Rozdział XXVII
Cypa zjawiła się rano w wigilię święta. Młoda, zarumieniona, pachnąca wielkomiejskością. Do mieszkania weszła krokiem dziarskim, z hukiem i trzaskiem. Od razu wypełniła sobą cały dom. Postawiła na podłodze swoje pudła i koszyki. Zarzuciła łóżko rękawiczkami, torebkami i wałkami. Latała po mieszkaniu jak spłoszona kura, wzniecając dookoła kurz. Pierwszego już dnia pobytu zrobiła mamie zarzut, dlaczego lustro wisi zbyt wysoko i twarz w nim odbita ma kolor niebieski.
Mamie wskutek tego peruka ześlizgnęła się na bok. Nie wiedziała, gdzie się podziać.
— Cypele — zapytała zmieszana trochę — i co u ciebie słychać? Jak ci się powodzi? Jak z twoim zdrowiem? Słyszałam, że podobno kasłałaś.
— Jestem zdrowa, mamusiu. Wcale nie kasłałam.
— To dlaczego tak źle wyglądasz? Masz jakieś zmartwienie?
— Nie, mamo. Dlaczego miałabym mieć jakieś zmartwienie?
— Nie wiem. Jesteś przecież sama w tej Warszawie.
Mama skrzywiła się. Chyba chciała, żeby Cypa źle wyglądała. Twarz Cypy jaśniała jednak mlekiem i krwią. Jakby leżała na niej jasna rosa. Wdzięku nadawały jej powabne dołeczki, które stwarzały wrażenie, że Cypa zawsze jest uśmiechnięta.
Tojba miała małe ząbki, białe, czysto wymyte, jak u ojca. Zęby Cypy były duże i szerokie. Gdyby nie te zęby, mężczyźni uganialiby się za nią. Chociaż i tak oglądano się za nią. Figurę miała kształtną. Wysoka, szczupła w pasie, z kołyszącymi się na długich nogach biodrami, przyciągała do siebie wszystkich mężczyzn. Zarówno starych, jak i młodych. Urodę Cypy uzupełniały piękne, gęste włosy koloru kasztanów, dopiero co wyłuskanych z pękniętych skorup. Nic więc dziwnego, że Lejbke nie odrywał od niej wzroku. Jego czarne małe oczka nie przestawały się uśmiechać z zadowolenia.
Przez wzgląd na Cypę Lejbke wyciągnął i odnowił swoje lakierowane buty z płaskimi noskami. Czarny kapelusz zsunął na bok. Rano mył się pachnącym mydłem i oblewał wodą kolońską, której zapach łaskotał mnie w nosie. Zaczesał się z przedziałkiem na środku głowy i co chwila strzepywał piórka z nowego garnituru.
Z Cypą rozmawiał po rosyjsku. Ona też znała ten język. Inaczej przecież nie byłaby sprzedawczynią damskiej garderoby w największym sklepie Warszawy. Cypa powiedziała, że w tym sklepie przez cały dzień mówi się po rosyjsku albo po polsku. Czasami zachodzi też potrzeba porozmawiania po francusku. Kto mówi tam po francusku, tego Cypa nie powiedziała. Prawdopodobnie także ona, Cypa. Do tego sklepu przychodzą na zakupy tylko żony generałów, hrabiów, tancerki z Teatru Wielkiego.
Cypa opowiada, że generał-gubernator Warszawy ma kochankę, która jest najpiękniejszą kobietą w całej Polsce. Ona, Cypa, zna ją tak dobrze, jak na przykład mamę. Może nawet lepiej. Na wszystkie opery i inne przedstawienia chodzi za darmo. Już nawet jest zmęczona od tego ciągłego chodzenia do teatru. Co do pracy, musi wstawać wcześnie, dopilnować, żeby w sklepie wszystko było w porządku, albowiem, jakby nie było, jest przecież starszą sprzedawczynią.
Dlatego też u nas Cypa śpi długo. Wstaje, kiedy dzień jest już w pełni. Drzwi do pokoju, w którym śpi, są zamknięte. Wszyscy chodzimy na paluszkach. Tato zmuszony jest modlić się w kuchni. Lejbke kręci się ubrany w czarny garnitur, niczym przypadkowy gość. Mama gotuje dla Cypy kakao z mlekiem. Podaje jej do łóżka ciastko. Cypa nie myje się, tak jak my, w kuchni. Ona myje się u siebie w pokoju, w misce, którą mama wypożyczyła od żony starszego strażnika. Zanim wstanie, mija dużo czasu. Jeszcze dłużej się ubiera. Ma dużo lusterek i ogromną ilość grzebyków. Na stole i na parapecie leżą rozrzucone szpilki do włosów, broszki, flaszeczki. Bije od nich słodkawy zapach, który czuć nawet w potrawach.
Przez cały ranek Cypa śpiewa piosenki polskie i rosyjskie. Nie tak jak Ita, która śpiewa o chłopcu, który pojechał do Wiednia, ale o jakiejś niewieście, która zwała się Piękna Helena oraz o takiej, o której sądzono, że jest córką popa, ale okazało się, że jest dzieckiem żydowskim. Cypa powiada, że jest taka opera pod tytułem Żydówka. Grają ją w Teatrze Wielkim w Warszawie. Cypa opowiada też, że zna śpiewaka Batistiniego. Ten, powiada Cypa, śpiewa najpiękniej ze wszystkich śpiewaków na świecie. Nawet aniołowie nie śpiewają tak pięknie jak on.
— Da, da100 — kiwa głową Lejbke. — W Moskwie tenże Batistini też występował.
— On wszędzie występuje — powiada Cypa. — Toć przed samym carem śpiewał.
— To Żyd? — pyta mama z szacunkiem w głosie, nie tyle dla Batistiniego, ile dla swojej pięknej córki.
— Gdzie tam Żyd? Czy pozwalają Żydowi występować w Teatrze Wielkim?
Twarz mamy skurczyła się. To, że Batistini nie jest Żydem i jeszcze bardziej to, że lekceważąco traktuje się Żyda, sprawiło jej ogromną przykrość.
— Dawidowa Cypa słyszała? — wtrąca się Lejbke — Kudy101 Batistiniemu do Dawidowa? Właśnie, że Dawidów śpiewa przed samym carem-batiuszką102.
— Lejbke słyszał Dawidowa? — pyta zaczepnie Cypa.
— A jakże! Jasne, że słyszałem!
Lejbke robi krok do przodu, macha ręką w powietrzu, kiwa głową i intonuje:
— Wołga, Wołga, mat’ rodnaja103...
Tamten Dawidow chyba inaczej śpiewał, gdyż Cypa lekceważąco macha ręką i powiada:
— Lepiej, żeby Lejbke przestał...
Zawsze tak postępuje, gdy Lejbke zaczyna opowiadać o swoim Jekatierinosławiu, o swoim pułku i dowódcy kompanii. Marszczy wtedy nos i mimochodem, jakby z boku powiada:
— Już to słyszeliśmy.
Lejbke milknie. Twardy kapelusz zsuwa mu się na czoło. Opadają mu długie ręce. Widać wtedy, że są owłosione. Cype powiada, że mężczyźni o dużych rękach nie przypadają jej do gustu. Jest to zrozumiałe. Ona sama jest delikatna. Potrafi tak ścisnąć wargi, że jej usta stają się delikatne i małe jak groszek. Nie tylko ona jest delikatna i szlachetna. Delikatny jest również jej kapelusz, który przypomina grzyb. Delikatne są jej pofałdowane sukienki, które szeleszczą jedwabiem. Delikatne są jej lakierowane pantofle na wysokich obcasach. Wszystko czyni ją delikatną i wdzięczną. A kiedy Cypa wkłada krótki żakiecik ze stojącym kołnierzykiem, który nazywa „Maria Stuart”, Lejbke podkręca wąsy, wystawia nogę i zapytuje w swoim jekatierinosławskim rosyjskim języku:
— Możet pogulit pojdiom104?
— Spasibo105 — odpowiada Cypa, ścisnąwszy wargi i wychodzi sama na ulicę.
Mama wychodzi na próg, żeby popatrzeć na nią. Żona bałaguły Jarme obserwuje ją z podwórka, założywszy ręce na ciężarnym brzuchu.
Żona starszego strażnika patrzy przez okna, zaś nowa sąsiadka, która mieszka nad nami, kiwa głową z góry i powiada:
— Królewska postać, bez uroku.
Z boku nadchodzi Jarme, powolnym krokiem wypoczętego człowieka.
— Dlaczego sama? — zapytuje mamę. — Dlaczego nie razem z Lejbke?
— Gdzie jemu do Cypy — powiada mama z taką dumą w głosie, jakby była posiadaczem statku na morzu.
I mimo, że Cypa jest taka piękna i Lejbke się do niej nie umywa, w domu podczas jej pobytu daje się odczuć jakąś obcość.
Mnie Cypa w ogóle nie dostrzega. Nie przywiozła mi z Warszawy żadnego prezentu. Nikomu zresztą nic nie przywiozła. Jej pieśni o Pięknej Helenie i o Żydówce są dla mnie dalekie, zbyt obce, nie moje. Mnie bliższa jest i milsza pieśń Ity o chłopcu, który pojechał do Wiednia, żeby zobaczyć się z rodzicami. A w ogóle w domu nikt poza Cypą się nie liczy. Mama nie przestaje o niej mówić. Gotuje i piecze dla Cypy. Mama sama myje i pucuje garnki i miski, a Cypa stroi się i wdzięczy do lustra. Mama sama zanosi jedzenie do szałasu świątecznego, a Cypa nawet nie stara się jej zastąpić. Nawet w nocy, kiedy wszyscy śpią, mama schodzi z łóżka, żeby popatrzeć na Cypę. Sprawdza, czy drzwi do kuchni, w której śpi Lejbke są zamknięte. Staje nad łóżkiem Cypy i wsłuchuje się w jej oddech.
Sama Cypa zachowuje się wyniośle. Zadziera nosa. Ona też zdaje sobie sprawę, że Lejbke się do niej nie umywa. Z ojcem w ogóle nie rozmawia. Po przyjeździe nawet z grzeczności nie zapytała:
— Co słychać, wujku? Jak się czujesz?
Tylko raz, kiedy stała nad jedną swoją otwartą walizką, od niechcenia zapytała:
— Jak ci się powodzi, rebe Lejzorze?
Ojciec nie odpowiedział. Mama skrzyczała go.
— Lejzorze, przecież cię pytają. Dlaczego nie odpowiadasz?
Ale ojciec nie słyszał. Przez całe święta nie słyszał i nie odzywał się. Wieczorem, kiedy Święto Szałasów dobiegło końca, mama wzięła się do pakowania pudeł Cypy. Bałaguła Jarme, który już z nastaniem nocy zaprzągł konie, zażądał za jazdę do Warszawy sześć złotych. Koleją kosztowało to jednego rubla i pięćdziesiąt kopiejek.
W związku z tym Cypa wybrała kolej. Nie będzie się przecież tłukła całą dobę wozem jakiegoś tam Jarme bałaguły. Co na to powiedzą w Warszawie?
Szkopuł jednak w tym, że do jazdy koleją zabrakło jej tego rubla. Mama też nie miała pod ręką. Tato po Hawdale włożył świąteczną kapotę i zabierał się do wyjścia. Mama zagrodziła mu drogę do drzwi:
— Lejzorze, możesz mi dać rubla?
— Co?
— Potrzebny mi jest rubel.
Ojciec, nie mówiąc słowa, zanurzył głowę w kołnierzu i wyszedł. Cypa wodziła za nim swoimi pięknymi migdałowymi oczyma i wcale nie migdałowo burknęła:
— Lejzor jołop!
Krew uderzyła mi do głowy. Czasami w przypływie gniewu mama rzucała w niego tym przezwiskiem. Ale ona, po pierwsze, była jego żoną, a po drugie, zawsze uważała, że wychodząc za niego za mąż uczyniła mu łaskę. Ale Cypa przebywała u niego w domu przez całe święta i zjadała owoce jego harówki. Jakim prawem zdobyła się na taką bezczelność?
Gdybym w owej chwili mógł podejść do Cypy, która molestowała mamę o rubla i dać jej w mordę, to by przybyło mi dziesięć lat dodatkowego życia. Miałem satysfakcję z tego, że tato udawał głuchego, kiedy poszło o tego rubla. Cypa jednak tego wieczoru wyjechała i to koleją. Rubla dał jej Lejbke. Był to nowy szeleszczący banknot. Lejbke zaniósł jej też pudła do wagonu. Cały czas stawał przed nią na baczność, stukał obcasami, niczym oficer. Kiedy pociąg ruszył, szedł za nim i machał w powietrzu kapeluszem. Żegnał się z nią po rosyjsku:
— Do swidania106! Do swidania!
Mama wycierała łzy. Całowaniu z Cypą nie było końca. Mama upomniała ją, żeby nie wygłupiała się i wyszła za mąż za szczotkarza. Cypa w czasie pobytu u nas zwierzyła się jej, że ma dość swego narzeczonego. Szczotkarz jest jej bowiem niemiły. To prostak nie znający słowa po polsku. Nie umie się porządnie zachować wśród ludzi. Mama była tym zmartwiona. Powiedziała jej, że teraz jest już za późno, żeby zrywać z narzeczonym. Trzeba było wcześniej rozeznać się w sytuacji. Zresztą szczotkarz poślubia ją bez posagu.
Cypa na wywody mamy oświadczyła, że nie wie, jak ostatecznie postanowi, ale kroi jej się nowy, lepszy związek. Ma lepszego kandydata. Jest to buchalter.
I tak wyjechała Cypa. Bez grosza przy duszy i bez pożegnania z ojcem. Mama po jej wyjeździe nieraz wzdychała. Jej westchnienia razem z zapachem pudeł i flaszeczek Cypy wypełniały nasz dom przez całą zimę.