Rozdział XXX

Po śmierci dziadka smutek zapanował w naszej rodzinie. Bogaty wuj Lejzor jeszcze w dzień pogrzebu pojechał z powrotem do Łodzi. Biedny Abram-Ajzyk odsiadywał siedem dni żałoby u babci Racheli. Opowiadano sobie różne historie o dziadku. Wuj Abram-Ajzyk, który był krawcem, po siódmym dniu żałoby wykończył ostatni granatowy mundurek, którego dziadek nie zdążył uszyć. Wieczorem wsiadł do omnibusu Jarme i pojechał do Warszawy.

Babcia została sama w małym, biednym domku. Nikt nie prasował i nikt nie śpiewał piosenek. Jedynym jej opiekunem był głupi goj, Władek. Babcia zaczęła wyprzedawać i rozdawać schedę, pozostałą po dziadku. Wuj Abram-Ajzyk zabrał do Warszawy tałes i tefilin, kilka machzorów119, trochę wosku i igieł. Moja mama otrzymała paschalną zastawę stołową razem z kielichem proroka Eliasza. Dla siebie babcia zostawiła tylko warsztacik dziadka i własny kuferek. Z tym majątkiem przeniosła się do ciotki Miriam.

Ciotka Miriam mieszkała już wtedy w dużej kamienicy z dużym, czworokątnym podwórzem. Jej pokój z kuchnią wisiał nad gankiem. Było ciasno, ale dla łóżka babci, dla jej kuferka i warsztaciku dziadka znalazło się miejsce.

Zdaje się, że teraz, po tym jak ciotka Miriam zmieniła mieszkanie i po tym, jak babcia na stare lata zawędrowała do swego dziecka, nie miało już żadnego sensu, żebyśmy nadal mieszkali na ulicy Więziennej. Zwłaszcza, że mama od dłuższego już czasu nabrała niesmaku do naszego mieszkania. Zaczęła szukać nowego, suchego, ciepłego i niedrogiego. Tym razem poszukiwania trwały dłużej.

Po Świętym Janie, kiedy zaczęły się upalne dni, znowu pojawił się pod domem wóz, na który załadowaliśmy nasze skromne gospodarstwo. Pożegnaliśmy się z sąsiadami, z pięknym sadem i przenieśliśmy się na tę samą ulicę, na której zmarł dziadek Dawid Frojke.

Kiedy popatrzyłem na to nowe miejsce, do którego wstawiono naszą szafę i łóżka, zachciało mi się płakać. Ojciec, który tym razem pomagał w przeprowadzce, w pewnej chwili zagapił się. Zdawało mu się, że przez pomyłkę wszedł do obcego mieszkania i natknął się na gołą babę. Co się tu mamie spodobało? Dlaczego zmieniła sad i ogród na tę rozjechaną karczmę? Okna w niczym nie przypominały okien. Dwa gołębniki stały na dachu. Piekielny żar bił z blachy pokrywającej dach. Co z tego, że się stąd ma widok na całą ulicę Warszawską, ze wszystkimi kominami na dachach domów? Ale z dołu, z miejsca, gdzie stoją miejscowe dorożki, dolatywał zapach końskiego moczu! Może spodobało się mamie, że nasze okna były jedynymi na dachu. A może to, że na dole, na ulicy, Lejbl-Wariat przez cały dzień podpierał ścianę domu i zjadał końskie łajno? Przecież w nowym mieszkaniu nie ma nawet malowanej podłogi! Nie ma też kuchni. Całe mieszkanie składa się z jednej izby. Dużej jak dom zajezdny. Z niskim sufitem i staromodnym glinianym rozsypującym się piecem. Z dwoma komórkami umieszczonymi w ścianach. Z tych komórek uderza zapach kotów.

Być może, że mamie spodobał się kącik między piecem a ścianą, który nazywa alkierzem. Jak się chce, twierdzi, to nie jest alkierz, a cała izba. Można tu postawić dwa łóżka i komodę. Zawiesi się zasłonę i odnajmie się jako pokój sublokatorowi. Na dole, na pierwszym piętrze, powiada, mieszka naczelnik powiatu, ale schody pomalowane są na czerwono tylko do jego drzwi. Do nas trzeba było wspinać się po krętych, zakurzonych stopniach. Trzeba było przejść przez strych, na którym wisiała i straszyła bielizna. Należało ostrożnie stawiać kroki, wystawiać najpierw ręce, żeby nie natrafić na koty, które zbierały się tutaj, by użalać się nad swoją dolą.

Nawet podwórze na nowym mieszkaniu nie przypominało w niczym podwórza z ulicy Więziennej. Było ciasne, zamknięte kamienicami z gankami, które prowadziły do komórek z drzewem albo kurami. Jedyną ozdobą była tu okrągła zielona pompa.

Pomyślałem sobie, że na tym podwórku nie można opowiadać bajek lub historyjek. Tu już nie będę miał takiego koleżki jak Jankiel, syn bałaguły Jarme. O omnibusie też nie ma mowy. Gdzie więc mam się podziać?

Było mi smutno, tak smutno, że wiele razy wpadałem na ulicę Więzienną, żeby popatrzeć na sad, na ogród i na nasze okna, w których teraz stały gojskie wazony.

Bóg jednak nie opuszcza człowieka. Po pewnym czasie mama zawarła bliższą znajomość z sąsiadką, która była zupełnie inna od wszystkich dotychczasowych sąsiadek.

— To nie Żydówka — powiedziała mama — ale jakaś pani.

Pani ta nie nosiła peruki. Nie błogosławiła świec i nigdy nie przekroczyła progu bóżnicy. Mimo to mama i jeszcze kilka kobiet orzekło, że handlarka winem, pani Rejzele, jest świątobliwą, koszerną, żydowską istotą. Rejzele była niewiastą niskiego wzrostu, tęgawą, z pulchnym podbródkiem. Mówiąc, zaciągała po pańsku. Sama prowadziła sklep z winem, ciastkami i tortami. Pani Rejzele mówiła po niemiecku i umiała też pisać po francusku. W sklepie siedziała ubrana w czarny, alpagowy fartuch, zapięty od góry do dołu. W złotych okularach czytała książki w obcych językach. Co roku jeździła do ciepłych wód, skąd wracała smuklejsza. W domu trzymała gojską służącą i mimo iż sama była uczona i mogła rozmawiać z samym panem gubernatorem, to do służącej nie zwracała się per ty, tylko per pani. Zamożniejsze kobiety robiły jej z tego powodu wyrzuty:

— Rejzele — mówiły do niej — to niesłychane! Przecież pani psuje służące!

Rejzele na to odpowiadała, że Pan Bóg stworzył wszystkich ludzi równych sobie. To sami ludzie podzielili światek w taki sposób, żeby jednemu się dobrze powodziło, a drugiemu źle. Co winna jest ta siksa, że musiała zostać służącą u kogoś? A skoro już jest służącą, to dlaczego należy ją obrażać? Panie z bogatych domów uważały Rejzele za nieco stukniętą. Po cichu z niej pokpiwały. Twierdziły, że Rejzele tylko udaje szlachetną, żeby ludzie myśleli, że jest kimś. Jeśli zaś chodzi o stosunek ubogich kobiet do Rejzele, to te bardzo ją ceniły. Takiej kobiety i żony jak Rejzele, to tylko ze świecą szukać, mówiły.

Być może, że takiego człowieka jak Menachem, jej mąż, też należało ze świecą szukać. Przede wszystkim z tego powodu, że był nieprawdopodobnie wysoki. Tak wysoki, że aż się zgiął i wyrósł mu garb. Był to jedyny wysoki człowiek z garbem w naszym mieście, a być może na całym świecie.

Był to Żyd z rodu Kohanim, kapłanów, gniewny, uczony w Piśmie i maskil120. Na stare lata zmuszony był przyjąć posadę buchaltera u bogatego Żyda, który nosił czystą, zaczesaną brodę i skrzypiące buty, ale w głowie miał pustkę. Pan Menachem, wzorem żony, nie znosił błogosławieństwa nad świecami i modlitw w bóżnicy.

— Niech do bóżnicy chodzi mój pryncypał — powiadał. — To złodziej, a złodzieje boją się Boga.

Kiedy mu wyrzucano, że wyraża się źle o swoim chlebodawcy, pan Menachem marszczył twarz i tak odpowiadał:

— Czy ja go prosiłem, żeby był moim chlebodawcą? To jedno, a po drugie pan Bóg też go nie lubi. Trzech rzeczy pan Bóg nie znosi: przechrztów, świń i bogaczy.

Pan Menachem nosił twardy, czerwony, zawsze zakurzony kapelusz, kupiecki surdut z rozcięciem z tyłu oraz niepastowane sztyblety. Swego ubioru jednak nie lubił.

— Że też człowiek nie może chodzić w tym, co mu się podoba — uskarżał się.

Oczywiście bogaci Żydzi pokpiwali sobie z niego. Dlaczego taki Żyd jak rebe Menachem nie miałby nosić aksamitnej czapki i jedwabnej kapoty?

Rebe Menachem zrozumiał, że kpią z niego, więc odciął się, mówiąc, że do aksamitnej czapki dobrze jest „narobić”, a z jedwabnej kapoty należy zrobić majtki dla kobiet.

— Czy Żydzi kiedyś tak chodzili? — gorączkował się Menachem. — Pokażcie mi, jeśli łaska, gdzie jest napisane w Torze, że Żydzi przed wiekami chodzili w atłasowych kapotach i aksamitnych czapkach? Czy nie ładniej i zdrowiej chodzić z obnażoną głową, bez butów i bez tych wszystkich głupich strojów?

— Przecież pan już chodzi w surducie, więc czego jeszcze chcieć?

— Surdut potrzebny mi jak dziura w moście! To żona mnie tak wystroiła. Gdyby mnie zapytano, to bym wszystkim kazał chodzić w pelerynach. Jest w nich swobodnie, zwiewnie i człowiek ma gdzie ręce podziać.

— Zupełnie jak sztukmistrz Chapello albo jak krawiec Dawid Frojke — uśmiechali się pod wąsem Żydzi i po cichu na ucho sobie szeptali, że buchalter Menachem też jest stuknięty.

— Sztukmistrz Chapello i krawiec Dawid Frojke — zaczerwienił się reb Menachem — są milsi Bogu niż wy, ze swoimi zaszmalcowanymi kapotami i złodziejskimi sztuczkami. Chapello umie przynajmniej pokazywać sztuczki, Dawid Frojke — uszyć ubranie, a wy, co umiecie? Nawet parszy121 Pięcioksięgu z komentarzem Rashi nie potraficie objaśnić!

Reb Menachem niewątpliwie to potrafił. Mówiono o nim, że od nadmiernej wiedzy stał się heretykiem i zaczął interesować się syjonizmem. Przed laty przyjaźnił się z niejakim nauczycielem Izraelem, twórcą i dyrektorem szkoły, z której wyszło całe pokolenie gojów. Rebe Menachem i rebe Izrael całe życie rozmawiali o książkach. Nieustannie dyskutowali, kłócili się i skakali sobie do oczu podczas gry w szachy.

Ale od śmierci rebe Izraela, Menachem nie zawarł z nikim znajomości. Wyjątkiem był tylko pewien litwak — mełamed, który palił cybuch i bez przerwy zadawał pytania:

— Czy jest Bóg, czy nie ma Boga?

Nie ma nic dziwnego w tym, że zawarcie znajomości z Ozerem, najmłodszym synem rebe Menachema i Rejzele, było dla mnie wielkim przeżyciem.

O Ozerze słyszałem, będąc jeszcze uczniem w chederze rebego Szyme-Josefa. Mówiono o nim, że jest tak samo zły i srogi jak jego ojciec. Że nie myje rąk przed jedzeniem i chodzi bez nakrycia głowy. Ozera uważano w mieście za nieco stukniętego, ale kiedy zawarłem z nim znajomość, przekonałem się, że wszystko, co o nim mówiono, jest wyssane z palca.

Był zupełnie innym człowiekiem. Nie był pokroju Jankiela, syna bałaguły i nie z gatunku chłopców w nowej szkole. Ozer był chłopcem chudym i, tak jak jego ojciec, miał kościstą twarz i czarne, niespokojne oczy. Nie miał tylko jego garbu.

Kiedy go poznałem, uczęszczał już do rosyjskiego gimnazjum. Nosił niebieski mundurek ze srebrnymi guzikami, który mu kiedyś uszył mój dziadek. Z czasem srebrne guziki pożółkły jak mosiądz. Mundurek stracił kolor. Z granatowego stał się zielony. Ozer się tym nie przejmował. Nie przejął się też tym, że z jego gęstej, czarnej czupryny, sypał się łupież. Nie lubił się czesać. Nie lubił też wina i ciastek ze sklepu swojej matki. Uważał, że najlepsze jedzenie, to sama bułka, świeżo wyjęta z pieca. Przynosił więc na nasze podwórko mnóstwo bułek. Rozkładał je na studni, albo na schodach, siadał przy nich i jedną po drugiej zjadał. Nie był bynajmniej żarłokiem. Głodu również nie zaznał.

— Tylko w ten sposób — mówił — łatwiej mi przychodzi myślenie i gadanie.

A gadać Ozer lubił. W letnie popołudnia, kiedy słońce wpadało na nasze podwórze, a ja wracałem ze szkoły, spotykaliśmy się obaj przy pompie albo na jednym z ganków, które prowadziły do komórek.

Ozer mówił powoli. Najpierw myślał, a potem mówił. Właściwie więcej pytał, niż opowiadał. Nigdy nie zauważyłem, żeby Ozer się śmiał albo opowiadał coś do śmiechu. Nie uznawał też bajek czy opowieści. Te wszystkie książki zawierające opowiadania to wymyślone historie.

Nie wiem, czy lubiłem Ozera. Nie zastanawiałem się nad tym. Czułem jednak, że ciągnie mnie do niego mocniej niż do Jankiela, syna Jarme. Wiele razy, czy to we śnie, czy nawet w szkole, słowa Ozera leżały mi kamieniem na sercu. Czułem, że z Ozerem jest mi ciężko, ale jeszcze ciężej odczuwam jego brak.

— Wierzysz w Boga? — zapytał mnie pewnego parnego popołudnia, kładąc rękę na moim ramieniu.

Nie wiem, czy zrobiło mi się ciężko z powodu upału, czy raczej od pytania Ozera. Dreszcze przeszły mi po grzbiecie. Co mogłem odpowiedzieć na to pytanie? Od kiedy żyję, nikt mi tego pytania nie postawił. Czy w ogóle można takie pytanie postawić? Czy wierzysz w Boga? A kto nie wierzy?

— Boisz się powiedzieć?

— Nie boję się. Kogo mam się bać? Nie wolno jednak o tym mówić.

— A kto ci powiedział, że nie wolno?

— Jest napisane w Torze.

— A czym, jak myślisz, jest Tora?

— Świętą Księgą!

Ozer odsunął się trochę ode mnie. Na podwórze wszedł spokojnym krokiem szalony Lejbl. Ten, co stoi całymi dniami na ulicy i zjada końskie łajno.

Między mną a Ozerem zapanowało milczenie. Patrzyliśmy na szalonego Lejbla tak długo, aż zniknął w drzwiach domu swojego ojca. Potem Ozer się odezwał:

— Wiesz, dlaczego Lejbl zwariował?

— Nie wiem.

— Ponieważ czekał na Mesjasza i nie mógł się doczekać.

— Wszyscy Żydzi czekają na Mesjasza.

— To wszyscy Żydzi zwariują.

Przeraziłem się. Nic innego tylko naprawdę jest stuknięty. Mimo, iż na podwórku nie było nikogo i nikt tego nie słyszał, wydawało mi się, że lada chwila spadnie na nas grad ognistych kamieni.

Bałem się dłużej przebywać z Ozerem. W nocy, we śnie, wciąż widziałem jego wykrzywioną gębę. Widziałem, jak biegnie po ulicach miasta z rogami na czole i z kozią bródką. Ja biegłem za nim i szczekałem. Słowem, Ozer wcielił się w diabła, a ja w psa.

Następnego dnia znowu spotkaliśmy się. O śnie nie wspominałem, ale bacznie przypatrywałem się, czy czasem nie ma rogów i koziej bródki.

Postawił mi znowu pytanie:

— Uczyłeś się Pięcioksięgu?

— Tak, uczyłem się.

— Wiesz, jak stworzony został świat?

— Wiem, w Księdze Genesis jest to opisane.

— A mój ojciec mówi, że nikt nie wie. To, co jest napisane w Księdze Genesis jest czystą bajką.

— Bajką?

— Tak, bajką. Mój ojciec mówi, że to ładna bajka, ale z prawdą ma niewiele wspólnego.

— A ty wierzysz w to, co twój ojciec mówi?

— Mój ojciec zna cały Pięcioksiąg razem z Rashi. Zna cały Tanach, a nawet Gemarę i Toseftę. Mówi, że to wszystko napisali ludzie.

— A ty, co mówisz?

— Nie wiem. Mój ojciec uczy mnie Tanachu. On twierdzi, że Żyd powinien wszystko znać. Nie muszę w to wierzyć, ale znać muszę.

— A tefilin będziesz kładł?

— Nie wiem, ale ojciec uczy mnie i zapoznaje ze wszystkimi przepisami prawa.

Tak czy owak, zdawałem sobie sprawę, że Ozer umie znacznie więcej ode mnie. Ale dlaczego zadaje mi takie dziwne pytania? Czyżby nikogo się nie bał?

— Dobrze — powiedziałem — jeśli twój tato jest takim mędrcem, to niech mi powie, kto stworzył świat?

— Nikt — odpowiada Ozer. — Sam się stworzył.

— Co to znaczy sam? Jak rzecz powstaje sama z siebie?

— A widzisz.

— Nic nie widzę.

— A jeśli ci powiem — złości się Ozer — to już będziesz wiedział?

— Jasne, że będę wiedział.

— A więc zgoda. Natura stworzyła świat.

— Natura? Co to jest: natura?

— Przekonałeś się, że nic nie rozumiesz.

Rzeczywiście nic nie rozumiem, ale nie chcę się tak łatwo poddać.

— A nasz nauczyciel, Mojżesz? A tablice z przykazaniami?

— Nie wiadomo, czy w ogóle istniał Mojżesz.

W tej samej chwili złapał mnie za rękę i pociągnął do siebie. Z jego ust buchnął gorący oddech. W oczach miał coś takiego, czego nie mogłem określić. Tak chyba musi wyglądać człowiek odchodzący od zmysłów. Przypomniałem sobie, jak rebe Jankele, oby spoczywał w pokoju, uczył nas Tanachu. Jego prorocy Izajasz i Ezechiel z całą pewnością istnieli. A Mojżesza, rebego Dawida, wszyscyśmy widzieli. A w ogóle, jak taki Ozer może powiedzieć, że Mojżesza wcale nie było, skoro w naszym domu i w innych domach wiszą jego portrety. A przy tym, kto chodził do faraona? Kto wyprowadził Żydów z Egiptu? Kto potłukł na kawałki złotego cielca? Czyżby wszyscy Żydzi byli szaleni i tylko ojciec Ozera był przy zdrowych zmysłach? Bałem się ojca Ozera. Zdawało mi się, że jego garb to jakaś żywa istota. Że patrzy na mnie oczami i śmieje mi się w twarz.

— Jasne, że wszyscy Żydzi powariowali. A co, nieprawda?

Ozer w moich oczach stał się jak złośliwy garb. Jego słowa raziły mnie. Odbierały mi ojca i matkę, świat doczesny i pozagrobowy. Zdawało mi się, że szabas nie jest szabasem i święto nie jest świętem.

A mimo to nie potrafiłem się od niego oderwać. Przerażał mnie i zarazem pociągał. Poza tym Ozer często zapominał nauk ojca i stawał się normalnym kolegą. Takim jak wszyscy chłopcy. Przecież uczęszczał już do gimnazjum. Traktowano go jak studenta, a on mimo to zaglądał do nas w sobotę wieczorem, żeby zabawić się w chowanego, a kiedy mamy nie było, w przebierańców. Była to jedna z najlepszych i najpiękniejszych zabaw, i Ozer przynosił ze sklepu matki kolorowe kartki papieru. Moczyliśmy śliną papierki i wydobytą z nich farbą malowaliśmy twarz i nos. Wywracaliśmy ubrania na lewą stronę i wziąwszy do ręki miotły paradowaliśmy po naszym dużym pokoju. Ozer był Mojżeszem, a ja ludem Izraela. On wyprowadzał mnie z Egiptu.

— Chodź — powiadał — zostaw Pitom i Ramses122. Pójdziemy do kraju mlekiem i miodem płynącego. Dosyć harowania na rzecz faraona. Za długo byliśmy niewolnikami.

Brał mnie za rękę i dodawał:

— Ostrożnie, ludu Izraela! Tu jest morze, uważaj, żebyś nie wpadł. Za chwilę ono się rozstąpi. Zobacz, oto wody cofają się jedne na prawo, drugie na lewo. Śmiało, idź, nie bój się!

Wstąpiliśmy do morza, to znaczy przeskoczyliśmy deskę do krojenia makaronu, która leżała na środku pokoju. Kiedy już byliśmy po drugiej stronie morza, cali i susi, zaczęliśmy śpiewać hymn i patrzeć, jak Egipcjanie razem ze swoimi końmi i rydwanami toną w odmętach.

Zabawa była pyszna, ale wiele razy ogarniał mnie niesamowity strach. Ozer bowiem podczas tej gry miał dołki na policzkach i żółte białka w oczach. Wyrzuciłem miotłę, ściągnąłem z siebie szmaty i nieswoim głosem wykrzyknąłem:

— Ozerze, nie wolno kpić! Będą nas na tamtym świecie palić i smażyć.

Widocznie Ozer również się przestraszył. W jednej chwili porzucił miotłę, wywrócił czapkę na prawą stronę i zmieszany, ze zsiniałymi wargami, stał na środku pokoju, ciężko dysząc.

Nie zawsze jednak przebieraliśmy się za Mojżesza i lud Izraela. Czasami Ozer udawał rabina. Naśladował jego sztywny chód, kiedy paradował po mieście z parasolem. Odstawiał też czasem pisarza gminy — Ben-Cijona, który biegał stawiając szybkie, małe kroczki. Naśladował też Mendla, syna cioci Noemi, który podczas śpiewania nadymał się, czerwieniał na twarzy i wytrzeszczał oczy. Pękałem ze śmiechu. Miałem przyjemność z tego, że Ozer nie bał się kpić z rabina, Ben-Cijona i z Mendla — śpiewaka i nawet z takiego bogacza, jakim był Ruwele Bekerman.

Najbardziej jednak podobała mi się scena, kiedy Ozer zdejmował z łóżka kołdrę i owinąwszy się nią wystawiał jedną nogę naprzód i podnosił rękę do góry. Jego rozwichrzona, czarna czupryna wyglądała wtedy, jak dopiero co kupiona, nowa miotła.

Mnie Ozer kazał stać i spokojnie patrzeć na siebie. On zaś po tym, jak szyja nabrzmiała mu krwią, zaczął twardym głosem recytować:

— Kak ninie sbirajetsja wieszczi Oleg

Otomstit nierozumnym Cazarom

Ich sioła i niwy ze bojnu nabieg

Obriak on mieczam i pożaram123.

Głos jego podnosił się coraz wyżej i wyżej. Już nie recytował, ale śpiewał. Nie był to ten sam Ozer, który zadawał dziwne pytania, na które sam nie umiał odpowiedzieć. Stał przede mną zupełnie inny Ozer. Wyższy, starszy, obcy i piękny.

— Wiesz, co to jest?

— Nie wiem.

— To wiersze. Wiersze Puszkina. Wiesz, kto to był Puszkin?

— Nie wiem.

— A kto to był Lermontow?

— Nie mam pojęcia. Nauczyciel Matias nie uczy nas ani Puszkina, ani Lermontowa. My jesteśmy na etapie czistopisania.

— Zaczekaj — macha Ozer ręką. — Zaraz ci wyrecytuję coś z Lermontowa.

I znowu wystawia nogę do przodu i potrząsnąwszy głową zaczyna z poczuciem wielkości i zuchwale:

— Skazi-ka diadia, wied nie darom.

Moskwa spalonaja pożarom.

Francuzu oddana.

Wied’ byliże schwatki bojewyje.

Da gaworiat jeszczo kakije124.

Znowu nie rozumiem. Czuję, że Ozer z kimś rozmawia, ale nie wiem, z kim. On jest Ozerem i on jest tym obcym. On pyta i on odpowiada. On się spiera i on się godzi. Dopiero potem wyjaśnia mi Ozer, że to historia o cesarzu Napoleonie, który szedł z wojskiem na Moskwę. Rosji nie można było pokonać. Z powodu mrozów armia francuska musiała się wycofać. Opowiada mi też Ozer, że Puszkin był stałym gościem na dworze carskim. Napisał bajeczkę o złotej rybce i o takiej osobie, która się brzydko nazywała, a mianowicie Mazepa, i również o takim magnackim synu imieniem Jewgienij Oniegin. A miał Puszkin wszystkiego dwadzieścia lat, kiedy został zastrzelony z pistoletu.

Ozer powiada, że kiedy dorośnie, chciałby być taki jak Puszkin. Mnie jednak Puszkin wcale nie obchodzi. Tak czy siak nie wiem, kim on był. Ozera chętnie słucham. Teraz jest mi bliski, miły. Obiecuje nauczyć mnie wszystkich tych wierszy. Przyniesie mi książkę niejakiego Tołstoja, który z hrabiego stał się prostym chłopem.

Ozer wie wszystko. Mnie zaś nie sądzone było wiedzieć. Wskutek tego, że przed nami przebiegł czarny kot, na długie lata została przerwana nasza przyjaźń.