Rozdział XXVI
Po weselu Tojby zebraliśmy drugi pokos z łąk. Słońce zachodziło już w połowie dnia. Było żółte i zimne. Z ziemi wiało wilgotnym i zgniłym zapachem. Spichlerze i stodoły pękały od zebranego zboża. Co nam teraz pozostało do robienia?
Zapakowaliśmy więc pościel, garnki oraz miski i opaleni, wypoczęci pojechaliśmy z powrotem do miasta. Po drodze widzieliśmy, jak chłopi przystąpili już do nowej orki. Za pługiem kroczyły czarne stada kruków i wron. Pachniało zleżałymi jabłkami, kiszoną kapustą i ciepłym jęczmieniem.
Długi Luzer w drodze powrotnej przy karczmie zatrzymał nasz wóz i złożył ojcu gratulacje z okazji ślubu córki. Spytał, jak trawa obrodziła i czy będzie zysk. Nie zapomniał przy tym dodać, że jeśli Lejbke wróci z wojska, ojciec ma go natychmiast zawiadomić. Córka Luzera, Sara, której twarz podczas lata zaokrągliła się i wygładziła, a biodra znacznie pogrubiły, podała nam po talerzu barszczu zaprawionego czosnkiem, a na drugie po dużym kawałku tłustego mięsa z kartoflami. Poczęstowała nas również wiśniakiem własnego wyrobu. Po poczęstunku, kiedy wsiedliśmy do wozu, żeby ruszyć w dalszą drogę, mama stwierdziła, że dziewucha z karczmy z pewnością jest osobą gospodarną i zaradną, a Luzer posiada niewątpliwie sakwę pełną forsy. Kiedy Lejbke powróci ze służby u Iwana, trzeba będzie koniecznie pogadać z Luzerem o urządzeniu jego przyszłości. Tato się nie odzywał. Wyglądał na osobę, którą trapi smutek. Mnie też nie było wesoło. Na wozie zabrakło Tojby. W oczach nadal miałem widok leżącego w drgawkach i z pianą na ustach jej męża. Koń wlókł się ospale. W koronach topól krakały wrony. Tym razem nie napoiliśmy konia przy mostku. Nawet tutaj wyczuwało się, że nadchodzą Straszne Dni z ich grozą i melancholią.
W mieście można to już było dostrzec na twarzach Żydów. Błagalne modły odprawiane o północy zostawiły na ich twarzach ślady bezsenności, niepokoju i troski, które zawsze towarzyszą dziesięciu dniom pokuty. Nie lubię tych dni. Jest to bowiem czas, kiedy tato budzi mnie w środku nocy i prowadzi do bóżnicy na błagalne modły zwane Slicho. Muszę wtedy wysłuchiwać pękniętego głosu kantora Moszki.
W domu wszyscy chodzą zatroskani i zmartwieni. Co rano muszę pędzić do bóżnicy, żeby się pomodlić i wysłuchać trąbienia w szofar81, który zawsze przywodzi mi na pamięć śmierć. Co by to komu, myślałem w duchu, szkodziło, gdyby lato trwało przez cały rok? Czy nie byłoby piękniej, gdyby błagalne modlitwy odmawiano na polach, zbożem malowanych? Czy nie byłoby milej Bogu, gdyby przy pulpicie kantorskim stał młody człowiek o pięknym głosie, a nie Moszke od garkuchni, który stęka jak tępa piła? A w ogóle dlaczego Żydzi wybrali sobie takie smutne święta? I oto zajechaliśmy już na nasze podwórze. Jarme ze swoim omnibusem zapewne był w Warszawie. Nikt bowiem nie wyszedł na spotkanie z nami. Od sadu czuć było wilgocią. Kiedy otworzyliśmy drzwi mieszkania uderzył nas w nozdrza zapach myszy i pajęczyny. Ze wszystkich zakątków wyłaziły robaki. Czarne, żółte, wypasione.
Mama razem z wynajętą gojką, uzbrojone w ścierki i miotłę, robiły w domu porządek. Sprzątały i myły. Czekają nas przecież święta.
Ja obijałem się. Do chederu przed świętami już się nie chodziło. Zresztą mełamed Szyme-Josef w czasie naszego pobytu na wsi, przeniósł się na tamten świat. Żona bałaguły Jarme powiedziała, że w kondukcie pogrzebowym szedł urzędowy rabin, reb Aron. Ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego, jakim porządnym i uczciwym człowiekiem był Szyme-Josef. Ciało zawieziono najpierw do bóżnicy. Sam rabin odprawił hesped82. Płacz i lament sięgały nieba. Tylko jego uczniowie, głupi i łobuzowaci, nie uronili ani jednej łezki.
Ja bym chyba też nie płakał, albowiem Szyme-Josef, ten porządny ze wszech miar Żyd, miał brzydki nawyk szczypania chłopców z chederu w miękką część ciała. Miał też ten porządny i wielebny Żyd zwyczaj wypędzania nas w połowie tygodnia, to znaczy w środę, na ulicę. Zamykał potem drzwi do chederu na łańcuch. Welwele, chłopiec zwany gojem, bo już zdążył się kiedyś najeść wieprzowiny, wyjaśnił nam, że rebe wygania nas dlatego, że podczas naszej nieobecności kładzie się z rabinową do łóżka. On, Welwele, zobaczył to kiedyś na własne oczy. I jeszcze jeden nawyk miał Szyme-Josef. Zabierał często chłopcom jedzenie, pożyczał od nich pieniądze i nigdy nie zwracał.
Ale jak by tam nie było, Szyme-Josef jest już w Świecie Prawdy. Należało mu oddać cześć. Przecież był to biedak nad biedakami.
Jeszcze nie wiem, do którego chederu mam teraz iść. Ja bym chętnie poszedł do szkoły pana Pomeranca, ale tam uczą się tylko dzieci bogaczy. Mendel, syn cioci Noemi, tam właśnie się uczy. Tymczasem nie robię nic. Jankiela nie ma. W ogóle się o nim nie mówi. Żona bałaguły Jarme chodzi z dość pokaźnym brzuchem.
— Z pewnością jest w ciąży — powiada mama, trochę zadziwiona — w tym wieku?
Żona starszego strażnika chodzi z zadartym nosem. Twarz ma pokrytą żółtymi plamami. Mama nie patrzy na nią. Rosyjska gojka również odwraca od mamy głowę. Nie rozmawia z nikim z naszego podwórza. Jej mąż zasuwa po podwórku dużymi krokami pobrzękując szablą i nie odpowiada na żadne „dzień dobry”. A ja chętnie bym go zapytał o to, co porabiają w więzieniu morderca Szczepko i rozbójnik Szwerman. Ciekaw jestem, czy zesłano ich już na Sybir. Chciałbym też porozmawiać z jego córeczką, z Janinką. W ciągu lata wyrosła. Jej oczy przybrały kolor ciemnobłękitny. W długich jasnych, lnianych włosach lśni jedwabna niebieska kokardka. Przystąpić teraz do Janinki nie sposób. Nosi granatową sukienkę z czarnym fartuszkiem. Żona bałaguły powiada, że Janinka uczęszcza już do żeńskiego gimnazjum. Czuję, że już nigdy nie podejdę do Janinki. O czym mógłbym z nią rozmawiać? Oprócz Pięcioksięgu i komentarzy Raziego nic jeszcze nie umiem. W Leniwie zdążyłem i to nawet zapomnieć. Szczęście, że zbliżają się święta. W świąteczne dni nie myśli się poważnie o przyszłości.
Na cześć święta zrobiło się bogato w domu. Mama kupiła winogrona, miód, dwie plecione chały. W misce pływał karp. Czuło się zapach faszerowanej kury. Szkoda tylko, że tym razem na Rosz Haszana nikt do nas w gościnę nie przyjechał. Ani z Warszawy, ani z Łodzi.
Toteż mimo czysto sprzątniętego mieszkania, mimo zapachu smakowitych potraw, smutek unosi się w domu. Przy stole jest nas tylko troje. Posiłki zjada się na chybcika. Patrzymy w czysto umyte okna, jakbyśmy kogoś wypatrywali.
Pocieszam się tym, że w Leniwie jest teraz jeszcze bardziej smutno. Pole dawno już zżęte. Las czarny, mokry. W chałupie pali się lampa naftowa albo świeczka łojowa. A u nas, było nie było, jest jasno. Na stole pachną winogrona i miód. A jak się bardzo, bardzo chce, to nawet nie jest tak smutno. I oto drugiego dnia świąt ojciec przyprowadził z bóżnicy gości. Młodego żołnierzyka z Rosji. Chłopak ma czarne wąsiki i czerwone policzki. Gdyby nie ogolona jak u złodzieja głowa można by było pomyśleć, że to Mojsze, mój zmarły brat. Mówił z akcentem litwackim. Litera „r” dziwnie u niego brzmiała. Kiedy zabrakło mu stosownego żydowskiego słowa, zastępował je rosyjskim. — Da — mówił — tak toczno barinia83.
A barinia, to znaczy mama, chętnie z nim rozmawiała. Wypytywała go o to, skąd pochodzi, co robi w wojsku i jak długo jeszcze ma służyć. Jej podbródek przy tym nadymał się i marszczył. Żołnierzyk powiedział, że pochodzi z Kijowa. Jego ojciec to kupiec pierwszej gildii. Siostra to zubnoj wracz84, a starszy brat to aptekar.
— Co to jest aptekar?
— To taki, co robi lekarstwa.
— Pan chyba ma na myśli aptekarza — wtrąciła się mama.
— Da, da, barinia, aptekar.
— Może Żyd być aptekarzem w Rosji?
— Konieczno85.
— Słyszeliście — dziwi się tato — u nas w Polsce rzecz nie do pomyślenia.
— Nawet w Warszawie nie ma Żyda aptekarza.
— Nieużeli? — odpowiada żołnierzyk podkręcając wąsy.
— Da, da — odpowiada mama już po rosyjsku, przy czym oświadcza, że sama miała związki z aptekarzami, bo jej pierwszy, zmarły mąż, był felczerem. Jej starszy syn też się uczy na felczera.
Tato patrzy w usta żołnierzyka pilnie i uważnie go słucha. Ten zaś opowiada dużo o swoim mieście rodzinnym i o ulicy tamtejszej, która nazywa się Kreszczatik. Mówi, że Żydom nie wolno mieszkać w Kijowie, że muszą dostać najpierw prawizitielstwa, a to kosztuje majątek. Tato nagle przerywa mu:
— A Katerinosław daleko od Kijowa?
— Daleko, oczywiście, że daleko.
— Ach tak, a ja myślałem, że niedaleko.
— W jakim celu pyta pan?
— Mam tam syna w Katerinosławiu.
— W wojsku?
— Tak, u Iwana.
— Już długo?
— Już powinien był wrócić do domu.
— Kiedy?
— Według moich obliczeń już powinien był być.
— Z pewnością wróci po świętach. Iwan zwalnia dopiero w październiku.
— Tak toczno86.
— Trzeba liczyć, że w naszym miesiącu Cheszwan.
Iwan zwolnił jednak syna ojca wcześniej. Tak chyba wyliczył, żeby Lejbke zjawił się w domu w Jom Kipur. Było to po poniedziałkowej modlitwie Mincha. Na stole w doniczce z piaskiem tkwiła długa cienka świeca. Na górnych szybach osiadł chłodnawy, niebieski cień. Jedliśmy rosół z makaronem, nadziewaną kurę i gotowane jabłka.
Ojciec tylko kosztował każde danie.
— Im mniej się je — powiedział — tym łatwiej znosi się post.
Mama włożyła już biały żabocik na czarną bluzkę z tafty. Ja pomagam jej sprzątać ze stołu. Długa, cienka, martwa świeca pali się żółtym płomieniem. Płomień świecy odbity w lustrze. Żółte tło poświaty. Tato szuka jomkipurowej mycki, w której srebrne nitki zdążyły na przestrzeni długich lat zżółknąć. I oto niespodziewanie otwierają się drzwi, a do mieszkania wpakowuje się obcy człowiek z walizeczką w ręku. Ubrany jest w czarny krótki płaszcz i czarny sztywny kapelusz. Wygląda na doktora. Na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że czarny, krótki płaszcz jakby nie należał do niego. Kapelusz także nie pasował. Tato wciąż jeszcze szuka mycki. Obcy człowiek powoli stawia walizkę na podłodze, patrzy na ojca, i z uśmiechem na ustach powiada:
— Wesołego święta!
Ojciec cofnął się o krok. Wyglądał jakby na przestraszonego. Przerażonym nieco głosem nagle zawołał:
— Lejbke?
— Tak, to ja, tato.
Tato chciał jeszcze coś powiedzieć, ale czy zabrakło mu oddechu, czy też stracił rozum, dość, że znowu westchnął i zapytał:
— Lejbke?
Mama widocznie też nie mogła uwierzyć, że to on. Nie ruszyła się z miejsca. Zdumionym i obcym zarazem wzrokiem patrzyła na przybysza. Usłyszawszy jednak dwukrotnie powtórzone przez ojca imię jego syna, jakby nieswoim głosem zawołała:
— Lejbke? A to ci gość!
Mimo woli i ja wykrzyknąłem:
— Lejbke!
Cały dom wypełnił się Lejbkiem. Duża broda ojca zaplątała się w wąsach Lejbke.
— Masz pojęcie — zawołał tato drżącym głosem — taka niespodzianka!
— Jak się masz? Pokaż no się, jak wyglądasz!
Mama stała z boku. Czekała, aż ojciec uwolni syna z objęć. Wtedy ona przywitała się z nim. Ja nie wiedziałem, jak się zachować. Czy mam podejść do niego, objąć i pocałować? Rozstrzygnął sprawę sam Lejbke.
— Ciociu, jak się ciocia ma?
— Dziękuję, a ty?
Pocałował mamę w rękę. Mnie objął, uścisnął i pocałował w usta. Poczułem zapach tytoniu.
— Mendel, aleś wyrósł. Cały z ciebie kawaler. Żebyś mi tylko zdrowy był.
Ciepło mi się zrobiło w ramionach Lejbke. Wyczułem w nim brata. Bliższego niż Jojne, który kiedyś przyjechał do nas w święto Pesach.
— Z pewnością jesteś głodny? — powiedziała mama. — Siadaj do stołu i zjedz coś. Przecież zaraz będzie Kol Nidrej87.
— Niech się ciocia nie trudzi. Już jadłem.
— Gdzie jadłeś? Przecież dopiero co przyszedłeś.
— Jestem już w mieście od dwóch godzin. Zajechałem przedtem do gospody. Umyłem się, zjadłem i wtedy dopiero udałem się do was.
— Do gospody? Dlaczego? Czy nie masz rodzinnego domu?
— Nie ma sprawy, ciociu. Tak jest lepiej.
— Zapewne chcesz się przebrać, więc pośpiesz się — powiedział ojciec — bo robi się późno.
— Nie, ojcze. Nie muszę się przebierać.
— W tym stroju pójdziesz na Kol Nidrej?
— Dlaczego nie? Czy to brzydki strój?
Ojciec nie był przyzwyczajony do takiego stroju. Kiedy Lejbke zmobilizowany został do wojska nosił jeszcze długą kapotę i żydowską czapeczkę. Teraz ubrany był jak prawdziwy Niemiec. Jak z takim pokazać się w bóżnicy. Mimo to szedł z synem po ulicy ramię w ramię. Ja trzymałem się blisko czarnych pół płaszcza Lejbke. Przecież przyjechał z samego Jekatierynosławia. Niech wszyscy widzą, jak mój brat wygląda.
Tato co chwila przystawał. To się witał z tym, to z tamtym znajomym Żydem. Składał życzenia zadowolenia z życia w przyszłym roku i przedstawiał Lejbke.
— To mój syn, Lejbke. Wrócił od „Foni”, czyli z wojska.
— Moje gratulacje. A co tam słychać? Co się tam porabia?
Serdecznie pozdrawiają Lejbke. Patrzą mu w twarz. Wszyscy oglądają się za nami.
Nawet w wypełnionej już po brzegi bóżnicy dostrzegają Lejbkego. Wśród tylu białych kitli i tałesów on jeden ma na głowie czarny, twardy kapelusz.
Być może nie wypadało, żeby Lejbke przyszedł do bóżnicy ubrany po niemiecku. Powinien był raczej udać się do dużej synagogi. Tam było sporo takich dużych kapeluszy. Czy ojciec mógł jednak zrezygnować z przyjemności pokazania się z synem z pierwszego małżeństwa, który w dodatku dopiero co przyjechał z samego Jekatierynosławia? Rozległ się cichy łamiący głos rabina Arona. Wyczuwało się w nim prawdziwy strach. Wypowiedział pierwsze słowa poprzedzające modlitwę Kol Nidrej.
— „Z woli Bożej i woli gminy, za zezwoleniem Boskim i ludzkim pozwalamy modlić się z grzesznikami”.
Twardy czarny kapelusz Lejbke sprawił, że kantor Moszke sfałszował melodię. Lejbke uśmiechał się pod wąsem. Powiedział, że tam w Jekatierinosławiu, w synagodze coś podobnego nie może się zdarzyć.
— Niewazmożno88 — oświadczył — tam w synagodze, to tak jak w wojsku. Nie wolno się śpieszyć i nie wolno przegapić. Trzeba słuchać starego feldfebla, to znaczy kamertonu.
— Tam — dodaje Lejbke — zupełnie inna modlitwa, sawsiem drugaja żyzń89.
Do późna w nocy opowiadał nam potem o tym innym życiu. Ojciec w małym tałesie siedział na brzegu łóżka i opatrywał chorą nogę. Mama w białym nocnym czepku leżała w swoim łóżku. Ja obok Lejbke. Wszyscy słuchaliśmy jego relacji o tym, że w Jekatierinosławiu jest dużo „baryniów” i „baryń”. Noszą duże kożuchy i futrzane sztrajmły. W sobotę Żydzi mają sklepy otwarte, a modlitwę odprawiają tylko w święta.
— A ty też nie modliłeś się? — zapytał ojciec, unosząc głowę znad chorej nogi.
— Jak był czas, to się modliłem.
Ojciec ciężko westchnąwszy, oświadczył:
— Dziki kraj! Świński kraj!
— Wcale nie jest taki dziki, tato. Ludzie tam są bogaci. Kupcy pierwoj gildii i kupcy wtoroj gildii90.
— A jak się tobie powodziło?
— Charaszo91. Komandir połka92 nie oddałby mnie nawet za worek barszczu. Lowka, mówił do mnie, pobiegnij i przynieś mi butelkę spirytusu. Lubił zaglądać do kieliszka, ten mój komandir. Zaś starszy feldfebel, z nim byłem za pan brat. Za parę groszy można było się z nim dogadać.
— A z kotła jadłeś?
— Kakoj tiebie kociał93? Z kotła jadł Iwan94. Ja jadłem na mieście.
— Zarobiłeś przynajmniej trochę pieniędzy u Iwana?
— Kto potrzebuje pieniędzy? Do czego mi były pieniądze potrzebne?
Lejbke jeszcze długo perorował. Mama już zdążyła przewrócić się w łóżku na drugi bok, a tato uporać się z chorą nogą, a Lejbke, leżąc ze mną w jednym łóżku, snuł dalej swoje opowieści. Z jego ciała bił zapach dziegciu. Ten sam zapach miał żołnierzyk, który gościł u nas drugiego dnia Rosz Haszana. Spałem ciężkim snem. Dziegieć osiadł mi na podniebieniu. W mojej wyobraźni poplątali się dowódca kompani Lejbke, „baryniowie” i „barynie” razem z ojcem i matką. Nazajutrz chodziłem z ciężką głową. Wydawało mi się, że jest ze szkła. W bóżnicy unosił się gorący zapach wosku z dopalających się świec. Garbaty goj krążył wśród pulpitów i zbierał wosk, który kapał ze świec. Ustawiał równo pochylone świece. Na skargi, prośby i westchnienia modlących się Żydów był głuchy. Fiszel, syn rzeźnika, który przerabiał już Gemarę i Toseftę95, pomagał kantorowi przy modlitwie szacharit96. Śpiewał ładniej niż Mendel, syn cioci Noemi. Jakoś cieplej i pobożniej. Mnie jednak tegoroczne modlitwy nie chwyciły za serce. Kantor Moszke rąbał słowa hebrajskie jak goj. Ciągnęło mnie do synagogi. Chciałem posłuchać starego litwackiego kantora, a przede wszystkim chciałem być razem z Lejbke, gdyż on właśnie dzisiaj poszedł do wielkiej synagogi. Wpadłem do niej podczas wyjmowania rozdziałów do czytania Pięcioksięgu. Lejbkego nie zauważyłem. Na dworze siedzieli spoceni Żydzi w białych kitlach i wzdychali. Młodzi natomiast jedli, mimo obowiązującego postu, bułki z miodem. Lejbkego nigdzie nie było.
Ojciec zapytał mnie, czy widziałem tam Lejbkego.
— Jasne — powiedziałem. — Dlaczego miałbym go nie widzieć?
Serce jednak bolało mnie, że musiałem w Jom Kipur oszukać ojca. Podczas odmawiania ostatniej świątecznej modlitwy Neila97 byłem znowu w synagodze. Lejbkego jednak ciągle tam nie było. Żal mi było, że nie ma go teraz, ponieważ Neile odprawiał rabin Aron. Bez chórzystów i bez śpiewów. Odmawiał ją na głos. Ale co to było za odmawianie! Lwy i jelenie oraz flety, skrzypce i bębny wyrzeźbione na wschodniej ścianie synagogi zeszły z niej i modliły się razem z wszystkimi Żydami. Lejbke nie twierdziłby już, że tam w Jekatierynosławiu, w tamtej synagodze, w której trzeba mieć starszego feldfebla, jest ładniej.
Ale spróbuj go znaleźć. Zobaczyłem go dopiero wieczorem po święcie, w domu. Kto wie, czy on modlił się i czy pościł?
Posiłek zaczął od śliwek. A kto po poście zaczyna jedzenie od śliwek? I po kolacji znów sięgnął po śliwki. Martwiło mnie, że się tak zajada śliwkami. Dlaczego? Kiedy przyszli goście, też nie przestawał ich żuć. Przyszła nasza siostra Bejla ze swoim wysokim mężem Wolfem, bałaguła Jarme ze swoją ciężarną żoną. Lejbke rozcałował się ze swoim szwagrem. Objął i uścisnął siostrę, która pogłaskała go po ramionach tak, jak się głaszcze zwierzę. Lejbke nie omieszkał przy tym wziąć ze stołu śliwki.
Nasz szwagier i bałaguła Jarme rozsiedli się, szeroko rozstawiając nogi. Gapili się i pilnie przysłuchiwali opowiadaniom Lejbkego, który opowiadał o jekatierynosławskich cudach i o swoich tam sukcesach. Co chwila przerywali mu pytaniem, czy dorobił się u „Foni” pieniędzy.
Lejbke jednak nie miał czasu na to, żeby im odpowiedzieć, albo też wolał zachować tajemnicę. Co tam będzie gadał na taki temat z prostakami, kiedy do mieszkania nagle wszedł starszy strażnik z żoną Rosjanką. Goje, widać, zapomnieli o tym, że się z mamą pogniewali. Zjawili się nieproszeni, uśmiechnięci i lekko zażenowani.
— Zdrastie98 — powiedzieli, przystając niepewnie na progu. Mama ucieszyła się nimi bardziej niż własnymi gośćmi. Bardziej nawet niż Lejbkem. Przywitała ich serdecznie. Z tą serdecznością, z jaką wita się kumów. Z większym od nich zażenowaniem zaczęła trochę nieskładnie mówić, adresując słowa ni to do siebie, ni to do nikogo:
— A to ci niespodzianka. Zupełnie tego nie oczekiwałam. Tacy mili goście.
— Niczewo99 — łaskawie oświadczył starszy strażnik i usiadł na krześle, także szeroko rozstawiając nogi.
Żydowscy goście zamilkli. Lejbke poczuł, że ma teraz przed sobą swoich ludzi. W jednej chwili zapomniał o własnej siostrze, ojcu i mamie. Zaczął opowiadać swoje historyjki po rosyjsku. Mówił już nie do nas, ale do strażnika i jego pięknej żony. Znowu opowiedział o swoim dowódcy kompanii. Jak ten nazywał go Lowka i jakim wspaniałym był człowiekiem. Po prostu brylant. Strażnik przypomniał sobie wtedy swego dowódcę kompanii i dowódcę plutonu. Wspominał generała, którego żona uciekła z kochankiem.
Potem Rosjanka zapytała Lejbke, czy czasem nie był w jej miasteczku nad Donem.
— Jasne, że byłem tam! Odbywaliśmy tam manewry.
— Ach tak? — westchnęła z radości — co tam słychać? Czy widział pan tam popa?
— Oczywiście! Jak miałem go nie widzieć? Stary już jest.
— Powiada pan, że stary? Nie może być. Ileż to mu lat? Kiedy wyjechałam stamtąd miał czarną brodę.
— O nie, szanowna pani. On już jest stary. Brodę ma już całkiem białą.
— A może to ktoś inny?
— Nie. To ten sam, szanowna pani.
Bałaguła Jarme i wysoki Wolf chcieli się wtrącić do rozmowy. Też kiedyś służyli u „Fonio”, ale żona starszego strażnika i Lejbke rozgadali się tak szeroko i prawdziwie po rosyjsku, że tamci nie potrafili dotrzymać im kroku. Nie wszystko rozumieli. Tylko ojciec miał ogromną satysfakcję z rozmowy syna z Rosjanką. Jak się jest dostawcą siana dla wojska, to się rozumie po rosyjsku.
Siedział więc uśmiechnięty i co chwila zerkał na mamę i wołał:
— I co Frumet? Co powiesz o Lejbke? Nie spodziewałaś się tego po nim.
Mama się nie odzywała. Tak jak przedtem ucieszyła się gojskimi sąsiadami, tak teraz zamilkła. Nie leżało w jej naturze, żeby inni rozmawiali, a ona milczała. Lubiła, żeby jej słuchano, żeby ją widziano. Teraz zaś mówili inni, jej nikt nie zauważał.
Toteż następnego dnia, kiedy Lejbke nie było w domu, kilka razy powtórzyła, że Lejbke opowiada o Jekatierynosławiu, jakby to było miasto leżące za morzem. A jeśli już dowódca kompani nazywa go Lowką, to co to za powód do dumy.
— Głuptasku — odezwał się ojciec — czy to nie ciekawe?
— Za pierwszym razem może i ciekawe, ale jak się w tę i we w tę bez przerwy gada: „U nas w pułku” to ma się tego dosyć. Ciastka też się mogą przejeść.
— A ja bym go słuchał i słuchał — powiada ojciec.
— I słuchaj go na zdrowie. Nikt ci tego nie zazdrości.
Obecność Lejbke zaczęła mamę martwić. Za ciasno jej było mieszkać z nim pod jednym dachem. Nie był jej synem. Nie zwracał się do niej, jak Tojba per ciotuniu, tylko po prostu ciociu. Nie chodził po mieszkaniu, jak Tojba, na paluszkach. Miała do niego pretensje, że chrapie w nocy, że nie przychodzi na czas na posiłki. Nie ma przecież obowiązku pilnować dla niego garnków. Wszystko to jednak straciło na znaczeniu, kiedy z Warszawy nadeszła pocztówka, na której było napisane, że jedyna córka mamy z pierwszego małżeństwa, Cype, wybiera się do nas na święto Sukkot.
Z kartki nie wynikało, czy przyjeżdża sama, czy też z narzeczonym, szczotkarzem. Mama nie miała w ogóle pojęcia o tym, co się stało z narzeczonym. Ale było nie było, przygotować się na przyjęcie gości należało. I zaczęła mama czynić przygotowania.
Sprzątanie, mycie podłóg, czyszczenie sama załatwiała. Kiedy ojciec wręczył jej pieniądze na urządzenie święta, bez przeliczania ich zaczęła utyskiwać:
— Ile mi dajesz?
— Ile mam dać?
— Zapominasz, że Lejbke też jest.
— Nie zapominam, dlatego dałem ci więcej.
Mama nie przeliczyła miedzianych monet, ale zanim tato zdążył wciągnąć na siebie kapotę, rzuciła mu na stół rulon z monetami:
— Co mi dajesz? Co mam najpierw kupić?
— Czego się rzucasz? A ile ci mam dać?
— Co ty? Nie wiesz, że przed świętami ceny idą w górę? Twój Lejbke lubi coś lepszego do jedzenia i moja Cypele, oby była zdrowa, przyjedzie przecież na święta.
— Twoja Cypa? Dlaczego raptem?
— A dlaczego nie? Czy nie jest moim dzieckiem?
— Nie zabieram ci jej. Uchowaj mnie Bóg od tego. Przeciwnie, rad jestem, ale gdzie ją położysz spać?
— Gdzie ją położę? Myślisz, że mama nie znajdzie dla niej miejsca?
— Nie mam wątpliwości, ale mimo wszystko trzeba się zastanowić, gdzie ją położyć.
— Już się zastanowiłam. Będzie spała w łóżku Mendele.
— A gdzie będzie spał Mendele?
— Z tobą.
Przez chwilę ojciec milczał. Patrzył na rozrzucone monety na stole i nie otwierając prawie ust, zapytał:
— A Lejbke?
— Lejbke może spać u twojej siostry Noemi.
— U Noemi? Co to ojca nie ma? A dlaczego twoja Cypele nie może pójść spać do Miriam?
— Już ją wypędzasz? Jeszcze nie zdążyła przyjechać i już ją wyganiasz?
— Nie wyganiam, ale Lejbke jest mi tak samo drogi, jak tobie Cypele.
— Lejbke to mężczyzna. Może spać, gdzie chce, zaś moja Cypele, to nie twoja Tojba.
Tato nie mógł trafić ręką do rękawa kapoty. Nie zadawał więcej pytań. Wyjął z kieszeni jeszcze jeden rulon monet. Połowę zostawił na stole i ciężkim krokiem wyszedł z domu.
Po jego wyjściu mama zaczęła szybciej sprzątać. Czyniła to z jakimś zacięciem. Co chwila pociągała nosem i wreszcie rozpłakała się na dobre. I po co była ta cała awantura? Przecież sam Lejbke oświadczył, żeby mu pościelono w kuchni na ławkach, a Cypie żeby oddać łóżko.