Rozdział XXI

Po święcie Pesach biało-czerwone kwiecie na kasztanach przybrało kształt ramion świecznika. Zza płotów i wapnem pomalowanych parkanów zwisały białe i niebieskie gałązki bzu. Wyglądały jak żywe, kolorowe ptaki.

Nasze duże, rozjeżdżone podwórze z omnibusem bałaguły Jarme i z okiennicami w oknach, kąpało się w słońcu i zieleni. Z chederu wracaliśmy, kiedy dachy żarzyły się jeszcze czystym złotem. W powietrzu roiło się od brunatnych chrabąszczy, które pachniały miodem.

Latem mnie i Jankielowi przybyło wielu nowych kolegów. Byli to chłopcy z innych podwórek, o innych obcych imionach. Przychodzili do nas wieczorem, żeby posłuchać opowieści Jankiela.

Wcale nie wiedziałem, że Jankiel z piegowatą twarzą, którego macocha nazywała nie inaczej, tylko ganew, czyli złodziej, posiada tak bogatą skarbnicę opowieści. Nie na próżno powierzono mu rolę biblijnego Józefa.

A słuchali opowieści Jankiela nie tylko nowi koledzy i nie tylko Janinka, córka starszego strażnika, ale nawet moja siostra, Tojba, która sama już mogła mieć dziecko, przychodziła słuchać Jankiela.

A Jankiel opowiadał o cielętach i kozach, które nie były cielętami, ale zamaskowanymi diabłami. Opowiadał o pewnym Żydzie wędrowcu, który pieszo przemierzał morza i oceany, nie umoczywszy połów swojej kapoty. Znał też bajkę o jakimś okrutnym rozbójniku, który nosił złoty pasek i złotą szablę.

Ten okrutny rozbójnik wziął siedem cesarskich córek i uczynił z nich nałożnice. Ich ojców — cesarzy zarżnął i sam stał się cesarzem sprawującym władzę nad całym światem.

Te siedem nałożnic urodziło mu po siedmioro dzieci — chłopców i dziewczynki. Każde z tych dzieci miało po siedmioro kolejnych dzieci i trwało to tak długo, aż cały świat zaludnił się dziećmi rozbójnika i dziećmi jego dzieci.

— Nawet nasi ojcowie i nasze matki — powiedział Jankiel — oraz nasze babcie pochodzą od tego rozbójnika, gdyby tak nie było, świat by nie istniał.

Jankiel swoje bajki opowiadał na pół po żydowsku, na pół po polsku. A posługiwał się językiem polskim po to, żeby Janinka, córka starszego strażnika mogła zrozumieć jego opowieści.

Janinka w ciągu zimy wyrosła. Na policzkach teraz miała dwa czarujące dołeczki, a o cerze można było powiedzieć: krew i mleko.

Nikt na to nie wpadł, ale ja doszedłem do wniosku, że Jankiel opowiada te bajki nie mnie i nie tym nowym kolegom, ale wyłącznie Janince. A ona siedziała u jego nóg i patrzyła na niego oczami pełnymi zadumy. Kiedy opowiadanie dobiegało końca, Janinka szturchała Jankiela w kolano i prosiła:

— Jankiel, opowiedz jeszcze jedną bajkę... Janinka cię o to prosi.

Kilka razy widziałem, jak Jankiel siedział z Janinką na koźle omnibusu i zajadali się czymś z jednej papierowej torebki.

Jankiel opowiadał mi kiedyś, że Janinka namawiała go do tego, żeby został gojem. Nie od razu, ale później, kiedy będzie dorosły. Jej ojciec, powiedziała, zrobi z niego strażnika. Pobiorą się i będą mieszkali na ulicy Spacerowej, tam gdzie mieszkają wszyscy goje.

Jankiel opowiedział mi to w najgłębszej tajemnicy. Powiedział mi, że się nie wychrzci, że nie chce być gojem. Gojów nie lubi. Ale z Janinką się ożeni.

Słuchając jego zwierzeń, poczułem, jak krew uderza mi do skroni. Zdawało mi się, że już jutro Jankiel wychrzci się. Powiedziałem mu, że jeżeli to zrobi, straci zarówno ten, jak i tamten świat. Skazany zostanie na męki piekielne. Jest to straszna cena. Smażą i pieką, rozżarzonymi obcęgami wyrywają włos po włosie z głowy i paznokieć po paznokciu z rąk i nóg. Najpierw wypalają jedno oko, potem drugie. Kiedy już jesteś ślepy, przywracają ci wzrok i na nowo zaczynają wypalać jedno, potem drugie oko. I wreszcie, dodałem, na tamtym świecie chodzi sobie taki diabeł, który nożycami obcina grzesznikowi codziennie jeden kawałeczek kutasa.

Jankiel oblewał się potem, nie mógł złapać tchu.

— Skąd wiesz? Byłeś przy tym?

— Co znaczy, skąd wiem? A kto o tym nie wie?

Jankielowi najwidoczniej moje słowa utkwiły w głowie. Zaczął unikać Janinki. Wieczorem nie przychodził już opowiadać bajek. Zdaje się, że i mnie zaczął unikać.

Kiedy nadeszły gojskie Zielone Świątki, mama wróciwszy z miasta opowiadała nam, że widziała Jankiela stojącego przy kościele podczas procesji. Stał bez czapki i patrzył na noszone przez młode siksy w białych sukniach krzyże i obrazy z Matką Boską. Janinka szła w procesji. Niosła czerwoną, aksamitną poduszeczkę, a na głowie miała wianuszek z niebieskich kwiatków. Ta nowina wprawiła nas w smutek. Jeśli Jankiel stał z obnażoną głową przed procesją, to znaczy, że ma zamiar się wychrzcić. A może już się wychrzcił? Czekałem na niego co wieczór przy drzwiach naszego domu. Nikt go jednak ostatnio nie widział. Zniknął. Nie pokazywał się.

Spotkałem go dopiero podczas naszych świąt Szawuot. Siedział znowu na koźle omnibusu z Janinką. Od razu się domyśliłem, a i serce mi podpowiedziało, że się nie wychrzcił. Po pierwsze, mówił po żydowsku, a po drugie gdyby, uchowaj Bóg, się wychrzcił, to nie siedziałby tak swobodnie łuskając dyniowe pestki.

Zapytałem Jankiela, gdzie przebywał cały czas. Dlaczego nie było widać ani jego, ani Janinki?

Na to pytanie odpowiedziała mi Janinka. Wyjaśniła, że kiedy chodzi z procesją i modli się w kościele, nie wolno obcować jej ani z Jankielem, ani ze mną. To grzech, oświadczyła. A że teraz procesje się skończyły, przyszła znowu do nas.

Toteż zabraliśmy ją w przededniu święta Szawuot nad staw Zamłynie, żeby narwać tataraku. Janinka weszła do stawu w podkasanej spódnicy. Na jej brązowym ciele mieniły się złote jasne włoski. Jankiel do stawu nie wszedł, położył się na trawie i przyglądał się, jak zrywamy razem tatarak. Kiedy wyszliśmy z wody z dużymi naręczami tataraku, oczy Jankiela zaszły mgłą. Nie patrzył nam w twarz.

Janinka z podkasaną spódnicą promieniała uśmiechem. Nagle przestała się uśmiechać. Zdaje się, że jej oczy też zaszły mgłą.

Szybko opuściła spódnicę i zapytała Jankiela, czy się na nią gniewa. Jankiel nie odpowiedział jej. Twarz miał gniewną. Zdawało mi się, że znikają z niej piegi, a w ich miejsce tworzą się dziurki.

Wziął od nas naręcza tataraku i sam je zaniósł do domu. Po drodze nie odzywał się. Janinka miała do mnie pretensje, że kazałem jej zrywać tatarak bez Jankiela. Ja zaś wcale jej nie kazałem.

Zresztą Jankiel nie miał ochoty wchodzić do wody. Żałowałem, że poszedłem z nimi. Widocznie ja byłem przyczyną gniewu i milczenia Jankiela.

Kiedy jednak dotarliśmy do podwórza domu i poczuliśmy zapach wspaniałego maślanego ciasta, Jankiel doszedł do siebie. Natychmiast wyścieliliśmy podłogi i obwiesiliśmy ściany domu przyniesionym tatarakiem. Nie zapomnieliśmy też o mieszkaniu starego strażnika.

Żona bałaguły Jarme przyszła do nas, żeby pokazać, jak pieczywo się jej udało. Mama zaś pokazała swoje serniki żonie starego strażnika. Nie tylko pokazała, ale też poczęstowała i obiecała, że jak Bóg da, to jutro opowie jej wszystko o święcie Szawuot.

Mama lubiła opowiadać. Wiedziała, że robi to dobrze. Toteż następnego dnia wypełniła obietnicę. Miało się już ku wieczorowi. Powietrze było chłodnawe. Na niebie tu i ówdzie rysowały się czerwone obłoczki. Mama i rosyjska żona strażnika siedziały na progu naszego mieszkania. Mama opowiadała jej po polsku, kim była biblijna Rut i jej mąż Boaz. Mówiła, że Rut, która była gojką, powiedziała po śmierci męża do żydowskiej teściowej Noemi: „Twój Bóg jest moim Bogiem i twój naród jest moim narodem”.

Opowiedziała też o tym, jak Rut przyszła do Boaza na pole, żeby zbierać kłosy i o tym, jak potem pojawił się król Dawid, który umiał pięknie grać na harfie i śpiewać jak ptak.

Jankiel, który sam umiał opowiadać najpiękniejsze bajki, siedział teraz i przysłuchiwał się opowiadaniu mamy. Janinka oparła się o kolana mojej mamy i szeroko otwartymi niebieskimi oczami wpatrywała się w usta mamy, chłonąc każde jej słowo.

Patrzyłem na Jankiela. Zdawało mi się, że jego oczy przybrały teraz błękitny kolor oczu Janinki. Nagle wyobraziłem sobie, że Jankiel to nie Jankiel tylko Boaz a Janinka to Rut.

Jedna tylko różnica. Nasze podwórze nie jest ornym polem, na którym rosną kłosy. Na tym podwórku Rut nie może wyjść do Boaza. Ale skoro Jankiel mógł być sprawiedliwym Józefem, to dlaczego nie może stać się Boazem?

Drugiego dnia święta Szawuot siedzieliśmy razem z Jankielem na podwórzu i patrzyliśmy na sad, gdzie słońce wisiało nad drzewem jak duże płonące koło. Jankiel pogniewał się z rodzicami. Powiedział mi, że rano spóźnił się na modlitwę do bóżnicy. Jego ojciec podszedł wtedy do niego i na oczach modlących się ludzi wymierzył mu tak siarczysty policzek, że Jankiel o mało nie zalał się krwią.

Jankiel oświadczył, że nigdy tego ojcu nie daruje. A ojciec doprowadzi do tego, że jeszcze ucieknie z Janinką. Będzie tak, jak było z Boazem i Rut.

Poczułem, że robi mi się gorąco. Wczoraj porównałem w myślach Jankiela i Janinkę do Boaza i Rut, i oto Jankiel użył tego samego porównania.

— Dobrze, ale Boaz — zauważyłem — nie wychrzcił się.

— Skąd wiesz?

— Co znaczy, skąd wiem? Przecież jest to napisane w Torze.

— A czy ja mówię, że się wychrzczę?

— A co innego zrobisz?

— Janinka przejdzie na judaizm.

— A co na to powie starszy strażnik?

— Czy on musi wiedzieć?

Nie wiem dlaczego, ale w tej chwili przypomniałem sobie smutną historię o oszuście Rudolfie, który w nocy wykradł z pałacu córkę księcia Karolinę. Wiedziałem, że rzemieślnicy prowadzą romanse z młodymi szwaczkami. W sobotę wieczorem spacerują pary miłosne na szosie. Słyszałem też piosenki o miłości. Ale jak właściwie miłość wygląda, nie mogłem sobie wyobrazić. Teraz kiedy Jankiel z takim zacięciem mówił o Janince, zrozumiałem, że między nimi kwitnie miłość. Co prawda nie widywałem ich w sobotnie wieczory na szosie, ale pewnego razu przyłapałem ich za parkanem w sadzie. Na mój widok zerwali się i uciekli. Jakiś pies również zerwał się i pognał za nimi. Drugi raz przyłapałem ich na tym, że Janinka trzymała w zębach ciastko, a Jankiel jadł jej z ust. Chyba to właśnie nazywa się miłością.

Z daleka nadchodziła Janinka. Na jej lniane włosy padało teraz słońce, które wychyliło się z sadu. Janinka zbliżyła się do nas, ale w pewnej chwili zatrzymała i zawróciła do domu.

Jankiel popatrzył na mnie z boku i zapytał:

— Nigdzie się nie wybierasz?

— Nie, a o co chodzi?

— O nic, tak sobie pytałem.

Ale po chwili ochrypłym głosem oświadczył:

— Bo widzisz, umówiłem się z Janinką, że dzisiaj będziemy razem zbierać kłosy.

— Jakie kłosy? Skąd tutaj kłosy?

— Powiedziałem jej — oświadczył Jankiel, dysząc — że ona będzie Rut, a ja Boazem. Będę stał w polu, a ona przyjdzie zebrać kłosy.

— Gdzie ty masz tutaj pole? Gdzie masz kłosy?

— To będzie przecież taka gra. Omnibus ojca będzie polem, a leżąca w nim słoma będzie służyła za kłosy. Kapujesz?

— Kapuję. Ale pole mi się nie podoba. Z leżącej tam słomy czuć potem. A w ogóle, co to za głupi pomysł?

— Będzie zabawa, nie martw się.

— Nie martwię się, ale chciałbym brać w niej udział.

— Kim chcesz być? Przecież Boazem nie jesteś, Rut też nie, to kim?

Pomyślałem, że ma rację, ale co mam z sobą począć?

— Wiesz co — powiedział Jankiel — schowaj się gdzieś, ale szybko. Za tymi deskami. Kiedy ja z Janinką już będziemy wewnątrz omnibusu, usiądziesz na koźle. Jeśli ktoś nadejdzie, dasz nam znak. Po prostu zakaszlesz.

W oczach Jankiela płonął zielonkawy ogienek. Taki ogienek miał w oczach, kiedy kulawy goj przyprowadził ogiera do kobyły jego ojca.

— Wiesz co — dodał chwytając mnie za rękę — dam ci scyzoryk.

Nie chciałem od niego żadnego scyzoryka. Czułem, że ta Rut i ten Boaz nie są dla siebie parą. To jakaś niesamowita gra.

Jankiela lubiłem. Nie miałem sił odmówić jego prośbie. Ogarnęła mnie zresztą jakaś gorączka. Gdybym sobie mógł zdawać dokładnie sprawę, to bym chyba przyznał, że sam chciałem mieć romans z Janinką.

Skończyło się na tym, że schowałem się wśród nadgniłych desek. Stąd widziałem, jak Jankiel wlazł do omnibusu. Czerwone pasmo światła słonecznego polazło za nim.

Potem Jankiel gwizdnął. Gwizd długo trwał w powietrzu pustego podwórka. Trwał aż do chwili, kiedy Janinka wyszła z domu i też weszła do omnibusu. Niezgrabnie i z trudem wpakowała się do środka. Sukienka jej się przy tym zadarła obnażając zbyt białą, nieopaloną część ciała.

Kiedy oboje znaleźli się już w środku, wyszedłem spod desek i zgodnie z rozkazem Jankiela, zająłem miejsce na koźle.

Od ulicy nadbiegał pies. Zdaje się, że był to ten sam pies, który niedawno pogonił za Jankielem i Janinką. Obwąchawszy ściany domu stanął na środku podwórza i zaczął kręcić się wokół własnego ogona.

Ja strzegłem Boaza i Rut. W środku pojazdu panowała cisza. Pies przestał się kręcić. Podszedł bliżej i zaczął się we mnie wpatrywać. Widocznie nie spodobałem mu się, bo nagle zaczął szczekać. Z początku nieśmiało, a potem coraz zajadlej.

Na mnie ścierpła skóra. Z wnętrza omnibusu żaden głos nie dochodził. Zdawało mi się, że pies szczeka celowo, bo chce, żeby kto przyszedł i zobaczył, co się tam dzieje.

I faktycznie tak się stało. Oto bowiem otworzyły się drzwi mieszkania starszego strażnika i na progu pojawiła się jego żona, matka Janinki. Rozejrzała się po podwórzu, po czym spojrzała w stronę omnibusu. Pies stał się bardziej zuchwały. Chciał wskoczyć na kozioł. Ognisty pot mnie oblał. Ciarki przebiegły mi po grzbiecie.

Nie wiem, czy rzeczywiście widziałem idącą do omnibusu rosyjską gojkę, czy też tylko wydawało mi się, że idzie do mnie. Jedno tylko pamiętam, że zerwałem się z kozła z okrzykiem: „Jankiel, ktoś idzie!”. Potem zacząłem uciekać.

Gonił mnie głos przerażonej matki Janinki: „Stój! Stój! Gdzie jest Janinka?”. Ten krzyk długo miałem w uszach. Pies za to wciąż biegł za mną i tak wściekle ujadał, że głowa zaczęła mnie boleć.

W pewnej chwili poczułem w łydce wszystkie zęby psa. Upadłem twarzą w rynsztok. Musiałem widocznie nieźle wrzeszczeć. Nie wiem, kto mnie podniósł. Nikogo ani niczego nie widziałem.

Poczułem tylko oddech z czyichś ust, a w uszach zabrzmiał mi tępy, twardy głos:

— Łajdaku! Sukinsynu! Do więzienia!

Następnego dnia wezwano do mnie felczera Icze. Ten pochylił się nade mną tak, że daszek jego skórzanej czapki znalazł się tuż przy moich nogach. Pulchnymi palcami obmacywał mi pogryzioną nogę.

Przy łóżku mama z wypiekami na twarzy drżała z niepokoju. U moich nóg stała Tojba, która nie spuszczała oka ani ze mnie, ani z felczera.

Mama niespokojnym głosem zapytała felczera, czy pies nie był czasem wściekły. Dopytywała się, co ma robić dalej i dokąd pobiec w razie potrzeby.

Icze wysunął do przodu daszek czapki i gniewnie zauważył:

— Nigdzie nie biegaj! Jak będziesz biegała, dostaniesz kamieni w brzuchu. Zapisuję ci taką wodę, z której zrobisz mu kompresy. Co sześć godzin nowy kompres mu przyłożysz. Jeśli stan się nie poprawi, wezwiesz mnie. Postawię mu wtedy pijawki.

— Dlaczego pijawki? Mój Berl nigdy pijawek nie kazał stawiać — skrzywiła się mama.

— Dlatego właśnie umarł, ten twój Berl — odpowiedział Icze kierując raczej słowa do Tojby, niż do mamy.

Mimo że odczuwałem żar w nodze, zdążyłem zauważyć, że brodę i oczy miał skierowane ku Tojbie.

— Jak się nazywasz? — zapytał, łapiąc Tojbę za podbródek.

— Tojba — odpowiedziała moja siostra nieco przestraszona.

— Czyjaś ty? Skąd?

— Tutejsza — odpowiedziała Tojba, odsuwając się powoli od niego.

I nagle jego palce ześlizgnęły się z podbródka na jej pełne, obfite piersi. Zatrzęsła się Tojba i mimo iż felczer Icze był osobą poważaną w mieście i uchodził za specjalistę, zdobyła się na zuchwałość. Energicznie odepchnęła jego ręce i gniewnym głosem zawołała:

— Ja nie jestem chora! Mnie nie trzeba badać!

Felczer Icze zdrętwiał. Broda mu się wykrzywiła. Szybko wyrzucił słowa:

— Nie masz szacunku dla starego Żyda.

— Niech stary Żyd nie pcha się tam, gdzie nie trzeba!

Powiedziawszy to, Tojba odwróciła się do niego tyłem i nie raczyła odpowiedzieć na jego do widzenia.

Przykładali mi kompresy. Na moim łóżku siedziała Tojba i ciepłą ręką gładziła mnie po twarzy. Ojciec nie wiedział, jak i dlaczego pies mnie pogryzł. Przyszedłszy wieczorem do domu nachylił się nade mną, przyłożył rękę do czoła i oświadczył, że dzięki Bogu gorączki nie mam, ale przyłożyć plaster cebuli do nogi nie zaszkodziłoby. Mama się na to obruszyła:

— Na każdą chorobę on ma jedno lekarstwo: cebulę!

Felczera Icze więcej już nie wzywano. Noga goiła się bez jego pijawek.

O tym, co zaszło, w domu nie rozmawiano. Mama przestała chodzić do mieszkania starszego strażnika. Słyszałem, że do Janinki wezwano doktora Przyłęckiego. Biedaczka miała gorączkę. Starszy strażnik zaś poszukuje Jankiela. Chce go wsadzić do więzienia. Jankiel gdzieś zniknął. Tojba powiada, że Jankiel to wściekły pies, łobuz i złodziej. Pogryzł bowiem Janinkę. Czego chciał od tej małej siksy? Ja też nie wiem, dlaczego ją pogryzł. Rzeczywiście wściekły pies z niego. Wiedział, dlaczego uciekał.

Pewnego jednak dnia przychodzi mama i powiada, że bałaguła Jarme dopadł swego gagatka. Ukrywał się podobno u jakiejś gojki nad stawem Zamłynie. Karmiła go kiełbasą. Kupiła mu granatowy kaszkiet ze skórzanym daszkiem i namówiła do wychrzczenia się. Dowiedział się o tym ojciec, bałaguła Jarme. Udał się na Zamłynie i wymierzył chłopcu dwa siarczyste policzki. Ściągnął z niego buty i granatowy kaszkiet, po czym związał chłopaka sznurem. Związanego zawiózł do Warszawy. Kto wie, czy kiedyś zobaczę Jankiela. Zwłaszcza, że moja mama znowu myśli o zamianie mieszkania.