Rozdział XXVIII
Po świętach sad przy naszym podwórzu sczerniał i zwilgotniał. Sadownik Zajmweł odwiózł do domu zmiętą czerwoną pościel i ostatni wózek zimowych jabłek. Wieczory zapadały w południe. Mgliste i gęste. Spadające żółte liście kładły się na szybach okien. Ojciec w te wieczory siedział nad stołem i kredą rozliczał się ze wspólnikiem Motle z rozchodów i dochodów Leniwy.
Lejbke nie było w domu. Miał pojechać do Warszawy szukać roboty. Czekał na list od Cypy. Obiecała mu napisać i odesłać pożyczonego rubelka. Ale widocznie zapomniała. Chodził więc Lejbke zamknięty w sobie i zadumany. Już nie opowiadał o wojsku. Dziegieć wyparował z jego ciała. Pewnego dnia przyszedłszy do domu oświadczył, że przenosi się do własnego mieszkania. Dostał pracę u ślusarza Pinchasa, u którego będzie zarabiał sześć rubli tygodniowo razem z obiadem.
No i przeniósł się. W sobotę po obiedzie przyszedł z wizytą. Mówił coś pod nosem i przytupywał nogą. Zapytał też o Cypę. Ciekaw był, czy pisze, czy już wyszła za mąż. Poprosił też mamę, żeby do listu dołączyła jego pozdrowienia. Lejbke z pewnością zauważył, że u nas w domu nie przelewa się, toteż pewnego dnia powiedział mamie, że jeśli potrzebuje pieniędzy, to gotów jest jej pożyczyć. Mama oczywiście potrzebowała pieniędzy. Broń Boże, nie dla siebie i nie na jakieś wymyślne rzeczy, ale dla mnie. Po święcie bowiem przestałem chodzić do chederu. Mama posłała mnie do prawdziwej szkoły, za którą trzeba płacić i w której uczą rosyjskiego i gramatyki. Tato był przeciwny. Twierdził, że w szkole wychowują dzieci na gojów. Dzieci uczą się bez nakrycia głowy. Wtedy do sporu dołączył się Lejbke. Powołał się na przykład z Jekatierinosławia. Tamtejszy kazionny rabin107 też kiedyś chodził do takiej szkoły. Nie wiadomo, może kiedyś ze mnie też będzie kazionny rabin.
Możliwe, że Lejbke tylko sobie pożartował, ale w nowej szkole rzeczywiście inaczej uczono. Po ukończeniu jej można było czytać książki, można było zaglądać do hebrajskiej gazety „Macefira” i można było działać w ruchu syjonistycznym. Słowem zupełnie inaczej niż w chederze Szyme-Josefa. Nie jedna, ciemna izba z wytartymi ławkami przy ścianach, tylko dwie duże izby z czystymi oknami, z żelaznymi balkonami, wychodzącymi na ulicę.
W obu izbach stały niczym żołnierze, w szeregu jedna za drugą, ławki. Czarne, krótkie, z otworami na kałamarze i szufladkami, w którym można było trzymać jedzenie i piśmiennicze akcesoria.
Na jednej ścianie wisiała stara, duża mapa. Na jej niebieskim tle figurowały miasta i wsie, rzeki i morza. Na drugiej ścianie wisiały plansze, na których widniały zwierzęta, ryby, gady, płazy, rośliny i owoce. Na samej górze, obok miejsca, gdzie wisiał żółty car z niebieskim, jedwabnym pasem na piersiach, były jeszcze dwa portrety. Jeden przedstawiał tęgawego osobnika z ośmiokątną jarmułką na głowie i podstrzyżoną siwą bródką, z krótką szyją okoloną białym żabocikiem. Mówiono, że ten osobnik to wielka szycha i nazywa się Mosze Montefio. Polubiłem go za to, że nosi taki biały żabocik jak moja mama. Drugi portret przedstawiał całkiem innego człowieka. Gojska twarz bez brody. Bystre oczy i czarne, sterczące wąsy. Dziwiłem się, skąd taka gniewna twarz w naszej szkole? Chłopcy jednak wyjaśnili mi, że to żaden goj, tylko Żyd, prawdziwy magnat, niemal wicekról. Jest to baron Hirsz, który pragnie, żeby wszyscy Żydzi zostali wyzwoleni z diaspory. Nie mogłem w to uwierzyć i nie bacząc na to, że był taką szychą, czułem do niego niechęć. Za bardzo może kłuł tymi skręconymi, czarnymi wąsami. Ciągle wpatrywał się we mnie oczami jak świdry. I to w taki sposób, jakby go wynajęto do pilnowania każdego naszego kroku, każdego ruchu, każdego zwrotu. I bez niego też skrupulatnie nas pilnowano. Mógł ten baron polegać na naszym nauczycielu rebe Dawidzie.
Rebe Dawid był swego rodzaju Szyme-Josefem na inną modłę. Był to prosty Żyd ubrany w zwykłą kapotę. Miał rzadką brodę. Oprócz uczenia w szkole pracował we własnym sklepie żywnościowym. Miał jedną dorosłą córkę i zawsze nosił ze sobą rzemyk od maszyny do szycia.
Przerabiał z nami w szkole Pięcioksiąg z komentarzem Raskiego. Właściwie nie on nas nauczał, ale jego rzemyk, który zawsze oplatał jego rękę niczym gibka żmija. Szerokie, nisko osadzone pośladki rebe Dawida z trudem mieściły się na skamiejce108. Trzymał wtedy nogi na podnóżku. Małymi przymrużonymi oczkami, nad którymi unosiły się szpiczaste, rabinackie brwi, patrzył wysoko ponad głowami uczniów. Mimo to wiedział, co u niego w garnku się gotuje.
A kiedy już coś u kogoś zobaczył, podnosił się z ławki, udawał, że patrzy gdzie indziej i kulejąc podchodził po cichu, jak skradający się kot, żeby nagłym ruchem zerwać delikwentowi czapkę i spuścić na obnażoną głowę skórzany, żmijowaty rzemyk.
— Żeby cię szlag trafił! — ryczał skrzywiwszy usta. — Przestaniesz mi tu grać w guziki, ty bękarcie jeden?
Na policzku „bękarta” wykwitała pręga, która utrzymywała się na długo, przybierając kształt jakby wypełnionej krwią żyły.
Opowiadano, że rebe Dawid ma już trzecią żonę i że ją także zdąży pochować. Wiedzieli w mieście, że jej nienawidzi, że wyzywa ją od najgorszych i mimo to chciałby z nią mieć dzieci, chociaż po pierwszej żonie ma już dorosłą córkę. W szkole zjawiał się rebe Dawid później od uczniów. Człapał kulejąc w starych, zniszczonych butach i w cajgowych109 skręconych w rury spodniach. Sam się uważał za uczonego mędrca. W dniach pokuty Selichot rwał się do pulpitu w bóżnicy, żeby przewodzić modlitwom i w soboty czytał rozdział Pięcioksięgu w bożnicy syjonistów.
Opowiadano również, że rebe Dawid jest mitnagedem, czyli przeciwnikiem chasydów. Lekceważył i nienawidził rabajów chasydzkich110. Podobno niegdyś głośno sklął pobożnego chasyda i od tego czasu okulał. Słowem, był to prosty Żyd i do tego bijący uczniów rebe. Miał jednak rebe Dawid jedną zaletę, dla której wybaczaliśmy mu zarówno jego wrogi stosunek do chasydyzmu, jak też używanie przeklętego rzemyka. Tak jak on nauczał nas Biblii, nikt inny by nie potrafił. Zaśpiew, jakiego używał przy czytaniu, nie miał w sobie niczego ani z antychasydyzmu, ani ze skłonności człowieka do bicia. Wybierał słowa tak, jak się wybiera orzechy ze skorup. Jądro orzecha, czyli sedno rzeczy, wkładał nam w usta tak, byśmy poczuli prawdziwy smak.
U rebe Dawida sprawiedliwy Józef przedstawiał się jako wysoki, młody brunet o twarzy tak pięknej, że tylko wpatrywać się w nią i wpatrywać. Nie był to już pasterz, syn praojca Jakuba, ale książę, pierwszy po faraonie rządca w kraju, który żywił cały Egipt i mimo to odznaczał się wielką skromnością.
Mojżesz u niego nie miał siwej brody. Nie był wcale podobny do Mojżesza, którego portret wisiał na ścianie w domu ciotki Miriam. Jego Mojżesz był młodzieńcem z kędzierzawą głową jak u owcy. Wysoki i mocny jak cedrowe drzewo. Najlepszy dowód, że córka faraona, księżniczka Egiptu, chciała go poślubić. Przyjemnie było słuchać, kiedy tłumaczył nam parszę111 (rozdział) Beszałach — Wysyłając Żydów z Egiptu112. Zmieniał się wtedy nie do poznania. To już nie był tamten prosty Żyd w starej kapocie. Głos mu się już nie załamywał. Brzmiał czysto, donośnie i mile. Wydawało się, jakby nie z ust, ale z wnętrza ciała odczytywał i zarazem wyśpiewywał wersety nie do nas, ale gdzieś w siną dal.
To myśmy wychodzili z ziemi egipskiej razem z Mojżeszem. Słyszeliśmy dudnienie kroków, stukot kół rydwanów faraona. To na naszych oczach rozstąpiło się morze. Widzieliśmy, jak Egipcjanie tonęli razem ze swoimi końmi i wozami w odmętach wody. Słyszeliśmy, jak Mojżesz razem z żydowskim ludem śpiewał Az jaszir113. Wtedy rebe zaśpiewał i o tym, jak prorokini Miriam wtórowała mu na bębenku.
Gdyby przez cały okrągły rok nauczał nas rozdziału Beszałach, nie zbrzydłoby to nam. W dodatku rebe Dawid zapominał wtedy o korzystaniu ze skórzanego rzemyka i o obrzucaniu nas przekleństwami.
Trzeba było jednak jeszcze coś umieć oprócz Pięcioksięgu. Był tedy drugi nauczyciel. Ten już nie był zwyczajnym, prostym Żydem. Rebe Jankele nie chodził w starej kapocie. W zimowe wieczory uczył nas gramatyki. Nie mógł nas uczyć przy świetle dziennym. Jego głos, cała postura były mroczne jak zimowe wieczory. Wysoki, przygarbiony, z małą czarną bródką, rebe Jankele przybył do naszej szkoły z bardzo daleka, aż ze skaryszewskich rogatek. Nie nosił starych, sfatygowanych pantofli jak rebe Dawid, ale wypucowane, skrzypiące, świąteczne buty z cholewami, które mu pozostały z czasów, kiedy handlował lasami. Hebanowa, czarna laseczka z białą, kościaną rączką, także mu pozostała z owych czasów. Nawet powolny, rozważny chód i kołnierzyk z czarnym krawacikiem pozostały mu z czasów, kiedy był kupcem, kiedy jego tratwy płynęły Wisłą do Gdańska.
Rebe Jankele mówił wtedy donośnym głosem. Uderzał hebanową laską w podłogę, gdy biedak przychodził po jałmużnę. Nie miał tak bladej twarzy i zapadniętych oczu jak dzisiaj. Tamte czasy jednak dawno już minęły.
Z dawnych lasów i tratew pozostał mu tylko szlachetny tytuł rebe Jankele i jeszcze szlachetniejsi żydowscy prorocy Izajasz i Ezechiel. Mówiono, że reb Jankele został na starość nauczycielem nie z powodów materialnych i także nie z tej racji, że kiedyś miał kłopoty z wychowaniem swoich synów, ale z wielkiej miłości do Tanachu114, do Pisma Świętego.
Kiedy przeczytał nam pierwsze zdanie z Księgi Izajasza, od razu widać było, że ten były bogacz i potentat nieczuły jest na wszelkie dobra tego świata. To nie prorok Izajasz karcił grzeszny lud Izraela, tylko nasz rebe Jankele. Głos jego stawał się czarny. Czarny jak on sam.
„Synów wychowałem i wypiastowałem, ale oni odstąpili ode mnie” — przeczytał te słowa proroka i opuściwszy głowę ciężko westchnął, jakby z kimś rozmawiał i uskarżał się na własny gorzki los.
Kiedy przerabiał z nami Treny Jeremiasza, stawał się i mały, i pochylony jak prorok Jeremiasz. Cichym, niekrzykliwym głosem zapowiadał zagładę. Szeptał do siebie po cichu o zagładzie Jerozolimy, podobnie jak cicho gruchają do siebie gołębie za oknem.
Rebe Jankele mieszkał w oddzielnej alkowie u swojej najmłodszej córki Debory, która wyszła za mąż w okresie, kiedy on już zdążył zubożeć. W takich warunkach musiała się zadowolić mężem niepochodzącym z najlepszej rodziny. Debora codziennie pucowała skrzypiące buty ojca. Odkurzała też jego hebanową laskę i chociaż sama miała już dwóch dorosłych chłopców, którzy przygotowywali się do składania egzaminów do gimnazjum, do ojca zwracała się po dawnemu:
— Tatusiu, może tatuś weźmie coś do szkoły? Może ciastko, może jabłuszka?
Moja siostra Bejle, która mieszka w sąsiedztwie z rebe Jankelem, opowiada, że on całe noce spędza na pisaniu czegoś przy świetle świecy. Mówią, że pisze książkę. Wszyscy sąsiedzi wiedzą o tym, ale każdy na swój sposób to tłumaczy. Rebe woli o tym nie mówić.
W szkole chodzi podpierając się laską. Pochylone ramiona wysuwa do przodu. Chodzi wsłuchany w wersety Pisma, pogrążony we własnych marzeniach. I chociaż wydaje się, że nie wie, co się wokół niego dzieje, to jednak dostrzega, kto gra w guziki. Dostrzegłszy, podchodzi cichuteńko, bez skórzanego rzemyka, jak to czynił rebe Dawid i bez typowych dla tamtego przekleństw. Podchodzi sobie jakby nigdy nic i oparłszy się jedną ręką na lasce, a drugą na ławce, pyta:
— Chłopcze, czyj ty jesteś?
— Krawca Itczego.
— Jak się nazywa twoja matka?
— Frajdl.
— To powiedz matce, a dobrze będzie, jeśli i tato posłucha, że szkoda ich trudu. Twój tato z pewnością ciężko haruje na kawałek chleba. Mama twoja, domyślam się, zbiera grosz do grosza, żeby opłacić twoją naukę, a ty obracasz wniwecz cały ich trud. Myślisz, że nasi prorocy tak sobie, bez celu przemawiali? Byli takimi samymi biedakami jak twój ojciec. Zarobku ze swoich przemówień nie mieli. Im chodziło tylko o to, żeby ich słuchano. A ty co robisz? Grasz w guziki. Powiedz więc, proszę, grzeszysz tym czy nie?
Co tu gadać? Miał rację. Jak można grać w guziki, kiedy on uczy nas Pisma? Czy nie lepiej i słuszniej by było, gdybyśmy wsłuchali się w jego słowa wymawiane z takim wspaniałym zaśpiewem, niż grali w głupie guziki? Ale synek krawca Itczego i kilku jemu podobnych chłopców pozostało głupcami do końca swoich dni. Nie rozumieli, że bez bicia i przeklinania można się też czegoś nauczyć. Dla nich dobry był rebe Dawid albo nauczyciel Matias. Być może, że z powodu właśnie tych chłopców zaangażowano do szkoły pana Matiasa. Inaczej trudno bowiem byłoby zrozumieć, jak mogli pod jednym dachem nauczać tak różni ludzie jak rebe Jankele i taki osobnik jak nauczyciel Matias. Ni to Żyd, ni to goj. Moskal, kacap. Nie inaczej. Uczył nas rosyjskiego, czistopisania i rachunków. Tego wszystkiego uczył nas ochrypłym głosem pijackim, pijackim wymachiwaniem rąk i z pijaną głową. Podczas lekcji palił papierosa za papierosem. Kaszlał i spluwał po kątach. Miał zwyczaj, zasysając powietrze, uwypuklania kości policzkowych. Jego pomarszczona od niewyspania twarz wyglądała wtedy jak skurczona płachta wełniana. Papierosa trzymał nie między wargami, ale w żółtych, przepalonych, szpiczastych jak u wilka zębach. I doprawdy chodził po szkole jak wilk. Wypatrywał chwili, aby móc kogoś z nas dopaść i pożreć. Nie sposób było pojąć jak w tak słabym, wychudzonym ciele, mieściło się tyle złości i okrucieństwa.
Opowiadano, że Matias już od lat nie sypia z żoną. W ogóle nie śpi. Gra w karty. Jego żona jest zielona na twarzy. Nosi żółte futro z czasów króla Poniatowskiego. Nie nosi peruki.
Wszyscy w mieście wiedzieli, że żona Matiasa kupuje mięso w gojskich jatkach. Nie uznaje koszernego i nie soli mięsa. Na Boże Narodzenie ustawia w domu choinkę i żegna się znakiem krzyża. O Matiasie opowiadają, że kiedy wraca nad ranem z gry w karty, bije żonę. Pluje na jej żółte futro i tłucze wszystko, co wpadnie mu w ręce.
Nic dziwnego, że wszyscy się na nich oburzali i skrzętnie omijali dom, w którym Matias mieszkał. Nie bacząc jednak na to wszystko, matki Żydówki starały się posyłać swoje dzieci do szkoły, w której wykładał pan Matias. Moja mama usprawiedliwiała się w taki sposób: po pierwsze — twierdziła — po ukończeniu tej nowej szkoły uczeń potrafi czytać i rozumieć Księgę Ksiąg. Po drugie — chce, żeby jej syn opanował gramatykę i czistopisanie. Ona sama się tego uczyła i dlatego dzisiaj umie pisać listy pannom, które chcą korespondować ze swoimi narzeczonymi, odbywającymi służbę wojskową u cara. Pisze też listy kobietom, których dzieci są w Ameryce. Mama powiada, że nic mi się nie stanie, kiedy czasem oberwę w szkole. Król Salomon też kiedyś kazał od czasu do czasu zbić dziecko. Kiedy się bije w tyłek, rozum dochodzi do głowy.
Po pierwsze, nie jestem już dzieckiem, które należy bić po tyłku. Po drugie, pan Matias nie bije po tyłku, tylko po głowie. A po trzecie, to i bicie nic nie pomoże, gdyż tak ładnie, jak pisze moja mama, ja nigdy się nie nauczę.
Moja mama uczyła się u nauczyciela o innym usposobieniu. Był to człowiek spokojny i grzeczny. Nie miał zapewne pijackich odruchów. Inaczej bowiem nie potrafiłby nauczyć czistopisania. Tu trzeba każdą literkę starannie napisać. Raz grubo, a raz cienko, innym razem okrągło albo ostro. Jak mogłem to wszystko wykonać, kiedy słysząc zbliżające się kroki Matiasa myślałem, że wisi nade mną nóż rzeźnicki. Na odgłos tych kroków dreszcze trzęsły moim ciałem. Oto wyrzucił niedopałek i sięgnął po nowego papierosa. My siedzimy z pochylonymi głowami i z drżeniem w sercu kreślimy litery na błękitnym papierze. Buty nauczyciela skrzypią złowrogo. Zdaje się, że nawet jego buty są pijane.
Oblewa mnie pot, chociaż do mnie właściwie nie może mieć pretensji, zaokrągliłem i wycyzelowałem wszystkie litery tak, że już lepiej się nie da. Chyba tylko mama potrafi je lepiej napisać. Wtem czuję nad sobą gorzki zapach papierosów. Słyszę nad sobą charczenie nauczyciela. Nie zdążyłem nawet podnieść głowy, kiedy poczułem, że coś w niej zaczęło nagle dzwonić. Niespodziewany cios pięści ląduje na mojej twarzy.
— Swołocz115! — krzyczy nauczyciel i zaczyna kaszleć. — Sukinsyn! Tak się pisze „szcza”? Marsz do tablicy! Napisz jeszcze raz sukinsynu!
Wyciąga mnie z ławki za ucho. Czuję ból w całej twarzy. Coś łupie mnie w skroniach. Iskry latają mi przed oczami. Głowy moich kolegów schowały się w ramionach.
Tablica, czyli, jak nauczyciel ją nazywa, doska, przypomina mi deskę, na której nosi się nieboszczyków do grobów. Doska napawa nas większym strachem niż sam nauczyciel. Jest jego rodzoną siostrą. Stoi na trzech nogach, tak jakby też była pijana. Tu nie można się nigdzie schować. Tu stoi zaczajony Matias. Czyha na ofiarę jak wilk na owcę. Nic już nie pomoże. Możesz napisać poprawnie literę „szcza”, ale ciosu w twarz i tak nie unikniesz. Zęby w gębie muszą się rozdzwonić. Małemu Joskowi skrzywił się kiedyś jeden ząb od ciosu. On go potem razem z krwią wyłuskał z dziąsła. U mnie po wypełnieniu połowy tablicy literką „szcza” ze wszystkimi wykaligrafowanymi zakrętasami, lewe ucho miałem naderwane. Strużka ciepłej krwi spłynęła mi na szyję. Matias miał białe wargi. Nie przejął się strumyczkiem mojej krwi. Dołożył mi jeszcze kopniaka w tyłek i zaryczał:
— Paszoł won116, swołocz!
I tak bywało codziennie. Raz ja padałem ofiarą, to znów ktoś inny. Tylko jeden Mojszele, syn szynkarza, nie poczuł na sobie ciężaru pijackich rąk Matiasa. Tenże Mojszele miał dziewczęcą twarz. Ciągle objadał się słodyczami podczas lekcji, a mimo to ciągle uznawany był i przez Matiasa za prymusa. Był to żarłok nad żarłokami. Ciągle ciamkał i coś przeżuwał. Od przejedzenia wyrósł mu duży, jakby nadmuchany brzuch, a ręce stały się tak pulchne, że palce wyglądały jak poduszeczki. To wszystko nie przeszkadzało mu dobrze opanować czistopisania, wiedzieć, ile jest dziewięć razy dziewięć i co to jest imia priłagatielnoje. Wszyscy uczniowie nienawidzili tego Mojszele. Po pierwsze dlatego, że rzeczywiście dużo wiedział, a po drugie dlatego, że nikomu nie chciał podpowiadać, i po trzecie, że donosił na nas. Miał tylko jednego kolegę. Ubogiego, chudego chłopca imieniem Jukele. Tenże Jukele nie miał ojca. Jego matka, młoda, rumiana kobieta, chodziła po domach i opowiadała, że ojcem jej syna Jukele jest drzewo. Jukele nie płacił czesnego. Do szkoły przyjęto go z litości. I z tym oto Jukelem kolegował się Mojszele, syn szynkarza. Komenderował nim jak służącym. Lubił go szczypać i łaskotać. Od tego szczypania twarz Jukele była nabrzmiała. Dostawał za to od Mojszele kawałek gęsiej wątróbki albo jajko na twardo. Czasami Mojszele zabierał go do szynku i tam częstował pianą z piwa, którą furmani pozostawili w kuflach. Z powodu Mojszele znienawidzono również Jukele, mimo iż ten był biedny, zmizerowany i miał drzewo za ojca. Nikt z nimi nie rozmawiał. Oni zaś zawsze chodzili razem. Jeśli ktoś z nas ich zaczepiał, nigdy nie stawiali oporu. Uciekali.
Dopiero następnego dnia, kiedy nauczyciel Matias wszedł do klasy, Mojszele wstawał i donosił:
— Gospodin uczitiel117, oni obrzucali mnie wczoraj kamieniami.
— Kto rzucał kamieniem?
— Icyk rzucił, Mendel rzucił. Wszyscy rzucili.
Nauczyciel Matias wymierzał każdemu z nas cios w gębę, ciągnął za uszy i pijackim głosem warczał:
— Swołocz parsziwaja! Ja tebie pokażu118!
Gorzkie było życie. Wszyscy modliliśmy się o to, żeby szlag trafił nauczyciela, Mojszele i czarną doskę. Ale jak mogły nasze modlitwy pomóc, skoro Matias nadal pił w szynku ojca Mojszele, czarna doska nadal stała na swoich rozstawionych pijackich nogach, a Mojszele składał jeszcze więcej niż przedtem donosów.