Rozdział XXV
W połowie tygodnia znowu zjawił się szewczyk. Z jego kościstej twarzy lał się pot. Przybył dowiedzieć się, co słychać. Bo oto nadarza się okazja do wynajęcia mieszkania w miasteczku. Przy domu jest nawet ogródek. Chce także kupić kozę. Trochę własnego mleka nie zaszkodzi. I gdyby miał już pewność, wynająłby już mieszkanie i wstawił do niego kilka niezbędnych gratów. Za kozę dałby właścicielowi zaliczkę.
Tojba jak zwykle stała z twarzą pochyloną nad garnkami. Nie odzywała się. Nie obróciła nawet twarzy na szewczyka. Mama wysłuchała go do końca. Potem oświadczyła, że nie ma powodu do pośpiechu. Tojba, dzięki Bogu, nie jest starą panną. Po drugie do wesela trzeba przecież mieć jakąś porządną koszulę i dobre buciki. Radzi więc, żeby przeczekał zbliżające się Straszne Dni, czyli święta Nowego Roku i Jom Kipur i przybył w powszednie dni święta Szałasów, to znaczy w Chol Hamoed. I już do nas do miasta, wtedy omówi się całą sprawę.
Szewczyk zasępił się. Twarz mu poszarzała, jakby życie na niej zgasło.
— Aż do Chol Hamoed?
— Co jest? Czy to tak długo?
— Jeśli dobrze policzyć dni, to dosyć długo.
W zasadzie nie rozumiał, dlaczego należy odłożyć ślub. Dlaczego zwlekać, kiedy on chce Tojbę wziąć bez żadnej wyprawy. Po opłaceniu mieszkania i kozy pozostanie mu dość pieniędzy na zakup wyprawy dla Tojby.
Podczas kolacji starał się przekonać ojca. Jego argumenty bzykały w pokoju jak niespokojne muchy.
Ojciec nie powiedział ani tak, ani nie. Patrzył na mamę i w jej oczach szukał rady.
— Zapytajmy samą Tojbę — oświadczyła w końcu mama — ostatecznie ona też ma coś do powiedzenia. Ma swoje zdanie.
Ale Tojba nie miała własnego zdania. Niechętnie i ospale podała do stołu kolację. Szewczyk wodził za nią oczyma. Tojba nie odzywała się słowem. Wreszcie ojciec orzekł, że należy zaczekać do następnego tygodnia. Tymczasem dowie się dokładnie, kim jest szewczyk. A nuż się okaże, że jest żonaty.
Szewczyk uśmiechnął się dopiero teraz. Zauważono, że ma rzadkie, ciemnożółte zęby. Być może z powodu tych zębów Tojba nie mogła się zdecydować.
— Nie przypada mi do serca — oświadczyła potem mamie — ale skoro ciocia sobie życzy.
— Ja sobie życzę? — usprawiedliwiała się mama — jak ci to mogło wpaść do głowy? Ale fakt faktem, że posagu nie masz, a latka lecą.
— Zdaję sobie sprawę, ale co będzie dalej?
Mama rozejrzała się po izbie, jakby się obnosiła z jakąś tajemnicą i szybko pochyliwszy się nad Tojbą, szepnęła jej coś do ucha.
— Nie — zawołała Tojba drżącym głosem. — Nie, ciociu, co ma być, niech będzie.
No i związek doszedł do skutku. Mama pojechała do miasta. Spędziła w nim dzień i noc. Kupiła kawał płótna, materiał na dwie sukienki i kawał gazy na welon. Nie wstąpiła do nikogo. Nikomu nie powiedziała, po co przyjechała do miasta. Obcą furmanką wróciła do Leniwy i zaczęła czynić przygotowania do ślubu Tojby.
Pola już wtedy były skoszone, twardowłose, jak szczotki. Spichlerze pełne były zboża. Z kominów chłopskich chałup dym powoli osiadał na ziemi. Wieczory przynosiły ze sobą chłód i wilgoć. Na tarczy zachodzącego słońca widniały krwawe plamy. I oto w zwykły powszedni dzień nagle zobaczyliśmy, jak bociany uniosły się w górę i poleciały do ciepłych krajów.
W ten właśnie dzień odbyło się wesele Tojby. Tego dnia rano mama odbyła z nią długą rozmowę. Tojba ubrała nową koszulę, białą halkę i nowe białe pantofelki. Te przysłał jej w ostatniej chwili narzeczony. Welon ślubny uszyła mama. Welon miał z przodu wieniec z białych kwiatów, a z tyłu długi tren.
Kiedy blada, z wyschniętymi wargami Tojba przymierzyła go, natychmiast zmieniła się nie do poznania. To już nie była córka handlarza siana, Lejzora, ale dumna jedynaczka nobliwego dajana. Mama stwierdziła, że ręce Tojby, które przez całe życie obierały kartofle i myły naczynia kuchenne, w ten dzień stały się jakoś mniejsze, bielsze i delikatniejsze.
Ojciec ubrał sobotnią kapotę i nową czapkę. Mama włożyła nowy biały żabot. Tojba w długim płaszczu, nadłożonym na ślubną suknię i ja w nowych spodniach wsiedliśmy razem z rodzicami do chłopskiego drabiniastego wozu i pojechaliśmy do miasteczka.
Chłopi wyszli z chałup i stojąc w progu pozdrawiali nas. Zdejmowali czapki i składali życzenia. Moi koledzy, Janek i Piotrek wskoczyli na wóz i przejechali z nami kawałek drogi. Na wozie, między deskami, na których siedzieliśmy, umieszczone były różne garnki. Mama trzymała na kolanach duże żółte słodkie ciasto. Jego zapach łechtał wilgotną słodyczą nasze podniebienia.
Kiedy wjeżdżamy do lasu, słońce ma się już ku zachodowi. Pojedyncze smugi rysują wzory na końskich grzbietach.
Zatrzymujemy się. Tato złazi z wozu i zaczyna odmawiać Minchę76. Na jego sobotnią kapotę również padają rzadkie plamy słońca. Chłop podsypuje koniowi trochę obroku. Robi się coraz ciemniej, coraz wilgotniej.
— Lejzorze — woła mama — skracaj się. Robi się ciemno. Nadchodzi noc.
I rzeczywiście zapada noc. W sposób niedostrzegalny dla oka drzewa nagle zlewają się w jedną bryłę. Ze wszystkich czterech stron ogarnia nas ciemność. Tojba zdjęła płaszcz. Jej jest gorąco. W ciemnym lesie Tojba w białej ślubnej sukni wygląda jak trup.
Po odmówieniu modlitwy przez ojca, jedziemy dalej. Koń ostrożnie przedziera się przez ciemność nocy. Mamę ogarnia strach przed napadem rozbójników. Nic podobnego jednak się nie zdarzyło. Szczęśliwie i na czas przyjechaliśmy do miasteczka.
Noc była już w pełni. Z ciemności wyłoniły się cienie. Nagle zagrała kapela.
— Narzeczona przybywa — rozległy się głosy, jakby spod kół wozu. Jakieś drzwi otworzyły się z hukiem. Z wnętrza buchała para. Ze sklepu ktoś wyniósł lampę i podniósł ją nad naszymi głowami:
— Tędy, tędy! Tutaj — ktoś w ciemnościach wziął za uzdę konia. Bas z weselnej kapeli warknął:
— Tędy! Tamtędy!
Mnie zachciało się śmiać. Zdawało mi się, że trąbka na złość basowi wykrzykuje:
— Nie tędy! I nie tamtędy!
Wreszcie wprowadzono nas do dużej, wapnem wybielonej sali. Nie było w niej ani łóżek, ani szaf. Jasno świecąca lampa zwisała ze środka sufitu. Nieznajome kobiety i dziewczęta, świeże, umyte, uczesane, uwijały się jak ospałe tuczone gęsi.
Po przeciwnej stronie wybielonej izby, oddzielonej przedpokojem i schodami, wiodącymi do facjatki, widniały otwarte drzwi do jeszcze jednej izby, pomalowanej na niebiesko.
Tu zebrali się mężczyźni na czele z narzeczonym, który zjawił się nieco później.
Do szyb w izbie przylepione były z zewnątrz spłaszczone nosy ciekawskich. Tojba zmęczona i senna siedziała z przymkniętymi oczami na starym krześle dajana.
Niskiego wzrostu Żyd z okrągłym brzuszkiem i podstrzyżoną bródką rzępolił gniewnie na kontrabasie. Wtórował mu na długiej trąbce wysoki młodzieniec w podartej marynarce z krótkimi rękawami. Prym wiodła chwytająca za serce gra na skrzypcach czarnego młodego muzykanta. Kobiety i dziewczęta pływały w tańcu jak kaczki. Raz do koła i raz z koła. Schodziły i rozchodziły się jak rozzłoszczone indyki.
Moja mama przejęta i trochę podniecona, z rozwichrzonym lokiem na peruce płynęła razem z innymi tańczącymi niewiastami. Nie omieszkała też częstować gości bakaliami i herbatą. Różnym dziewczętom życzyła, żeby wkrótce i one wyszły za mąż, a zamężnym kobietom, żeby doznały szczęścia odprawienia uroczystości z okazji obrzezania, a potem bar micwy swoich synów. Była w tych życzeniach delikatna i subtelna. Wymawiała je w sposób znamionujący, iż ona sama miała kiedyś dom, w którym klamki były z mosiądzu.
Potem mama zanuciła melodię skrzypkowi i ten zagrał warszawskiego walca. Mama zatańczyła z Tojbą. Wtedy pozostałe kobiety i dziewczęta odsunęły się na bok. Z drugiej izby przyszli mężczyźni. Spłaszczone nosy na szybach rozmnożyły się. Ciekawi byli jak kuma, kobieta już nie najmłodsza tańczy z panną młodą. I było na co popatrzeć. Z pochyloną na bok głową, z twarzą promieniejącą zadowoleniem, na której odbijała się wielkomiejskość, mama prowadziła Tojbę w tańcu. Wirowała na czubkach palców, przechodząc z jednego taktu w drugi. Robiła to z dużym kobiecym wdziękiem. Oto zawirowała w lewo. Jedwabna sukienka poruszona powietrzem wyglądała jak balon. Przechylała głowę to na jedną, to na drugą stronę. Jakby wdzięczyła się do lustra. Tojba nie pozostawała w tyle. Wyższa od mamy, trzymając tren sukni w lewej ręce pozwalała się prowadzić. Szybko kręciła się na wysokich obcasikach. Jej śniada twarz promieniała. Głowa odrzucona trochę do tyłu, usta do połowy otwarte. Ni to się śmiały, ni to płakały. Raczej kogoś wzywały. Czarnowłosy skrzypek pochylił się przed mamą w ukłonie. Powiedział, że grał już w dużych miastach, ale tak tańczącej kobiety jak ona jeszcze nigdy nie widział. Kobiety z zaciśniętymi ustami i uśmiechniętymi twarzami trochę z niedowierzaniem podziwiały mamę:
— Widziałyście?... Ale tańczy...
Potem przesunięto fotel sędziowski z siedzącą na nim Tojbą na sam środek sali. Kobiety i dziewczęta ustawiły się wokół fotela. Mały Żydek z brodą większą od całej twarzy, ochrypłym głosem zawołał:
— Kapela grać!
Rozmruczał się bas, rozdęła się trąbka i rozpłakały się skrzypce. A on sam zaczął opiewać pannę młodą. Ze ściśniętego wzruszeniem gardła wydobył następujące słowa:
— Dzisiejszy dzień, panno młoda, porównać można do Dnia Sądnego. Jest najpiękniejszym dniem i zarazem najbardziej przykrym. Dzisiaj bowiem stoisz przed obliczem Króla Nieba tak, jak, nie przymierzając, przed obliczem cesarza. A jak stoi żołnierz przed obliczem swego cesarza? Musi wyróżniać się cnotą, mieć za sobą dobre uczynki i żywić w sercu bojaźń. Dlatego powinnaś dzisiaj odbyć pokutę i błagać Boga, żeby obdarzył cię łaską.
W połowie następnego zdania nagle się zakrztusił. Niezdrowa krew napłynęła mu do twarzy. Po krótkiej chwili złapał oddech i wytarłszy pot z czoła, kontynuował:
— Dzisiaj, panno młoda, jesteś jak drzewo, które dopiero wyrasta z ziemi. Nie rodzi jeszcze owoców. Ale kiedy słońce zaczyna ogrzewać korzenie drzewa, rozwijają się liście, rozkwita kwiecie, a potem z tego kwiecia wyrastają owoce. Słowem, dzisiaj, panno młoda, jesteś jeszcze, jakby to powiedzieć, niczym. Prochem i pyłem. Ale kiedy Bóg obdarzy cię łaską, rozwiną się twoje liście i wyrosną twoje owoce.
Lekkie dreszcze wstrząsnęły Tojbą. Mama wycierała chustką łzy z oczu.
Do pana młodego mały Żydek miał krótszą przemowę. Szewczyk odziany w sukienną kapotę, był niższy niż zwykle. Siedział na honorowym miejscu przy stole z oczami wbitymi w obrus. Wokół niego stali brodaci Żydzi ubrani w wyświechtane kapoty dnia powszedniego.
Mały Żydek odmówił modlitwę El male rachamim77 w intencji matki pana młodego. Wychwalił pod niebiosa jego ojca, przełożonego jesziwy.
— A chociaż — zwrócił się do pana młodego — ty jesteś tylko szewcem, to jednak Bóg cię szanuje tak, jak największego bogacza, albowiem tanaita78, rabi Jochanan, również był szewcem. Weź przeto przykład z rabiego Jochanana, „hasandlara” (szewca). Jeśli tak postąpisz, i błogo ci będzie, a do Syjonu przyjdzie zbawiciel, amen.
Kiedy młoda para miała stanąć pod ślubnym baldachimem i mój tato położył swe duże ręce na głowie Tojby, żeby ją pobłogosławić, okazało się, że nie ma osoby, która mogłaby pobłogosławić panu młodemu. Skurczony, zmizerniały, pomniejszony stał szewczyk pod baldachimem. Miał na sobie cudzy płaszcz. Wypowiedział słowa zaślubin harejat79 jakby czczym, wygłodniałym głosem. Nie trafił nogą w kieliszek, który mu podłożono na szczęście. Wychudła twarz świeciła chorobliwą zielonością. Klezmerzy zagrali weselnego marsza. Z przedpokoju weszła tanecznym krokiem mama trzymając w rękach dużą, brązową, plecioną chałę. Unosząc ją nad głowami obecnych, tańczyła i kołysała chałą tak, jakby kołysała dziecko do snu. Mama wyglądała teraz zupełnie nie tak, jak gdy czasami udawała. Nie było w niej śladu pańskości. Zniknął gdzieś jej pański podbródek. Wyglądała teraz na dobrą Żydówkę, rozdzielającą jałmużnę, która przyszła zabawiać biednych nowożeńców, żeby w ten sposób wypełnić boży nakaz. W taki też sposób odtańczyła z Tojbą tak zwany micewa-taniec80. Jeden kraniec chusteczki trzymała Tojba, drugi mama. Skłon głowy do przodu i jakby się zanurzyła w wodzie, obrót partnerki i wyprostowanie głów, jakby wynurzały się z wody. Oznaczało to, że mama czyni wszystko z głębi serca, że nie była dla Tojby macochą, tylko prawdziwą matką.
Zupełnie inaczej ojciec wykonywał swój micewa-taniec ze swoją piękną córką, Tojbą. Nie patrzył na nią, nie zarzucał głowy do tyłu. Lekko pochylony ujął chustkę za brzeg. Ciężkimi krokami strudzonego człowieka wykonał kilka obrotów. Widać było, że nie czuje się pewnie na nogach, że przeżywa jakąś rozterkę. Mnie się wydaje, że gdyby ojciec się nie wstydził, to by powiedział do Tojby: córko moja, może cię kiedyś zmartwiłem, więc wybacz mi. Przeciem ojciec. Pragnąłem jedynie twojego dobra. Ty sama przecież zgrzeszyłaś.
Lecz jeśli on tego nie powiedział, to przemówiły skrzypce za niego.
Niepojęta rzecz, jak ten młody klezmer wyjął te słowa z ust ojca i z głębi mego serca. Tojba płakała. Na jej białej ślubnej sukni pojawiły się duże mokre plamy. Może właściwie odczytała słowa melodii skrzypiec, a może wyczuła coś niedobrego? Na dworze już dniało. Ciężka niebieska mgiełka pokryła szyby okien. Kobiety i dziewczęta ciężko opadły na krzesła, potężnie ziewały. Wezwano już gości do składania prezentów ślubnych. I nagle powstał tumult. Pan młody upadł zemdlony na podłogę. Pierwsza zerwała się z krzesła mama.
Unosząc trochę przydługą jedwabną suknię wpadła do męskiej izby. Za nią wtoczyły się jak owce kobiety i dziewczęta. Zrobiło się ciasno w drzwiach. Rozległy się krzyki:
— Wody! Może należy wezwać felczera? Kto pobiegnie po felczera?
Ale nikt się nie ruszył. Puścili tylko języki w ruch.
Mówiono, że pan młody wypalił przy stole zbyt dużo papierosów. Ci, którzy siedzieli obok niego, twierdzili, że zauważyli, jak wskutek palenia stawał się coraz bardziej zielony na twarzy. Ktoś go nawet zapytał, co mu jest, ale ten nie odpowiedział i w pewnej chwili runął z krzesła na podłogę.
Ktoś zaczął krzyczeć w jego zieloną twarz. Ktoś naciskał mu na serce. Ktoś usiłował otworzyć mu zaciśnięte usta, ale wszystko na nic.
Jego upadek był nietypowy. Trząsł się cały, kolana mu drżały. Ręce miał rozrzucone na boki. Głową kręcił tam i z powrotem. Na wargach pojawiła się biała piana.
— Nic innego — oświadczył Żyd, który przybiegł ze szklaneczką wody — jak tylko to, że cierpi na tę znaną wam ciężką chorobę. Podłóżcie mu pod głowę klucz.
Klucz podłożył mu tato. Stał pochylony nad zięciem, tak jakby chciał go prosić o przebaczenie. Mnie się wydawało, że od dzisiaj tato już nie będzie mógł podnieść głowy i patrzeć komukolwiek prosto w twarz.
Ramiona mamy również opadły. Wymknęła się na zewnątrz. Świtało. Z bielonej wapnem sali, gdzie tańcowano całą noc, dochodził teraz żałosny szloch Tojby. Zdarła z siebie welon, objęła rękoma piękną, czarną głowę i kołysała się na boki.
— Czegóżeście ode mnie chcieli? — wołała do taty, mamy, wszystkich zebranych
Skąd na mnie taki wstyd? Epileptyka mieć za męża? Pójdę na służbę. Będę szorować podłogi, a mieszkać z nim — nie będę...
Na służbę jednak Tojba nie poszła. A bo to mało się naszorowała cudzych podłóg? Mało to nagotowała się i napiekła dla delikatnych chasydzkich panów z laseczkami z kości słoniowej? Została więc w miasteczku.
Wolf, jej mąż, miewał od czasu do czasu ataki. Tojba wkładała mu pod głowę klucze, wydała na świat chłopaka o wielkiej blond głowie i jeszcze jednego, czarnego. Następnie urodziła jeszcze dziewczynkę o oczach, które za dnia były niebieskie, a nocą zielone. To były oczy Tojby, które straciły kolory, gdy ona wkładała mężowi klucze pod głowę.