środa, 24 czerwca

Wczoraj wieczorem Zygmunt M. po paromiesięcznym pobycie na Zachodzie. Czytałem mu trochę fragmentów z Dziennika, i z Życio­rysów. Gdy czytam takie strony — przypominam je sobie, lecz nie śmiałbym powiedzieć, że teraz, gdy dość szybko zbliżam się do końca, ogarniam całość.

Przed południem bardzo sympatyczna para Węgrów z Radia Budapesztańskiego (pani Judith Foti i pan László Rapcsányi). Na­grywanie rozmowy, czego w istocie bardzo nie lubię, ponieważ ten rodzaj wypowiedzi jest sprzeczny z moją, jako pisarza, po­trzebą inwencji, we wszelkich wywiadach nie ja pytam, lecz mnie pytania zadają, a ja mogę być wówczas tylko, gdy pytam.

W związku z wieczorną rozmową z Agnieszką o matce Andrzeja S. pomysł opowiadania Dziewczyna i synowie. Drobna, krucha, ru­da, z piegami, rozbrajająco dziecięca we wszystkich swoich rea­kcjach i pragnieniach (ale przekroczyła czterdziestkę), skłonna w równej mierze do krańcowego smutku, jak roześmianej i trzpiotowatej radości, pełna fantastycznych projektów, wciąż coś za­czynająca i szybko zniechęcona — jest matką trzech synów, z których każdy reprezentuje inny rodzaj temperamentu i konflik­tów, lecz ten świat trzech dryblasów zmusza ją do ustawicznej konfrontacji siebie samej z różnymi manifestacjami brutalnej rzeczywistości.

5.

Henryk Orlik, rozbudzony wczesnym telefonem sekretarki puł­kownika Pasieki, zostaje powiadomiony, iż na pół do jedenastej ma się w ważnej sprawie stawić u pułkownika — Szkic rozmowy:

PASIEKA

Cześć, Orlik. Siadajcie. Nieszczególnie wyglądacie. Popijaliście wczoraj?

ORLIK

Trochę.

PASIEKA

Macie kaca?

ORLIK

Przejdzie, towarzyszu pułkowniku.

PASIEKA

Powinniście się zacząć szanować, Orlik, nie jesteście już młodzikiem. Ale to wasza sprawa. Chciałbym natomiast obgadać z wami pewne sprawy nasze, wspólne. Podobno wam się, Orlik, znudziła praca dla nas?

ORLIK

Mnie? Kto wam powiedział?

PASIEKA

Słuchajcie, Orlik, ja już nie pierwszy raz zauwa­żyłem, że macie nieprzyjemny zwyczaj odpowiadania na pytania py­taniem. Jak was do siebie wzywam, to widać mam powód, żeby was wezwać, nie?

ORLIK

Oczywiście, towarzyszu pułkowniku.

PASIEKA

I jak mówię, że podobno chcieliście się z nami rozstać, to widocznie mam podstawy, żeby tak mówić. Chcecie mieć dla siebie więcej czasu, rozumiem, jasne. Chcecie karierę lite­racką robić?

ORLIK

Jaką tam karierę, towarzyszu pułkowniku? Zamówienia mam po prostu. Prasa, radio, telewizja, wyrobić się nie mogę.

PASIEKA

Nie możecie się wyrobić, powiadacie. No, cóż? W takim razie pójdziemy wam, Orlik, na rękę i się rozstaniemy.

ORLIK

Jeżeli o mnie chodzi, towarzyszu pułkowniku...

PASIEKA

Powtarzam, chcemy wam, Orlik, pójść na rękę. Dla utalentowanych ludzi pióra, zaangażowanych ideowo po słusznej stronie, mamy zawsze szacunek. Przez dłuższy czas nie wykazywa­liście co prawda większej aktywności, ale skoro w ciągu ostat­niego roku, jak sami powiadacie, nie możecie się wyrobić...

ORLIK

Towarzyszu pułkowniku, słowo daję, że jeśli tylko o to chodzi, to ja jestem gotów w każdej chwili zrezygnować.

PASIEKA

Właśnie wam to proponuję.

ORLIK

Przepraszam, źle mnie zrozumieliście, towarzyszu pułkowniku. Chciałem powiedzieć, że mogę w każdej chwili zre­zygnować z działalności publicystycznej. To nie będzie ofiara z mojej strony, zapewniam was, zrozumcie moją sytuację, towa­rzyszu pułkowniku: gdybym przestał dla was pracować, wszyscy się zaraz dowiedzą, będę ośmieszony i skompromitowany, nikt się ze mną nie będzie liczyć, wy nie znacie tak dobrze, jak ja, specyfiki środowiska — — — — —

6.

Ząb Konrada Kellera: okazało się po prześwietleniu, że pod korzeniem formuje się ropień. Na razie żaden zabieg nie jest możliwy. Celina Raszewska przepisuje silny antybiotyk (oxyterracyna, przez pierwszą dobę po dwie pastylki co trzy godziny, następnie taką samą dawkę co sześć godzin, żadnego w czasie kuracji alkoholu, dużo natomiast zsiadłego mleka albo kefiru). Konrad zdjęty zgrozą: na miłość boską, ileż tych proszków bę­dzie razem? Celina Raszewska zapewnia go, że osiem gram oxyterracyny powinno zlikwidować stan ropny. Osiem gram? Razem trzy­dzieści dwie pastylki. Lekki obrzęk, niestety, jest możliwy. Aby temu zapobiec, trzeba robić zimne okłady oraz możliwie częs­to przepłukiwać jamę ustną naparem z szałwii. Obolałość obecną z pewnością uśmierzy Gardan. Celina Raszewska (oczywiście wraz z mężem zaproszona zarówno na ślub, jak i na wieczorne przyję­cie w Jabłonnie) jest zbyt taktowna, aby dać swemu sławnemu pacjentowi do zrozumienia, iż jest zorientowana w jego sprawach osobistych. Lecz z drugiej strony Konrad Keller jest nazbyt wstrząśnięty złowieszczymi wymiarami zaleconej kuracji, aby w formie dyskretnej, choć nieco chaotycznej, wyrażonej przy pomo­cy swego słynnego szeptu nie napomknąć o komplikacjach wynikających z jego rozlicznych w dniu dzisiejszym obowiązków. Opiekuń­czo i z pełnym zrozumieniem w tym względzie pocieszany, nie mo­że się powstrzymać, aby nie wyrazić obawy, iż zażycie tak ogromnej dawki silnego antybiotyku może spowodować jeśli nie trwałe, to w każdym razie przewlekłe osłabienie pamięci. Rzeczowych wyjaśnień lekarki słucha raczej nieuważnie, czując się już w tej chwili bardziej Prometeuszem przykutym do nagiej skały ani­żeli sobą samym: „O jasne, boskie niebo! Wiatry szybkoskrzydłe! — Ożywcze rzeki! Falo mórz w odwiecznym ruchu! — Ziemio, naj­lepsza matko! Ciebie też przyzywam. — Promienny kręgu słońca, który widzisz wszystko! — Spójrzcie, jakie męczarnie bóg cier­pi od bogów”.

W drodze do Telewizji Eryk Wanert wyręcza przyjaciela i sam wstępuje do apteki, aby zakupić lekarstwa, jest także na tyle taktowny, iż na razie zatrzymuje je przy sobie, dopiero po przybyciu do studia doradza dyskretnie Konradowi, aby kurac­ję oxyterracynową rozpoczął natychmiast. Kategoryczny sprzeciw Kellera. Teraz? Wykluczone! Kto może zaręczyć, że nie jest na oxyterracynę uczulony? A jeśli jest, niepodobna przewidzieć, w jaki sposób organizm na zadany gwałt zareaguje. Mowy nie ma, żeby na podobne ryzyko narażał i siebie, i spektakl. Apeluje natomiast do czujności Eryka, prosząc go, aby uprzedził kame­rzystów, iż na wypadek, gdyby zauważyli na jego twarzy ślad ob­rzęku — zdejmowali go od strony zdrowej, wystarczy, że mu dadzą odpowiedni znak, ułatwi im natychmiast pracę, ustawiając odpo­wiednio głowę.

Okazuje się jednak, że żadne tego rodzaju zabiegi nie są konieczne. Próba generalna Prometeusza przebiega bezbłędne. Wielki sukces Konrada Kellera. Wszyscy zdają sobie sprawę, że tą kreacją osiągnął szczyty swego artyzmu. Ząb bolał go przez cały czas.

Ledwie próba się kończy (godzina jedenasta), Konrad Keller proszony jest do telefonu, w bardzo ważnej sprawie dzwoni Moni­ka Panek. Zatem Konrad nagi i jeszcze z łańcuchami u rąk i nóg, tylko w szlafroku narzuconym na ramiona, przechodzi do kabiny reżyserskiej, aktorzy są jeszcze na planie, m.in. Halicki-Hermes oraz młodzi ludzie z Chóru, teraz rozproszeni, pokryci złoto-miedzianą patyną, z płonącymi czarami na głowach. Eryk Wanert (na krótko przed rozpoczęciem spektaklu otrzymał z Ja­błonny wiadomość o śmierci stryja) zostawia Konrada samego. Młodzieńcy z Chóru zdejmują swoje czary i wygaszają płomienie. Dym wypełnia studio.

KONRAD

Jak się masz, kochanie. Bardzo ładnie, że dzwonisz. Akurat skończyliśmy, zdaje się, że wszystko poszło nieźle, na­wet chyba bardzo nieźle. Miałem pewne wątpliwości i obawy, ale na planie...

MONIKA

Wybacz, Konrad, może później mi o tym opowiesz. Dzwonię, żeby ci zakomunikować, że zaszły pewne sprawy bardzo dla nas obojga nieprzyjemne. Krótko mówiąc: przed godziną dowiedziałam się, że nie będę grać w Makbecie, słyszysz? W twoim Makbecie!

KONRAD

W moim?

MONIKA

Doskonale rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć, nie bądź przesadnie skromny. W twoim Makbecie! Uknuto przeciw mnie nikczemny spisek...

KONRAD

Kto?

MONIKA

Oczywiście Otocki, chociaż nie jestem pewna, w ja­kim stopniu również i Eryk maczał palce w tej brudnej intrydze.

KONRAD

A kto ma grać Lady Makbet?

MONIKA

Zdumiejesz się. Konarska!

KONRAD

Ciekawe.

MONIKA

Uważasz?

KONRAD

Bardzo zdolna dziewczyna, może być interesująca.

MONIKA

Konrad!

KONRAD

Tak, słucham cię.

MONIKA

Zdumiewasz mnie. Odnoszę wrażenie, że ciebie to wszystko w ogóle nic nie obeszło, jakby się nic nie stało. Jak ja mam to rozumieć?

KONRAD

Przede wszystkim spokój trzeba zachować, kochanie.

MONIKA

Jestem spokojna, nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo jestem spokojna. Ale mnie obrażono i ośmieszono.

KONRAD

Przesadzasz, kochanie. W teatrze...

MONIKA

Bądź łaskaw nie przerywać. Powtarzam: znieważono mnie i ośmieszono. I jeśli ten fakt zechcesz łaskawie wziąć pod uwagę, może zrozumiesz, co w tej sytuacji powinieneś uczy­nić.

KONRAD

Ja co mam uczynić? A cóż ja mogę uczynić? Wiesz, że się nigdy, z zasady, nie mieszam do żadnych spraw obsadowych.

MONIKA

Bardzo szanuję twoje zasady, choć moment nie wyda­je mi się właściwy, abyś mi o nich przypominał. Ja nie mam za­miaru, Konrad, niepokoić twoich zasad. Nie żądam, abyś o mnie walczył. Ja z ludźmi pokroju Otockiego nie mam zamiaru walczyć. Wobec złej woli i chamstwa po prostu wycofuję się. Nie muszę należeć do zespołu Teatru Stołecznego. I mam nadzieję, że ty też nie musisz.

KONRAD

Moniko, Moniko, zastanów się! W jakiej sytuacji ty mnie stawiasz? Dlatego, że odebrano rolę mojej żonie...

MONIKA

Jeszcze nie jestem twoją żoną.

KONRAD

Wszystko jedno. Więc dlatego, że moją narzeczoną pozbawiono roli, ja się mam jak głupiec obrażać? Daruj, ale doprawdy nie widzę siebie w podobnej sytuacji.

MONIKA

Przykro mi, że nie widzisz swoich elementarnych obowiązków. Przykro mi również, że nasze odczuwania i oceny pewnych spraw są aż tak bardzo rozbieżne. Zatem nie zadzwonisz do Otockiego i nie zgłosisz swojej rezygnacji?

KONRAD

Nie możesz tego ode mnie wymagać.

MONIKA

Pozwól, że to ja będę decydować, czego od ciebie wymagać mogę, a czego nie mogę. Więc nie zadzwonisz?

KONRAD

Skończmy, Moniko, tę niepotrzebną rozmowę. Jestem jeszcze nierozcharakteryzowany, słyszysz, jak brzęczą, to łań­cuchy, których nie zdążyłem zdjąć, muszę wpaść do siebie, że­by się przebrać, u ciebie być przed dwunastą, doprawdy czasu zostało bardzo mało.

MONIKA

Ach tak? Postaram się w takim razie, żebyś go miał pod dostatkiem.

KONRAD

Nie rozumiem.

MONIKA

Możesz się nie przebierać, a po mnie przyjeżdżać w ogóle nie musisz. Uważasz, że nasza rozmowa była niepotrzebna? Ja sądzę wręcz przeciwnie. Przyszła w samą porę, przynajmniej dla mnie. Może zbyt późno, ale na szczęście nie za późno doszłam do przekonania, że nie może mi odpowiadać mąż z zasadami twojego typu. Jesteś wolny, Konrad.

KONRAD

Ciekawe.

MONIKA

Owszem, bardzo ciekawe.

KONRAD

W pewnym sensie jesteś niebywała, Moniko.

MONIKA

Dziękuję ci, że to doceniasz. Zresztą pewnym antysensie ty też jesteś niebywały. Umówmy się zatem, że od dzisiaj będziemy się wzajemnie podziwiać, ale na dystans. Wszystkiego najlepszego ci życzę, mój drogi. I na razie nie śpiesz się z rozcharakteryzowaniem. Wiem, że nie lubisz się śpieszyć. Miło mi, że na pożegnanie mogłam ci wyświadczyć tak drobną przysługę.

Odłożywszy słuchawkę, Konrad stoi chwilę przy aparacie i poprzez dużą szybę reżyserskiej kabiny spogląda na studio nieco w dole, większość aktorów już się rozeszła, został tylko Łukasz Halicki zabawiający się na środku hali kaduceuszem, pracownicy techniczni rozbierają dekorację. Nagle Konrad zdaje sobie spra­wę, że ząb przestał go boleć. Ciekawe — mówi półgłosem sam do siebie. Zajęcie łańcuchów nie zabiera mu wiele czasu, okazują się jednak zbyt ciężkie i niewygodne do dźwigania, zostawia je zatem na podłodze w kabinie i schodzi do studia. Tam rozgląda się, poszukując sylwetki Łukasza. Ten nieoczekiwanie wyłania się gdzieś z boku: nagi, tylko ze złotą przepaską na biodrach, w uskrzydlonych sandałach i z nieodłącznym kaduceuszem.

HALICKI

Czekałem na pana.

KELLER

To świetnie się składa, mój drogi.

HALICKI

Chciałem panu powiedzieć, że przez pana o mało co nie wysiadłem.

KELLER

Bardzo pięknie grałeś, Łukaszku.

HALICKI

Dziękuję, robiłem, co mogłem i jak mogłem. Ale kiedy pan powiedział tę kwestię: „W mojej nędzy śpi wolność, miałbym ją zamienić — na twój los niewolnika butnego tyrana?”, poczułem w gardle taki, wie pan, podły skurcz, iż myślałem przez moment, że się będę musiał rozbeczeć!

KELLER

Mam nadzieję, że nie masz do mnie żalu?

HALICKI

Chciałbym, żeby kiedyś taki sam szczeniak, jak ja teraz, mógł mi po spektaklu wyznać to samo, co ja wyznałem przed chwilą panu.

KELLER

Wzruszasz mnie, Łukaszku. Dziękuję. Ale do rzeczy! Ja ciebie też szukałem.

HALICKI

Mnie?

KELLER

Chcę cię prosić o pewną przysługę.

HALICKI

Jestem na pańskie rozkazy.

KELLER

Przysługa, o której myślę, ma charakter dość nie­codzienny, powiedziałbym, świąteczny, uroczysty, lecz zarazem niepozbawiony pewnych elementów...

HALICKI

Ziemskich?

KELLER

Właśnie!

HALICKI

Aby powierzone mi zadanie jak najzgrabniej wypeł­nić, postaram się zachować wszystkie przymioty Hermesa.

KELLER

Trochę szkoda, że będziesz musiał zmienić kostium.

HALICKI

A może nie muszę?

KELLER

Niestety! Rola, którą chciałbym ci powierzyć do sympatycznego odegrania, posiada wprawdzie bardzo wiele cech zbliżających ją do postaci Hermesa, biorąc jednak pod uwagę, mój drogi, czas oraz położenie geograficzne...

HALICKI

Rozumiem, że mam wystąpić w ciuchach osobistych?

KELLER

Wiesz z pewnością, że o dwunastej w południe miał się odbyć mój ślub?

HALICKI

Przepraszam, użył pan prawidłowego czasu?

KELLER

Jak najbardziej. Życie bywa tak błazeńskie, iż w jednej chwili, jak przy kuglarskich sztuczkach, potrafi czas przyszły zamienić w przeszły. Wobec tak niecodziennej, jak sam musisz przyznać, dekonfiguracji i biorąc pod uwagę godzinę dość natrętnie późną, trzeba założyć, że znaczna ilość przyjaciół oraz znajomych zaproszonych...

HALICKI

Zgromadzi się o dwunastej w Urzędzie Stanu Cywil­nego. Oszałamia mnie pan!

KELLER

Ja też jestem troszeczkę oszołomiony.

HALICKI

Ale, o ile się nie mylę, w wyższym sensie?

KELLER

Zachowując pewien umiar, powiedzmy: w sensie zbliżo­nym do wyższego. Domyślasz się, przypuszczam, o jaką przysługę chcę cię prosić?

HALICKI

Rzeczywiście szkoda, że nie będę się tam mógł zjawić w kostiumie Hermesa. Jaką deklarację mam złożyć zebra­nym?

KELLER

Sam się zorientujesz na miejscu, kiedy zobaczysz, jak to będzie wyglądać, dobry instynkt na pewno podszepnie ci słowa właściwe. Cóż? Nie dokonało się, nie spełniło. Trudno! Non consummatum. Przeprosisz, że przykro...

HALICKI

W czyim imieniu? Tylko pana?

KELLER

Jesteś nieoceniony, Łukaszku! To subtelne rozróż­nienie nie przyszło mi do głowy.

HALICKI

Mogę coś doradzić?

KELLER

Zawsze.

HALICKI

Wydaje mi się, że oświadczenie, jakie złożę zebra­nym, wypadnie i zgrabniej, i dowcipniej, że odwołam się do ulu­bionych słów pani Moniki, jeśli będzie wyrazem intymnych uczuć obu stron zainteresowanych. Ale może się mylę?

KELLER

Przeciwnie, masz rację. Wszelka jednostronność mo­głaby się w tym wypadku spotkać z komentarzami jak najbardziej fałszywymi. Natomiast gdy poprzez twoje usta będziemy zawiada­miać i przepraszać oboje, nasza zgodna jednomyślność powinna uśmierzyć cokolwiek wezbrane żywioły.

HALICKI

Wydaje mi cię, że trochę mniej niż cokolwiek, ale może.

KELLER

To jeszcze nie koniec, mój drogi.

HALICKI

Domyślam się. Jabłonna!

KELLER

Niestety! Wprawdzie większość zaproszonych gości dowie się już do tego czasu, że przyjęcia weselnego nie bę­dzie...

HALICKI

Zawsze się jednak mogą przytrafić jednostki nienadążające za życiem. Rozumiem. Wierny i posłuszny wysłaniec wyższych sfer wbije się wieczorem w czarny garnitur, wsiądzie do swego szybkosilnikowego pojazdu i punkt ósma będzie czynić honory domu. Szefie, uwielbiam nienadążających za życiem. Tyl­ko jedno moje nieśmiałe marzenie...

KELLER

Zależy ode mnie?

HALICKI

Mogę w zabytkowej sieni pałacu w Jabłonnie witać nienadążających za życiem z moim kaduceuszem?

KELLER

Jeśli ci rekwizytornia wypożyczy...

HALICKI

Szefie, pan mnie nie docenia, ja mam w domu swój własny kaduceusz. Kolega z ASP wystrugał mi go przed paroma miesiącami. Godzinami ćwiczyłem.

KELLER

po chwili, z akcentem szacunku

Przepraszam.

HALICKI

Drobiazg.

KELLER

A zatem?

HALICKI

Już odlatuję. Gdzie pana szukać?

KELLER

nagle uświadomiwszy sobie ogrom oczekujących go zabiegów leczniczych

W domu, oczywiście w domu.

HALICKI

Okey, szefie. Po każdej akcji w terenie będę składał meldunki.