czwartek, 25 czerwca
Od dwóch dni zbiera się na burzę, lecz nic się nie może wykluć z tego nieruchomego i lepkiego gęstowia upału. Zmęczenie.
Pracowałem dzisiaj od ósmej rano do siódmej wieczorem, przepisywane ze starych notatek i uzupełniane dialogi: Konrad Keller — Monika Panek, Konrad Keller — Łukasz Halicki. Dopiero po przeczytaniu wieczorem tekstu zorientowałem się, że w pewnym momencie przeoczyłem krótkie spotkanie Keller — Eryk Wanert, gdy Keller po rozmowie z Moniką (od wielu lat o tej rozmowie myślałem) wychodzi z kabiny reżyserskiej, poszukując Łukasza Halickiego, któremu chce powierzyć ową szczególną misję posłańca. Eryk Wanert na krótko przed próbą generalną dowiedział się o śmierci stryja. To musiało być dla niego wstrząsem. Lecz jak głębokim? Jest rzeczą oczywistą, że człowiek jego pokroju potrafił zapanować nad odczuciami osobistymi i w czasie trwania próby generalnej skupić się wyłącznie na obowiązkach reżyserskich. Lecz potem? Czy powinien wprost powiedzieć Kellerowi, że w tych okolicznościach nie może być świadkiem jego ślubu? Tak mało wiem o Eryku Wanercie, iż najprostszymi jego reakcjami nie potrafię pokierować, zawodzi mnie kreacyjna swoboda. Martwy jest u mnie ten Eryk i chyba nie dam rady, żeby go ożywić.
Teraz, gdy już tak blisko jestem końca — osaczają mnie coraz natarczywiej stany znużenia i niecierpliwości.
7.
W czasie dramatycznej rozmowy telefonicznej, jaką Leopold Panek przeprowadza w swoim gabinecie z żoną, Andrzej Wajs z wydziału planowania znajduje się akurat w sekretariacie prezesa, sekretarka Panka, Joanna Tuszewska (po Wyższym Studium Języków Obcych), jest również sekretarką Komitetu Wykonawczego Bractwa Żółwiowego.
(Sprzeczne uczucia Zofii Pankowej, gdy dowiedziała się od córki o zerwaniu małżeństwa: jest trochę przepłoszona skandalicznym posmakiem tego wydarzenia, lecz równocześnie, ponieważ nie lubiła Konrada Kellera w charakterze zięcia, doznaje pewnej satysfakcji, związanie się córki z aktorem, nawet tak wybitnym i sławnym jak Keller, nie odpowiadało jej aspiracjom, od dawna pielęgnowała w sobie nadzieję, że poprzez małżeństwo Monika wejdzie w sfery arystokratyczne, wychodząc za mąż za potomka którejś z rodzin o wielkim historycznym nazwisku, stając się księżną Radziwiłłową, Czartoryską albo Lubomirską, względnie hrabiną Potocką czy Tyszkiewiczową).
Trochę senną rozmowę Andrzeja Wajsa z Joanną przerywa telefon z gabinetu prezesa. W pewnym momencie ładna, choć trochę standardowa twarzyczka Joanny ożywia się, Andrzej zauważa to natychmiast, lecz chociaż podwójna sekretarka robi w jego stronę wielkie oczy i znacząco gestykuluje wolną ręką — przewodniczący Bractwa Żółwiowego nie zdradza żadnego zaciekawienia, jest w humorze wyraźnie złym, ponieważ w dzielnicy, w której mieszka (Bielany), wyłączono dzisiaj dopływ ciepłej wody, musiał zatem zrezygnować z prysznica i poprzestać na powierzchownym umyciu lodowato zimną wodą.
Po telefonie prezesa Panka:
JOANNA
Bomba!
ANDRZEJ
Duża?
JOANNA
Wodorowa.
ANDRZEJ
Gdzie spadła?
JOANNA
Tutaj.
Andrzej Wajs ma pełne zaufanie do ocen Joanny, więc jeszcze szczególniejszego zainteresowania nie okazując, wypowiada jednak formułę, która oznacza, iż dalszą rozmowę przenosi na płaszczyznę Bractwa Żółwiowego.
ANDRZEJ
Żółwie lądowe bywają trzymane w niewoli.
JOANNA
Niektóre przeżywają w niewoli siedemdziesiąt, sto, a nawet sto pięćdziesiąt lat.
ANDRZEJ
Meldujcie, Tuszewska.
JOANNA
Ślubu nie będzie!
ANDRZEJ
Ślubu?
JOANNA
Nie będzie, odwołany.
ANDRZEJ
Poczekaj, musiałem się dzisiaj myć zimną wodą i mózg mam trochę zziębnięty. Nie chwytam.
JOANNA
Przed chwilą prezes Panek zakomunikował mi, że ślub jego córki, panny Moniki Panek z panem Konradem Kellerem został odwołany.
ANDRZEJ
wszystko sobie w tym momencie przypominając
Oo!
JOANNA
W związku z tym doniosłym wydarzeniem muszę o nim natychmiast powiadomić telefonicznie co najważniejsze osobistości, żeby się nie fatygowały niepotrzebnie. Bomba?
ANDRZEJ
w stanie nagłego olśnienia
Poczekaj, masz listę gości?
JOANNA
Oczywiście, według niej rozsyłałam zaproszenia.
ANDRZEJ
Na przyjęcie w Jabłonnie też?
JOANNA
Oczywiście.
ANDRZEJ
Zostały ci jakieś zaproszenia in blanco?
JOANNA
A jeśli tak?
ANDRZEJ
prawie rozmarzony
O rany, co za okazja! Na ruinie szczęścia małżeńskiego Bractwo zabawi się na wyższym szczeblu! Przyznaj, jestem genialny?
JOANNA
Obawiam się...
ANDRZEJ
Na razie rozdzwaniaj radosną wiadomość. Wpadnę za pół godziny, wtedy wszystko obgadamy. I pamiętaj, żółwie bardzo szybko reagują, jeśli zostały zaniepokojone, a niektóre okazują niewiarygodną ostrożność!
Wypisy z Życia zwierząt Alfreda Brehma (notatki do statutu Bractwa Żółwiowego):
Budowa żółwi jest tak osobliwa i tak gruntownie odbiega od gadziego gatunku, że nie sposób ich nie rozpoznać. Mózg żółwia jest uderzająco mały, jednak zwierzęta te nie są bynajmniej tak głupie i gnuśne, jak to się ogólnie zwykło przyjmować. Umieją gromadzić doświadczenia i uczą się wkrótce poznawać swego opiekuna.
Uporczywa wytrzymałość życiowa żółwi posuwa się tak daleko, że jeszcze całymi miesiącami po najstraszliwszych okaleczeniach spełniają wszelkie czynności wykonywane normalnie przez sztuki zupełnie zdrowe. Pozbawione głów żółwie poruszają się jeszcze przez wiele tygodni, a za dotknięciem wciągają nogi do skorupy.
Jest rzeczą ogólnie znaną, że wiele spośród żółwi może zupełnie lub prawie wciągnąć głowę i kończyny.
Od pradawnych czasów żółwie lądowe bywają trzymane w niewoli. Niektóre przeżywały w niewoli 70, 100, a nawet 150 lat.
Żółwie lądowe piją rzadko, ale dużo naraz.
Nie do uwierzenia, jak długi czas żółwie mogą żyć bez jedzenia — ba, nawet nie oddychając.
Żółwie są wysoce wrażliwe na, zdawałoby się, niegroźne wpływy zewnętrzne, tylko że cierpią, nie okazując tego, co sprawia wrażenie, że mogłyby znieść wszystko.
W niewoli żółwie większą część dnia jedzą. W tej czynności pozwalają sobie przeszkodzić tylko wówczas, kiedy się je mierzy lub waży. Wywiera to zresztą na nie tak głębokie wrażenie, że przez wiele dni potem okazują zmniejszony apetyt. Podobnie odwiedziny obcych osób w ich pomieszczeniu wyprowadzają je ze zwykłego spokoju, natomiast wizyty dozorcy nie robią na nich najmniejszego wrażenia, z czego można wnosić, że go znają. Gdy siądzie się im na grzbiecie, gładząc połączenia między tarczami grzbietowymi, można je łatwo skłonić, by podniosły się z ziemi i przewiozły swego jeźdźca. Osiągnąć to łatwo, gdy się je łaskocze w partii karkowej.
W niewoli można żółwie łatwo wyżywić gotowanym ryżem i odpadkami z kuchni.
Wydaje się, że żółwie błotne, żyjąc jedynie w okolicach wilgotnych, są specjalnie wyćwiczone w ukrywaniu się. Niby to beztrosko wygrzewają się na brzegu w promieniach słońca, skoro jednak podkraść się do nich blisko i próbować sięgnąć po nie ręką, znikają bezgłośnie.
Żółwie błotne bardzo szybko reagują, jeśli zostały zaniepokojone, a niektóre okazują niewiarygodną ostrożność. Umieją wyszukiwać sobie korzystnie położone kryjówki i czynią użytek z uprzednio nabytych doświadczeń.
Najbardziej uderzającymi cechami żółwia morskiego, jadalnego, są: towarzyskość i pokojowe usposobienie.
Szylkret tylko wtedy łatwo się odłącza od kości pancerza grzbietowego, gdy się dość mocno ogrzeje. Wobec tego nieszczęsne żółwie zawiesza się nad ogniem i przypieka tak długo, aż skutek zostanie osiągnięty.
BRACTWO ŻÓŁWIOWE
Komitet Wykonawczy: przewodniczący — Andrzej Wajs; wiceprzewodniczący — Michał Hajewicz, sekretarz jednego z wiceprezesów Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk; sekretarz — Joanna Tuszewska, sekretarka prezesa Państwowego Instytutu Prasowego; członkowie: Jacek Linowski, urzędnik w Biurze Budżetowo-Gospodarczym Generalnej Prokuratury; Leszek Klon, inżynier dźwięku zatrudniony w Polskim Radio; Konrad Henner, referent w Ministerstwie Handlu Zagranicznego.
Niektórzy członkowie: Gerard Bar z Instytutu Maszyn Matematycznych Polskiej Akademii Nauk; Bronisław Boczkowski, inżynier technolog z Fabryk Samochodów na Żeraniu; Wiesław Dworzak, dziennikarz; Agnieszka Grudzińska, lekarka pracująca w Instytucie Reumatologicznym; Maciej Grudziński, chirurg; Zbigniew Jodełka, pracownik naukowy w Instytucie Spraw Międzynarodowych; Paweł Kuczyński, pracownik naukowy Zakładów Farmaceutycznych w Tarchominie; Julia Lidke, pracownica naukowa w Instytucie Badań Literackich; Barbara Osińska, pracownica naukowa w Instytucie Biologii Doświadczalnej; Tomasz Pietruski, programista w Centrum Obliczeniowym Polskiej Akademii Nauk; Maria Paschalska, dziennikarka; Joanna Szubert, tłumaczka w Polskiej Izbie Handlu Zagranicznego; Marta Tatarak, pracownica naukowa w Instytucie Sztuki; Witold Tomczyk, referent w Departamencie Prasowym Ministerstwa Spraw Zagranicznych; Stefan Witwicki, po studiach socjologicznych, zatrudniony w jednym z dużych wydawnictw; Krzysztof Załuski, operator filmowy.
8.
Edward Kubiak, jeszcze w łóżku, słucha radia i z dziennika południowego dowiaduje się o zgonie profesora Henryka Wanerta. Przejęty tą śmiercią, bo choć osobiście zmarłego nie znał, słyszał o nim od Karola Wanerta, więc w odległych czasach, gdy był młodym i ładnym chłopcem, zatem poruszony usłyszaną wiadomością wstaje z łóżka, aby poszukać żony. Znajduje Danutę w kuchni, zajętą przygotowywaniem obiadu. Niewiele zostało z jej dawnej urody zaraz po wojnie. Zestarzała się chudnąc i dzięki przywiędłej, pomarszczonej twarzy, nazbyt cienkim wargom i zaniedbaniu sprawia wrażenie starszej niż jest.
DANUTA
z niezadowoleniem
Już wstałeś? Obiad jeszcze w lesie.
EDWARD
Wiesz kto umarł? Profesor Henryk Wanert.
DANUTA
gdy Edward otwiera lodówkę
Czego szukasz?
EDWARD
Napijesz się może jednego?
DANUTA
Coś ty? O tej porze wódkę pić?
EDWARD
Ja o innej nie mogę, a mam ochotę na jednego.
DANUTA
Na jednego! Już ja cię znam. Po jednym przyjdzie drugi, a po drugim następny.
EDWARD
Dajże spokój, mówisz, jakbym był pijakiem, a ja nigdy do picia pociągu nie miałem.
DANUTA
po chwili
On też był taki?
EDWARD
rozumiejąc aż nadto przejrzystą aluzję, lecz nie chcąc od razu skapitulować
Kto?
DANUTA
No ten, co umarł, Wanert.
EDWARD
Wielki uczony był.
DANUTA
Ja pytam, czy był taki?
EDWARD
To znaczy jaki?
DANUTA
Zawsze się chwalisz, że jesteś bystry, a tu raptem nic nie możesz zrozumieć.
EDWARD
No, bo nie wiem, o co ci chodzi.
DANUTA
Pytam, czy był taki sam, jak ten twój Wanert?
EDWARD
z pasją
Nie wiem, nie znałem go.
DANUTA
Jak go nie znałeś, to pewnie był porządnym człowiekiem.
Kubiak wypija drugą wódkę i zamierza opuścić kuchnię, chcąc uniknąć jałowej i męczącej kłótni, a też świadomy, iż wycofując się, pozostawi żonę w stanie niezaspokojonego rozjątrzenia, co przy jej wzrastającej z latami zaczepności i kłótliwości równoznaczne było dla niej z poczuciem klęski. W ostatniej jednak chwili zatrzymuje Kubiaka widok dwóch, zresztą znajomych, milicjantów zbliżających się do ich domu. Danuta też ich dostrzega.
DANUTA
z satysfakcją w głosie
No, nareszcie!
EDWARD
Co nareszcie?
DANUTA
Doigrał się ten zbój! Najwyższy czas.
Obaj milicjanci już weszli do środka i choć Kubiak ma przez moment nadzieję, że z powodu jakiejś błahej sprawy lokalnej, aby zasięgnąć informacji, zajdą do nich (bo Wiesiek Kwiecień, chociaż łobuz, jest bardzo ładnym i sympatycznym chłopakiem) — słychać ich ciężkie kroki na schodach prowadzących na pierwsze piętro, do mieszkania Jaskólskiej, Edward otwiera lodówkę i z półlitrówki już bliskiej dna nalewa trzeci kieliszek. Długie milczenie. Z radia, które Kubiak wstając zapomniał wyłączyć, dobiegają dziarskie dźwięki ludowej kapeli. Słychać z góry dobijanie się do drzwi. Kubiak nie wytrzymuje nerwowo i opróżnia półlitrówkę.
EDWARD
Mnie jego żal, słowo daję.
DANUTA
Domyślam się.
EDWARD
Gówno się domyślasz! Tobie tylko jedno w głowie.
DANUTA
Coś powiedział?
EDWARD
Nic.
DANUTA
Nic, powiadasz? Myślisz, że ja jestem ślepa kura i nic nie widzę?
EDWARD
Czego na przykład?
DANUTA
Pośmiewisko i wstyd! Jak ci te opuchnięte oczki latały, ilekroć tego drania widziałeś, jakie krygi, frygi przed nim odstawiałeś. W lustrze się przejrzyj!
EDWARD
Nawzajem.
DANUTA
Żebyś wiedział, że przeklinam siebie i tę godzinę, kiedy jak ostatnia z ostatnich idiotek zgodziłam się wyjść za ciebie za mąż. Ja siebie w lustrze widzę, ale to ty musisz na mnie patrzyć. Och, jak ja żałuję, że nie jestem ładnym chłopakiem, wtedy bym ci pokazała!
EDWARD
Danuta, zastanów się, na co te awantury? Nie jesteśmy już młodzi...
DANUTA
Przez ciebie jestem stara i do niczego, przez ciebie.
EDWARD
Ja bym chciał...
DANUTA
Już ja wiem, czego byś ty chciał. Żebym zdechła, a ty żebyś miał swobodę i w moim domu urządził sobie męski burdel. Ja ciebie dobrze znam. Wyszkolił cię ten twój Wanert.
EDWARD
Danuta, zastanów się, to było czterdzieści lat temu.
DANUTA
Dla mnie jest teraz! Won z kuchni, nie chcę na ciebie patrzyć.
I znów Edward Kubiak chce się wycofać, lecz wstrzymują go odgłosy, jakie dochodzą z góry: silne zatrzaśnięcie drzwi i kroki schodzących na dół. Po chwili przed oknem kuchni wyłaniają się na wietrze rozpraszającym drobne płatki śniegu sylwetki obu milicjantów, prowadzących Wieśka Kwietnia z gołą głową, w kożuchu i ze skutymi rękoma. Niebawem znikają w lepkiej zawiei.
EDWARD
Ciesz się!
DANUTA
Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy.
EDWARD
Jezus Maria, kobieto! Skąd w tobie tyle złości?
DANUTA
Skąd? Siebie spytaj.
9.
W Jabłonnie, przy zwłokach stryja, Eryk Wanert rozmyśla. Zmarły jest już w ciemnym garniturze i jego zwłoki spoczywają na łóżku przykrytym miejscowym, pensjonatowym kocem. Za oknem suche, nagie drzewa, drobna zawieja.