Rozdział XXIV
Było to na początku tygodnia. Tojba gotowała jedzenie na kolację. W polu praca wrzała. I nagle powiał lekki wiaterek. Wysoko na niebie ukazał się mały obłoczek. Trzeba było podnieść głowę i dobrze wpatrywać się w niebo, żeby można było go dojrzeć. Chłopi wytężywszy wzrok stwierdzili, że trzeba przyspieszyć pracę, albowiem zbiera się na burzę. I zaraz wzrosło tempo pracy. Z rozgrzanych ciał lał się pot. Obłoczek zaczął powoli rosnąć. Przesunął się po niebieskim łuku w kierunku jednej z chat. Można było w nim dojrzeć niebieskie błyski. Słońce kilka razy chowało się pod dużym szerokim cieniem niczym pod chłodnym prześcieradłem. Od lasu powiał wiatr. Rozległ się niespokojny pomruk. Ptaki w popłochu zaczęły krążyć nad zbożem. Gdzieś zarżał koń. Z chałupy wybiegła chłopka z zakasanymi rękawami i zaczęła szybko zdejmować z płotu bieliznę. Niebieski cień obłoku, pod którym chowało się słońce, padał teraz na stogi siana. Od suszy unosiły się kłęby pyłu wymieszane z liśćmi, które spadły z drzew. Chłopi zostawili ściętą trawę na łasce losu, a sami chwyciwszy grabie i kosy biegli do pobliskiego kościółka albo do domów. Moja mama uciekła do domu, zaraz po pierwszym dolatującym z lasu pomruku. Ja z ojcem zostaliśmy na polu. Liczyliśmy na to, że burza przejdzie bokiem i ominie nas. I nagle od jednego krańca nieba do drugiego wybuchło gorące niebieskie światło błyskawicy. W chwilę po tym las rzucił w nas pierwszym piorunem. Nie miało sensu dłużej czekać. Ja i ojciec złapaliśmy to, co było pod ręką i zaczęliśmy biec. Za nami biegł drugi piorun. W odróżnieniu od pierwszego, który był jakby okrągły i długotrwały, ten był szpiczasty i krótki. Zdawało mi się, że biegł tuż tuż przy nas. Na podniebieniu osiadł nam zapach siarki.
Biegłem i odmawiałem błogosławieństwa. I nagle niedaleko naszej chaty spadł na nasze głowy ulewny deszcz. Siekł nas z góry i z boku uplecionymi z wody biczami. Tojba wybiegła nam naprzeciw z workiem. W mig zarzuciła mi worek na głowę, schwyciła za rękę i wciągnęła do chaty. Ojciec dotarł do chaty w kilka minut później. Był przemoknięty. Z brody lała się woda. Koszula była przylepiona do ciała.
W oknach sąsiednich chat stały krzyże. U kowala nagle zerwał się parkan. Porwany wichrem poszybował w powietrzu, żeby potem z łoskotem spaść na ziemię. Nikt nie ruszył się z domu. Cała wieś jakby wymarła. Ale oto pokazał się człowiek. Jeden na całym tym wodą zalewanym obszarze. Biegł z opuszczoną głową. Ledwo dysząc wpadł na ganek naszej chaty. Skąd się wziął? Chyba razem z deszczem spadł z nieba. Był chudy jak szczapa, bosy. Miał na sobie długą, czarną kapotę, która błyszczała teraz jak czarna blacha. Z ramion zwisała mu para powiązanych ze sobą butów wypełnionych wodą. Sam zresztą wyglądał jak stary but.
— Niech będzie pochwalony... — powiedział zgodnie z chłopskim zwyczajem i chłopską polszczyzną.
— Na wieki wieków — odpowiedział tato również po chłopsku — a skąd to człowieka niesie?
Przybysz podniósł głowę. Ukazała się chuda, wymizerowana, o wystających kościach policzkowych twarz. Wszyscy spojrzeliśmy na niego z uwagą, a tato po chwili skupienia po cichu go zapytał:
— Zdaje się, że Żyd?
— Oczywiście. A jakże inaczej?
Żyd strząsnął z siebie wodę, niczym pies, który wyszedł z rzeki.
— Szolem alejchem — powiedział do niego ojciec, podając mu rękę.
— Alejchem szolem — odpowiedział przybysz. — Kto by się spodziewał, że mieszkają tu Żydzi?
— Skąd pan jest?
— Z Brzozowej.
— Gdzie leży ta Brzozowa?
— O wiorstę stąd.
— Czy pan czasem nie jest klezmerem?
— Uchowaj Bóg? Skąd ja do klezmerów?
Ojciec uśmiechnął się. Zawsze uważał klezmerów za durniów i fajtłapy.
— Proszę wejść. Proszę zdjąć kapotę. Jest pan przecież przemoknięty do suchej nitki.
— Kto by się spodziewał takiej ulewy. Kiedy wyszedłem rano, był upał.
Zrzucił z ramion buty, z których wyciekło sporo wody. Z trudem udało mu się zdjąć kapotę. Pozostał w starej, podartej, niezapiętej kamizelce.
— Czym się Żyd zajmuje?
— Naprawianiem butów.
— Znaczy szewc. Ale skąd szewc znalazł się tutaj w takim deszczu?
— Nie po raz pierwszy jestem w tej okolicy. Chodzę po wsiach i reperuję buty. A że nie jestem prorokiem, więc nie mogłem przewidzieć, że znajdę tu Żyda. Ale proszę mi wierzyć, że bardzo się cieszę.
Szewc miał rzadką bródkę i chude żylaste ręce. Mówił po żydowsku z akcentem litewskim. Uśmiechał się przy tym i pokasływał. Tojba zapaliła lampę. Na ścianach pokoju zakołysały się ciepłe cienie. Mama marszcząc twarz spoglądała z boku na przybysza. Spoglądała tak, jakby nie mogła uwierzyć w to, że ktoś mógł w taką pogodę przyjść i że to, co mówi, jest prawdą. Burza ucichła. Na dworze jakby się uciszyło. Ubranie szewca zdążyło trochę wyschnąć. Zamierzał właśnie nas opuścić, ale mama powiedziała, żeby został na kolacji. Przy stole opowiedział nam, że nie pochodzi z tych stron. Rodem jest z Brześcia nad Bugiem. Jest jeszcze kawalerem. Matki nie ma. Tu w Polsce Kongresowej nie ma nikogo. W Lipsku, w Niemczech, ma ojca, który jest przełożonym jesziwy75.
— Jak to? Jakim sposobem syn przełożonego jesziwy jest tylko szewcem?
Przybysz odpowiada na to, że sam nie wie, jak to się stało. Fakt, że w rodzinie było, bez uroku, dużo dzieci. Dużo chłopców i dużo dziewcząt. A żyć trzeba, choć pieniędzy nie ma. Więc macocha oddała go do terminu u szewca. Mama przestała krzywić twarz. Już nie patrzy na niego z boku. Słucha go teraz z uwagą.
— Jak się nazywa pański ojciec? — pyta go ciepłym głosem.
— Jakow Icchak.
— Skoro mieszka w Niemczech, to zapewne zna niemiecki?
— Zapewne, bo jakże inaczej?
— A pan jak się nazywa?
— Wolf.
Pan Wolf! A to ci dopiero! Mój tato ma dwóch zięciów, którzy nazywają się Wolf. Jeden jest rzeźnikiem, a drugi naprawia koła i podkuwa konie. A tu szewc, mówiący z akcentem litewskim, z uśmieszkiem na jednym policzku, nazywa się Wolf, to rzecz zadziwiająca. Mamie widać imię Wolf nie przypadło do gustu, bo na drugi dzień mówiła o nim „szewczyk”. I tak już zostało na zawsze. Owej nocy szewczyk nie opuścił naszego domu. Pościelono mu w komórce, w której stała beczka z kiszoną kapustą i gdzie gnieździły się kury.
Przed udaniem się na spoczynek litwak ładnie podziękował. Patrząc na nasze bose nogi zapytał, czy czasem nie chcielibyśmy naprawić butów. Jest dobrym rzemieślnikiem. Przez jakiś czas nawet pracował w Warszawie.
W nocy Tojba wierciła się niespokojnie na posłaniu. Mama kilka razy zapytała ojca:
— Lejzorze śpisz?
Ale tato głośno chrapał. Zdaje się, że tej nocy tylko on spał dobrze. Ja też wierciłem się, myślałem, że ten szewczyk, który śpi w komórce jest jednym z owych trzydziestu sprawiedliwych, dzięki którym świat istnieje. Sprowadziły go do nas pioruny i błyskawice. Ma ojca, przełożonego talmudycznej wyższej szkoły. Jaki szewc ma takiego ojca? Poza tym to, że w domu zapanował dziwny niepokój i to, że Tojba wierci się bez przerwy na posłaniu nie może być bez przyczyny.
Rano, kiedy tato umył ręce i mama jeszcze sennym wzrokiem wyglądała spod kołdry, szewczyk był już gotowy do drogi. Stał w pokoju z butami zawieszonymi na ramionach. Jeszcze raz podziękował za gościnę. Do butów dołączył parę pantofelków, które mama dała mu do naprawy.
Twarz Tojby pochylona była nad garnkami. Miała teraz na sobie nie swoją zwykłą czerwoną barchankę, ale długą suknię. Nie paradowała na bosaka, ale w sobotnich sznurowanych bucikach. Wysmukła, szczupła, wysoka sprawiała dobre wrażenie. Szewczyk, głosem dobrze wyspanego człowieka, prowadził rozmowę z mamą i ojcem, ale wzrok miał utkwiony w kuchni, gdzie Tojba szykowała śniadanie. Właściwie patrzył na pantofle Tojby, gdyż na odchodnym powoli zapytał:
— Czy pani te pantofle kupiła w sklepie, czy zamówiła u szewca?
Tojba jeszcze bardziej pochyliła się nad kuchnią. Zaczęła rozdmuchiwać ogień pod fajerkami.
— Pani koniecznie potrzebne są nowe pantofelki — oświadczył ze znawstwem szewczyk.
— A kto ma pieniądze na pantofelki — odpowiedziała Tojba, jeszcze bardziej pochylając się nad fajerkami.
— Nie trzeba pieniędzy. Zrobię je pani bez pieniędzy.
Tojba nie odpowiedziała. Szewczyk pożegnał się po raz trzeci i czwarty i wyszedł. Zdawał się być mniejszy i cięższy niż wczoraj, kiedy przybył. W pokoju pozostało po nim echo litwackiego, suchego żargonu. Tojba wyprostowała się. Ojciec szykował się do wyjścia w pole.
Szewczyk był już zapewne daleko od naszej chaty, kiedy mama nagle przerwała milczenie:
— Lejzorze, a może by tak zaprosić szewczyka na sobotę?
Ojciec nie dosłyszał. Myślami był już na łące, przy stogach siana. Ale ja, jako że byłem już ubrany, powiedziałem, że pobiegnę za nim i zaproszę go na sobotę.
— Nie waż się — nagle tato dosłyszał. — Nie trzeba.
— Dlaczego nie trzeba?
— Przecież to szewczyk.
— A szewc to nie człowiek? Przecież słyszałeś, że jego ojciec to przełożony jesziwy.
— Grosza nie dam za tego przełożonego jesziwy. Jakiś tam Lipsk. A gdzie ten Lipsk leży?
— Gdzie leży, to leży. Mniejsza o to, ale na sobotę trzeba go zaprosić.
— Jak sobie życzysz. Możesz go zaprosić.
— A co ty Tojba na to?
— Co mam powiedzieć?
Na dworze pachniało żywicą. Szewczyk zdążył już dojść do dużego drewnianego krzyża na rozstajnych drogach. Zacząłem głośno krzyczeć:
— Hej tam, panie!
Buty na ramionach szewczyka odwróciły się ku krzyżowi. Szewczyk popatrzył na mnie zamyślonymi oczami.
Powiedziałem do niego:
— Mama prosi, żeby pan przyszedł do nas w gości w sobotę.
Chuda twarz szewczyka pokryła się uśmiechem wdzięczności. Dopiero teraz zauważyłem, że wcale nie jest brzydki, jak mi się przedtem wydawało.
— Jako sobotni gość?
— Tak, jako sobotni gość.
— Ile masz lat chłopczyku?
— A jakie to ma znaczenie?
— Dla mnie ma to znaczenie.
— Mam tyle lat, ile mam. Ważne jest to, że mama pana zaprasza.
— A jak się nazywasz?
— A czy to ważne?
— Dla mnie ważne.
— A więc nazywam się Mendel.
— A ta dziewczyna w kuchni, to twoja siostra?
— Tak, moja siostra. Od jednego ojca.
— A twoja matka nie jest jej matką?
— Nie. Jest dla niej ciotką.
— Czy masz jeszcze inne siostry?
— Co to pana obchodzi?
Serdecznie się uśmiechnął. Zupełnie nie tak, jak powinien śmiać się litwacki szewczyk. Powiedział, że jak Bóg da, to zjawi się w sobotę. Prosił pozdrowić moją siostrę, ojca, a szczególnie mamę.
Do soboty było jeszcze daleko. Tojba chodziła zamyślona. Codziennie wkładała sznurowane, ciężkie buciki. Wiele razy mama zabierała ją na daleki spacer w pole. Wracały późno razem z kosiarzami, którzy skończyli robotę w polu. Tojba cały czas milczała. Natychmiast po kolacji kładła się spać.
W piątek zdawało mi się, że Tojbę opanowała gorączka. Ciało jej płonęło. Piekła duże, żółte chały. W mieście kupiła dużą płaską, śniętą rybę. Przed błogosławieniem świec umyła się pachnącym mydłem przy studni na dworze. Przebrała się w sztywną, nakrochmaloną suknię. Wyglądała uroczyście. Tak jakby ona miała odmówić błogosławieństwo nad świecami, a nie mama.
Szewczyk zjawił się po zapaleniu świec. Przywiózł pięknie naprawione pantofelki mamy, które błyszczały pełnym blaskiem. Sam szewczyk też błyszczał. Na głowie miał już nową czapeczkę z dobrego czarnego sukna. Kapota czysta, długa aż do pięt. Kamasze z dużymi lakierowanymi noskami. Nie był to już taki sobie szewczyk, ale porządny, przyzwoity młodzieniec z dobrej rodziny.
Owego piątkowego wieczoru trzej Żydzi witali w polu sobotę. Mój ojciec, nasz gość i ja.
Mój ojciec tym razem bardziej niż zwykle rozkoszował się modlitwą. Szewczyk stał prosto. Modlitwę na cześć soboty odmawiał głośno i wyraźnie. Cyzelował każde słowo. Oddzielnie je wymawiał. Każde słowo padało jak rozłupany orzech.
Mama przysłuchiwała się ze znajomością rzeczy. Usta miała ściśnięte, jakby trzymała w nich smakołyk, którego nie chciałaby utracić.
Tojba była głęboko zasłuchana. Trudno było powiedzieć, czy słuchała szumu lasu, czy hebrajskich, po litwacku brzmiących, słów. Kidusz odmówił szewczyk także na sposób litwacki.
Następnego dnia ucztę sobotnią odprawiono w lesie. Na łące chłopi pracowali pod palącym słońcem. Zmęczone krowy, uciekając przed żarem i muchami, wlazły do lasu. Szewczyk głośno śpiewał Zmires. Tato mruczał pod nosem. Na obrusie bzykały duże, niebieskie muchy. Wokół łaziły biedronki. Nikt ich nie odganiał. Wszyscy przecież zasłuchani byli w piękną, litwacką pieśń Zmires.
Po obiedzie, kiedy Tojba sprzątnęła już wszystko z obrusu na trawę, litwak znowu opowiadał o swoim ojcu, głowie jesziwy. Powiedział, że ojciec pisze do niego listy po hebrajsku i w każdym liście pyta, dlaczego się nie żeni. Jak długo ma zamiar czekać?
On sam też nie wie, jak długo ma czekać z żeniaczką. Sęk w tym, że nie spotkał właściwej partnerki. Jest dobrym i solidnym rzemieślnikiem. Zdążył nawet zaoszczędzić trochę pieniędzy, ale szewstwo, powiedział, nie jest zajęciem przynoszącym zaszczyt.
— A jak z wojskiem? Z obowiązkiem służby wojskowej? — zapytała mama, nie odrywając oczu od książki.
— Wojska się nie boję — odpowiedział szewczyk — bo jestem zwolniony od służby wojskowej.
O nic więcej go nie pytano i on również nic więcej nie mówił.
Wieczorem po pożegnaniu soboty, czyli po Hawdali, szewczyk poprosił Tojbę, żeby mu pozwoliła wziąć miarę na pantofelki, które zamierzał dla niej zrobić.
— Zbliżają się święta — powiedział — to jak się pokażesz w mieście w swoich bucikach?
Tojba płonęła ze wstydu. Stała z opuszczonymi oczami. Ja nie rozumiałem, dlaczego się wstydzi, dlaczego nie rozmawia z szewczykiem. Dlaczego przez cały czas nie odzywa się ani słowem?
— No cóż — odezwała się mama — niech pan bierze miarę.
Tojba wystawiła prawą nogę. Szewczyk zmierzył ją ze wszystkich stron. Żaden szewc na świecie tak długo nie mierzy.
— Taką nóżkę — oświadczył — z tak pięknym wykrojem miała tylko moja matka.
Pantofelki zaś, które on dla Tojby zrobi, zgodziłaby się nosić sama cesarzowa.
To była prawda. Oprócz pięknego śpiewania, umiał ten litwak szyć pantofelki godne cesarzowej. Były czarne, lakierowane, na wysokich obcasach, lekkie jak piórko.
Tojba wyglądała w nich na wyższą i szczuplejszą. Cała jej figura była teraz smukła. Zaraz też w sobotę wyszła w nich na spacer razem z szewczykiem. Długo nie wracali. Niebo zdążyło już opaść na pole. Jaskółki niczym niebieskie strzały nurzały się w powietrzu. Rozbrzmiewały ostatnie dźwięki ścinających trawę kos, a Tojby z szewczykiem nadal nie było widać. Mama zamknęła książkę. Zapytała mnie, czy bym nie chciał pójść z nią na spacer. Szliśmy tymi samymi ścieżkami wśród rosnącego żyta, którymi wcześniej spacerowali Tojba i szewczyk. Słońce świeciło nam w twarz. Było duże i żółte. W oczach mamy tliło się zmartwienie. Wytarła czoło, jakby oblał ją pot. Czułem, że mama niepokoi się o Tojbę. Ale oto ujrzeliśmy ją i szewczyka. Wyłonili się nie z lasu i nie zza stogów siana, ale szli od polnej drogi, która prowadzi do szosy. Tojba nie odrywała wzroku od swoich nowych lakierowanych pantofelków. Trzymała w ustach jakiś kwiatek. Mały, niski szewczyk trzymał Tojbę pod rękę i stawiał drobne powolne kroki. Mówił do niej z uniesioną w górę głową, jakby przemawiał do wysokiego okna.
Kiedy zbliżyliśmy się do nich, szewczyk szybko wyciągnął rękę spod ramienia Tojby. Uśmiechnął się przy tym trochę głupkowato. Tojba wypluła kwiatek i odrobinę podniesionym głosem zapytała:
— Dokąd to ciocia się wybiera?
— Wybrałam się na przechadzkę — odpowiedziała mama ostrym wzrokiem patrząc na Tojbę.
— A my byliśmy w miasteczku — powiedziała Tojba niepewnym głosem, jakby nie wierzyła własnym słowom.
— Dlaczego tak daleko?
— Wcale nie jest daleko — uśmiechnął się głupkowato szewczyk — Taki spacer tam i z powrotem.
Do domu wróciliśmy już razem. Szewczyk szedł obok mnie. Jego kapota pachniała skórą i łupinami od jabłek. Wypytywał mnie, co robię, czy jestem zadowolony z pobytu w Leniwie, czy potrafiłbym już sam ustawić stóg siana i czy nie odczuwam boleśnie braku żydowskich kolegów.
Nie, raczej źle znoszę jego gadulstwo. Mama i Tojba milczą. Być może, że i on wolałby milczeć, ale nie ma pojęcia, jak przerwać gadanie.
Litwacki Żyd wydaje mi się teraz głupi. Dziwię się Tojbie, że pozwoliła mu trzymać się pod ramię. Kim dla niej jest? Narzeczonym? Krewnym?
Potem szewczyk całkiem zaniemówił. Siedział i słuchał modlitwy ojca, która ciężkim westchnieniem kładła się na wilgotne pole.
W powietrzu unosił się zapach wody zmieszany ze smakiem śledzi. Mama nie odmówiła kobiecej modlitwy Boże Abrahama. Od lasu zaczęło wiać. Ojciec szybko odmówił modlitwę Hawdala, którą pożegnał sobotę, po czym wszyscy poszliśmy do domu. To znaczy nie wszyscy, bowiem Tojba została na dworze. Usiadła na progu i oparłszy ręce o kolana pogrążyła się w myślach.
W pokoju pachniało ciepłem, jakby szło już ku jesieni. Szewczyk zabierał się do odejścia. Nie miał dzisiaj niczego do noszenia. Ani butów, ani pantofli. Mimo to zdawało się, że czegoś szukał.
Nafty w domu nie było. Na stole paliła się jedna świeczka. Czerwony płomyczek przy Matce Boskiej powoli gasł. Wokół świeczki krążyła ćma, podlatywała i odskakiwała. Wszyscy patrzyli na głupie stworzenie, które lezie w ogień.
Przed domem rozległ się długi przeciągły gwizd. Nie wiadomo, czy było to jakieś hasło, czy tylko łobuz sobie pofolgował, fakt, że ten gwizd rozwiązał szewczykowi język. Wstydliwym głosem zapytał mamę:
— Pani Frumet, czy ma pani chwilkę czasu dla mnie?
Jasne, że mama miała sporo czasu. Nie miała przecież nic do roboty.
— O co chodzi? — zapytała.
— Chciałem z panią o czymś porozmawiać.
— Ze mną? O czym na przykład?
— Chciałbym — zająknął się szewczyk — żeby pan Lejzor również posłuchał.
— W takim razie musi pan głośniej mówić.
— Jeśli o to chodzi, to bardzo proszę.
Ojciec przez druciane okulary zaglądał do modlitewnika. Szewczyk odkaszlał. Sucho i twardo.
— Czy pan czasem nie jest przeziębiony? — zapytała z troską mama.
— Broń Boże. Nic podobnego. Chciałbym tylko powiedzieć, że nie jestem taki biedny, na jakiego wyglądam. Mam jeszcze jedną kapotę, zupełnie nową. Dwie pary kamaszy, także nowe. Niedawno nabyłem nową pościel i trochę bielizny. Nie będę ukrywał, że mam też trochę grosza na książeczce w kasie oszczędnościowej. Rzemieślnik ze mnie nie najgorszy. Najlepszym dowodem są pantofelki Tojby.
— Prawda, niebrzydkie są te pantofelki — oświadczyła mama nachyliwszy twarz z takim wyrazem jakby była nie moją mamą, ale jakąś wielką panią, jedną z największych na świecie.
— No właśnie. Sama pani przyznaje, że są ładne. Ale jak już rozmawiamy, to chciałbym powiedzieć, że Tojba mi się podoba. Sądzę, że i ja się jej podobam. Słowem, gotów jestem poślubić ją i to bez żadnego posagu.
— No — wystękał tato, odwracając głowę od modlitewnika.
— Tak, bez posagu — powtórzył szewczyk. — Gotów jestem zrezygnować z jej wyprawy.
— Ile masz lat? — zapytał ojciec, przechodząc na „ty”.
To się stało tak nagle, że zacząłem nerwowo mrugać oczami. Mama zdaje się też.
— Co znaczy ile mam lat? Dla mężczyzny nie ma to znaczenia.
— A jak wygląda sprawa z parnose, z zarobkiem?
— A jak ma wyglądać? Przecież, dzięki Bogu, mam fach w rękach.
— Fach w rękach rzeczywiście masz, ale żona to, jakby nie przymierzając, koń. Trzeba go bez przerwy karmić. W przeciwnym razie padnie z nóg.
— Tojba, dzięki Bogu — odpowiedział szewczyk, uśmiechając się — nie jest koniem. A co się tyczy zarobku, to mąż będzie pracował i przy bożej pomocy zdoła wykarmić żonę.
— Dobrze — ciągnął dalej ojciec — ale powiedz mi, kim właściwie jesteś? Przecież zupełnie cię nie znam.
— Co znaczy, kim jestem? Pan, panie Lejzorze, powinien mnie trochę już znać. Temu, że jestem szewcem, winna jest moja macocha. Ojciec mój, przełożony jesziwy, chciał ze mnie zrobić rzeźnika rytualnego.
Ojciec przez cały czas patrzył mu prosto w chudą kościstą twarz. Potem skierował swoje półsenne oczy ku mamie.
— Co ty na to, Frumet?
— A bo ja wiem, trzeba przecież zapytać Tojby.
— Oczywiście, że trzeba jej zapytać.
Zsunął z czoła okulary i zapytał szewczyka:
— Proszę powiedz mi, czy ty czasem nie jesteś impetykiem łatwo wpadającym w gniew?
— Uchowaj Bóg.
— Będziesz ją dobrze traktował?
— Co znaczy dobrze? Gwiazdę z nieba jej na talerzu podam.
— Żeby tylko talerz nie był pusty.
— Co też pan mówi, panie Lejzorze?
— A więc niechaj tak będzie...
Z tym zapewnieniem szewczyk opuścił nasz dom. Świeczka na stole powoli się dopalała. Tojba wróciła z podwórza i nic nie mówiąc, zabrała się do ścielenia łóżek. Rodzice wnikliwie oglądali ją z boku. Z tego powodu, być może, pomyliła się przy układaniu poduszek. A może szewczyk zdążył jej coś powiedzieć na dworze? Widać było, że nie może sobie znaleźć miejsca. Ojciec powoli rozbierał się do snu. Mama zapaliła drugą świeczkę. Tojba postawiła garnki na kominku. Po chwili ojciec zaczął chrapać. Wtedy matka się odezwała:
— Tojbo!
— Co ciociu?
— On ci powiedział coś?
— A co miał mi powiedzieć?
— Bo ja wiem, przecież razem chodziliście i to długo.
— Powiedział.
— Że?
— Że chce mnie poślubić.
— A ty?
— Nic nie wiem. On jest taki mały.
— Tylko o to chodzi? Co ja mam z tego, że twój tato jest duży?
— Gdybym ja chociaż była mała...
— Wszyscy, bez uroku, jesteście wysocy, ale wydaje mi się, że to całkiem porządny młodzieniec.
— Tak. Wygląda na porządnego, ale mówi po litwacku. Nie będę mogła go zrozumieć.
— Ja twojego ojca też nie rozumiem.
— Przecież mój ojciec nie jest litwakiem.
— Za to jest kimś innym. Ale rzecz najważniejsza: czy ci się podoba?
— Jest taki chudy. Do tego szewc...
Głos Tojby dobywał się jakby nie z jej gardła. Był to obcy głos.
— Posłuchaj mnie, Tojbo! Bóg mi świadkiem, że pragnę twego szczęścia. Nie wszystko jednak tak się układa, jak sobie człowiek wyobraża. Że z niego porządny człowiek, gołym okiem widać. Potrafi też zarobić na życie. Pochodzi z dobrej rodziny. Ojciec jest przełożonym jesziwy, a on sam też prostakiem nie jest. Słowem moja rada...
Mama przerwała, nie dokończywszy zdania. Ramiona Tojby opadły.
— Kochana ciociu — westchnęła i wybuchnęła płaczem.
— No, nie płacz. Co tu można zrobić — powiedziała ciepłym głosem mama i pogłaskała Tojbę po ramionach — zdaję sobie sprawę, że w innej sytuacji...
Tojba rozpłakała się na dobre. Do późna w nocy trzęsły się jej ramiona.