Rozdział XXIX
Matiasowi nasze przekleństwa nie zaszkodziły. Stał się jeszcze zdrowszy niż był. Ale rebego Jankele, mimo naszych najlepszych życzeń, śmierć zabrała. Tego dnia padał deszcz ze śniegiem. Okiennica w naszym domu wyrwała się z łańcucha i stękała niczym chory człowiek. Ojciec nigdzie nie wyjechał. Mnie mama nie puściła do szkoły.
— Jeszcze mi się, broń Boże, przeziębisz — powiedziała. — Zostań w domu.
Mnie jednak tego dnia ciągnęło do szkoły. W nocy zbudził mnie ucisk w sercu. Wydawało mi się, że mój zmarły brat, Mojsze, kręci się w kuchni i szuka czegoś w garnkach. Słyszałem, jak myszy harcują i w żaden sposób nie mogłem stwierdzić, czy zegar stoi, czy też chodzi.
Nikomu w domu nie opowiedziałem o swoich majakach, ale kiedy mama nie pozwoliła mi iść do szkoły, ogarnął mnie strach. Powiedziałem, że muszę iść. Dzisiaj rebe Dawid wywoła mnie z ławki i rozkaże przeczytać i skomentować przypadający na ten tydzień rozdział Biblii. Deszcz zmieszany ze śniegiem smagał mnie po twarzy. Wiatr ciągnął mnie w tył, jakby również nie chciał, abym poszedł do szkoły. Ja jednak się uparłem. Odczuwałem jeszcze ucisk pod sercem. Spieszyłem się, a mimo to się spóźniłem. W szkole jednak nikt mi nic nie powiedział. Nikt nawet mego przyjścia nie zauważył. Szkoła wyglądała teraz jakoś dziwnie. Żaden chłopiec nie siedział na swoim miejscu. Nie było nauki. Wszyscy gdzieś popędzili. Wszystkie drzwi były otwarte. Rebe Dawid szybciej niż zwykle kulał na krótszej nodze i coś tam rękami wymachiwał. Nauczyciel Matias też już był. Sczerniały jakiś i bardziej pochylony. Palił papierosa za papierosem. Żadnego nie dopalał do końca. Co chwila przybiegał do rebego Dawida coraz to inny chłopak i coś mu tam mówił, po czym w napięciu czekał na odpowiedź. Chudy, zielony na twarzy Jukele cicho płakał. Czy Mojsze, syn szynkarza, za mocno go dzisiaj uszczypnął?
Ale oto nadchodzi sam Mojszele. Wygląda na to, że idzie ku mnie. Dlaczego, przecież jestem z nim skłócony? Mojszele przepycha się swoim rozdmuchanym brzuchem. Jego pulchna, dziewczęca twarz jest biała jak ciasto.
— Wiesz co — powiada do mnie ściśniętym głosem — rebe Jankele umarł.
— Oj, biada mi!
Nie wiem, czy ja to wykrzyknąłem, czy Mojszele, ale ucisk pod sercem przesunął się do gardła. Zacząłem się dusić. Nie zauważyłem, kiedy Jukele podszedł do nas. Poczułem tylko jego małą rękę na ramieniu.
— Rebe Jankele, rebe Jankele — zaszlochał Jukele. — Umarł rebe Jankele o północy. Właśnie wskutek ucisku serca. To, co uciskało jego serce, nagle przesunęło się do gardła i udusiło go.
— Czy wszyscy już tu są? — rozległ się złamany głos rebego Dawida.
— Wszyscy!
— Ustawcie się! Ma być cicho!
Nauczyciel Matias stał z pochyloną głową, patrząc na nasze nogi.
— Czy wszyscy mają całe buty? — zapytał po żydowsku wcale nie pijanym głosem.
— Wszyscy!
— No to trzeba wyruszyć na pogrzeb.
— Ruszajmy!
Rebe Dawid podniósł rękę. Była pusta. Nie było w niej rzemyka.
— Dzieci — zawołał — wasz rebe, wasz mełamed Jankele umarł.
— Zszedł z tego świata — zapłakał Jukele.
Rebe Dawid zamknął oczy, wytarł czoło i kiwnął głową:
— Tak, zszedł z tego świata.
Nauczyciel Matias kazał nam ruszyć do skaryszewskich rogatek. Tam mieliśmy ustawić się trójkami i czekać, aż on z rebe Dawidem nadejdą.
Po południu wyniesiono ciało rebe Jankele z domu jego córki. Ten wysoki Żyd leżał teraz w wąskiej, małej trumnie, która kołysała się wśród całej czeredy czarnych, poruszających się czapek. Najwyżej wznosił się atłasowy cylinder urzędowego rabina i żółty sztrajmel dajana Arona.
Był piątek. Wiatr, który rano zrywał blachy z dachów, teraz uspokoił się. Śnieg z deszczem przestał padać. Widocznie na czas pogrzebu zrobił sobie przerwę. Sklepy w mig się zamknęły. Żydzi włączyli się do konduktu pogrzebowego, żeby prosić zmarłego o przebaczenie. Jedni towarzyszyli zmarłemu do następnej ulicy, drudzy aż do „trzech drzew”. Cała szkoła na czele z nauczycielem Matiasem i rebe Dawidem szła przed trumną. Całym sercem, wszystkimi zmysłami recytowaliśmy na mokrych, zimnych ulicach:
— Ofiarność przed nami kroczy.
Tego dnia byłem po raz pierwszy na cmentarzu. Wydawało mi się, że nawet żywi nie mogą stąd powrócić. Rozglądałem się tylko w obawie, czy czasem nie zamkną bramy cmentarnej. Tu, obok drzewa, spoczywać będzie rebe Jankele, były kupiec leśny, znawca Tanachu, wielki mąż oświecenia. Prawdopodobnie przywitają go dwaj wielcy prorocy Izajasz i Ezechiel. Zapewne prorok Jeremiasz opłakiwać będzie śmierć tego wspaniałego, prawego Żyda.
Ale dlaczego kładą tego wspaniałego człowieka do takiego mokrego, wąskiego grobu? Dlaczego grabarzowi tak spieszno? Czy nie wie ten gruboskórny facet, że takiego nieboszczyka należy traktować delikatnie? Był jednak piątek. Wiatr chwilowo ucichł. Deszcz zmieszany ze śniegiem na razie ustał. Rabin z dajanem już dawno opuścili cmentarz. Pozostali Żydzi też chcą jak najszybciej powrócić do miasta. Kobiety wsiadają do bryczek. Furmani targują się. Wiatr już się zorientował, że jest po pogrzebie. Zaświtało wśród topól. Powiało od nich deszczem ze śniegiem. Wracają już od świętego grobu córka rebego Jankele z mężem i dwaj ich chłopcy. Tylko nauczyciel Matias z chudym, małym Jukele stoją jeszcze przed okienkiem pogrzebowego domku i czekają, aż zapalą się w nim szabasowe świece.
*
W szkole jeszcze długo słychać było skrzypienie butów towarzyszące krokom rebego Jankele.
Lampa naftowa świeciła żółtym płomieniem. Nie pomogły szkła, które w nią wstawiono. Nie pomogła nafta, kupiona w innym sklepie. Jakoś wszystko stało się w naszych oczach żółte. Ściany z mapami, portret Mojżesza Mantefiore. Nawet rebe Dawid miał teraz żółtą twarz z podkrążonymi oczami. Nauczyciel Matias zaczął więcej palić i jeszcze bardziej chrypieć. Dalej bił po twarzy i nadrywał uszy, ale i Mojszele, synowi szynkarza, od czasu do czasu dawał poczuć siłę swojej ręki. Sam zaś po pewnym czasie zmizerniał, schudł i zmalał.
Zaczął nas teraz uczyć Tanachu zięć rebego Jankele, jasnowłosy młodzieniec, maskil i syjonista. Miał mleczną cerę i czarną, małą bródkę. Głos płaski. Tekst wyłożony przez niego był suchy i zimny. Mówiono o nim, że karmi nas postną chałą i kaszą bez omasty. I rzeczywiście tak się rzecz miała. W jego trzeźwym głosie słowa proroków brzmiały nudno. Podobne były do zmęczonych much, które ostatkiem sił trzymają się ochłodzonych szyb. Nikogo nie bił. Nikomu nie prawił morałów. Krążył tylko między ławkami z kijkiem w ręku i stukał nim po blacie stołów. Nie wiedzieliśmy, jak się nazywa. W pierwszych tygodniach nazywano go po prostu „zięciem rebego Jankele”. Potem ktoś wyraził się o nim „postna chała” i tak już zostało. Nie żywiono do niego ani miłości, ani nienawiści. Wchodził do klasy tanecznym kroczkiem, postukał kijkiem kilka godzin, odwalił kilka fragmentów Tanachu i tym samym tanecznym kroczkiem wymykał się bez pożegnania, bez „dobrej nocy”.
Mówiono, że Postna Chała uczy nas chwilowo. W nowym sezonie szkolnym mamy dostać nowego rebego. Takiego osobnika, który ukończył gimnazjum i któremu mój dziadek kiedyś szył granatowe mundurki ze srebrnymi guzikami.
Zaczął się nowy sezon szkolny, a Postna Chała pozostał w szkole. Mój dziadek zaś definitywnie przestał szyć granatowe mundurki.
*
Było już po święcie Pesach. Nad sadem wstawały niebieskie czyste poranki. W mieszkaniu czuć jeszcze było zapach świeżej pościeli i świeżo umytych podłóg. Kto mógł się spodziewać, że w taki poranek umrze mój dziadek? Zawsze myślałem, że Dawid Frojke ze swoimi piosenkami, ten mój radosny dziadek, umrze ostatni w naszym mieście.
Na koniec zobaczyłem, jak leżał na podłodze. Głupie, chude ciało wyglądało jak śnięty lin. Drzwi do domku dziadka były otwarte na oścież. Jacyś obcy ludzie wchodzili i wychodzili. Przy pompie na podwórzu siedział Władek, głupek z pustymi wiadrami. Targał kudłatą brodę i mruczał pod nosem:
— Ni ma pana krawca, ni ma.
Mama, która rano wybiegła z domu, nie zdążywszy zapiąć bucików, leżała teraz na łóżku babci, zanurzywszy głowę w poduszkę. Ni to spała, ni to płakała. Z jej piersi wydobywały się raz po raz ciężkie westchnienia.
Ciotka Miriam, druga córka dziadka, stała nad warsztacikiem ojca i grubym głosem, jakby przemawiała do żywej istoty, pytała:
— I kto teraz będzie przy tobie pracował? I kto będzie śpiewał?
Powtarzała te pytania wiele razy. Wyglądało na to, że słowa te wypływały z niej same bez jej udziału, przy jej nieobecności. I nagle coś sobie przypomniała. Rozrzuciwszy ręce i nie ruszając się z miejsca zawołała:
— Puśćcie mnie, dopuśćcie mnie do ojca!
Ale co jej mógł pomóc ojciec, kiedy pomóc jemu nie było już w naszej mocy. Nie był już ani jej ojcem, ani moim dziadkiem. Był już tylko ciałem, był trupem. Spod czarnej narzuty wyglądały dwa grube palce u nóg. Żółte, chude, owinięte słomą.
W pokoju siedziały obce niewiasty. Opowiadały o chwalebnych zaletach dziadka. Na płycie kuchennej stały zimne, poobijane garnki. Nikt tego nie zauważał. Widziano tylko te dwa grube, martwe palce. Widać też było babcię Rachelę. Malutka, skurczona, stała nad martwym mężem i kiwała małą główką w stronę czarnej narzuty.
— Dawidzie, u kogo mnie zostawiasz? Kto będzie odprawiał kidusz? Co? Zgasłeś jak świeca. Mógłbyś przecież mi powiedzieć: Rachelo, jest mi jakoś niedobrze. A ty co? Obróciłeś twarz do ściany i... już. Po to miałam przeżyć z tobą wszystkie lata, żeby ci nie móc udzielić ratunku?
Mówi tak przez cały dzień. Mówi to coraz ciszej. Z coraz większym otępieniem. Nie bierze nic do ust. Nawet herbaty. Uspokaja się dopiero wieczorem, kiedy obie świece u wezgłowia dziadka zaczynają świecić żółtym światłem. Noc wkracza czernią. Taką samą jak narzuta pokrywająca nieboszczyka. Czarny Żyd odmawia Psalmy. Mama opiera głowę o wałek na łóżku babci. Na drugim wałki opiera głowę ciotka Miriam. Ja razem z dziećmi ciotki Miriam kłębimy się pośrodku tego łóżka. Babcia przysuwa swój kuferek do nieboszczyka. Przez całą noc czuwa nad dwoma żółtymi, martwymi palcami.
Następnego dnia po południu odbył się pogrzeb. Czekano na obu synów dziadka. Na wuja Abrama Ajzyka z Warszawy, który umiał robić z papieru latające w powietrzu ptaki i był biedakiem co się zowie, oraz na wuja Lejzora z Łodzi, który nie umiał robić ptaków latających w powietrzu, ale był bogaty.
Ten z Łodzi pokasływał po nowobogacku. Ciągle wycierał nos świeżą, białą chustką. Warszawski wujek miał na głowie ośmiokątną jarmułkę. Nosił okulary. Był chudy i miał jasną, ładnie zaczesaną brodę. Złożył obie ręce i głowę na trumnie. Wuj Lejzor z Łodzi szedł za trumną powolnym krokiem i oglądał się od czasu do czasu.
Rabin z dajanem nie szli w kondukcie pogrzebowym. Sklepów nie zamknięto. Chłopcy z chederu nie śpiewali: Ofiarność przed nim kroczy. Miasto nie miało pojęcia o śmierci dziadka. Słońce za to wiedziało. Padało na trumnę, na ramiona, przed konie ciągnące karawan. Tak jak ów słup ognia przed Żydami, kiedy wychodzili z Egiptu.