojba wpatrywała się w otwarte, ciemne drzwi szeroko rozwartymi oczami. Zdaje mi się, że dopiero teraz odzyskały swój dawny, podwójny kolor niebiesko-zielony. Odnosiło się wrażenie, że spodziewa się, iż przez otwarte drzwi nadejdzie dla niej zbawienie.

Kiedy jednak drzwi znowu się zamknęły i zbawienie nie nadeszło, Tojba zaczęła płakać. Tato dalej czytał Hagadę. Gdybyśmy nie wiedzieli, że ojciec jest zbyt cichy z powodu głuchoty, to można by sądzić, że również jego dławią łzy.