Rozdział XXIII
Ojciec powiedział, że wynajął mieszkanie w Leniwie u znajomego chłopa. Duże mieszkanie z dwoma oknami i gankiem.
Kiedyśmy jednak przybyli do tego znajomego chłopa, okazało się, że nie spodziewał się nas dzisiaj. Tamten kupiec, czyli Motl Sztroj, powiedział mu, że powinniśmy przyjechać do Leniwy dopiero w przyszłym tygodniu. Ale nic się nie stało. Tę noc prześpimy w stodole, a jutro postara się opróżnić dla nas chałupę, w której będziemy mogli spędzić całe lato. Mama zamknęła się w sobie. Milczała. Nie wiadomo było, czy ze złości, czy ze zmartwienia.
Nad wsią zalegała już noc, ale mama nie zamierzała zamknąć parasolki. Ojciec miał pretensje do chłopa:
— Co to znaczy, że nie spodziewałeś się naszego przyjazdu? Przecież wyraźnie ci powiedziałem, że dzisiaj przyjedziemy.
— Ale tamten kupiec coś innego mi powiedział.
Pies wyrywał się ku nam z budy. Dwaj mali, jasnowłosi chłopcy schowali się za ścianą chałupy i stamtąd ukradkiem wystawiali zaciekawione twarzyczki. Żona chłopa, młoda, o dużych, obfitych piersiach, wyniosła z chałupy dwa krzesełka i wytarłszy je fartuchem, powiedziała:
— Proszę, niech państwo siądą...
Dla mnie krzesła nie przyniosła. Obym większego zmartwienia nie miał. Na stojąco lepiej widać niebo z gwiazdami. Nigdy takiego czarnego nieba z tak wieloma gwiazdami nie widziałem. I co z tego, że prześpimy się w stodole? Mnie się zdaje, że mama powinna być z tego zadowolona. Zawsze się spało w łóżku z pchłami i pluskwami, to choć raz spróbujemy przespać się na świeżo skoszonym sianie. To musi być niesłychanie fajne.
Tojba powiedziała mi, że nie ma większej przyjemności od zanurzenia głowy w świeżym sianie. To jakby człowiek leżał między winogronami i jabłkami. Ale ja nie znam zapachu winogron. Kiedy u ciotki Noemi odmawiano błogosławieństwo nad winogronami, u nas zadowalano się śliwkami. Jak by nie było, przespałem tę noc w stodole kamiennym snem. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem, jak przez szpary w ścianach wpadały niebieskie pasemka dnia. Ojca już w stodole nie było. Zaspany uświadomiłem sobie, że nie obudziło mnie pukanie chłopa w okno.
I oto siedzę na zmiętym, wygrzanym sianie. W ciemnym wysokim budynku latają jaskółki. W kącie siedzi mama. Już bez parasolki. Wtulona jak kura we własne pierze. W ustach trzyma lok peruki.
Opodal wygrzebuje się z siana Tojba. Na jej głowie jest teraz więcej siana niż włosów. Ziewa, ręce rozrzuciła na boki.
— Spałaś? — pyta ją mama.
— Spałam.
— A ty Mendel?
— Bardzo dobrze.
— Pchły cię nie gryzły?
— Jakie pchły? Gdzie tam pchły?
— Wiesz, co ci powiem Mendel? Sama nie wiem, jak mi ta noc minęła.
— Widzisz ciociu, że nie taki diabeł straszny, jak go malują.
— Zgoda, ale co noc spać w stodole nie życzę nawet wrogom.
— Nie jest tak źle — odezwałem się.
— Dla niego wszystko dobre...
— Nie trzeba będzie co noc spać w stodole — odezwała się Tojba. — Przecież chłop dzisiaj jeszcze opróżni chałupę.
Chłop rzeczywiście dotrzymał słowa. Wyniósł swoje bety, garnki i miski. Zostawił tylko łóżka, stół, krzesła i święte obrazy na ścianach.
I stało się coś nieprawdopodobnego. Coś przeciwnego naturze. Na łóżko mamy spogląda ze ściany lampka oliwna, która w dzień i w nocy oświetlała ciemną, milczącą twarz Najświętszej Panny z Dzieciątkiem przy piersi. Nad drugim łóżkiem, w którym spałem z ojcem, wisiał drewniany krzyż otoczony czarnymi koralami.
Ten krzyż śnił mi się wiele razy. Zdawało mi się, że schodzi ze ściany i kładzie mi się na sercu. Uciska mnie. Tato miał zamiar powiedzieć chłopu, żeby zdjął obrazy ze ściany, ale mama go powstrzymała:
— Nie rób tego — na jej twarzy pojawił się strach. — Jeszcze tego brakowało!
Przeto z powodu Najświętszej Panny i krzyża ojciec zmuszony był nakładać tałes i tefilin na dworze. Dwaj mali jasnowłosi chłopcy podkradali się, by go podejrzeć i jeden drugiemu powiedział:
— Zobacz, Żyd się modli!
— A niech się modli — powiedziała ich matka. — Jeśli Żyd się modli, to znak, że można mu ufać. A wy wynoście się stąd!
Kiedy nikogo nie było w pobliżu, chłopcy zapytali mnie:
— A ty się modlisz?
— Oczywiście! Wszyscy Żydzi się modlą.
— A dlaczego ty nie nosisz cycełe, jak twój tato?
Powiedziałem im, że jak dorosnę i ożenię się, też włożę takie cycełe, to znaczy tałes. Chłopcy wybuchnęli wtedy śmiechem i od tej chwili wołali na mnie Cycełe. Mnie to nie bolało. Rozumiałem bowiem, że to niestety biedni młodzi szajgecy73, którzy nie mają pojęcia o tym, czym jest tałes, ale z drugiej strony byli to dobrzy chłopcy. Twarze mieli opalone, a w ich niebieskich oczach przebłyskiwał od czasu do czasu nieokreślony lęk. Przyjaciółmi zostaliśmy już następnego dnia. Byłem także zadowolony, że o moim ojcu nie mówili tu „Luzer, handlarz siana”, ale pan kupiec, a moja mama podczas koszenia trawy siedzi na polu i czyta książki. Tu na wsi lepiej poznali się na mojej mamie, aniżeli w mieście. Tu wszyscy już wiedzą, że pani kupcowa jest osobą wykształconą. Wiedzą, że jej pierwszy mąż był starszym felczerem, a jeśli się miało męża starszego felczera to samemu też się zna na chorobach.
Toteż zaczynają przychodzić chłopki. Kogoś kłuje w boku, ktoś inny kaszle, następny ma żółtą cerę. Mama stawia bańki, każe przyłożyć do łyżeczki hiszpańską muchę, nacierać boki słoniną.
Chłopki całują „panią kupcową” w rękę. Jedne odchodzą, przychodzą następne. Autorytet mamy rośnie więc z każdym dniem i z każdą godziną. Odbija się to korzystnie na jej wyglądzie. Jest opalona na brąz. Jej podbródek jest już podwójnie pofałdowany. Chodzi po wsi wyprostowana, smukła, kształtna, z otwartą parasolką nad głową i białym żabocikiem pod szyją. Mnie również jest dobrze w Leniwie. Może nawet lepiej niż mamie. Skoro świt — słońce jeszcze śpi, a koguty zaczynają dopiero piać, zrywamy się ze snu. Ja i mój tato. Myjemy ręce, odmawiamy modlitwę Krias Szma i wyruszamy na łąki. Nisko nad polami unosi się biała para. Taka jak jesienią na szybach. Zielono-żółte zboże stoi z pochylonymi od ciężaru kłosami, jakby zmęczone, senne. Nad lasem wschodzi duże słońce. Wygląda jak złoty talerz. Otwierają się obory. Wypoczęte, leniwe krowy wyruszają na pastwiska.
Powoli para nad łąkami zaczyna rzednąć. Z nisko osadzonych kominów wydobywają się niebieskie smugi dymu. Znak, że w chałupach gotują już w saganach kartofle i barszcz.
Wieś nie jest duża. Około dwudziestu chałup, zbitych jedna przy drugiej, jak mocne, wypełnione worki. Od rana do nocy chałupy są puste. Wszyscy pracują w polu. Dźwięk ostrych kos rozbrzmiewa z bliska i z oddali. Jedno cięcie, drugie cięcie i wilgotna trawa wiernopoddańczo kładzie się jak żywa istota, która nagle zachorowała.
Ojciec modli się w lesie. Ma na sobie tałes i tefilin. W tałesie jest jakby wyższy. Kiwa się i kołysze. A słowa jego modlitwy jakby wkołysały się w wysoką starą sosnę, przed którą stoi. Takiej modlitwy sosna jak długo jest sosną, nigdy jeszcze nie słyszała. Gdzieś w głębi lasu daje o sobie znać kukułka. Młode siksy74, zaharowane, podnoszą głowy, opierają się na chwilę o grabie i liczą, ile razy zakuka kukułka. Dzięki temu wiedzą, jak długo pozostaje im jeszcze czekać na przyszłego męża oraz ile dzieci Bóg im podaruje, jako też, jak długo będą żyły.
W południe, kiedy białe, rozpalone słońce parzy niemiłosiernie, z chałupy wynosi się w glinianych naczyniach-dwojaczkach jedzenie dla pracujących na łąkach mężczyzn. W tym samym czasie Tojba również zjawia się na łące z podwójnymi garnkami. Tojba jeszcze bardziej zbrązowiała niż mama. Na głowie nosi chłopską, kwiecistą chustę. Tu, na wsi, wyrosła i stała się kształtniejsza od mamy. Chodzi nawet jak chłopka, na bosaka. Uśmiech nie schodzi z jej twarzy. Kołysze się w biodrach niczym źrebak.
Mama z nami nie jada. Powiada, że jej nie wypada jeść na łące. Musi mieć stół i obrus. Do jedzenia potrzeba jej widelca, noża i łyżki. Poza tym nie lubi, kiedy obcy zaglądają jej do garnka. Trudno, niech je sama w domu. Gdyby jednak zapytała mnie o zdanie, to powiedziałbym, że nigdy jeszcze jedzenie tak mi nie smakowało jak właśnie w polu, wśród chłopów i siks. Odkładają na bok kosy i grabie. Rozsiadają się na trawie, w cieniu rosnącego zboża albo w lesie pod drzewem. Rozpalone słońce zagląda do garnków. Las szumi jakby zatroskany. Co chwila przelatuje inny, różny od poprzedniego ptak. Słychać coraz inny świergot. Słychać, jak ludzie gryzą i żują.
Ojciec tak samo jak chłopi chodzi boso, w rozchełstanej koszuli. Jest opalony. Czerwono-szara broda czyni go przystojniejszym. Siedzi razem z parobkami i siksami. Chłopi żegnają się znakiem krzyża, ojciec odmawia błogosławieństwo.
Mama zjawia się na polu, kiedy słońce minęło już środek nieba. Przychodzi późno, kiedy już nie ma rosy na trawie, kiedy kukułka już swoje odkukała i kiedy nie czuje się już sytego zapachu spalonego drewna w pasmach dymu ulatującego z kominów. Przychodzi z parasolką. Siada w cieniu na skraju lasu i zaczyna czytać swoje książeczki. Doprawdy nie wiem, po co mamie potrzebne są teraz książki. Dobrze jest czytać zimą, kiedy szyby pokryte są szronem, a w domu bije od pieca ciepło. Niechby lepiej popatrzyła na to, jak ja spędzam z Piotrkiem i Jankiem dzień na polu. Tarzam się w skoszonej trawie. Włażę na stogi. Pomagam w grabieniu siana. I oto chłop daje mi do ręki kosę i uczy, jak się nią obchodzić. Kosa jest za duża dla mnie. Ciąży trochę ku dołowi, ale ja staram się pracować. I oto zjeżdżam ostrzem kosy w nogę. Spada wiązka trawy zroszona moją krwią.
Na ten widok mama zrywa się z krzykiem. Nie potrzebuje wsi. Czego ojciec chciał od niej. Z zamożnej pani, która miała w drzwiach mosiężne klamki, stała się chłopką. A na dodatek musi jeszcze być świadkiem skaleczenia mojej nogi i to tej samej nogi, w którą ugryzł mnie pies.
Ojciec spokojnie wytłumaczył jej, że wieś nie jest winna mego skaleczenia. Winien jestem ja, bo łażę, gdzie nie trzeba. Niech przestanie lamentować, bo goje patrzą i zaczynają kpić. I rzeczywiście, po co ten krzyk, kiedy nic mnie nie boli. Przez jakiś czas kulałem trochę i podskakiwałem jak spętany konik, ale potem, kiedy zagoiła mi się noga, dosiadłem gniadego konia i razem z Piotrkiem i Jankiem harcowaliśmy jak doświadczeni jeźdźcy.
Nie. Moja mama nie ma racji. Tu w tym odludnym zakątku jest lepiej, niż tam w Końskiej Woli z mosiężnymi klamkami na drzwiach. Jest tylko jedno ale. Kiedy nadeszła sobota, ogarniał nas smutek i tęsknota kładła się ciężarem na sercu.
W piątek rano, zanim jeszcze tato i ja wstaliśmy, Tojba wybrała się do pobliskiego miasteczka, żeby kupić funt płotek, kawałek cielęciny i ze dwie chałki. Czulentu nie można było zrobić, a chociaż Tojba była w sprawach kulinarnych specjalistką, jedzenie sobotnie nie miało ani smaku, ani zapachu szabasowego. Brakowało stołu z białym szabasowym obrusem, dwóch posrebrzanych lichtarzy i żółtego piasku na podłodze. Brakowało nawet starej Pawłowej, która paliła nam w piecu. Tu na wsi wieczory piątkowe zapadały później niż w mieście. Nie było słychać trzasku zamykanych sklepów, nie widać było Żydów, którzy spóźniwszy się z łaźni, biegli z mokrymi pejsami i brodami do domów. Tak jak w każdy powszedni dzień, tak i w piątek rozdzwonił się dzwon w kościele. Tak jak zwykle wracają chłopi z grabiami i kosami na ramionach do domów. Idą i śpiewają swoje pieśni. Krowy muczą wieczorem, jak co dzień. Nawet słońce, które w piątek przed wieczornym zapaleniem świec wisi zazwyczaj radośnie u nas w mieście nad synagogą, tu jest jakieś blade, jakby mu zimno było. Nam, jedynym Żydom w Leniwie też było zimno, chociaż zapach faszerowanej ryby i pieczonej cielęciny grzał nasze podniebienia. Pod płomyczkiem oliwnej lampki Najświętszej Panny pachniało szabasowym jadłem, ale uroczystość świątecznego dnia obchodziliśmy w innym miejscu. Opaleni słońcem tygodnia i spoceni od pracy myliśmy się wodą z chłopskiej studni i nie żałowaliśmy mydła. Czyści, wymyci, uwolnieni od powszedniości i chłopskości sześciu dni pracy, wyszliśmy na łąkę, żeby odprawić szabas. Z jednej strony spokojnie kołysało się zboże, z drugiej las zapadał w niebieską drzemkę. Naszym sobotnim stołem była polana między lasem a żytem.
Mama rozpostarła na polanie stary obrus. Wetknęła w dwa kartofle dwie cienkie świeczki i odmówiła nad nimi błogosławieństwo. Nie na stojąco, jak w domu, ale na siedząco. Tu, na pustym polu pod gwieździstym niebem błogosławieństwo mamy nad świeczkami przejmowało nas większym wzruszeniem niż w domu. Modlitwa na cześć soboty, którą ojciec odmówił, miała w sobie więcej świętości niż w domu. Wyprostowany, ubrany w czystą kapotę, opasaną plecionym sznurkiem, zwanym gartl, witał ojciec nadchodzącą wraz z pierwszą gwiazdą na niebie sobotę. Słowa modlitwy Idź oblubieńcze na spotkanie soboty i Zaśpiewają Bogu rozbrzmiewały echem w ciemnym lesie. Teraz na tym polu ojciec nie przypominał owego Luzera z drzemiącymi szarymi oczami, który nie wymagał od życia więcej, niż mu los przeznaczył. Nie był handlarzem siana, który żył z wędrownego handlu. Nie był też „panem kupcem”, który na bosaka w lnianych portkach pomagał chłopu w polu. Teraz ojciec był Żydem Pana Boga. Jednym z tych, którzy wyszli z Mojżeszem z Egiptu i stali pod górą Synaj.
Nabrałem wielkiego szacunku do ojca. Wtórowałem mu w śpiewie i w modlitwie. I chociaż Piotrek i Janek, moi wiejscy koledzy, po cichu podśmiewali się z nas, czułem, że teraz jestem większy i silniejszy od nich. Zauważyłem też, że Tojba również żywi do ojca ogromny szacunek.
Stał się na wsi zupełnie innym człowiekiem. Nie złości się i nie krzyczy na nią. Przyjmuje od niej jedzenie. Nieraz patrzy na nią długo i ciepło.
Sama Tojba też się zmieniła. Pachnie świeżym powietrzem i słońcem.
— Tatusiu — powiada do niego, kiedy spoconemu od pracy przynosi jedzenie. — Masz, posil się.
Tato zostawia wszystko i podchodzi z córką do lasu. Patrzy z zadowoleniem na jej opalone, brązowe mocne nogi, na całą postać. A w sobotę po obiedzie, kiedy zażywa odpoczynku na skraju lasu i po cichu odmawia wersety z Pisma, nagle przerywa i powiada do mamy:
— Co powiesz o Tojbie?
— Co mam powiedzieć?
— Dziewucha, bez uroku, jak dąb...
I po chwili dodaje:
— Gdyby mi się trafił jakiś przyzwoity kandydat do jej ręki?
— Tu, w Leniwie? I do tego jeszcze przyzwoity?
— Świat jest wszędzie taki sam.
— W Leniwie są sami goje.
Tato nie odpowiada. Odmawia z pamięci dalsze wersety i po kilku chwilach odzywa się znowu:
— Szkoda mi dziewczyny.
— Kto jej kazał? — zapytała szeptem mama.
Z lasu wychodzi Tojba. Ubrana w sobotnią suknię, wypoczęta. Na ramieniu ma kwiecistą chustę. Jest piękna. Kwitnie, ale w jej oczach czai się smutek. Nie ma tu na wsi nikogo. Wszyscy kawalerowie rzucają na nią spod daszków czapek płomienne spojrzenie, ale ona stara się ich nie zauważać. Cały tydzień pracuje ciężko w chałupie. Śpi zdrowym snem, oddychając głęboko. Czasami wierci się jednak na posłaniu i mówi przez sen. Po obiedzie błąka się po lesie albo wśród łanów zbóż. Wygląda, jakby kogoś szukała albo na kogoś czekała. A może rzeczywiście się doczeka?